Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

"kamienice mieszka i" czyli domówka zapoznawczo-grzybowa

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Niecałe 2g suszonych psilocibe cubensis "McKenneii", pod koniec tripa parę piw i kilka szotów wódki.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Świeżo po przeprowadzce na drugi koniec kraju. W trakcie nieco trudnej aklimatyzacji do nowego miejsca, w obcym mieście, z dala od praktycznie wszystkich bliskich mi osób. Po trzech tygodniach nieskutecznych prób zapoznania się z ludźmi z nowych studiów, nareszcie koleżanka z roku zorganizowała dużą domówkę, w trakcie której miał miejsce cały trip. To, że znalazłem się na imprezie będąc na grzybowej fazie, było spontaniczne i niezaplanowane. Tego samego dnia z Bieszczad wracał kumpel - D, z którym wcześniej miałem okazję jeść grzyby. Chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu (spotkać się z D a jednocześnie nie ominąć imprezy) zgarnąłem go na domówkę do niejakiej M. Z D był również jego kolega, którego znałem z widzenia - W. Pod wpływem namowy D, zjedliśmy grzyby, które w założeniu miały nas puścić zanim pójdziemy do M. Stało się jednak inaczej.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
etanol, nikotyna, mariuhana (od czasu do czasu), haszysz (dawno kilka razy), BZP+TFMPP (raz), amfetamina (kilka razy), Poppers (kilka razy), LSD (kilka razy, w tym 4 razy w bieżącym roku), grzyby (raz w ilości 5g), DXM (2 plateau), szałwia wieszcza (poziom A), mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury), kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo.

"kamienice mieszka i" czyli domówka zapoznawczo-grzybowa

Wprowadzenie: Niniejszy raport jest retrospekcją sięgającą ok. 3 lat wstecz. Po złotym okresie z psychodelikami trwającym dobrze ponad pół roku, podczas którego zaliczałem praktycznie same bardzo udane i zapadające w pamięć tripy, przyszedł czas na serię nieco gorszych podróży. TR opisuje pierwszy z serii już-nie-złotych psychodelicznych wypraw. Żadna z nich nie skończyła się bad tripem. Nie wspominam ich jako złych. Zwyczajnie nie były one najlepsze (w nie-eufemistycznym znaczeniu tego słowa). Mam wrażenie, że tripreporterzy piszący na NG mają tendencję do pisania albo o swoich najlepszych tripach (bo jest i o czym, a do tego fajnie się pochwalić) albo, co odważniejsi, o swoich bad tripach (ku przestrodze i po to żeby ciężkie chwile nie poszły na marne). Do tego jest jeszcze grupa eksperymentatorów-testerów. Pomyślałem więc, że może warto opisać coś, co nie kwalifikuje się do żadnej z kategorii. Wybór S&S był lekkomyślny, lecz nie wariacki. Jego skutkiem był zatem nieco stresujący i niekomfortowy trip. Bruku jednakże nikt nie sięgał, bad tripów nie zanotowano, większych kompromitacji ani katastrof nie zaznaliśmy.

Przed zażyciem: Tak jak wspomniałem w opisie S&S, od jakiegoś czasu próbowałem się zaaklimatyzować w nowym mieście. Kiedy pojawiła się okazja, aby wreszcie zapoznać się z ludźmi z nowej uczelni, za nic nie chciałem jej przepuścić. Tak się jednak złożyło, że tego samego dnia, którego koleżanka z roku organizowała dużą domówkę zapoznawczą, kolega D (wraz z W) wracał z gór. Zaproponował, że może zatrzymać się u mnie na jeden dzień. Długo się nie widzieliśmy, więc chciałem się z nim spotkać. Spytałem organizatorki domówki czy mogę przyprowadzić jeszcze dwie osoby ze sobą. Zgodziła się. Wszystko udało się zatem pogodzić.

D i W przyjechali trochę później niż się początkowo spodziewałem. Z racji, że mieszkałem wtedy w małym, 2-osobowym pokoju w akademiku, nie byłem w stanie ich przenocować. Musieli poszukać hostelu. Przywitałem się z nimi i zacząłem zagadywać D o grzybowy trip górski, który planował odbyć. Mówił mi wcześniej, że miał zamiar zjeść nieco cubensisów w Bieszczadach po to, aby podziwiać naturę oraz krajobrazy. Początek jesieni wydawał się być dobrym terminem do takiego przedsięwzięcia. Na szlakach jest już bardzo mało ludzi a temperatura nie jest jeszcze tak niska. Pech chciał, że podczas wyjazdu pogoda nie dopisała. Przez cały czas trwania wypadu, w Bieszczadach utrzymywała się gęsta mgła niwecząca dobry (przynajmniej w założeniu) setting. D opowiedział mi o tym, że plan nie wypalił. Dość szybko zaproponował, że właściwie możemy zjeść jego grzyby dzisiejszego wieczora.
- No wiesz, ale idziemy przecież na tą domówkę. Musimy tam jakoś wyglądać. - Podzieliłem się swoimi wątpliwościami.
- Ale tego jest mało - tylko pięć gram. Na nas trzech to wyjdzie nawet nie po dwa, a przecież ostatnio jedliśmy po pięć na głowę. - przekonywał D. Powiedziałem, że się zastanowię. Ruszyliśmy w drogę - najpierw do mnie, a potem na poszukiwania hostelu. W międzyczasie razem z D, obliczaliśmy czas który nam pozostał do domówki, przewidywany czas trwania ewentualnego tripa itd. Ostatnim razem 5g zapewniło nam intensywną podróż trwającą zaledwie pięć godzin. Na dodatek przedłużaliśmy jej trwanie poprzez jedzenie gorzkiej czekolady. Przy niecałych dwóch gramach i braku czekolady, trip powinien być krótki i lajtowy. Nawet jeśli już po wejściu na domówkę wciąż będzie nas trzymał silny afterglow albo wręcz załapiemy się na końcówkę podróży, to nie będzie nam to specjalnie przeszkadzało. Z ostatniego razu z grzybami wyniosłem, że nie są one tak wymęczające jak LSD, a na dodatek na zejściu z grzybów jestem nadzwyczajnie empatycznym człowiekiem. 

Czasowo było już trochę za ciasno, żeby wcisnąć gdzieś kilka godzin tripu pomiędzy moment obecny a imprezę. Napisałem więc do M, czy możemy się trochę spóźnić. Odpisała, żeby się nie przejmować i wpadać kiedy będzie nam pasowało. Szale losu dzisiejszego wieczoru zaczęły się przechylać na korzyść grzybów. Szukanie miejsca w hostelu zajęło nam znacznie więcej czasu niż przewidywaliśmy. Dopiero w czwartym czy piątym z kolei miejscu udało się znaleźć dwa wolne łóżka. D i W rozpakowali się i zaczęli przygotowywać do wyjścia. D wyciągnął również swoje grzyby. Powtórzyliśmy sobie nasze argumenty za ich zjedzeniem, jakby trochę zapominając, że mamy mniej czasu niż zakładaliśmy na początku. Pojawiały się wątpliwości, ale w końcu zapadła decyzja, żeby grzyby zjeść. W stwierdził, że jest bardzo podatny i chce mniejszą część. Wyszło więc, że W zjadł jakieś 1,5g podczas gdy my niecałe 2g.

T:+0:00 - D i W jeszcze chwilę ociągają się przed wyjściem. Przebierają się po długiej podróży i z grubsza obmywają. Na szczęście nie trwa to długo. Wychodzimy z hostelu i rozpoczynamy spacer po mieście zmierzając mniej więcej w kierunku domu M. Wybraliśmy nieco okrężną trasę, ale z racji goniącego nas czasu nie przewidywaliśmy obchodzenia całego miasta. Nie pamiętam specjalnie o czym rozmawialiśmy po drodze. Zdaje się, że D przytoczył anegdotę z wizyty w Bieszczadach, która całkiem nieźle obrazuje jakim jest typem człowieka. Kiedy był na jednym z górskich szlaków spotkał zmarzniętego żołnierza przy ognisku. Podszedł bliżej aby z nim porozmawiać. Okazało się, że żołnierz bierze udział w jakiejś jesiennej wyprawie. Kiedy wyszło na jaw, że jest zawodowcem i brał udział w misjach, D z miejsca wypalił z pytaniem: "A ilu ludzi Pan zabił?". Bynajmniej nie kierowała nim chęć wzbudzenia poczucia winy ani nic w tym stylu. Założę się, że gdyby spytać D o zdanie, stwierdziłby, że pytanie było równie zasadne jak np. "Ile domów Pan zbudował?" wystosowane do murarza. Ktoś mógłbym pomyśleć, że przyjęcie do wiadomości, że własne zachowanie może być niestosowne jest dla D rzeczą trudną. Mnie się jednak wydaje, że D w sporej części przypadków doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale ma to zwyczajnie gdzieś. W z kolei ma wręcz przeciwne usposobienie. Stale niepokoi się czy nie popełnił jakiejś gafy, dużo przeprasza i czuje generalny niepokój podczas interakcji społecznych. 

T:+0:40 - Gdzieś po drodze odwiedziliśmy jeszcze sklep i kupiliśmy sobie po kilka piw na imprezę. Tymczasem grzyby powoli zaczęły dawać o sobie znać. Kolory stały się bardziej jaskrawe, tok myślenia zaczął się zmieniać, a ciało delikatnie mrowić. Wymieniamy uwagi, że już powoli coś się dzieje. D rozpoczyna swoją grzybową mantrę. Zdarza mu się na tripie wydawać się siebie gardłowy, jednostajny dźwięk, który moduluje poprzez rozciąganie i zwężanie ust. Jego mimika wyraża wtedy na przemian dwa grymasy - groteskowo szerokiego, nieszczerego uśmiechu i przesadnie dramatycznego wyrazu skupienia.
- Łąłąłąłąłąłąłą... - słyszymy z W dźwięki emitowane przez D idącego po drugiej stronie ulicy. Nie jesteśmy zdziwieni, że nie próbuje on ani na chwilę się uciszyć w trakcie mijania innych ludzi na chodniku. Jego twarz zaczyna wyglądać dość specyficznie. Znam już ten widok z poprzedniego tripa. Nie do końca wiem dlaczego, ale kojarzy mi się on z dziobakiem. Spróbuję to wyjaśnić. Właściwie każdy, nawet bliski znajomy wygląda dla mnie jak swoja własna karykatura kiedy patrzę na niego pod wpływem psychodelików. Mózg wybiera sobie kilka charakterystycznych cech i na ich podstawie buduje ogólny przerysowany obraz. Z D jest jednak tak, że mój mózg nie do końca potrafi sobie poradzić z tym co widzi. Twarz D zdaje się należeć do jakiegoś dziwacznego stwora, który w żaden sposób nie kojarzy mi się z niczym z podstawowego repertuaru psychodelicznych kreatur. Ni to kosmita, ni to człowiek, ni zwierzę. Nie przypomina też orków, goblinów, gnomów, postaci z komiksów ani niczego w tym stylu. Myślę, że szkopuł polega na tym, że kiedy patrzę na D będąc pod wpływem grzybów, w moim mózgu konkurują ze sobą dwie wizje i żadna z nich nie potrafi się w pełni zrealizować. Istnieją aż dwa zestawy cech, z których umysł mógłby zbudować spójny, karykaturalny wizerunek. To tak jak patrzeć na sześcian Neckera i nie móc określić, która ze ścian jest bardziej z przodu. Zdaje mi się, że stąd skojarzenie z dziobakiem - zwierzęciem, którego wygląd i zwyczaje igrają z codziennymi przyzwyczajeniami, nie pozwalając go zakwalifikować do żadnej z dobrze znanych klas zwierząt
- Znowu masz tę swoją grzybową twarz! - zawołałem do D.
- Ale jaką twarz?
- Zawsze masz taką specyficzną facjatę kiedy patrzę na ciebie na grzybach. - spróbowałem niezręcznie wyjaśnić. Dopiero później wpadłem na pomysł jak to lepiej opisać. W tamtej chwili nie byłem w stanie powiedzieć D nic więcej. 

T:+1:30 - Pospacerowaliśmy jeszcze trochę po mieście. Efekty działania grzybów nie wzmogły się jakoś znacząco. Nastrój miałem zmieniony - trochę poprawił mi się humor, podskoczyła skłonność do fantazjowania i wyostrzył mi się zmysł absurdu, powodując że miałem ochotę na robienie lub mówienie irracjonalnych rzeczy dla samej ich irracjonalności. Widać też było, że obraz zrobił się jakby nieco bardziej matowy - jakby patrzył na hiperrealistyczne rysunki wykonane suchymi pastelami. Stanęliśmy przed domem M.
- Właściwie to mieliśmy chyba jeszcze pochodzić zanim wejdziemy - powiedziałem
- No tak, ale jest lajt z tymi grzybami. Nie robią specjalnie - zauważył D
- W sumie racja... - odpowiedziałem nie do końca przekonany
- Dawaj wchodzimy. Zimno jest. - namawiał D. Rzeczywiście, było nadzwyczaj zimno jak na tę porę roku a my nie byliśmy zbyt ciepło ubrani.
- No dobra, ale najpierw muszę coś sprawdzić. - zgodziłem się, po czym odszedłem na parę kroków od D i W. Miałem wcześniej okazję przekonać się niejednokrotnie, że psychodeliki potrafią być zwodnicze. Kiedy idzie się żwawo do celu i nie robi się żadnych postojów, można odnieść wrażenie, że ich działanie jest dużo słabsze. Kiedy zaś się przystanie, efekty znacznie się wzmagają. Czasami wykorzystywałem to, aby utrzymać fason kiedy było to potrzebne. Jeżeli chce się uniknąć doświadczenia pełnej psychodeli gdzieś w środku miasta, nie ma nic lepszego niż ruszenie się z miejsca w kierunku ściśle obranego celu. Żadnego oglądania się dookoła. Wzrok przed siebie i do przodu. Nie chciałem dać się grzybom nabrać, więc żeby lepiej ocenić swój stan, przystanąłem na dobre kilkanaście sekund, koncentrując się na jakimś punkcie na końcu ulicy. Bruk falował bardzo delikatnie, wręcz niezauważalnie. Efekty raczej mizerne.
- Ok, możemy wchodzić - dałem znać kompanom. 

Weszliśmy do środka kamienicy, w której odbywała się domówka. W jasnym świetle żarówek oświetlających klatkę schodową kolory wyglądały nieco żywiej niż zwykle. Stanęliśmy przed drzwiami. Z wnętrza dobiegał głośny gwar. Próbowaliśmy pukać, ale nikt w środku nie odpowiadał. W końcu otworzył nam drzwi ktoś, kto wychodził na zewnątrz. Weszliśmy do środka. Nagle zostaliśmy porażeni natłokiem rozmów, świateł, ludzi i muzyki. Futryny drzwi zaczęły wyginać się na wszystkie strony. Grzyby uderzyły mocno i gwałtownie. Kompletnie mnie to zaskoczyło. Przebiegła mi nawet przez głowę myśl, że może należy się wycofać. Było już jednak za późno. Zobaczyła nas M i podeszła żeby się przywitać. Z resztą i tak nie mielibyśmy gdzie się podziać. Nie było odwrotu.
- Oo, jesteście! Cześć! - zawołała M. Przywitała się z nami po kolei. Starałem się ukryć swoje zmieszanie.
- Gdzie możemy zrzucić kurtki? - spytaliśmy wskazując na pozajmowane wieszaki
- Obojętnie, o tutaj na przykład - pokazała stertę rzeczy na korytarzu. - Pełno ludzi przyszło, połowy nawet nie znam, nie wiadomo skąd są. Współlokatorki chyba też ich nie znają, sama nie wiem - M wyjaśniła obecność tłumów i ogólny rozgardiasz. Przyjąłem to za dobrą monetę. Wyglądało na to, że spora część gości nie jest wcale ze mną na roku. Nikogo z resztą nie rozpoznawałem.
- Lecę dalej, bo tam na mnie czekają - powiedziała M. - Tu jest lodówka, tam łazienka. Rozgośćcie się, pointegrujecie z ludźmi jak chcecie - tutaj i tak mało kto się zna nawzajem. - dodała najwyraźniej chcąc dać do zrozumienia, że nie ma potrzeby czuć się obcym na imprezie, w której obcy są nieomal wszyscy.
- Ok dzięki, poradzimy sobie. - odpowiedziałem. Kiedy tylko M sobie poszła, odwróciłem się do kompanów i ocierając pot z czoła rzuciłem w ich kierunku:
- Będzie ciężko.
- Nooooo - odpowiedział mi D. Widziałem już, że nie mnie jednego tak poskładało. Sytuacja była trochę stresująca. Byłem jednak zadowolony, że w ogólnym bajzlu pełnym pijanych ludzi, bez konieczności rozmowy ze znajomymi, będzie nam łatwo ukryć nasz stan. Próbowałem szybko się zorientować czy W i D mają równie mocno co ja. Mnie prawdę mówiąc rozkładało.
- Wiesz, czuję się tak, że mógłbym się rozebrać i walnąć na podłogę - powiedziałem do W.
- Ale chyba nie zamierzasz tego zrobić? - spojrzał na mnie przerażony.
- Nie, nie. Spokojnie. Panuję nad sobą. - odpowiedziałem, mając nadzieję, że to co mówię jest prawdą. 

Ruszyliśmy w stronę najbliżej kanapy. Po drodze jakaś dziewczyna zagadała do W, który nie dość, że nawet na co dzień przyjmuje raczej wycofaną postawę, to jeszcze teraz był z lekka przytłoczony przez niespodziewany atak grzybów. Nie był w stanie pozbierać myśli żeby jasno i bystrze odpowiadać. Dziewczyna zapytała W, czy dobrze się czuje. W zupełnie ją zignorował wpatrując się w jakiś obiekt. Był zbyt zafascynowany żeby rozmawiać, albo być może po prostu nie był w stanie wziąć się w garść. Jakieś piętnaście minut później wrócił do niej i powiedział:
- A wracając do twojego pytania to tak, dobrze się czuję.
Dopiero później zdał sobie sprawę z tego jak niedorzecznie musiało to wyglądać. Przeżywał to potem powtarzając wciąż, że jest niewiarygodnym chamem. W jego rozumieniu wyszedł na aroganta nabijającego się z ludzi, którzy chcieli być wobec niego sympatyczni. 

Tym, że W mógłby coś dziwnego odwalić niespecjalnie się przejmowałem. Gorzej z D - w jego przypadku, ilość psychodelików zdolna do czegoś co niektórzy chcą nazywać "rozpuszczeniem ego" (czyli stanu, w którym człowiek wyzbywa się potrzeby oceniania na rzecz pragnienia egalitarnego, pełnego empatii współistnienia z bliźnimi) jest równa tej, której potrzeba żeby stracił świadomość (a może i przytomność). Kiedy usiedliśmy na kanapie, wyłapał jakieś strzępy rozmów toczonych obok nas. Słowami które wychwycił były m. in. "Mieszko" i "kamienica".
- Ja pierdolę! Co tam są za rozmowy! Kamienice? Mieszko I? - krzyczał do mnie głośno bardzo rozbawiony. - O czym ci ludzie mówią!
- Ciszej, to mogą być ludzie ode mnie z roku a ty się drzesz i jeszcze z nich nabijasz. - próbowałem przywołać go do porządku.
- No, ale słuchaj o czym oni mówią! Kurwa, kamienice, Mieszko I, Jack Daniels czy Johny Walker! - D nie mógł przeżyć absurdalności dyskusji, które słyszał. Rzecz jasna, absurdalnymi wydawały się one tylko w zagrzybionym umyśle D. Najprawdopodobniej wcale takie nie były.
- Dobra, ale nie wrzeszcz na cały głos. - starałem się go nieco uciszyć. Otworzyliśmy sobie po piwie, ale prawdę mówiąc średnio mieliśmy ochotę je pić. Butelki stanowiły raczej część kamuflarzu. 

T:+2:00 - Próbując utrzymać się na powierzchni normalności, staram się opowiadać coś D i W. Koncentracja na zadaniu zawsze pomagała mi w tym, aby wziąć się w garść. Przez dłuższy czas D słuchał bez słowa, po czym odwrócił się w moim kierunku mówiąc:
- Co ty mi za sieczkę sprzedałeś? Nic z tego nie rozumiem.
Podkopało to trochę moją wiarę w to, że jestem w stanie zachowywać pozory w czasie konwersacji. Liczyłem jednak na to, że nieskuteczność komunikacji nie wynikała z tego, że jedyne na co było mnie stać to bełkot i mowa chaotyczna, ale przynajmniej częściowo z tego, że D był równie zgrzybiony co i ja, a przy tym nie dopuszczał do siebie myśli, że to jego zdolności do odbioru są nieco upośledzone. 

Muzyka brzmiała trochę dziwniej i jakby bardziej soczyście. Nie było to jednak tak intensywne jak przy niektórych moich kwasowych podróżach. Nie sposób jednakże pominąć faktu, że nie miałem możliwości żeby lepiej się na niej skupić. Towarzystwo dookoła wydawało mi się bardzo dziwne. Dziwaczne ubrania, wszyscy jakby z innej bajki, osobliwy chaos. Był koleś w różowej marynarce z pasmem włosów zafarbowanych na blond. Kilka dziewczyn ubranych w alternatywno-hipsterskim stylu. Niejaki Włodek - zdrowo już pijany koleś w wyciągniętym swetrze i okularach, wyglądający na trzydzieści kilka lat, śpiewający coś o piciu wódki. Dwóch brodatych typów w płaszczach rozmawiających tylko i wyłącznie ze sobą nawzajem.
- Czy to tylko mi się tak wydaje, bo jestem na grzybach, czy ci ludzie naprawdę są jacyś dziwni? - spytałem kompanów.
- Są. Zdecydowanie są - potwierdził D.
- No raczej dziwne towarzystwo - przyłączył się do opinii W. Musiałem wyglądać na trochę zestresowanego całą sytuacją. Nie uszło to uwadze kolegów.
- Co ty taki spięty siedzisz? - spytał W.
- No bo się stresuję czy sobie przypału nie narobię na studiach. - odparłem
- Daj spokój, zobacz przecież co tu są za ludzie, Mieszko I, kamienice, ja pierdolę! - D powrócił do swoich pierwotnych obserwacji. Zacząłem powoli się przekonywać, że rzeczywiście nie ma tu ludzi ode mnie z uczelni. Poza M rzecz jasna. Wolałem jednak, żeby peak już mi minął. Wiedziałem, że trochę słabsze efekty jedzenia grzybów byłbym w stanie znosić bezstresowo. 

T:+2:20 - Do pomieszczenia, w którym siedzieliśmy weszła M. Spojrzała na naszą trójkę siedzącą na kanapie i skierowała się w naszą stronę. Wiedziałem, że cały ciężar rozmowy będzie spoczywał na mnie.
- Oo, z nikim się nie zintegrowaliście? - zagadała M.
- A jakoś nie. Tak sobie siedzimy i gadamy. - odpowiedziałem
- No to ja się z wami zintegruję - stwierdziła M i przystawiła sobie krzesło naprzeciw mnie. Miałem tylko nadzieję, że D nie miał racji i jestem się w stanie normalnie wysławiać. Zaczęliśmy rozmawiać we dwójkę. Tylko od czasu do czasu D i W coś wtrącali. Nie pamiętam o czym mówiliśmy. Wiem tylko, że pilnowałem się żeby nie odpłynąć za daleko. W pewnym momencie z przerażeniem skonstatowałem, że D wyciągnął z plecaka gorzką czekoladę. Zjedzenie paska czy dwóch w trakcie grzybowego tripa powoduje, że jego intensywność momentalnie się wzmaga. Patrząc na mnie rozbawiony zaczął ostentacyjnie jeść jedną kostkę za drugą. Poczęstował wszystkich. M i W odmówili. Ja też.
- No jedz, jedz. - podpuszczał mnie D.
- No co ty, do piwa czekolada? - wymawiałem się.
- Mówiłeś przecież, że jesteś głodny to teraz bierz - D nie ustawał w próbach zrobienia mi pod górkę.
- Mówię, że nie to nie. Schowaj to. - odpowiedziałem.
M chyba zaczęła się na nas dziwnie patrzeć. Kłótnia o gorzką czekoladę nie jest w końcu rzeczą, którą zwykle robie się w trakcie imprezy. Gadałem jeszcze z M dobre pół godziny, aż w końcu skończyło jej się piwo. Poszła więc do kuchni, żeby wziąć następne i później porozmawiać z innymi gośćmi.
- Ale musiałem jej pewnie sprzedać sieczkę co? - spytałem D i W.
- Nie, no właśnie bardzo składnie mówiłeś. Jestem pod wrażeniem. - uspokoił mnie W. D przytakując potwierdził jego wersję.
- Czasami może się powtarzałeś, ale ogólnie dobrze. Na pewno lepiej niż połowa z tych nawalonych ludzi, którzy tutaj są. - dodał W.
Byłem bardzo zadowolony z siebie i swojego opanowania. Przyglądałem się dalej pomieszczeniom i falującym futrynom drzwi. Tymczasem zachciało mi lać. Trzeba było zrobić wyprawę w poszukiwaniu toalety. Układ mieszkania był jednak dla mnie bardzo mylący. Miałem wrażenie, że z każdego pomieszczenia da się przejść do dowolnego innego. Nie mogłem przez to zlokalizować łazienki. W końcu spytałem kogoś o drogę i udało mi się wreszcie trafić. Z ulgą wróciłem na kanapę. 

T:+3:00 - Po chwili, któraś z dziewczyn puściła bardziej taneczną muzykę. Nie minęło nawet kilka sekund, kiedy na wprost przed nami na zaimprowizowanym parkiecie zaczęło podrygiwać kilku par zgrabnych i odzianych w bardzo wzorzyste legginsy kobiecych nóg. W pierwszym momencie otworzyłem szerzej oczy. Psychodeliki powodują, że niektóre wrażenia ulegają wyostrzeniu. Tym razem wzmocnione były odczucia związane z tym, że zarówno nogi jak i ich właścicielki były wyjątkowo ładne. Jeżeli do tej pory wydawało mi się, że to co można zobaczyć na teledyskach Shakiry czy też innych gwiazd pop, jest szczytem możliwości w kwestii tego, jak bardzo może wić się i wyginać kobiece ciało, teraz byłem zmuszony zrewidować swoje poglądy. Jakby tego było mało, wzory na legginsach zaczęły się poruszać, pływając we wszystkie strony. Wiedziałem, że jeszcze chwila i nie będę w stanie oderwać od nich wzroku i zostanę tak siedząc w odległości trzech metrów od tańczących dziewczyn, z wybałuszonymi oczyma, gapiąc się na nie bezczelnie jak wygłodniały pies na kiełbasę. To z resztą optymistyczny scenariusz. Gorzej byłoby gdyby okazało się, że chcą z nami tańczyć. Wolałem nie sprawdzać czy będę stał jak kołek z powodu stresu jaki wywołuje konieczność ukrywania grzybowej fazy, czy też popłynę zbyt daleko i zaprezentuję pokaz dirty dancingu (i dostanę w twarz). Szybko opuściłem oczy w dół.
- Co jest? - spytał D widząc, że uparcie wbijam wzrok w dywan.
- Widziałeś te legginsy? Ja tam lepiej nie patrzę, bo się zaraz zaślinię. - odpowiedziałem.
- Co ty, zobacz jak fajnie tańczą - zaśmiewał się D, ciągle mnie podpuszczając.
Na szczęście dziewczęta szybko zrezygnowały. Po chwili zauważyliśmy, że dwójka brodatych jegomości w płaszczach stoi obok wejścia do pokoju i wesoło podśpiewuje szanty. Złapaliśmy się za głowę. Cała nasza trójka - D, W oraz ja pochodzi z okolic, w których maksymalny czas potrzebny żeby znaleźć się nad morzem wynosi dwie godziny. Nigdy jednak nie słyszeliśmy, żeby ktoś na serio śpiewał szanty. Ludzie znad morza po prostu tego nie robią. Słuchanie morskich pieśni kilkaset kilometrów od najbliższej plaży było dla nas  absurdalne. Zaczęliśmy się śmiać, choć ja wciąż nie czułem się na tyle pewnie żeby wybuchać głośnym rechotem. Trudno jest mi obiektywnie oceniać, ale chyba rzeczywiście impreza była dość dziwna. Włodek - koleś w swetrze, wciąż snuł się po mieszkaniu zawodząc żałośnie, że nikt nie chce pić z nim wódki i domagając się aby puszczono Czesława Niemena. Brodaci cały czas śpiewali szanty. Gdzieś w międzyczasie spotkaliśmy innych ludzi z pomorza, którzy pochodzili jednak ze zwaśnionego z naszym miasta. Uradziliśmy jednakże, że na wyjeździe, tak daleko od morza wszyscy jesteśmy pomorzaninami. Swoi obcy to jednak w końcu wciąż bardziej swojacy niż obcy obcy. 

T:+3:30 - W pewnym momencie, M oraz inne dziewczyny mieszkające na miejscu zdarzenia, zaczęły uciszać gości. Okazało się, że sąsiedzi wezwali policję. Nie dane mi było się wyluzować zbyt szybko. Peak już zdecydowanie mijał i nie czułem się tak wyobcowany, jednakże na kontakt z przedstawicielami prawa nie miałem najmniejszej ochoty. Impreza powoli wygasała. Muzyka przycichła, a co głośniejsze rozmowy były wygłuszane przez nasze gospodynie. Nie wiedząc co powinniśmy zrobić, spytałem M co się dzieje, czy to koniec imprezy itd.? Odpowiedziała, żebyśmy się nie przejmowali. Przez jakiś czas trzeba będzie być ciszej, na pewno połowa ludzi się rozejdzie, a wtedy będzie można dalej spokojnie posiedzieć. Tak też właśnie się stało. Przesiedzieliśmy jakiś czas, pijąc piwo i rozmawiając cicho z ludźmi obecnymi na imprezie. Komunikowanie się z nowymi ludźmi było już zdecydowanie łatwiejsze. Osiągnęliśmy stan jaki miałem nadzieję mieć w momencie kiedy będziemy wchodzić do mieszkania M.
- Ja pierdolę, ale jestem chamem. A wracając do twojego pytania to tak, dobrze się czuję - przypominał sobie W na głos tym razem już śmiejąc się sam z siebie.

T:+4:30 - Włodek nie mogąc się doczekać Niemena, sam postanowił go puścić. Gdzieś w międzyczasie dołączyła do nas M. Z głośników leciał "Warszawski sen". D nabijał się z Włodka i tekstu piosenki.
- No dobra, to ty coś puść - powiedział Włodek
- Ok, skoro już takie rzeczy lecą to myślę że jest dobry moment na to - odpowiedział D i puścił "Jesienną deprechę" zespołu Kury. Kiedy tekst doszedł do drugiej zwrotki i usłyszałem "sam już nie wiem co robić mam, nie chcę dłużej smażyć tłuczonego szkła" całe napięcie wieczora i stres zszedł ze mnie w jednym opętańczym wybuchu śmiechu. Tekst o smażeniu tłuczonego szkła zmiażdżył mnie całkowicie. Od razu poprawił mi się humor i całkowicie się wyluzowałem. Nabrałem też pewności siebie i skłonności do empatii. Nagle zdałem sobie sprawę, że dwóch brodatych jegomości wciąż śpiewa tą samą szantę: "Morskie opowieści". Znali chyba kilkadziesiąt zwrotek.
- Ja pierdolę, oni ciągle to śpiewają! - zaśmiewałem się do rozpuku. - Oni są jedynym stałym elementem we wszechświecie. Gdyby przyszła powódź, huragan, III wojna światowa albo Armagedon, oni wciąż by stali w tym samym miejscu i śpiewali tę samą piosenkę. - rekompensowałem sobie kilka godzin tłumionego tripa napadami wesołości. W i D również pokładali się ze śmiechu. Przez chwilę siedział z nami też koleś w różowej marynarce. O dziwo okazał się być praktycznie najnormalniejszą i najspokojniejszą osobą w całym towarzystwie. Szybko jednak musiał się zmywać. Na miejscu została już dość mała grupka gości. Siedzieliśmy więc i rozmawialiśmy o czymś przez jakiś czas.

T:+5:30 - Szczerze zmartwiony brakiem kompanii, ale nieugięty Włodek zapytał z nadzieją, czy nie chcemy napić się z nim wódki. Przystaliśmy na propozycję widząc, że nie mamy już zbyt wiele piwa. Po jakimś czasie zostaliśmy już tylko z M. Pozostałe niedobitki snuły się jeszcze gdzieś po mieszkaniu. Rozmawialiśmy we czwórkę. Wypytywałem M o miasto, o uczelnię, pytałem jak jej się tutaj żyje. Mówiła, że na początku je lubiła, ale teraz coraz bardziej przestaje. Opowiadała, że ludzie są tutaj zamknięci w kliki, towarzystwa są dosyć szczelne i trudno poznać nowe osoby. Zdarza się, że mieszkańcy miasta są fałszywi. Od razu włączyła mi się empatia. Wyczuwałem (albo wyimaginowałem sobie), że M jest bardzo smutno. Słuchałem więc uważnie co ma do powiedzenia. Mało brakowało, żebym przytulił ją na pocieszenie. Ech ta pogrzybowa ckliwość. Rozmawialiśmy dość długo i cała nasza trójka później zgodnie stwierdziła, że polubiła M, choć zauważyliśmy też, że jest ona dość nieśmiała i trochę spięta.

T:+7:00 albo jeszcze później - Tak jak pisałem wyżej, większość czasu zeszła nam na rozmowie. D próbował jeszcze kilka razy wnieść trochę życia, raz próbując puszczać jakąś głupią muzykę a drugi raz wywalając mnie z całym krzesłem na ziemię. Takie już z niego zwierzę. W pewnym momencie W, najwyraźniej nieświadomy całej konspiracji i wysiłku jaki włożyłem w zamaskowanie naszego grzybowego stanu, zamyślił się po czym ocknął się nagle, uderzył otwartymi dłońmi w obydwa uda i powiedział:
- Ale wiecie co? Muszę powiedzieć, że pierwszy raz nie miałem jakiejś krzywej fazy po grzybach. - zdekonspirował całe przedsięwzięcie. Ukryłem twarz w dłoniach. M puściła to jednak mimo uszu. Daliśmy się wcześniej poznać z dość zwyrodniałego i dziwnego poczucia humoru, więc może nawet nie uwierzyła w historię o naszym nagrzybieniu. Nigdy później z resztą o tym wspomniała. Około 4-5 rano widząc, że D zaczyna zalegać na jakimś łóżku stwierdziłem, że na nas pora. Podziękowaliśmy M za wszystko, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę - ja do akademika, a W i D do hostelu. Po dotarciu do łóżka udało mi się zasnąć w miarę szybko, ale czułem jeszcze całkiem wyraźnie grzybowy afterglow.

Podsumowanie: Opisywany wyżej trip uświadomił mi, że z większym doświadczeniem wcale nie przychodzi większa rozwaga. Wręcz przeciwnie. Ktoś kto nie miał nigdy pecha nie nadziać się na nic nieprzyjemnego w czasie zażywania psychodelików, nabiera przesadnej pewności siebie i skłonności do brawury. Nie wyobrażam sobie, żebym równie lajtowo podszedł do tripa w trakcie swoich pierwszych prób z grzybami lub kwasem.

Podróży nie żałuję. Tripy odbywane "po bandzie" stanowią kopalnię narkotykowych andegdot. Z drugiej strony zbyt dobrze pamiętam, że przez kilka godzin byłem całkiem nieźle zestresowany. Nie powtórzyłbym świadomie tego typu akcji.

Można by pomyśleć, że po opisywanej podróży nawiązałem lepszy kontakt z M. Wcale tak się jednak nie stało. Na trzeźwo była ona jeszcze bardziej spięta niż na imprezie, a ja nie znajdowałem w sobie takich pokładów empatii i cierpliwości, żeby zachęcać do rozmowy w każdym momencie jej trwania.

Ostatni wniosek dotyczy relacji pomiędzy ilością grzybów, mocą tripa a czasem jego trwania. Do czasu opisywanego tripa zakładałem, że im mocniejsza faza i większa ilość grzybów, tym podróż dłuższa. Okazało się jednak, że relacja moc-czas nie ma charakteru liniowego. Bardzo mocne tripy trwają dość krótko, podczas gdy te średnie całkiem długo. Dzisiaj wydaje mi się, że najkrótsze są te, w który zjadło się albo bardzo mało albo bardzo dużo. Najdłuższe to te, w których zjadło się średnią lub dużą ilość. Trudno mi jednak generalizować, bo z grzybami nie mam specjalnie wielkiego doświadczenia.

Ocena: 

Odpowiedzi

Strasznie fajny TR. Jednak takie konfrontacje z rzeczywistością po psychodelikach się bardzo dobrze wspomina. Już widze siebie na imprezie z ludźmi z roku po grzybach. Pewnie bym szybko uciekł, aby uniknąć kompromitacji, a więc podziwiam :D

Wierz mi, że gdyby na zewnątrz było z 20 stopni C więcej to uciekłbym niechybnie ;D

...dziwnej treści. Trip raporty Twojego autorstwa czyta się bardzo dobrze, a ich objętość przypomina mi, że jeszcze duuużo dobrych, inspirujących tekstów przede mną. Piątka za szczegółowe opisy nastrojów panujących podczas tripa, jak i wyraźnie zarysowane sylwetki Twoich kolegów. Czuję, że zżyłem się z nimi niczym z bohaterami dobrej książki. Życzę dalekich podróży i wysokich lotów!

Wielkie dzięki! Takie komentarze jak Twój motywują mnie, że pisać więcej raportów. Właściwie kolejny jest już skończony, ale jeszcze zastanawiam się czy warto go wrzucać, bo trip był trochę rutynowy. A co do kolegów - czasami zastanawiam się właśnie jaką wizytówkę im wystawiam i na ile wizerunek przedstawiony w raportach pokrywa się z rzeczywistością.  Wzajemnie dobrych lotów!

Wrzucać!!!

Mówisz, masz ;)

Jeśli kolegów o chodzi, to myślę że mogą spać spokojnie. Przedstawieni są jako barwne postacie, z którymi każdy trip jest ciekawszy. Mam nadzieję, że masz jeszcze w zanadrzu jakieś historie z udziałem "Tego-Który-Lubi-Wkręcać-Ludzi" (chyba Sł), oraz tego od "Pa jakie muły! Zoba!" (chyba W).

Niestety porozjeżdżaliśmy się trochę i ani z Sł ani z W nie miałem już okazji potripować. Sam żałuję. Mam za to jeszcze kilka historii z udziałem innych już tu gdzieś wcześniej wymienianych. Chyba najczęściej pojawiał się S.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media