Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

drug patrol: próbują rozchodzić bodyload, ratują ludzi w potrzebie.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
2mg DOC (pół blottera z deklarowanym 4mg), 8-9 piw.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Zimowy dzień, który dość szybko zamienił się w wieczór, a potem noc i w końcu ranek. Początek w lesie, później w mieszkaniu kumpla, parku i ostatecznie w knajpie. Kondycja i ogólny nastrój - tego konkretnego dnia w miarę nieźle, choć w szerszej perspektywie bez szału. W podróży towarzyszyli mi: P i S, z którymi tripowałem już kilka razy, oraz H i J, z którymi odbyłem jednego delikatnego tripa dwa miesiące wcześniej.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Stims:
kofeina
BZP+TFMPP (raz),
amfetamina (kilka razy),
bufedron (kilka razy)

Psycho:
szałwia wieszcza (2 razy poziom A),
LSD (6 razy),
grzyby (2 razy),
4-ACO-DMT (2 razy),
4-HO-MET (2 razy)

Inne:
etanol,
nikotyna,
marihuana (od czasu do czasu),
haszysz (dawno kilka razy),
Poppers (kilka razy),
DXM (dawno i mało, max 2 plateau),
mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury),
kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo

drug patrol: próbują rozchodzić bodyload, ratują ludzi w potrzebie.

Wstęp: Trip był testem nowej substancji, dlatego też zaczynałem ostrożnie. W czasie zbierania informacji o DOCu, natknąłem się na informację, że 3mg to zalecana dawka. Wywnioskowałem, że 2mg też powinno dać jakieś efekty, zapewniając jednocześnie komfort, który dobrze mieć kiedy bierze się coś po raz pierwszy. Zwłaszcza zimą w lesie. Z nielicznych opisów wynikało, że DOC jest dosyć podobny do LSD. Moje oczekiwania były zatem wysokie. Opis jak zwykle po długim czasie (3 lata). Generalnie rzecz biorąc, substancja nas zawiodła i nie byłoby w ogóle czego opisywać w raporcie, gdyby nie kilka przygód, które nas spotkały i tego, że o DOC-u mało jeszcze napisano na NG, więc nawet szczątkowe informacje mogą się komuś przydać.

T:+0:00 - Po niewczesnej pobudce, w mieszkaniu, które było kiedyś moim, postanowiliśmy zjeść DOC-a czym prędzej, tak żeby załapać się jeszcze na kawałek dnia. Nie było to takie proste z tego względu, że godzina była już późna, zimowe dni krótkie, a według mojej wiedzy DOC ładował się dłużej niż kwas. Cała piątka załadowała do ust połówkę biało-czarnego blottera. Smak był zdecydowanie gorzki i zauważalnie inny niż przy LSD. Wiedząc, że mamy jeszcze sporo czasu, nie spieszyliśmy się szczególnie z wyjściem. Zaczęliśmy szukać artefaktów mogących przydać się w trakcie podróży. S, znalazł swój stary przenośny głośniczek. Nie wiedzieliśmy jednak, czy baterie są naładowane. Skompletowaliśmy jak najcieplejszy zestaw ubrań, który miał nas chronić przez długie godziny w lesie.

T:+0:40 - Wychodzimy. Po drodze kupujemy jeszcze napój oraz po 1-2 piwa. Wsiadamy w tramwaj chcąc dotrzeć w okolice starej żwirowni położonej w lesie przylegającym do miasta. Efektów na razie nie da się odczuć.

T:+1:15 - Docieramy do żwirowni. Okazuje się jednak, że na miejscu są prowadzone jakieś prace związane z wywózką drewna. Szukamy alternatywnego miejsca i zapuszczamy się dalej w las. W głowie coś zaczyna powoli swędzieć.

T:+1:30 - Wędrujemy w bliżej nieokreślonym kierunku. Jeżeli chodzi o fazę, nie ma postępów. Zatrzymujemy się więc na jakiejś górce chcąc sprawdzić czy próby skupiania wzroku na jednym punkcie przyniosą oczekiwane rezultaty. Niektórzy zniecierpliwieni otwierają po piwie. Ja nie. J tymczasem wdaje się w jakiś bezsensowny spór ze swoją dziewczyną przez telefon. Próbujemy dać mu sygnał, że to co robi jest kiepskim pomysłem. J jednak nie słucha i nawija w najlepsze. Nie ma to jak włożyć sobie problem do głowy chwilę przed oczekiwanym rozpoczęciem działania psychodelików. Reszta z nas radzi nad dalszymi planami.

T:+1:50 - Faza rozwija sie baardzo powoli, tak że zaczynam mieć wątpliwości czy w ogóle coś z tego będzie. Czuję lekką sztywność w mięśniach i stawach, ale zrzucam to na karb temperatury. Da się też odczuć mrowienie w czaszce. Wizualnie nic się nie dzieje oprócz standardowego "chyba jest trochę inaczej". Dochodzimy do wniosku, że mamy prawdopodobnie jeszcze godzinę zanim DOC zadziała z pełną siłą (o ile w ogóle). Zapada więc decyzja, żeby odwiedzić mieszkającego niedaleko znajomego, ugrzać się tam, podładować baterie do głośniczka i uzupełnić zapasy piwa, na wypadek gdyby z tripa nic nie wyszło. Kolega zgadza się na odwiedziny, zastrzegając jednak że idzie dziś wieczorem na piwo. Opcja pt. "Porobiło nas i nie możemy się ruszyć dalej" odpadała.

T:+2:30 - Już u kolegi. Po kilkunastu minutach spędzonych w ciepłym pomieszczeniu zdaję sobie sprawę, że sztywność ciała nie jest spowodowana mrozem. Czuję się jakbym miał grypę albo jakbym kilka dni wcześniej brał udział w forsownym marszu i jeszcze nie doszedł do końca do siebie. Bodyload jest inny niż w przypadku tryptamin (4-aco-dmt i 4-ho-met). Zamiast miękkiej ociężałości i otępienia czuć napięcie mięśni i stawów. Przypomina to lekki stan zapalny. Psychicznie stan podobny do nieznacznego przedawkowania kofeiny. Spoglądam na ścianę pokrytą wzorzystą tapetą. Wzorek lekko wykrzywia się i faluje, ale nie jest to szczególnie imponujące. Na pewno nie jest warte bodyloadu. Reszta ekipy również nie jest zachwycona efektami, ale chyba tylko ja odczuwam tak duży dyskomfort cielesny. Postanawiamy poczekać i zobaczyć czy w ogóle jest sens wracać do lasu. Nie zapowiadało się, żeby DOC chciał pokazać dużo więcej.

Tym, którzy czytają TR tylko dla informacji o DOCu streszczam dalszą część: poza chwilowymi falami psychodeli nic się specjalnie nie dzieje. Jedynym efektem jest trudna do zbicia i średnio przyjemna stymulacja. Walką z nią doprowadziła dwójkę z nas do zerwania filmu.

T:+3:00 - Wizualnie brak poprawy. Uznajemy, że równie dobrze możemy dołączyć do naszego gospodarza i ruszyć z nim za jakiś czas do knajpy. Alkohol wydaje się dobrym pomysłem. Liczę, że zaradzi na sztywność ciała. Do tej pory piłem tylko napój. Dodatkowo przypominam sobie, że DOC to przecież psychodeliczna amfetamina, więc brak uspokajaczy prawdopodobnie wiąże się z perspektywą bezsennej nocy. Otwieram swoje pierwsze piwo. Wymazuję z głowy wizję tripa pełnego falujących zimowych drzew. Odczuwam nawet lekką ulgę, że mimo niewypału nie czeka mnie katastrofa. Nieoczekiwany bodyload wywołał bowiem u mnie wcześniej pewne obawy. W międzyczasie nasz gospodarz ubiera czapkę z daszkiem przypominającą nakrycie głowy tirowców, przedstawia się jako Bobby i zaczyna opowiadać jakieś bzdury po angielsku z wyraźnym redneckim akcentem. Wybucham śmiechem. Jest nadzieja, że wieczór skończy się przyjemnie. Spędzamy trochę czasu u "Bobby'ego" aż w końcu zarządza on zbiórkę.

T:+3:30 - Opuszczamy mieszkanie kolegi. Po drodze wciągam się w jakąś dyskusję z P. W pewnej chwili mówi mi on żebym poczekał. Okazało się, że niemal minęliśmy leżącego pod płotem, pijanego człowieka. Było ciemno i nikt z nas wcześniej go nie zauważył. Temperatura wynosiła ok. 0 stopni Celsjusza. Istniało więc niebezpieczeństwo, że facet nie doczeka ranka. Próbowaliśmy dogadać się z pijanym człowiekiem, ale najwyraźniej był on już na zerwanym filmie i ledwie co kontaktował. Jedyne co zdołaliśmy od niego wyciągnąć to jego imię. Najwyraźniej bał się nas i mimo wyjaśnień, że chcemy mu pomoc, zachowywał się tak jakbyśmy mu grozili. Unosił ręce w obronnym geście. Nie był w stanie utrzymać się na nogach bez trzymanki. Nie wyglądał na typowego żula czy też bezdomnego. Staraliśmy się dodzwonić na 112, ale przez dobre pół godziny nikt nie podnosił słuchawki. Dobrze jest wiedzieć, że w naszym pięknym kraju w razie czego można zawsze liczyć na pomoc. W pewnym momencie pijany człowiek zaczął iść w stronę pętli tramwajowej. Po drodze miał wąski mostek i dwa stawy. Wiedzieliśmy, że jeżeli wpadnie do wody to prawdopodobnie zginie. Zaczęliśmy go gonić, lecz szybko przestaliśmy, bojąc się, że facet będzie uciekał i wpakuje się do akwenu. Poszedł z nim J i chyba jeszcze H. Wszyscy byliśmy lekko poddenerwowani. J próbował tłumaczyć facetowi z rozpaczą w głosie, że zamarznie. Wszelkie łącza były jednak zerwane przez alkohol. W końcu zaciągnął go na siłę pod najbliższy zamieszkały budynek. Jako, że nie mogliśmy się cały czas dodzwonić do odpowiednich służb, a byliśmy już sporo spóźnieni, w końcu zostawiliśmy nieszczęsnego pijaka pod opieką ludzi, którzy mieszkali w pobliżu. Poprosiliśmy żeby pilnowali, żeby facet nie wpadł do wody i żeby dzwonili do skutku po pomoc. Nie obyło się bez kretyńskiego komentarza jakieś przechodzącej kobiety, że może lepiej nie robić facetowi problemów i nie narażać go na wysokie koszty wytrzeźwiałki. Ciekawy to system wartości, który wyżej ceni pieniądze człowieka niż jego życie. Wiedząc, że zdrowiu i życiu pijanego nic nie grozi, ruszyliśmy dalej. W tym momencie przyszło mi na myśl podsumowanie całej sytuacji:

- Słuchajcie to jest pomysł na serial. Ćpuński patrol: Próbują rozchodzić bodyload, ratują ludzi w potrzebie.

T:+4:30 i dalej (chronologia mało istotna) - Knajpa do której dotarliśmy mieściła się w osobnym budynku przy dworcu PKP. Dawniej znajdowała się tam metalowa speluna. Jej bywalcy wciąż przychodzili do nowego lokalu domagając się cięższych brzmień. Tego wieczora ich prośby zostały wysłuchane. W środku spotkaliśmy kolegę "Bobby'ego" i usiedliśmy wszyscy przy jednym stoliku. H, na którym DOC nie zrobił prawie żadnego wrażenia wypił może jedno piwo i zdecydował się wrócić do domu. Ja czułem pseudo-amfetaminowe podminowanie i wiedziałem, że bez większych ilości alko nie mam zbyt dobrych perspektyw na bezproblemowe zaśnięcie. Moje odczucia były chyba czymś więcej niż tylko placebo, ponieważ tego wieczora rzeczywiście byliśmy w stanie wypić obrzydliwe ilości piwa nie odczuwając poważnych skutków picia. Ja sam dobiłem do 8-9 czyli dwukrotności tego co zwykle. Zanim jednak osiągnęliśmy ten wynik, zdążyło się wydarzyć kilka tajemniczych rzeczy. W międzyczasie z lokalu wyparował J, co nie wzbudziło naszego większego zdziwienia,  jako że słynie on z tego, że potrafi zniknąć w trakcie imprezy i wrócić na afterparty z piątką nowopoznanych ludzi, których wyciągnął z jakiejś knajpy. Nie był jednak jedynym, którego losy potoczyły się dość osobliwie tego wieczora. W pewnym momencie, gdzieś przy czwartym piwie kupionym w knajpie, jakoś w okolicach 1:30, S stwierdził, że DOC nagle na niego zadziałał.

- Ty, ale muszę ci podziękować, że mnie tutaj zabrałeś. Ja sobie teraz przypomniałem dlaczego ja kiedyś słuchałem metalu. Meeetaaaaal! Aaaaaaaa! - S zaczął popadać w euforyczne stany.

- No w ogóle teraz to się źle kojarzy. Raczej z takimi zastraszonymi pizdeczkami, które się kłócą w swoim gronie czy jakiś zespół gra symphonic gothic death metal czy raczej epic blackened brutal death metal. Mają się co najmniej za Anioły Zagłady, ale dzieci rzucają w nich śnieżkami. - odpowiedziałem. - A kiedyś to inaczej...

- Dokładnie! - odpowiedział uradowany S. - Meeetaaaal! - krzyczał S gestami pokazując za jakim metalem tęskni. Za silną i w zasadzie wesołą subkulturą z "In Your Face Attitude". - Słuchaj, ten karton jednak coś działa, zajebiście muzykę słyszę.

Nie minęło wiele czasu od wymiany zdań na temat metalu, kiedy zorientowałem się, że S również gdzieś zniknął. Nie wracał dość długo więc zacząłem go szukać w lokalu i przed nim. Ani śladu. Zadzwoniłem do niego.

- S! Gdzie ty jesteś?

- Aaaahahaha! Wiesz to nie takie proste...uuuuuuuuuhuhuuuu! - usłyszałem w odpowiedzi.

- Gdzieś za knajpą?

- Tak. No no, tam... tam, ahahaha.

Jakoś trudno mi było uwierzyć, że to prawda. Obszedłem cały budynek dookoła. S ani śladu. Zadzwoniłem więc ponownie:

- Hej S! Byłem za knajpą i jakoś cię tu nie widzę. Mów gdzie jesteś!

- Niee? - odparł S ze zdziwieniem. - Aaa boo wiesz... uh... haaahaa... - nie kontaktował dużo lepiej niż ratowany przez nas pijak. W słuchawce telefonu usłyszałem w tle melodyjkę jaką można usłyszeć przy przejściu dla pieszych na zielonym świetle. Przestraszyłem się, że S padnie gdzieś po drodze i nie znajdzie się nikt kto by go doprowadził do porządku. Zacząłem ostro domagać się odpowiedzi.

- Kurwa S! Gdzie jesteś?! Mów!

- Ehehehehe...oojjjj... - to jedyna odpowiedź na jaką S był się w stanie zdobyć. Po chwili usłyszałem kolejną melodyjkę z przejścia dla pieszych. Zrozumiałem, że S jest poza moim zasięgiem. Nie ma najmniejszych szans żebym go dogonił i złapał.

Wróciłem do środka i powiadomiłem P o zniknięciu S. Przez chwilę rozważaliśmy nawet czy znowu nie dzwonić pod 112, ale bardzo szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Biorąc pod uwagę chociażby to, że bylibyśmy w stanie złożyć zgłoszenie po dłuższym wydzwanianiu, doszliśmy do wniosku, że nie ma to większego sensu.

- Halo? Nasz kolega wyszedł gdzieś godzinę temu i martwimy się o niego. Jest pijany i może być gdziekolwiek. - tak musiałoby brzmieć nasze zgłoszenie.

Nie ma sensu, żebym dalej opisywał co się działo w knajpie. Skończyliśmy gdzieś o 7:00 rano z P i kolegą "Bobby'ego" u niego w domu, aż w końcu zabraliśmy się z powrotem do nas. Stając przed drzwiami usłyszeliśmy głos J i S. Najwyraźniej dotarli szczęśliwie i wcale nie brzmieli na tak pijanych jakby to można było sądzić po sposobie w jaki ulotnili się z knajpy. Weszliśmy z P do środka z piwami w ręku i malowniczo wyłożyliśmy się na korytarzu udając utratę przytomności. O ile pamiętam, nasz błyskotliwy tok rozumowania przedstawiał się następująco: S nie mógł być aż tak pijany, więc na pewno udawał. My też poudajemy.

Zanim poszliśmy spać wypytaliśmy o losy J i S. Były one następujące: J w pewnym momencie postanowił ruszyć do domu. Przebył pieszo całą drogę (jakieś 4km) tylko po to, żeby opaść z sił 2 metry od celu. Usnął na wycieraczce. S tymczasem uparcie twierdził, że wrócił tramwajami przesiadając się chyba ze 3-4 razy, co było niemożliwe, jako że w nocy nic nie jeździ po szynach. Z drogi powrotnej niewiele pamięta. To jak udało mu się wrócić, na zawsze pozostanie dla wszystkich tajemnicą. Kiedy zdałem mu relację z naszej rozmowy telefonicznej otworzył oczy ze zdumienia. Przytomność umysłu zaczęła do niego wracać przed domem, kiedy znalazł J  leżącego na wycieraczce. Być może to stymulujące działanie DOCa postawiło go z powrotem na nogi po tym jak wątroba zneutralizowała część alkoholu.

Podsumowanie: Następnego dnia obudziłem się kiedy na zewnątrz było już ciemno. Kac, którego doświadczyłem był jednym z najgorszych w moim życiu. DOC-a już nigdy więcej nie brałem zniechęcony jego słabym działaniem okupionym bodyloadem. Działanie z opóźnionym zapłonem lub działanie falami (np. po 4h faza przez chwilę, nic przez 2h, powrót fazy trwający godzinę itp.) wzmaganie odporności i chęci na alkohol powtarzały się jednak jeszcze w późniejszym czasie u reszty kompanów, którzy robili użytek z pozostałych zapasów. Nie-trip z DOCem był moją ostatnią przygodą z RC i zapoczątkował trwający półtorej roku okres abstynencji od psychodelików. Uznałem, że nie jestem ostatnimi czasy w dobrym nastroju na tripowanie, a RC to tylko lepsze lub gorsze podróbki psychodelików z pierwszej półki - LSD i grzybów. Dopiero gdy dostałem prawdziwe kartony, postanowiłem spróbować raz jeszcze, ale to już inna historia.

Ocena: 

Odpowiedzi

 Podoba mi się. Choć może sam trip z twojej strony nie był bardzo.. emocjonujący, to sposób, w jaki wszystko jest napisane naprawdę mi się podoba. Dziwna przygoda, fajny klimat, metalowa knajpa - czad (a poza tym to te rozmowy o metalu jak najbardziej prawdziwe). I interesujący koniec - wspomnienie o kartonach, jak zachęta, powiedzenie: ciąg dalszy nastąpi. Miazga - to jest coś, co mogę czytać.

"perhaps It’s futile to speak when everyone is online
alone with a couple hundreds of friends
and a couple hundreds of pills"

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media