Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

festyn z okazji usa

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
0,5 kartonika LSD o niezwykłej, choć bliżej nieznanej mocy
1 mała lufka czystej trawy
Tyle alkoholu ile mogło zostać w organizmie po imprezie mającej miejsce dzień wcześniej
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Spontaniczny, nieplanowany trip z dwójką bliskich przyjaciół i współlokatorów (P oraz S) i zarazem towarzyszy poprzedniego tripa, który miał miejsce pół roku wcześniej. Słoneczny dzień, miasto, później plaża a na koniec mieszkanie kumpla (znany może niektórym z poprzednich raportów W). Dobre nastroje, utrzymuje się dobry humor (oraz prawdopodobnie resztki alkoholu) jeszcze z imprezy, która odbyła się poprzedniego wieczoru.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
Etanol, nikotyna, THC (mariuhana, haszysz), BZP+TFMPP, Poppers, amfetamina, LSD, DXM (2 plateau), szałwia wieszcza (poziom A), mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury), kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo.

festyn z okazji usa

Wstęp: Tradycyjnie już, niniejszy TR jest retrospekcją sięgającą prawie 2,5 roku wstecz. Podobnie jak w przypadku moich poprzednich raportów, staram się spisać jak najwięcej szczegółów, nawet jeżeli będzie się to odbywało kosztem płynności historii. Uczciwie przestrzegłem, przechodzę więc do części właściwej.

Pewnego majowego ranka w sobotę, obudziłem się jeszcze lekko wstawiony po imprezie. Biorąc pod uwagę ilość alkoholu który w siebie wlałem, brak efektów dnia następnego był niemożliwy. Skoro kac się nie pojawił, musiało to oznaczać, że organizm wciąż nie skończył przetwarzać etanolu. Poprzedniego wieczoru, rozmawialiśmy z S i P na temat ewentualnego weekendowego tripa. Mieliśmy jeszcze trochę zapasów LSD, a na zewnątrz było już ciepło i słonecznie w ciągu dnia. Żadne decyzje nie zostały podjęte na imprezie, ale temat wisiał w powietrzu. Jako że obudziłem się pierwszy, nie miałem okazji wypytać S i P o ich plany. Tego dnia wybierałem się wieczorem na ambientowy performance. Mam tu na myśli prawdziwy, surowy ambient bez choćby cienia melodii czy też rytmu. Nie żebym miał coś do rzeczy w stylu Solar Fields albo Carbon Based Lifeforms - takie granie również jak najbardziej mi odpowiada, ale to jednak inna para kaloszy niż dajmy na to Coil - Time Machines. Wiedziałem, że do takiej muzyki potrzebuję skupienia, a czający się za rogiem kac wykluczał wieczorną mobilizację umysłową. Zacząłem więc kombinować, liczyć godziny poprzednich tripów, ich intensywność itd. Po chwili doszedłem do wniosku, że jeżeli teraz zjem pół kartonika to do wieczora powinienem być w momencie, w którym można bez stresów chodzić między ludźmi, jednocześnie czując wciąż wyostrzenie zmysłów i wrażliwości. Strategia działania była następująca: zjeść kwas, nagrać muzykę na telefon, spakować się, pojechać na plażę, podziwiać morze na peaku, a następnie pojechać tramwajem na wspomniany performance. O swoich zamiarach miałem zamiar powiedzieć S i P, licząc że się przyłączą. Uznałem przy tym, że nawet jeśli nie będą chcieli ze mną iść, to spokojnie będę w stanie ogarnąć siebie na połówce i spędzić miło dzień.

T+0:00 - Kiedy już wszystko obmyśliłem, do kuchni wszedł S i zagadał: - Słuchaj, bo my wczoraj gadaliśmy czy jeść tego kwasa czy nie. Co o tym myślisz? - No ja właśnie jem połówkę. - odpowiedziałem, kładąc pod język kartonik. Był lekko gorzkawy, ale nie różnił się w tym ani trochę od poprzednich blotterów, z którymi miałem do czynienia. S chyba lekko się zdziwił, ale zareagował niczym dobrze wytrenowany kwasowy żołnierz - Czekaj, moment - powiedział i wyszedł z kuchni. Za chwilę wrócił z P, z którym debatował nad tym, jaką ilość byłoby najlepiej przyjąć. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- No nie wiem, bo trochę wczorajsi jesteśmy jednak i nic nie jedliśmy... - P zaczął wymieniać przeszkody.
- No tak, ja też dopiero wstałem.
- Jeszcze mam do pracy jutro.
- Na rano?
- Niee. Na późne popołudnie dopiero.
- To co, wolisz pół?
- Niee,  nie będziemy się przecież bawić w półśrodki. Całego!
- Ok, to ja też!

Decyzja została podjęta. S i P zjedli po całym znaczku. Zaczęliśmy powoli zbierać się do drogi. Tradycyjnie zeszło nam dwa razy więcej czasu niż powinno. Zawsze mieliśmy trudności z szybką mobilizacją do wyjścia. Zajęta łazienka, rozładowany telefon - przeszkody piętrzyły się pod sufit. W naszym mieszkaniu nocowała też po imprezie A - koleżanka mieszkająca na obrzeżach miasta, która spała u nas żeby uniknąć długich nocnych powrotów do domu. Przypomniała P, że ten obiecał jej zrobić rano jajecznicę, a że jest on człowiekiem, który nie rzuca słów na wiatr, popędził do sklepu po jajka. Zanim wrócił i zrobił śniadanie, byliśmy już mniej więcej gotowi. P zaczął w pośpiechu jeść jajecznicę. Zwróciłem uwagę, że to może nie być najlepszy pomysł, bo minęło już ok. pół godziny od zarzucenia. P odparł jednak, że jest bardzo głodny, nie miał nic w ustach oprócz alkoholu przez prawie dobę a przed nami cały dzień chodzenia. Trzeba przyznać, że nie zjadł dużo i zebranie się nie zajęło mu zbyt dużo czasu.

T+0:40 - Widząc, że ze skromnego spaceru pomysł rozwinął się w pełnoprawnego tripa, postanowiłem nieco dogonić P i S, nie przejmując się specjalnie tym, czy uda mi się dotrzeć na ambienty. Łudziłem się jeszcze wtedy, że jest to możliwe. Nabiłem małą lufkę czystej trawy i spaliłem w kilku dużych chmurach przed samym wyjściem. Wyszliśmy. W plecaku miałem trochę skromniejszy niż zwykle tripowy zestaw. Bluza, coś do picia, słuchawki, snickers. Idziemy w stronę tramwaju czując po drodze, że zaczyna już się coś dziać. Pomyślałem, że skoro ja czuję całkiem wyraźnie pierwszy kwaśny oddech, to co dopiero S i P. O ile nie mieszają mi się w pamięci dwa tripy, P wspominał, że już w mieszkaniu widział na ścianach chińskie wzory. Jestem trochę spięty, zwłaszcza pomiędzy ludźmi. Czułem, że z racji przyjęcia mniejszej dawki LSD, ciężar przewodnika wycieczki spoczywa na mnie. Tymczasem P i S odpływają coraz bardziej a do plaży kawał drogi. Wsiadamy do tramwaju. Zdaje się, że ktoś nie ma biletu ani drobnych. W pośpiechu zapomnieliśmy o to zadbać. Sytuacja jest trochę stresująca. Spotkanie w tym momencie kontrolerów mogłoby być mocno nieprzyjemne. Z drugiej pokonywanie drogi pieszo oznaczałoby długie kilometry spaceru ulicami pełnymi ludzi, bez gwarancji, że dotrzemy do celu przed peakiem. Podjęliśmy więc ryzyko jazdy bez biletów. Po drodze widziałem już pierwsze symptomy działania kartonika. Ludzie jakby brzydsi, kolory żywsze, krawędzie wyraźniejsze. Czekałem niecierpliwie kiedy znajdziemy się w przestrzeni nie wymuszającej bliskiej styczności z ludźmi.

T+0:55 - Ryzyko się opłaciło. Przejechaliśmy większą część drogi, po czym zdecydowaliśmy się wysiąść, widząc że do tramwaju wsiadła większa grupa ludzi wśród których mógł być kontroler. Poczułem lekką ulgę. Na ulicy nie było już tylu ludzi (zaczynających wyglądać trochę podejrzanie), przysłuchujących się rozmowom o wyostrzonych kolorach i krawędziach. Do plaży wciąż było daleko, ale nie chcieliśmy już dłużej narażać się na mandat. Ruszyliśmy dalej piechotą. Plusem kontynuowania wycieczki najstarszą metodą świata czyli o własnych nogach, było to, że po drodze mieliśmy mijać znane nam z poprzedniego tripa osiedle. Tym razem w wydaniu letnim. Mogliśmy przy okazji spotkać się z W - kolegą, który ugościł nas podczas poprzedniej podróży. Nie chcieliśmy jednak wchodzić do niego do mieszkania. Celem była plaża. P zadzwonił więc do W, czy ten jest u siebie i czy chce wyjść na osiedle, żeby się z nami na moment zobaczyć. W był i chciał. Umówiliśmy się, że wyjdzie nam naprzeciw. Uszliśmy zaledwie kilka kroków kiedy nagle uderzył mnie widok pustej wąskiej ulicy, po której bokach rosły równe rzędy identycznych drzew. - Patrzcie! Pierwsza pocztówka. - powiedziałem do towarzyszy. Spojrzeli tam gdzie ja i już po chwili wiedziałem, że doskonale rozumieją o co mi chodzi. Widok był taki, jakby ktoś zbudował drogę z identycznych segmentów, poukładanych starannie jeden za drugim. Droga i drzewa była jak skrojona na miarę. Liście okalały ulicę tak, że przypominała tunel. Po chwili spowiły go kłęby dymu. Zaczęliśmy się rozglądać i zastanawiać się skąd on się wziął. Źródłem była rura wydechowa przejeżdżającego nieopodal samochodu dostawczego. Pomyślałem przez chwilę, że LSD działa już tak mocno, że zwykły kłąb spalin zamienia w małe, wznoszące się nisko nad ziemią cummulusy. Było jednak znacznie za wcześnie na tak silne efekty specjalne. Dopiero kilkusekundowa obserwacja i krótka wymiana zdań pozwoliła nam stwierdzić, że samochód rzeczywiście usiłuje zaczadzić pół dzielnicy. Najwyraźniej zepsuł się po drodze. Poszliśmy dalej mijając po drodze obskurny zakład fryzjerski. Pokładaliśmy się ze śmiechu z jego niereprezentacyjności.
- To ma przyciągać klientów? - śmiał się P.
- To logo! Co to za twarz upośledzona tam jest. Kto to w ogóle namalował? - wtórował S.
- Tutaj farba odłazi, brudne wszystko... To przecież w ogóle jak fryzjer nie wygląda! - rozwodził się P. Ruszyliśmy dalej wiedząc, że W zmierza gdzieś w naszą stronę.

T+1:10 - Zeszliśmy do tunelu biegnącego pod torami kolejowymi, prowadzącego na osiedle zamieszkiwane przez W. Graffiti i murale pokrywające ściany miały już barwy trochę bardziej jaskrawe niż zwykle i wyglądały jakoś dziwacznie. Mniej więcej w połowie drogi zauważyliśmy, że prosto na nas idzie postać ze zniekształconą twarzą, wydająca z siebie niepokojący dźwięk przypominający jednocześnie wycie i jęk. Nie zdążyliśmy się jakoś mocniej przestraszyć, gdyż zawodzenie przeszło szybko w znajomy nam śmiech W. Nie mógł sobie podarować zgotowania nam osobliwego powitania i kiedy tylko nas zobaczył, ruszył prosto na nas wykrzywiając twarz najbardziej jak tylko potrafił.
- Ty nam nie rób takich rzeczy! - zareagował P. - Ja już cię prawie nie poznałem. Patrzę a tu jakiś troll idzie.
- Tak? Już was tak porobiło? - zdziwił się lekko W. Wyjaśniliśmy, że od zjedzenia znaczków do wyjścia z mieszkania zeszło trochę czasu. Nasza zwłoka przed wyjściem plus czas potrzebny na drogę tramwajem a potem pieszo dały razem dobrą godzina z hakiem. Jak się później okazało W, miał rację że efekty były już całkiem mocne jak na ten etap tripa. Wtedy nie było to jednak ani oczywiste ani wyraźne. Wyszliśmy z tunelu. Moim oczom ukazała się budka z hot-dogami pomalowana we wściekle czerwone płomienie. Przed nią stała ubrana na czarno dziewczyna z naszywkami metalowych zespołów. Małe osiedlowe piekiełko.
- Oooo to tak się bawimy... Dooobra... - skomentował P. Po chwili byliśmy już na docelowym osiedlu. Skierowaliśmy kroki wzdłuż głównego deptaka, na którym pół roku wcześniej, w środku zimy, kwitły drzewa (też LSD).

T:+1:20 - S i P wyforsowują się naprzód, podczas gdy ja pozostaję nieco z tyłu rozmawiając z W. Dopytywał ile wzięliśmy, jakie mamy plany, gdzie chcemy iść itd. Opowiedziałem, że właściwie początkowym planem był spacer plażą na połówce, ale projekt się trochę rozrósł więc prawdopodobnie pospacerujemy po plaży, gdzie ludzi nie ma zbyt dużo i można pozwolić sobie na robienie dziwnych rzeczy. Było ciepło, więc temperaturą nie trzeba było się szczególnie przejmować. W ostateczności przewidywałem powrót do nas do mieszkania. Niektóre rzeczy na kwasie są trudne i niekoniecznie przyjemne. Wciąż jednak da się je zrobić przy odrobinie samozaparcia. Powrót do naszego mieszkania, można było zaliczyć do takich przedsięwzięć. W powiedział, że dzisiaj się z kimś umówił i musi wychodzić za 1-2h. Jego pokój zostawał wolny przez cały dzień i noc. Zaproponował, żebyśmy w razie potrzeby nie krępowali się wpadali do niego pod jego nieobecność. Stwierdził, że na pewno będzie ktoś kto nas wpuści. Wszystkich współlokatorów dobrze znaliśmy, a do kilku z nich mieliśmy numery telefonów. Oferta ta okazała się później bardzo przydatna.

Nagle zaczęły bić dzwony. Ich donośny dźwięk niósł się po całym osiedlu, odbijając się od bloków. Wygasał bardzo powoli. W pobliskim kościele odbywał się właśnie ślub. Spostrzegłem wtedy, że niedaleko miejsca ceremonii znaleźli się S i P. Podskakiwali lekko i raźnie po zielonych trawnikach, ocienionych późnowiosennymi drzewami. Obraz rysował się błogo i sielankowo. Dogoniliśmy ich po chwili, kiedy zrobili przystanek na małej górce. Humor mieli wyraźnie dobry, choć P narzekał trochę na żołądek. W mojej głowie wciąż kołatała się myśl, że efekty są trochę za mocne jak na dawkę i czas, który minął od jej przyjęcia. Nie miałem jednak na potwierdzenie tego przeczucia żadnych twardszych dowodów niż swoje ulotne wrażenie. Gadamy z W i S o wczorajszej imprezie. Na twarzy P wykwita tymczasem łobuzerski uśmiech. Wpatruje się w psa wyprowadzanego na spacer przez swojego właściciela. Zdejmuje buty a następnie kładzie się na ziemi i zaczyna czołgać się śledząc czworonoga.
- Co za miglanc! Straszy zwierzęta! - skomentowałem. Moment później ja także uśmiechnąłem się konspiracyjnie.
- Co by tu zmalować... - zmrużyłem oczy i wysunąłem lekko język. P podłapał minę i chodził tak jeszcze kilka minut, po czym zwymiotował. Zatrzymany przez kwas żołądek nie był w stanie wchłonąć porannej jajecznicy.
- Wszystko w porządku? - spytaliśmy.
- Tak, to tylko ta jajecznica. Od początku czułem, że mi zalega, ale teraz jużmi dużo lepiej.
- Może chcesz coś do picia? - spytałem. Miałem jednak tylko słodki, gazowany napój średnio nadający się do przepłukania ust. W zaoferował się, że pójdzie do pobliskiego sklepu po wodę.

T+1:35 - Zaczęliśmy we trójkę komentować siłę tripa. S i P przyznali, że mają już dość mocno chociaż jeszcze do peaka sporo brakuje. Ja postanowiłem przetestować swoje przypuszczenia o mocniejszej niż zwykle sile LSD. Wyciągnąłem z plecaka słuchawki, podłączyłem do telefonu i puściłem kawałek Paprika Korps - Nothing Dub. Jego początek stanowi dźwięk z dużą ilością echa i pogłosów, przepuszczony jeszcze przez efekt wah wah. Najpierw słyszalne są tylko dolne rejestry, po to, by w kilka sekund przejść stopniowo do całkiem wysokich tonów. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Nigdy wcześniej nie miałem okazji słuchać muzyki na kwasie mając słuchawki na uszach. W tym momencie spojrzałem na drzewa. Ich pnie zaczęły łagodnie, miękko, ale i bardzo wyraźnie falować. Zerknąłem na zegarek. Zorientowałem się, że do peaku została jeszcze mniej więcej godzina. Po połówce papierka nigdy nie doczekałem się tak mocnych wizuali nawet kiedy substancja działała już na pełnych obrotach. Nie wiem nawet czy po całym kwasie, tego typu zmiany w widzeniu występowały tak szybko. Podzieliłem się wrażeniami z S i P, mówiąc że to jakiś wyjątkowy sort, bo mam już bardzo konkretne OEV-y.

T+1:50 - Wydaje nam się, że W nie ma już dość długo, ale zegarek uświadamia nam, że odbiór czasu różni się od zwyczajnego. Minuty i sekundy zaczęły się już charakterystycznie rozciągać. Rozejrzeliśmy się wypatrując W. Szedł w naszym kierunku głównym deptakiem.
- Widać, że jest pewny siebie. Zobaczcie jak idzie. - skomentował P. Rzeczywiście, chód W był bardzo swobodny. Można było się zorientować, że czuje się jak u siebie. Mieszkał tu w końcu już prawie drugi rok. Niósł butelkę wody. Kiedy znalazł się przy nas, P przepłukał usta. Wodę zabraliśmy ze sobą na później.
- Powiedz W, a ty się pewnie czujesz kiedy chodzisz tutaj po osiedlu? - zapytał P.
- No właściwie tak. - odpowiedział lekko zdziwiony pytaniem W. - To jest niby blokowisko i są tutaj takie chłopaczki-cwaniaczki, ale jest raczej bezpiecznie. Parę lat już tędy chodzę i jeszcze nigdy nikt mnie nie zaczepił. To się tylko wydaje, że bloki itd., ale to spokojna dzielnica. A czemu pytasz?
- Bo jak szedłeś to było widać taką swobodę u ciebie. Widać, że czujesz się pewnie. - wyjaśnił P. Ja podzieliłem się z W spostrzeżeniami dotyczącymi mocy substancji. Zapewnił on jeszcze raz, żebyśmy śmiało szli do niego jeżeli będzie tylko taka potrzeba. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i rozeszliśmy się w swoje strony. W pojechał na spotkanie, a my rozpoczęliśmy spacer na plażę.

T+2:05 - Wiedziałem, że mamy mało czasu i za chwilę może być po nas. Sądząc po sobie wnioskowałem, że trzeba się spieszyć. Skoro ja czułem, że jestem bliski rozpuszczenia się w świecie, to tym bardziej należało się spodziewać, że S i P mogą w każdej chwili utracić zdolność chodzenia lub podążania do celu. Chciałem więc znaleźć się jak najszybciej nad morzem, nie robiąc zbędnych przystanków. Założyłem mentalne klapki na oczy, starając się nie rozpraszać. Tymczasem zauważyłem, że P nie idzie koło mnie. Odwróciłem się żeby ujrzeć widok dość niecodzienny. Otóż P, z uśmiechem od ucha do ucha, szedł na bosaka po trawie po osiedlowych górkach i dolinach, obsypując się liśćmi i kwiatami. Jak skomentował później - czuł się jak Jezus. Widać było, że przestaje przejmować się ludźmi dookoła. Spytał jakie mamy dalej plany. Najwyraźniej przyjmował nie bez racji, że ja jako człowiek na półśrodkach i inicjator wycieczki powinienem wiedzieć jakie będą nasze kolejne ruchy. Rola odpowiedzialnego trochę mi ciążyła. Odpowiedziałem, że powinniśmy udać się czym prędzej na plażę zanim peak rozłoży nas na plecy. Wspomniałem też, że moja połówka wcale nie jest takim znów półśrodkiem. Zapowiadała się raczej na pełen metraż. P założył buty i skierowaliśmy się do bramy oddzielającej osiedle od reszty plaży (znanej może niektórym z poprzedniego TR "I na to właśnie czekałem - Ukwiały, pomarańcze i magiczne blokowisko). Całkiem miło było odwiedzić jeszcze raz miejsce poprzedniego tripa w zupełnie innej, słonecznej, letniej oprawie. Po drodze P zauważył, że jego blizna na ręce, którą zarobił kilka miesięcy wcześniej w wypadku samochodowym, zmieniła kolor. Odtąd stała się jego tripometrem. Był w stanie orientować się na jej podstawie, jaki jest właśnie etap tripa. Temat rąk przypomniał S o jego własnej dłoni, którą postrzegał w czasie poprzedniej podróży jako wyjątkowo pokrzywioną, schorowaną i paskudną. Starał się jej nie oglądać.

T+2:15 - Spłowiałe barierki po drodze miały bardzo jaskrawe kolory. Ludzi na ulicach zaczęły zastępować orki, trolle, gnomy i inne paskudne stworzenia. Pamiętam, że jeden dziadek, który kulał w sposób, który na co dzień był pewnie niezauważalny, wydawał się mieć drewnianą nogę. Wyglądała na zupełnie sztywną. Twarz z kolei była wykrzywiona w grymasie przedstawiającym mieszaninę bólu i złości. S i P powoli zaczynali mieć problemy z trzymaniem kierunku. Wszystko zaczynało być dla nich fascynujące i niesamowite. Dla mnie z resztą też, ale ja czułem na sobie presję przewodnika. Starałem się więc ponaglać towarzystwo, żeby znaleźć się już na plaży, gdzie można było poczuć się dużo swobodniej.

T+2:35 - Jest już naprawdę mocno. Faza dochodzi do swojego szczytowego momentu. Tylko ciągły ruch i zorientowanie się na cel pozwala utrzymać się jakoś na powierzchni rzeczywistości. Przy samym wejściu na plażę zauważamy, że odbywa się tu jakiś festyn. Jest mnóstwo ludzi. Tłum sprawia przytłaczające wrażenie. Wszyscy są jakby nabrzmiali i napompowani. Twarze są czerwone, ciała napuchnięte. Wyglądało to jakby każdy przebywający tu człowiek miał w krwioobiegu dziesięć litrów krwi zamiast standardowych czterech czy też pięciu. Można by pomyśleć, że jeszcze chwila i ludzie zaczną pękać jak balony. S i P aż przystanęli oniemiali. Zaciągnąłem ich na plażę czując się na festynie bardzo nieswojo. Wchodząc już na miękki piasek, zauważyliśmy mężczyznę stojącego w niewielkiej dziurze, robiącego pajacyki pod czymś w rodzaju zbudowanego z rur trzepaka. Wyglądał jakoś mało realnie. Zdawało się nam, że jest marionetką, którą ktoś steruje za pomocą niewidzialnych sznurków. Poszliśmy dalej. Dotarliśmy na miejsce. Tutaj było już dużo lepiej. Znacznie mi ulżyło. Nie licząc chłodnego wiatru od morza i braku większego zaopatrzenia nie było żadnych przeciwwskazań, żeby spędzić tutaj nieco więcej czasu. Zimno mogło zacząć doskwierać dopiero za jakiś czas. Popuściłem więc cugli i popłynąłem z prądem.

T+2:45 - Nie mam pojęcia jakim cudem pół papierka było w stanie wyczyniać ze mną takie rzeczy. Momentami miałem wrażenie, że efekty są nawet silniejsze niż przy zjedzeniu całego. Chemik, który przygotowywał nasz sort był wyjątkowo hojny. Potwierdziły to później kolejne doświadczenia z papierkami z tego samego blottera. Odpaliłem telefon i puściłem cały album Paprika Korps. Tylko dzięki temu wiedziałem jak mało czasu naprawdę upływa. Kwas rozsmarował minuty tak cienko, że jeszcze trochę i zaczęły by się rwać na kawałki. rzerwały. Niewielki głośniczek mojej komórki dawał z siebie wszystko. Dubowe echa ciągnęły się w nieskończoność. Dźwięk odbijał się od fal, od chmur, od drzew i od znajdujących się parę kilometrów dalej wysuniętej w kierunku morza fragmentów linii brzegowej. Po wodzie mknęły dziesiątki kitesurferów. Ich spadochrony kłębiły się na niebie całymi chmarami. Obiektów dookoła było tak wiele, że trudno było w to uwierzyć. Niezliczone chmury pędziły po niebie, które mimo tego wcale nie było przez nie przykryte. Bezmiar błękitu przytłaczał swoim ogromem. Jedno krótkie spojrzenie pod nogi wystarczało, żeby z piasku i muszli zaczęły wyłaniać się skomplikowane, geometryczne wzory, które szybko odrywały się od swojego oryginalnego kontekstu. Nawet gdy przeniosło się wzrok gdzie indziej, wzory wciąż nie przestawały się ruszać, dzielić i przeistaczać. Wygasały dopiero po kilku sekundach, a właściwie tylko przekształcały się w nowe formy czerpiące kształty od nowych obiektów stanowiących dla nich tło. Obróciłem głowę na bok. Mózg nie był w stanie przyjąć do wiadomości zmiany położenia. Wydawało mi się, że woda jest po lewej a plaża po prawej. Umysł wcale nie odwracał obrazu, wskazując gdzie tak naprawdę jest góra a gdzie dół, tak jak to się dzieje na trzeźwo. Tysiące bałwanów przelewało się przez morze dosięgając wybrzeża. Nie zatrzymywały się one jednak w tym miejscu. Piasek falował na równi z wodą, aż do linii drzew. Na szerokości około dwudziestu metrów widziałem nawałnicę piaskowych fal zwieńczonych grzywami z muszli, gałęzi i innych drobnych przedmiotów wyrzucanych na plażę przez morze.

Nauczeni poprzednim doświadczeniem wiedzieliśmy, że jest zbyt dużo rzeczy do przekazania, żeby komunikacja była rzeczywiście możliwa, więc nie próbowaliśmy nawet specjalnie rozmawiać. Trochę się rozeszliśmy po plaży spacerując dookoła. Nie rozpraszaliśmy się zbyt mocno, trzymając się w okolicach grającego telefonu. Kilka razy na plaży powtarzałem S i P, że jestem chyba równie mocno skwaszony jak oni a intensywność tripa jest momentami nawet większa niż po ostatnim całym kartonie. S był zdezorientowany. Zupełnie nie wiedział o co chodzi. Zataczał się lekko, najwyraźniej mając problemy z określeniem kierunków świata.
- Przecież to jest... niemożliwe... - mówił jakby do siebie. Spytaliśmy go czy wszystko jest ok. Nie był nam w stanie udzielić składnej odpowiedzi, ale wyglądało na to, że nie działo się nic złego. P wyglądał jak Wolverine. Zawsze był dobrze zbudowany, ale teraz był dosłownie kwadratowy. Wszystko wyglądało jak w komiksie. Kontury obiektów były tak grube i ostre, że obraz przypominał ten z filmu Scanner Darkly. S krążył dalej próbując ogarnąć rzeczywistość. P poszedł na brzeg morza. Ja tymczasem puściłem następny album tego samego zespołu, zauważając przy okazji, że nie zostało mi zbyt wiele baterii. Chwilę później zebraliśmy się znów w gromadę, próbując wymienić kilka zdań. S ciągle miał trudności ze składaniem słów, ale radził sobie z tym już odrobinę lepiej. Ktoś z nas wpadł na pomysł żeby zamknąć oczy i sprawdzić jak będą wyglądały CEV-y. Przymknięcie powiek powodowało bardzo szybkie odcięcie od świata. Wizje były niezwykle wciągające, choć nie pamiętam już dokładnie jakie formy dominowały. Na pewno było dość sporo kalejdoskopowych, bardzo złożonych, ruchomych obrazów. Podziwialiśmy tak przez chwilę wytwory naszych tonących w neuroprzekaźnikach mózgów, kiedy nagle P klepnął mnie w ramię. Spojrzał na mnie mówiąc "patrz", po czym zamknął oczy i wyciągnął przed siebie rękę z wyciągniętym palcem wskazującym.
- P. Ja przecież nie mogę tego zobaczyć. - powiedziałem. - To jest pod twoimi powiekami. P otworzył oczy i spojrzał na mnie jakby nie rozumiejąc. Był kompletnie zbity z tropu. Dopiero po kilku sekundach zorientował się, że chciał mi zaprezentować wytwory swojej wyobraźni. Granice psychiczne pomiędzy nim a mną rozmyły się dla niego na tyle, że w pierwszej chwili zapomniał zupełnie, że jesteśmy dwiema różnymi osobami mającymi różne perspektywy. W pewnej chwili nie skonstatował, że jego CEV-y były dostępne tylko jemu samemu. Chyba dopiero w tej chwili doszło do P, jak daleko popłynęliśmy.

T+3:55 - Nagle z festynu dobiegło głośne skandowanie kibiców. Wrzaski brzmiały bardzo agresywnie. Zbiorowisko ludzi wyglądało jakby napuchło od liczby osób i napięcia się tam wytworzyło. Placyk, na którym odbywała się impreza wrzał cały i kotłował się od nagromadzonej energii. Spojrzeliśmy po sobie niepewnie. Wrzaw nie dotyczyła jednak nas, więc tylko obserwowaliśmy z daleka całe to zgromadzenie.
- Co to w ogóle jest? - spytał P. - Przecież nawet nie ma żadnej okazji, normalny zwykły dzień.
- Festyn. - odpowiedziałem.
- Jaki festyn?
- Z okazji USA. - odparłem. Zaczęliśmy się śmiać. Najgłośniejszy był przy tym S, który powoli zaczął stawiać czoła nawałowi wrażeń. Był już trochę bardziej komunikatywny i rozmawiał z większą swobodą. Tymczasem wiatr zaczął się wzmagać i robiło się powoli nieco chłodno. Na dodatek dało się słyszeć pauzy w muzyce, którą przerywał od czasu do czasu dźwięk ostrzegającym o niskim stanie baterii. Było już mniej więcej po 17:00. Nie można było więc oczekiwać, że zrobi się cieplej.
- Może byśmy gdzieś się ruszyli? Jeszcze jest ok, ale niedługo może być zimno przez ten wiatr. Potem jeszcze zrobi się ciemno a średnio mamy co ze sobą zrobić - zwrócił uwagę P. S i ja przyznaliśmy mu rację. Tylko gdzie teraz? Przypomnieliśmy sobie o propozycji W. Dojście do niego wydawało się jednak abstrakcją. Samo wyobrażenie pokonania trasy dłuższej niż kilka kroków, urastało w naszych głowach do przedsięwzięcia na miarę budowy kanału Sueskiego. Wpadliśmy na pomysł, aby zadzwonić do współlokatora W i naszego kolegi - Cz. Cz nie bawi się w dragi ani się nimi nie interesuje. Zaczął palić sporadycznie trawę dopiero rok po opisywanych wydarzeniach. Poza tym preferuje tradycyjną, polską czystą wódkę. Jego zrozumienie sytuacji, w jakiej się wtedy znajdowaliśmy nie mogło być zatem zbyt dobre, ale Cz jest bardzo lojalnym i uczynnym człowiekiem, na którym zawsze można polegać. Poza tym nie byliśmy pewni czy ktoś oprócz niego jest u W na mieszkaniu, a musieliśmy mieć na uwadze rozładowującą się baterię. Tylko ja z całej trójki miałem działający telefon. S nie zdążył swojego naładować po wczorajszej imprezie a P w ogóle nie brał komórki na tripa.

Zebrałem całą siłę woli jaką dysponowałem w tym momencie, żeby zadzwonić do Cz i poprosić by przyprowadził nas do swojego mieszkania do pokoju W. Spojrzałem na telefon. Na ekranie ikony rozjeżdżały się we wszystkich kierunkach, gdzieniegdzie widziałem małe stroboskopowe rozbłyski. Tytanicznym wysiłkiem udało mi się osiągnąć poziom koncentracji pozwalający na wykonanie telefonu. Zadzwoniłem i w krótkich słowach wyjaśniłem, że jesteśmy na plaży na kwasie, porobieni tak bardzo, że nie ogarniamy. Spytałem też czy może po nas przyjść. Informację podałem w strategicznej kolejności nieomal jakbym dzwonił na pogotowie: miejsce, prośba o przyjście, wyjaśnienie sytuacji: "Cz! Jesteśmy na plaży, wyjście nr X. Możesz po nas przyjść, bo...". Przy ostatnim punkcie zacząłem się nieco gubić próbując wdawać się w niepotrzebne wyjaśnienia. Po drodze ze dwa razy straciłem koncentrację i musiałem zbierać myśli od nowa. Cz obiecał przyjść. Ulżyło mi, że misja zakończyła się powodzeniem a ja zrzuciłem z siebie ciężar odpowiedzialności. Mogłem już spokojnie płynąć. Nie jestem w stanie opisać wiele więcej z tego co działo się na plaży. Myślę że wszyscy byliśmy zbyt pochłonięci zmieniającymi się nieustannie wzorami. Zaczęły się też pierwsze rozmowy, które miały wciąż rwaną formę. Pomysłów i myśli było na tyle dużo, że tylko kilka z nich utrzymało się dłużej na powierzchni, na tyle długo żeby dało się coś z nich zapamiętać. S miał momentami aż za mocno i jak przyznał później, sam peak nieco go przerastał. Nie na tyle jednak i nie w taki sposób, żeby trip skierował się na nieprzyjemne tory.

T+4:15 - Po upłynięciu subiektywnej godziny (obiektywnie ok. 20 minut) nadszedł Cz. Niewiele brakowało, żebyśmy zapomnieli, że po niego dzwoniliśmy.
- Łoo jest i Cz! Kiedy to byyyłoo! - łapał się za głowę P. Cz nie za bardzo wiedział jak z nami rozmawiać. Próbował więc zagadywać
- I jak tam chłopaki? Co się dzieje? - Ooooo Cz, tyle rzeczy, nie do opowiedzenia! - odpowiadał P.
- Ja to aż normalnie już nie ogarniam co tu się dzieje, tu festyn, tu człowiek marionetka, te muszle... - wtórował S.
- Ale powiedzcie, bo teraz nie kumam czy jesteście jakoś naspeedowani, macie więcej energii czy co?
- Niee, speed to nie... chociaż... nigdy nie wiadomo... to tak różnie może działać... - perorował P o możliwościach LSD. Cz wyglądał na nieco zdezorientowanego. Nie wiedział co z nami zrobić i jak skłonić nas do pójścia za nim. Wreszcie dotarło do mnie o co może chodzić Cz
- Bo Cz pewnie chce wiedzieć co z nami jest, żeby wiedzieć jak nas prowadzić do W tak? - wyjaśniłem P, jednocześnie pytając Cz czy dobrze zrozumiałem jego intencje. Kiedy potwierdził, że właśnie o to mu chodziło, opowiedziałem w skrócie jak wygląda nasz stan i potrzeby. Mianowicie -wszystkie bodźce są bardzo intensywne, wszystko jest interesujące i fascynujące a przez to możemy się zatrzymać i zgubić po drodze żeby coś podziwiać. Do tego źle się czujemy w obecności ludzi, bo wyglądają paskudnie. Dlatego chcemy koniecznie uniknąć festynu, który wcześniej mijaliśmy i ruszyć jakąś alternatywną niezaludnioną trasą. Mając już niezbędne informacje, Cz zaczął nas prowadzić alternatywną drogą. Gdyby nie jego zarządzenie, żeby iść, trudno byłoby nam ruszyć się z miejsca. Można powiedzieć, że wrośliśmy w plażę. Idea chodzenia wydawała się odległa i trochę niewyobrażalna. Nogi jednak na szczęście posłuchały.

T+4:30 - Kiedy zeszliśmy z plaży na deptak, uderzyło nas z jaką lekkością można poruszać się po chodniku. Była to niesamowita odmiana w porównaniu do grzęźnięcia w piasku. Szło się niezwykle przyjemnie. Wymieniliśmy uwagi, że chodzenie, które przed chwilą wydawało się bardzo trudne, teraz jest tak naturalne, że można by iść w nieskończoność.
- Bo to jest tak - zacząłem - Że to jest taka ciężka maszyneria, która jak stoi to ciężko nią poruszyć. Ale jak już się ją wprawi w ruch, to zatrzymać nie można. Hasło "maszyna w ruch" towarzyszyło nam później przez całą drogę. Cz dopytywał nas co właściwie widzimy. Zacząłem mu opowiadać o tworzących się wszędzie wzorach, zmianach w percepcji takich jak wyostrzenie krawędzi, zwiększenie ostrości widzenia, zmiany kolorów itd. W tym momencie zobaczyłem jakiś budynek pomalowany na fioletowo.
- O! - wyrwało mi się. - A ten kolor to mnie rozpierdolił. - zawołałem. Farba rzeczywiście była dość intensywna, co jaskrawo kontrastowało ze względnie stonowanymi kolorami, które można było zaobserwować na plaży. Cz śmiał się lekko z naszych reakcji na otaczający świat. S i P w tym czasie maszerowali dziarsko po deptaku wzdłuż plaży,  rozbawieni wprawieniem w ruch swoich maszyn. Cz polecił skręcić w bok w jakiś tylko sobie znany skrót. Po chwili szliśmy przez jakieś niezabudowane przestrzenie, poprzecinane gdzieniegdzie wydeptanymi przez ludzi ścieżkami. Był to obszar leżący już administracyjnie poza granicami zamieszkiwanego przez nas miasta. Pełno było tu dziur, szkieł, śmieci, chwastów i innych tego typu atrakcji. Śmieliśmy się, że to nic dziwnego, bo to już nie nasze miasto tylko to sąsiednie. Nasze miasto to co innego. Spojrzeliśmy w jego kierunku i rzeczywiście. Akurat natrafiliśmy na nowy, dopiero co postawiony, nowoczesny obiekt sportowy - wielką okrągłą halę w kształcie spodka. Otaczały ją puste parkingi, nienagannie przystrzyżone trawniki oraz znajdujące się w idealnym stanie ulice.
- Co to jest! - zawołał S.
- Spodek jakiś. To kosmici! - odpowiedział P.
- Kosmici? Ale po co mieliby tu przylatywać kosmici? - zastanowił się S.
- Jak to po co? - odparłem. - Ćwiczyć!
Śmieliśmy się z tego przez dobrych kilka minut. Robiliśmy dużo przerw, co chwilę zatrzymując się z byle powodu. Każda napotkana rzecz była jednak potencjalnym nośnikiem nowych opowieści. Trudno było tak po prostu odpuścić. Cz nie miał z nami łatwej drogi, ale wykazywał godną podziwu cierpliwość. Kiedy opuściliśmy już pola niczyje i zaczęliśmy poruszać się po bardziej miejskim krajobrazie, Cz ostrzegł nas przed krawężnikami. Zrobiło to na nas wrażenie.
- Dobry przewodnik. - powiedział do nas poważnie P. - Nawet o takim szczególe pamiętał. - dodał. Pokiwaliśmy głowami w pełni się zgadzając. P z S rozmawiali głośno o kolorach mówiąc, że czasem udaje się je im wywoływać na życzenie.
- Dobra, to kto pierwszy zobaczy, że ten kamień jest czerwony. - rzucił nam wyzwanie Cz. Nie minęło kilka sekund gdy P zawołał:
- Mam! Jest! - wyprzedził nas wszystkich od razu kierując zmiany kolorów na zwycięskie tory. Dla mnie pierwsza zmiana jaką zdołałem zaobserwować, szła raczej w kierunku zielonego. W rzeczywistości, kamień był szary.

T:+5:30 - Nareszcie docieramy do mieszkania W. Wchodzimy klatką schodową na ostatnie piętro. Na samym szczycie spotykamy Sł - kolegę, który bardzo lubi wkręcać innych, co z resztą dobrze mu wychodzi.
- O. Cześć. Co. Wy. Tu. Robicie. - mówił beznamiętnym, mechanicznym i urywanym głosem. Poruszał się przy tym jak robot, wykonując tylko jeden lub dwa ruchy naraz. Uniesienie ręki. Rozprostowanie dłoni. Machnięcie w lewo. Machnięcie w prawo. Jeszcze raz w lewo.
- A co tobie się stało? - spytaliśmy.
- Ale. O. Co. Wam. Chodzi. Przecież. Zachowuję. Się. Całkiem. Normalnie. - Sł próbował podtrzymać wkręt. Co prawda nie udało mu się nas złapać, ale trzeba przyznać, że do samego końca się nie demaskował. Niestety akurat wychodził z domu i nie było szansy na to, żeby go spotkać jeszcze w czasie tego tripa. A szkoda, bo Sł potrafi swoimi pomysłami dostarczyć całkiem sporej dawki rozrywki. Zwłaszcza ludziom na kwasie. Idziemy do pokoju W. Cz idzie z nami, najprawdopodobniej nie będąc pewnym czy powinien dalej doglądać czy wszystko jest z nami w porządku. Dostajemy do dyspozycji laptopa W, z którego zaczynamy puszczać muzykę. Zwracamy uwagę na niepościelone łóżko W.
- Jaki barłóg! - śmieje się P.
- Barłożarnia! - dodaję. Chyba mniej więcej wtedy zaczął się etap hurtowego wymyślania neologizmów. Rozmawiamy w sposób na tyle kwaśny, że Cz nie jest w stanie włączyć się w nasz tok myślenia. Nudził się chwilę a po chwili upuścił na ziemię metalową szynę pochodzącą od popsutego biurka z szufladą na klawiaturę. Metaliczny dźwięk brzmiał nieprzyjemnie i drażnił uszy.
- Co to było! Jak w jakiejś hucie albo u kowala. - skomentował P. Cz jeszcze kilka razy próbował później upuszczać szynę. Trudno się mu dziwić. Był to chyba najskuteczniejszy sposób na nawiązanie z nami kontaktu.
- To może ja coś puszczę. - zaproponowałem.
- Pewnie puszczaj. - odpowiedział P. - Kto mu zabroni! - dodał jeszcze w euforii. Zaczęliśmy więc z S puszczać na zmianę kawałki. Leciał głównie klasyczny i progresywny rock. Słuchaliśmy kawałków takich jak: David Bowie - Space Oddity, King Crimson - Fallen Angel czy też Porcupine Tree - Moon Touches Your Shoulder. P siedział gdzieś na ziemi. Ja z S siedzieliśmy odchyleni do tyłu na krzesłach płacząc ze wzruszenia. Łzy ciekły nam ciurkiem po twarzy. Muzyka rozkładała nas na łopatki. W międzyczasie zdążyłem przenieść się na łóżko W, gdzie machałem rękoma czerpiąc przyjemność z samego ruchu. S wziął to za próbę dyrygowania.
- Patrz go jak dyryguje. - skomentował.
- Niech dyryguje. Kto mu zabroni! - odpowiedział P. Hasło o braku zakazów strasznie mu się spodobało. Używał go jeszcze kilka razy w ciągu tripa.

T: +7:00 i dalej - Od tego momentu dalsza rachuba czasu nie ma większego sensu. Reszta tripa przebiegała w dość podobny sposób. Słuchaliśmy muzyki i oglądaliśmy filmiki na youtube kilkukrotnie zmieniając klimaty muzyczne. Rozmawialiśmy też na różnorakie tematy pozwalając ponieść się wyobraźni. Siedzieliśmy tak do samego rana. Gdzieś w międzyczasie Cz zasnął na łóżku W. Próbowaliśmy wcześniej kilka razy mówić mu, że nie musi się o nas martwić, ale najwyraźniej poczucie obowiązku kazało mu mieć na nas w razie czego oko. Ani S ani P nie kwapili się za bardzo do obsługi komputera, więc ja przejąłem stanowisko przed monitorem. Puściłem jeden hardtekowy kawałek (Floxytek - Rocket) i zacząłem do niego tańczyć. Usztywniłem nogi, tułów oraz głowę. Szczękę napiąłem zaciskając zęby. Ruszały się tylko moje ręce - na dodatek w jednej płaszczyźnie. P i S uznali, że wygląda to dość dziwnie, ale ciekawie. Usiadłem znów do komputera. Wpisywanie prawidłowych tytułów sprawiało mi trochę trudności. Wymagało opanowania klawiatury i skupienia. Krzywiłem się więc i sapałem, niekiedy mówiąc do siebie i robiąc takie miny jakbym gotował magiczny wywar a nie obsługiwał youtuba. Wrócił temat z poprzedniego tripa, jakobym był Lucyferem.
- No zobacz go! Mówiłem, że to jest szatanisko prawdziwe. Diabeł normalnie. - śmiał się P.
- Zaraz zobaczysz co nam tu puści. Jakieś piekielne kawałki znowu. Zaraz knury jakieś polecą ("knurami" nazwane zostały na poprzednim tripie kawałki Spectre). Wpadłem na pomysł, żeby puścić im kawałek który chodził mi od rana po głowie (Zeds Dead - Rude Boys) i potem jeszcze kilka innych w podobnym klimacie. Były to dubstepy. Co prawda era skrillexowych wiertarek jeszcze wtedy na szczęście nie nadeszła, ale moje kawałki nie przypominały już też stylu Buriala. O ile dobrze pamiętam poleciał Rusko - Jahova, Son of Kick - Revolution B- i jeszcze kilka innych. Nie mogliśmy się nadziwić, że marne laptopowe głośniki potrafią wydać z siebie tak niesłychanie ciężki i mocny bas.
- S! Po co ty tyle kasy na głośniki wydawałeś. Wystarczy wziąć kwasa i laptop też gra zajebiście. - P śmiał się z S, budującego w tych czasach wielkie kolumny, wymagające sporego wkładu pracy i pieniędzy.
- Nooo racja. Co za głupota - zgodził się S.
- Ale wiesz co? Teraz skumałem o co ci chodzi z tą mroczną muzyką. - powiedział do mnie P, komentując któryś z kolejnych kawałków. - Mrok to jest moc. Czuć siłę. - Nie mogłem nie przyznać mu racji. Ciemne klimaty dość szybko jednak się skończyły. Zastąpiła je zupełna losowość. Klikałem w co popadnie, dając się prowadzić od jednego polecanego kawałka do następnego. Zaczęło się też spełnianie kaprysów.

Trip zaczął się robić lekki i przyjemnie głupawy. Myślę, że było to spowodowane chęcią odreagowania po przytłaczających doświadczeniach na plaży.
- Ja chcę ciężarówki - stwierdziłem i po chwili znalazłem amatorski teledysk do kawałka AC/DC - Thunderstruck, na którym znajdowała się satysfakcjonująca mnie ilość tychże pojazdów. - Tego właśnie chciałem - stwierdziłem. - Dużo ciężarówek. Zajebiście. Koncert życzeń na tym się nie skończył.
- To ja chcę paradę słoni. - zażądał P. Długo szukałem aż wreszcie znalazłem filmik o takim tytule. Nie było to jednak coś czego się spodziewaliśmy. Zamiast pochodu żywych zwierząt, naszym oczom okazała się seria zdjęć dziwacznie pomalowanych figurek słoni. Były ich setki. Wszystkie kolorowe, z mnóstwem zagadkowych ozdób i symboli. Spojrzeliśmy na siebie wielkimi oczami.
- Co to jest!? - krzyknął ktoś. Kompilację obejrzeliśmy jednak do końca. Następnie zauważyliśmy zachęcający tytuł "Parada parowozów". Uznaliśmy, że jest to warte obejrzenia. Jakie było nasze zdziwienie, że szumna parada parowozów była filmikiem, na którym raz na dwie minuty przejeżdżała lokomotywa parowa w tak dużych kłębach pary, że zasłaniały one większość obrazu. Śmieliśmy się z absurdu organizowania tego typu imprez. Dalej nie mieliśmy już pomysłów, co by tu jeszcze puścić. Klikaliśmy więc bezmyślnie filmiki polecane przez youtube. Między innymi znalazł się tam kawałek z samplami z jakiegoś programu - prawdopodobnie Top Model. Głos w piosence wykrzykiwał co chwilę "Jesteśmy w mediolanie!" Był on uderzająco podobny do głosu koleżanki ze studiów, z którą razem z P byliśmy na jednym roku. Nie mogłem się nadziwić. Przez chwilę miałem ochotę puścić kawałek jeszcze raz i jednocześnie zadzwonić do tej koleżanki, żeby sprawdzić czy przestanie śpiewać, po to żeby odebrać telefon. Co ciekawe, dzisiaj koleżanka ta jest dziewczyną S. Nie dałbym sobie ręki uciąć, ale jest możliwe że nasz trip jakoś się do tego nie przyczynił. Mam wrażenie, że od tego czasu jeszcze-nie-dziewczyna S zaczęła częściej pojawiać się na tych samych imprezach co my. Być może to właśnie po tripie częściej przypominaliśmy sobie o niej kiedy organizowaliśmy domówki, no ale to przypuszczenie grubymi nićmi szyte ;).

Przedostatnią ugrupowaną tematycznie serią teledysków były hip-hopowe teledyski z dużą ilością Murzynów. Miejsce przedstawione w klipie DMX - Where Da Hood At, zostało okrzyknięte "Jądrem Czarności". Na teledysku można było zaobserwować esencję bycia czarnym z getta. Nie było na nim nawet osobników, których można by poddać prostej klasyfikacji - kobieta lub mężczyzna. Byli tylko bezpłciowi czarni, wściekli na białych, prześladujących ich wąsatych policjantów w okularach typu awiator. NWA - Straight Outta Compton prezentowało się już skromniej. Zostało więc nazwane "Murzynowem Pomorskim". Najmniej czarnym miejscem były Kielce znane z teledysku Liroya.

Ostatnią spójną serią klipów były najnowsze popowe teledyski. Chcieliśmy obejrzeć coś lekkiego i kolorowego, więc nadawały się w sam raz. Poleciały nawet Rihanna i Miley Cyrus. Nie zabrakło też Avril Lavigne, której zdarzało nam się wtedy słuchać pod wpływem serialu Generation Kill. Kwas to chyba jedyna substancja sprawiająca, że jestem w stanie słuchać takiej muzyki z nieudawaną przyjemnością.
- Ależ tam maja fajnie w tej Ameryce! - S komentował zaśmiewając się do rozpuku.
- Dawać więcej Ameryki! - postulował P. Nastrój był bardzo wesoły i jeszcze bardziej głupawy. Bawiliśmy się wyśmienicie. Przypomniałem sobie, że mam w plecaku colę. Słodki, sztuczny napój dobrze komponował się z równie słodką i sztuczną muzyką oraz towarzyszącymi jej kolorowymi teledyskami. Obydwie te rzeczy sprawiały nam sporo przyjemności. O ile colę zawsze lubiłem i nadal lubię, to Rihanna i Miley będą musiały jednak poczekać do następnego tripa przebiegającego w podobnie odpałowym nastroju przed komputerem. W polecanych po raz kolejny znalazł się klip AC/DC z ciężarówkami.
- Przecież to już było! - zawołał P.
- Widocznie obejrzeliśmy cały Internet. Teraz leci od początku. - wywnioskowałem.

Po chwili daliśmy już sobie spokój z youtubem i zaczęliśmy snuć rozmowy mogące mieć sens chyba tylko dla ludzi na psychodelikach. Wykreowaliśmy w myślach Uniwersytet Człowieka, który zajmował się doniosłą misją szerzenia postępu na całym świecie. Nic nie umykało uwadze mądrych uczonych. Kontrolowali nawet liście na drzewach, tak aby rosły prawidłowo - wszystko to dla podnoszenia dobrobytu ludzkości rzecz jasna.
- Człowiek! Co ten Człowiek! - zachwycał się P, nieograniczonymi możliwościami współbraci. Wraz z S, omówiliśmy czym jest "sąsiedztwo" oraz "sąsiedzi" wymawiając te słowa wielokrotnie, z namaszczeniem, jakbyśmy chcieli przemielić ich znaczenie samymi językami i zębami. Następnie zajęliśmy się ważkim tematem polskich monet. Przestudiowaliśmy wszystkie po kolei zaczynając od jednogroszówek. Ocenialiśmy ich moc oraz siłę.
- Złotówka, to już jest jakiś konkret. To już jest prawdziwa waluta, ale wciąż niewiele da się za to tak naprawdę kupić. - zaczął ktoś.
- Ale dwa złote to już coś. Tu już nie ma żartów. Za dwa złote to już czasem nawet piwo w sklepie się kupi. Można też dostać chleb albo jakiś dobry owoc. Dwa złote to już nie są żarty. - kontynuował ktoś inny. Kiedy doszliśmy do pięciozłotówki, żaden z nas nie znalazł odpowiednich środków wyrazu, które mogłyby oddać potęgę tej monety. Wykrzywione w podkowy usta, poważny wzrok oraz zaciśnięte w pięści prawice musiały wystarczyć za komentarz. Jak się później dowiedzieliśmy, Cz budził się czasem w momentach kiedy ogarniała nas euforia większa niż zwykle. Słuchał fragmentów zupełnie nieskładnych i z jego punktu widzenia bezsensownych rozmów.
- Piasek! - zaczynał ktoś.
- Piachoder! - podejmował ktoś inny.
- Piachuder! - poprawiała trzecia osoba.
- Ooooo... - komentowała cała trójka unisono.
Tak mniej wyglądało to z perspektywy Cz.

T+16:00? - Na tego typu poważnych rozmowach o życiu, śmierci i Urzędzie ds. Kontroli Liści Pożółkłych i Zżółkniętych, zeszła nam cała noc. Kiedy tylko zrobiło się jasno, a z działania LSD pozostał tylko lekki afterglow, uznaliśmy że powinniśmy się zbierać. I tak nadużyliśmy już gościnności naszych gospodarzy. Śpiący płytkim snem Cz obudził się jeszcze, więc uścisnęliśmy mu wszyscy rękę, dziękując za interwencję w sytuacji kryzysowej oraz późniejszą opiekę. Zabraliśmy swoje rzeczy i pojechaliśmy z powrotem do siebie, spędzając nadchodzący dzień na odsypianiu i dochodzeniu do z powrotem do siebie.

Podsumowanie&Wnioski:
Mój drugi pełnowymiarowy trip (mimo, że na połowie kartonika) przebiegał  trochę inaczej niż poprzedni. Mimo, że momentami jego moc była naprawdę znaczna, nie sprawiał wrażenia tak głębokiego jak poprzedni. Myślę, że mogło to być spowodowane tym, że podczas najsilniejszej fazy, warunki nie były na tyle komfortowe, żeby całkiem odpłynąć i pozwolić sobie na długie, głębokie rozmyślania. Towarzyszący do pewnego momentu niepokój spowodował, że po znalezieniu się w bardziej przyjaznych warunkach, trip zmierzał już w stronę rozładowania nagromadzonego napięcia, co skutkowało skierowaniem się w stronę przyjemnych, ale niekoniecznie głębokich przeżyć. Nie bez znaczenia pozostawał też fakt, że nie był to już pierwszy raz.

Mam wrażenie, że słoneczna pogoda i światło dnia sprzyja raczej ekstrawertycznemu spożytkowania tripa. Dopiero noc dodaje mu introwertycznej głębi. Wątpię, że jest to żelazna reguła, ale wydaje mi się że taka tendencja byłaby możliwa do zaobserwowania.

Odkryciem opisywanej podróży była muzyka. Poprzednio nie słuchaliśmy jej tak dużo i nie odkryliśmy wielu ciekawych zmian jakie zachodzą w jej odbiorze po kwasie. Czasami psychodeliki mogą pozwolić usłyszeć w muzyce coś, czego nie słyszało się wcześniej. P stwierdził później, że dotyczące muzyki równanie "mrok = moc" zostało mu w głowie na dłużej. Wcześniej słuchał Deadmau5a. Teraz bliżej mu do Venerian Snares albo Dom&Rolanda.

Niespodziewana moc kartonika pokazała, że przy nietestowanych wcześniej psychodelikach, warto mieć w zanadrzu plan B. Gdyby nie mieszkający w pobliżu W, nasza sytuacja mogłaby być ciężka. Dobrze, że zaplanowałem coś co miało być tylko spacerem w taki sposób, żeby móc w razie czego do kogoś wpaść. Będąc jednak całkowicie szczerym, przyznam się, że nie upewniałem się wcześniej czy W, albo ktoś inny będzie na pewno w domu. Nie sądziłem, że będę potrzebował schronienia.

Mimo, że ratowaliśmy się, prosząc Cz o interwencję, myślę że ten trip pokazał jak wiele rzeczy można zrobić samemu przy odpowiednim nastawieniu. Chodzenie między ludźmi, mimo że nie jest byt przyjemne, w razie konieczności jest wykonalne. Pewnie w ostateczności dotarlibyśmy do W, ale Cz oszczędził nam tej małej traumy wynikającej z podróży.

Bonusy: Podobnie jak przy poprzednim tripie i tym razem powstała pamiątkowa płyta zawierająca listę słuchanych kawałków wraz z alternatywnymi tytułami. Nazwy miejsc i osób zostały wymazane.

1. Co by tu zmalować? - Intro ***
2. Czułem się jak Jezus (I ścigałem psa na czworaka) (Paprika Korps - Nothing Dub)
3. Zobacz co mam pod powiekami... (Paprika Korps - Commin Inna He)
4. Kosmici z *** przylecieli ćwiczyć do ***
5. Mokre od łez małżowiny uszne (David Bowie - Space Oddity)
6. Kto mu zabroni (Porcupine Tree - Moon Touches Your Shoulder)
7. Barłożarnia Meltdown (King Crimson - Fallen Angel)
8. Darkness = Power (Zeads Dead - Rude Boy feat. Omar LinX Original Mix)
9. Ale ten laptop zajebiście gra. *** po co budowałeś te głośniki (Rusko - Jahova)
10. Dawać Ciężarówki! (AC DC - Thunderstruk)
11. Kielce Skit
12. Murzynowo Pomorskie (NWA - Straight Outto Compton)
13. Jądro Czarności (DMX - Where Da Hood At)
14. *** Diskotekk (Floxytek - Rocket)
15. *** w Mediolanie (DJ MOLE - Jestesmy w Mediolanie)
16. Impreza z Okazji USA. Więcej Ameryki! (Miley Cyrus - Party In The USA)
17. Międzynarodowe Targi Słoni (Rihanna - S&M)
18. Urząd do spraw kontroli liści jako największe osiągnięcie Człowieka (Avril Lavinge - Complicated)
19. Pięć Złotych - Waluta Ostateczna (Zeds Dead - Rude Boy feat. Omar LinX Union Vocal Mix
20. Para buch! Maszyna w ruch! Parada parowozów

 

Ocena: 

Odpowiedzi

A gdzie Flisacy, co kijem Wisłę zawracali Panie Marjanku? I jeszcze zacny napój "Książ", który wyjątkowo komponował się z barłożarnią.. Pamiętamy z grubsza te same wątki, ale z różnych perspektyw.. to ciekawe bo pokazuje, że przede wszystkim zakodowaliśmy te rzeczy i tematy, które podejmowaliśmy wspólnie, grupowo.. ja osobiście niewiele kojarze z prywatnych przemyśleń, ale być może dlatego, że było ich zbyt wiele.. to co zostało obgadane na forum siedzi w pamięci silniej i wyraźniej.. świetny TR, śmiałem się sam do siebie (i z siebie) przy czytaniu!    

Hahaha! O Flisakach dopiero teraz mi przypomniałeś. Co ten Człowiek! xD A prywatne przemyślenia - wręcz bym się zdziwił gdybyście ich jakoś więcej zapamiętali. U mnie myśli były już w stanie wrzenia. U was musiały całkiem wyparować xD. Teraz przypomniało mi się jak S, powiedział coś w stylu: "Jestem kompletnie, ale to kompletnie naćpany. Zawsze jak sobie wyobrażałem jak to może być, kiedy jest się tak na maksa ućpanym to było właśnie coś takiego".

Nie dałeś po sobie wogóle poznać podczas tripu, że rola przewodnika Ci ciąży - to świadczy o profesjonalizmie i odpowiedzialności.. Pamiętaj też, że tak naprawdę to sam w takowej roli, może nie wpełni świadomie, ale się postawiłeś, w momencie gdy zdecydowałeś o zażyciu mniejszej dawki..  nie wiem jak S., ale przynajmniej mi w głowie cały czas siedziało przez to, że raczej lepiej bedziesz panował nad sytuacją i decydujące decyzje warto powierzyć Tobie.. wiesz jak to jest, na tripie lekkie przekonanie, łatwo może przerodzić się w pewność i na odwrót.. role zostały rodzielone na początku i poźniej ciężko było z nich wyjść.. w każdym razie wspominam bardzo poztywnie, jedno z ciekawszych i bardziej inspirujących doświadczeń w życiu.   

Co do przewodnikowania - oczywiście jasna sprawa! Od początku wiedziałem, że będę tym, który powinien się o wszystko zatroszczyć. Zaskoczyło mnie tylko, że na blotter, który wtedy mieliśmy "skapnęło trochę więcej z pipety" - jak lubił mawiać W. Stąd też lekki stresik, bo ledwie ogarniałem samego siebie ;P W niczym nie zepsuło mi to jednak podróży a lajtowego klimatu nadrobiliśmy potem aż z nawiązką w barłożarni. BTW - masz refleks jak rewolwerowiec. Szybciej dotarłeś do TR już po publikacji niż ja.

No właśnie! Połówka kwasa porobiła, że proszę siadać! A mnie tu się wciska  kartony za bóg wie ile, i te trzy kartony na raz ledwie smyrają. Aż zgrzytałem zębami z zazdrości, jak to czytałem.

P.S.: A słuchaliście Venetian Snares "Rossz csillag alatt született"? To by dopiero Was zmiotło!

P.P.S. Wysłał byś mi PM przez hyperreal?

Ha! Ja też zgrzytam zębami. Gdybym wiedział co wtedy kupuję to wziąłbym chyba cały blotter i miałbym zapas na kilkanaście lat. Co do Rossz csillag - wtedy akurat nie słuchaliśmy, ale ogólnie jestem dużym fanem Aarona. Węgierski album przewałkowałem na wszystkie strony. Nawet zacząłem Bartoka i Ligetiego słuchać, żeby zobaczyć skąd sample pochodzą ;D. Jeżeli chodzi o PM to jasne, ale póki co użeram się z moim kontem hypkowym. Jeżeli nie dojdę do z nim do ładu to najwyżej zostawię tu w komentarzach jakiś inny kontakt za jakiś czas.

Świetny TR i genialny pomysł ze składanką.

Drugi Twój (po grzybowym) raport, który przeczytałem - no i tym razem musiałem momentami zatykać sobie twarz, bo w pracy jestem, a jakichś specjalnie śmiesznych rzeczy mi tu nie każą robić, więc stawiałbym się w pozycji podejrzanej ... ogólnie mistrzostwo narracji i w ogóle chyba najlepsze dialogi (bynajmniej nie tylko te humorystyczne) jakie kiedykolwiek czytałem w TR.

 

A jakie perełki!

"Murzynowo Pomorskie", "Dawać Więcej Ameryki" i "obejrzeliśmy cały Internet. Teraz leci od początku." &D,  w ogóle mój ulubiony akapit to T: +7:00 i dalej

 

Nie mam pytań, gratuluję natomiast talentów literackich, godnego uniesienia odpowiedzialności za kwasowy bieg rzeczy i świetnej ekipy, pozdro.

 

 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media