Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

300 ug lsd - 'nuff said

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
300 ug LSD
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Wynajęty domek na zielonym zadupiu, nastawienie 110% pozytywne
Wiek:
25 lat
Doświadczenie:
Thc, psylocybina, LSD, MDMA, TMA-2, 25-c i d nbome, 4-ho-mipt, DMT, DXM, kokaina, amfetamina, mefedron, kodeina, buprenorfina, tramadol, mieszanki ziołowe

300 ug lsd - 'nuff said

 

Uczestnicy – M (poznany na Ozorze), P (dziewczyna M, same story), L (kumpel P i M), E (z którym już swoje wyćpałem :D). No i ja.

 

Do tripa przygotowywaliśmy się jakiś czas. P i M wzięli na siebie znalezienie odpowiedniej miejscówki, padło na domek w gospodarstwie agroturystycznym, ok. 50 km na południe od Warszawy. Na miejsce dotarliśmy w piątek po 21.00. Domek okazał się być zarazem galerią, z abstrakcyjnymi obrazami na ścianach, które przy okazji można było kupić, jakimiś zabytkowymi zastawami stołowymi, pianinem i kilkoma innymi detalami, które, jak sobie szybko zdałem sprawę, musiały dać o sobie solidnie znać dnia jutrzejszego. Rozpakowaliśmy zrobione po drodze zakupy, rozłożyliśmy sprzęt grający (jako, że E użyczył samochodu, dało radę zabrać głośniki 2.1), a ponieważ nikt nie był specjalnie śpiący, w ruch poszły browary i bongo. Naturalnie z grama na dwóch, którego w większości z E chcieliśmy zostawić na dzień następny, zostały dwie średnie lufy, no ale tak już mamy ;p P rzuciła pomysł, żeby wrzucić kwasy o 4:20, kimnąć się jeszcze z pół godziny i ruszyć w teren, tak, żeby zdążyć na wschód słońca. Początkowo miałem opory - lubię się wyspać - ale zgodziliśmy się.

 

Dźwięk budzika obudził mnie szybciej, niż miałem nadzieję. Ledwo przytomny, wepchnąłem do ust półtora kartonika z blottera Dalajlama, co dało 300 ug substancji. E również wrzucił sam kwas, P, M i L po pół kartona, który doprawili TMA-2. Położyliśmy się z powrotem, szybko jednak uznałem, że już nie zasnę. Trudno, będę tripować niewyspany, pomyślałem, idąc wziąć zimny prysznic. Reszta ekipy wstała, ogarnęliśmy się, z E ściągnęliśmy po soczystym buchu i ruszyliśmy w teren.

 

Zaraz po wyjściu uznałem, że miejscówka jest wręcz idealna. Ruszyliśmy otoczoną drzewami drogą przed siebie, po prawej mijając jakieś mokradła z klimatycznym, zanurzonym do połowy w pokrytej rzęsą wodzie zawalonym drzewem. Kawałek dalej rzeczka, jeszcze kawałek kolejne bajoro. Widok tak świetnych s&s, spotęgowany krążącym we krwi thc, nastawił mnie do tripa tak pozytywnie, jak to tylko możliwe. Początkowe objawy niewyspania szybko ustąpiły pod wpływem stymulujących właściwości LSD, które wchodziło mi już całkiem solidnie, o czym nie omieszkałem wspomnieć towarzyszom. U nich również zdecydowanie się ładowało. Pojawił się lekki nieogar, po dotarciu na rozstaj dróg prowadzenie objęła P, której weszło najmocniej z nas; wszystko, łącznie z naszymi twarzami, przesłaniały jej fraktale. Z właściwą sobie ekspresją zaczęła dawać upust rozpierającej ją energii i szczęściu. Biegała, skakała, tańczyła, a wszystko to z uśmiechem wyrażającym taką radość, że nie sposób było się nie zarazić. Zeszliśmy z drogi, wchodząc w leśny zagajnik. Usiłowaliśmy znaleźć najlepsze miejsce do obserwowania mającego wzejść już za chwilę słońca, co okazało się trudne, jako że wszędzie horyzont zasłaniały drzewa. Dotarliśmy na względnie wzniesioną miejscówkę, uznaliśmy, że lepsza już się nie trafi i z wyrazem oczekiwania na twarzach wpatrywaliśmy się w coraz jaśniejsze niebo na horyzoncie. Jest! „Wzeszło, wzeszło!” krzyczy P. Nie dziwiłem się jej radości – widok był tak spektakularny, że sam uśmiechałem się od ucha do ucha, kręcąc z niedowierzaniem głową. Pierwsze promienie słońca padły na nasze twarze, ogrzewając nas (było cholernie zimno, a ja w cienkiej bluzie :S) i wydobywając kolory z polany, przy której staliśmy. Natychmiast zachwyciło mnie surowe piękno tej scenerii; pokryte szronem liście i kwiaty, gęsta trawa, porozpinane między wyższymi roślinami pajęczyny krzyżaków, pokryte krystalicznymi kroplami porannej rosy. Jak dla mnie to mogliśmy tam zostać już do końca, E jednak stwierdził, że nie ma co sterczeć. W sumie racja, toteż po chwili ruszyliśmy dalej. Kawałek dalej trafiliśmy na sad, pełen równo rosnących jabłoni (co akurat było dość dziwnym widokiem), na których czerwieniły się wielkie jabłka. Niewiele myśląc zerwaliśmy po jednym, wszak takiej okazji nie można przepuścić. Poza E, który chodził od drzewa do drzewa i przyglądał się owocom. Spytany co robi, powiedział, że szuka dla siebie idealnego jabłka, na co ja ze śmiechem odparłem, że zerwałem pierwsze z brzegu i wiem, że jest idealne. Jabłko było kwaskowate, co spotęgowało specyficzne uczucie świeżości i rześkości, które odczuwałem już do końca tripa.

 

Minęło może półtorej godziny, kiedy ekipa uznała, że potrzebuje chusteczek higienicznych ;o Takowych niestety nikt przy sobie nie miał, zapadła więc decyzja, że wrócimy do domku. Początkowo byłem sceptycznie do tego pomysłu nastawiony, uznałem jednak, że przyda mi się trochę muzyki, poszedłem więc bez szemrania. Dotarliśmy, ktoś ogarnął winampa, polecieli Carboni. Tak jak przypuszczałem, kiedy kwas pokazał pazurki, psychodela skumulowana w domku dała o sobie znać. Abstrakcyjne obrazy pływały, wylewając się poza ramki, biały segment półek, z różnymi przedmiotami poustawianymi w środku wyginał się na wszystkie strony. „Rycie” – skomentowałem, zamykając oczy, oddając się cudownym i wyjątkowo intensywnym cevom, generowanym przez idealnie wręcz dobraną playlistę dudniącą w głośnikach. P zasuwała po całym domku tańcząc i skacząc, po czym zaczęła rysować. M i L, podobnie jak ja, rozłożyli się na łóżkach bądź fotelach, delektując się muzyką, E zaczął coś majstrować przy gitarze elektrycznej, którą zabrał ze sobą.

 

Po ok. godzinie uznaliśmy, że nie ma co siedzieć w domku, i ponownie ruszyliśmy w teren, poza E, który postanowił wykorzystać swój stan w bardziej twórczy sposób i pogitarzyć.

Na zewnątrz było już zdecydowanie cieplej, trafiliśmy niedaleko tej samej miejscówki, na której witaliśmy dzień. Bardzo przyjemnie było widzieć miejsce, gdzie jeszcze niedawno był szron, teraz skąpane w ciepłych promieniach słońca. M niemal natychmiast walnął się na trawę, ja niewiele myśląc poszedłem w jego ślady. L jakoś nie pamiętam z tej części tripa, zdaje się, że poszedł szukać grzybów, P po staremu tańczyła i przy okazji robiła fikołki. Ależ ta dziewczyna ma energii, pomyślałem z uśmiechem, stając się nagle zaabsorbowany obserwowaniem wszystkich roślin dookoła. Znane nam wszystkim wyostrzenie zmysłów wystąpiło tym razem z onieśmielającą wręcz mocą. Trawa była wyjątkowo gęsta i bogata w odmiany. Na chwilę mnie zatkało – jeszcze nigdy nie widziałem świata z tak oszałamiającą intensywnością, mimo, że już sporo substancji przeszło przez mój organizm. Ździebełko trawy, liść, pyłek, kwiat – wszystko po kolei lądowało w moich rękach i podlegało wnikliwym obserwacjom. No ja pierdolę, ile piękna! Ile detali! Świat zyskał nieskończoną rozdzielczość. Odruchowo otworzyłem usta, żeby się tym podzielić, ale zaraz uznałem, że nie ma sensu o tym mówić, wszak reszta widzi to samo. Kwas bez chwili przerwy bombardował mnie nowymi bodźcami. Odłożyłem cudownie złożony kwiat, P od razu wcisnęła mi stokrotkę. Odłożyłem stokrotkę i spuściłem na chwilę głowę – na ręku usiadła mi pszczoła. Odleciała pszczoła – przyleciała mucha, pocierając przednimi odnóżami, przy okazji szarpiąc włoski na mojej ręce. Wreszcie poczułem prawdziwą moc LSD, pomyślałem, to musi być to, czym zachwycali się hippisi. Wrócił L, razem z P i M zdjęli buty, radząc mi to samo. Nie pożałowałem pójścia w ich ślady, chodzenie boso i chłonięcie otaczającej nas natury stopami było nie mniej absorbujące od używania zmysłu wzroku. L stwierdził, że skoczy po coś do domku, dostał więc od razu listę rzeczy, które ma przynieść, jako że reszta ani myślała ruszyć się z miejscówki. Połaziłem po okolicy, patrząc i dotykając wszystkiego co się da. P cała w skowronkach zwracała moją uwagę na rzeczy, które jakimś cudem mi umykały. Przytuliliśmy się, dzieląc się rozsadzającą nas radością. Ponownie położyłem się na trawie obok M, po chwili P rozkminiła kroplówkę z muzyką, przytykając słuchawki do naszych uszu. Czułem, że nic więcej mi w tej chwili nie trzeba.

Leżąc na brzuchu, mój wzrok przykuło coś ohydnego. Uschła gałązka, stwierdziłem. Niby nic, ale jednak wyjątkowo mi się nie podobała. To jest martwe, pomyślałem. Co z tego, przecież to tylko roślina? No i co że roślina, martwa materia, wcale nie mniej odpychająca od martwego zwierzęcia. Trup. Roślinny czy zwierzęcy, ale trup. Natychmiast stwierdziłem, że nie jest to jedyny okaz – wszędzie dookoła były uschnięte fragmenty materii organicznej, wmieszane w trawę na której leżeliśmy. Kurwa, leżymy na trupach ;o Momentalnie poczułem odrazę do trawy, w której przecież jeszcze chwilę temu tarzałem się, zanosząc się śmiechem. Na szczęście zanim coś konkretniejszego wyszło z mojego rozumowania, wrócił L w towarzystwie E, któremu granie na gitarze najwyraźniej się znudziło. Słusznie, pomyślałem, szkoda przegapić tyle piękna, zapominając rzeczach uschłych i ponownie chłonąc to, co żyje. Napiliśmy się wody przyniesionej przez L, P nabiła kilka lufek, które w sumie wiele nie dały, ale dorzuciły pozytywną nutkę do i tak nieopisanie pięknego stanu umysłu. Zmieniliśmy miejscówkę na położoną przy lesie polanę. P i M rozkosznie w siebie wtuleni leżeli na trawie, L czytał „Pokarm bogów”, E natomiast wzięło na rozkminy, co niebyt mi pasowało; jakkolwiek lubię z nim rozmawiać, to na kwasie ewidentnie nie chciało mi się gadać o bogu, o tym, czy rośliny czują (wtf) ani generalnie o niczym innym. Przy okazji słońce dawało o sobie znać mojej jasnej karnacji skóry, odszedłem więc kawałek w cień, spacerując po piaszczystej drodze. Zaczerpnąłem ręką piasku, stwierdzając, że to zajebista materia na psychodeliku. Jak fajnie się układa, można palcem w nim rysować. Nakreśliłem wzorek. Spodobał mi się, nakreśliłem więc drugi. I trzeci. Stało się to wyjątkowo zajmujące i już niedługo ok. 3 metry drogi zostały pokryte abstrakcyjnym wzorem, który, biorąc pod uwagę moje znikome zdolności artystyczne, wyszedł całkiem ładnie. Potwierdziła to P, mówiąc, że wyszło zajebiście i robiąc kilka fot. Skoczyłem za potrzebą w las, w drodze powrotnej zrywając ręką pajęczynę z niemałym krzyżakiem usadzonym na środku, który zaczął po mnie łazić. Naturalnym odruchem przy mojej arachnofobii byłoby natychmiastowe zrzucenie z siebie ohydztwa, teraz jednak nie widziałem w pajęczaku nic odstręczającego. Wręcz przeciwnie, wpatrywałem się z zachwytem w zsynchronizowane ruchy ośmiu odnóży, w maleńkie włoski pokrywające jego ciało, w na swój sposób psychodeliczny wzorek na odwłoku. Kwas resetuje człowieka, uznałem. Znikają stare przekonania i systemy wartości, pozostaje trzeźwe spojrzenie na świat. Trawa przestaje być „tylko” trawą, każde źdźbło jest oddzielną strukturą. Pająk nie jest brzydki, jest fascynującym organizmem. Odłożyłem krzyżaka na krzak.

W końcu zwinęliśmy się do domku – było koło 14, a wczesne wstanie połączone z pomału dopadającym zmęczeniem powodowało wrażenie, że jest znacznie później. Kwas w dalszym ciągu działał, zauważalnie słabiej niż jeszcze niedawno, ale wciąż mocniej, niż bym się spodziewał po tak długim czasie od aplikacji. W domku ponownie rozbrzmiała muzyka, walnęliśmy się na łóżka, wymęczeni, ale szczęśliwi jak nigdy. P po chwili wyciągnęła M na spacer. Tak to przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy – nie miałem pojęcia, że zaczynał ją dopadać bad trip. Leżałem rozkoszując się wciąż obecnymi cevami, gdy usłyszałem śpiew. Kto może tu śpiewać, pomyślałem. Okazało się, że P, która z M wróciła do domku. W sumie ciężko było nazwać to śpiewem, jako że miało formę powtarzanych zdań, z grubsza pod melodię z ”I Am you” Shpongle. Jedno spojrzenie na nią powiedziało mi, że coś tu jest bardzo nie tak. Wpierw zaczęła na siłę poić mnie piwem (jak się okazało, resztę też), potem się przytuliła, potem zaczęła bez celu chodzić i mówić kompletnie wyjęte z kontekstu (przynajmniej mojego) rzeczy. Wreszcie się rozpłakała. Ciężko mi wyobrazić sobie bardziej rozdzierający serce widok, niż P – zazwyczaj zbyt duży ładunek pozytywnej energii jak na jedno ciało – zanosząca się płaczem. Widok tym bardziej okropny, że nikt nie wiedział co się dzieje. Na płaczu bynajmniej się nie skończyło; wydała z siebie tak przeraźliwy skowyt, że bad trip wszedł momentalnie reszcie ekipy. Zaczęła się wyrywać na zewnątrz – niezbyt dobry pomysł, więc siłą zatrzymaliśmy ją w domku, zamykając drzwi na klucz. Ogólnie akcja kompletnie nas rozmontowała, najbardziej zaś M, który widział, jak ukochana osoba cierpi i nie miał pojęcia jak jej pomóc. W końcu zamknęli się na 2 godziny w łazience. Kiedy wyszli, P na szczęście była już tak styrana, że udało się ją położyć i zasnęła. (po dokładniejszy, bo z pierwszej ręki, opis bad tripa, odsyłam do raportu jej autorstwa: http://neurogroove.info/trip/fathom-hell-or-soar-angelic ) Wstała po niecałej godzinie, wyraźnie wstrząśnięta przeżytym doświadczeniem, ale już normalna. Do tej pory, tj. ok. 21, kwas zdążył już zejść, acz wyczuwalny był naprawdę solidny afterglow. E i M pojechali, po jeszcze jedną osobę, która wcześniej nie mogła dotrzeć, P namalowała fantastyczny rysunek, ja opaliłem lufę, czując, że potrzebuję thc po tym wszystkim. Wrócili E i M z S, wypiłem ostatnie piwo, dociągnąłem trochę tabaki i parę minut po północy stwierdziłem, że czas już na sen.

 

Podsumowując; trip uznaję za w pełni udany, nawet mimo niezbyt przyjemnego zakończenia. Tak czystego uczucia szczęścia i spełnienia nie jest w stanie dać nawet MDMA. Kwas na dobre zajął pierwsze miejsce w moim rankingu psychodelików. Przeżycie długie, intensywne i grające na całym spektrum emocji tak pozytywnych, jak i negatywnych. Świetne przypomnienie, jak cudowny i intensywny jest świat, w którym żyjemy.

Ocena: 

Odpowiedzi

Świetny, przemyślany trip raport, ładne słownictwo. Napisałeś tu sporo rzeczy, o których ja zapomniałam (ah, taniec na boso <3). I w sumie masz racje, że ten trip był bardzo pełen, szerokie spektrum emocji, doznań, zdarzeń. Ciekawe, że też miałeś trudniejszy moment, dobrze, że nie na długo :)

Witam. Świetny pomysł, żeby kilka osób opisało jeden trip. Mamy teraz kilka różnych punktów odniesienia. Świetnie wam to wyszło. Życzę dalszych trpów i pozdrawiam.

Bardzo dobry trip raport. Czy ty aby nie opisujesz tego wydarzenia: http://neurogroove.info/comment/1361#comment-1361    

Raporty bardzo do siebie podobne, ale może tak mi się tylko zdaje, bo jestem pod wpływem DXM.

Dokładnie to opisuję; coś link, który dałem w swoim raporcie niezbyt chce działać. Dzięki za pochwałę :3

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media