Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[lsd] atomowy inny świat

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
250mcg LSD
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Bardzo pozytywne nastawienie do nadchodzącego przeżycia. Radość z możliwości spróbowania LSD po raz pierwszy.
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Kofeina (codziennie)
Alkohol (z reguły przynajmniej raz na tydzień)
Nikotyna (czasami)
Marihuana (dość często)
Amfetamina (trzykrotnie)
BB-22 (ok 15g mieszanki 1:30)
AB-FUBINACA (ok 20g mieszanki 1:30)
MXE (ok. 10 razy)
Pentedron (ok 10g)
a-PVP (ok 2g)
2C-P (4 razy)
3-MMC (najwięcej z wszystkich b-k, nie wiem ile)
5-MeO-MiPT (10 razy)
5-MAPB (dużo razy)
ETH-CAT (ok. 5g)
5F-AKB-48 (dużo razy)
Etylofenidat (ok 0,5g)
Grzyby Psylocybinowe [4-PO-DMT] (4 razy)
4-MMC (3 razy)
5-MeO-DMT (2 razy)
Tianeptyna (Coaxil) (Kilkukrotnie)
2-FMA (parę razy)
Dextrometorfan (3 razy)
5-MeO-MALT (5 razy)
AKB-48 (parę razy)
Alliloeskalina (raz)
Dibutylon (dwa razy)
PV8 (trzy razy)
25C-NBOMe (dużo razy)
25I-NBOMe (trzy razy)
GBL (dwukrotnie)
Tramadol (rekreacyjnie dwa razy)
Kodeina (rekreacyjnie raz)
6-MAPB (dwukrotnie)
3-FA (trzykrotnie)
4-HO-MET (raz)
Calea Zacatechichi (raz)
Szałwia Wieszcza (raz)
Powój Hawajski [LSA] (dwa razy)
Kratom (dwa razy)
Kra-Thum-Khok (raz)
Maconha Brava (kilka razy)
Serdecznik Syberyjski (dodatek do Maconhy i MJ)
Combretum Quadrangulare (3 razy)
LSD-25 (raz)

[lsd] atomowy inny świat

- Finally! Wreszcie, udało się!
- Ale co, o czym Ty gadasz?
- No, przeżyłem coś, czego od dawna zawsze chciałem.
- Człowieku, ja Ciebie totalnie nie rozumiem. Może wytłumaczysz?
- Okej. Usiądź. Opowiem Ci bajkę...
- Czy ja Ci wyglądam na dziecko?
- Nie... ale chciałeś, żebym wytłumaczył.
- No dobra, dobra, już. Gadaj. ,,Dawno, dawno temu..."
- Nie. Wcale nie tak dawno. Wczoraj.
- Ghhh... ,,Za górami, za lasami?..."
- Nie. U ziomka na działce.
- Co to, kurwa, za bajka jest?
- Hehe. Ma-gi-czna.
- Zaczniesz wreszcie?
- No dobra... a więc było to tak...
Całkiem nie tak dawno temu,
ku rozczarowaniu memu,
dropsy zgarnąć chęci miałem,
lecz ich w końcu nie dostałem.
Smutno było mi ogromnie,
lecz tu nagle - dzwonią do mnie.
Dzwoni ziomek i nawija,
że okazja mnie omija.
,,Gdzie tam dropsy, po co, komu?
Wbijaj migiem, jestem w domu."
No więc szybko się zebrałem,
Mało się nie wyjebałem, 
A gdy wreszcie dojechałem,
Karton z kwasem wnet dostałem. 
Wsiadam w auto, zapierdalam,
W chuy od domu się oddalam.
Gdy do celu już dotarłem,
Drzwi szeroko rozpostarłem,
Działki próg wnet przekroczyłem,
No i kwasa zarzuciłem...
I po chwili - pewnie wiecie,
Byłem już w tym innym świecie...

Część I - Witaj, inny świecie 
+30 min 1

Ja: Witaj, inny świecie, dawno nas tu nie było, hehe.
A.: Oj dawno, dawno... Ale ja nie lubię bodyloadów.
Ja: Ty to nazywasz bodyloadem? Ja się czuję świetnie. Tylko trochę zmulony i ciężej mi się oddycha. Ot i wsio.
A.: No ja w sumie też. Ale zaczyna robić się śmiesznie.

No i faktycznie, tak też było. Było mi cieplutko, zapewne przez kieliszek Greckiego Ouzo, wypity kilkanaście minut przed tripem, w działkowym pokoju pięknie pachniało dymem z e-papierosa, w żyrandolu zamiast żarówek wkręcone były Disco-LEDy 2, które w wszechobecnym dymie tworzyły piękne powidoki, grała moja ulubiona muzyka - Chillstep - z którą, bagatela spędzam wszystkie najpiękniejsze chwile swego relaksu - romantyczne wieczory z kobietą, piwno-palone spotkania z kumplami i inne takie. Klimacik idealny. S&S perfekcyjny. Banan z twarzy nie schodzi. Ale coś rzeczywiście zaczyna się dziać. Powoli zaczyna ogarniać mnie leciutki błogostan, a odbiór otaczającego nas natłoku światła diametralnie się zmienia. A. wyraźnie ciężko się oddycha, ale również wygląda na zadowolonego. 

A.: To będzie grube.
Ja: To będzie piękne.
A.: A co ja powiedziałem? *uśmiech*
Ja: Widzisz już coś?
A.: Taaaaa. Spójrz na ten cień. O tu
Wooooow.

Niby widziałem już wcześniej takie cuda. Po prostu falujący cień rozlewający się po ścianie, gra świateł, która w połączeniu z moim ultrawzmocnionym odbiorem obrazu powodowała przepiękne, florystyczne wzory tańczące na ścianie pokoju. Kręcące się disco-żarówki tworzyły tęczowe, malownicze, laserowe smugi w dymie w całym pokoju, co moje oczy odbierały w postaci magicznych tęczowych wirów świetlistego dymu. W połączeniu z (już na tę chwilę) wszechogarniającym mnie błogostanem i mocno podbitym poczuciem humoru, oraz chilloutującą muzyką spowodowało to u mnie ostre odrealnienie. Zacząłem powoli zauważać pojedyncze, mimowolne spięcia i rozluźnienia mięśni całego mojego ciała, do mojego umysłu zaczęła wnikać nuta słodkiej, psychodelicznej tajemniczości, na twarzy na stałe już wpisał się uśmiech, a trip przecież dopiero co się zaczynał.

W pewnym momencie A. zaczął melancholijnie wpatrywać się w rozpalone wcześniej w palenisku ognisko na dworze. Moją uwagę przykuwała zaś wszechobecna gra cieni, na firankach, na dywanie, na szafkach. Kolory z wątło dotychczas oświetlających pomieszczenie disco-żarówek rozlały się teraz już wszędzie. Plamki tęczowo kolorowego światła, przebijających się przez dym tęczowych fotonów padały na wszystko co znajdowało się w ich zasięgu, tworząc rajską, niewyobrażalnie piękną komnatę wirującej energii. Ja natomiast wygodnie rozłożyłem się na łóżku, ignorując nieco ociężały wciąż oddech i lekkie skurcze (które u mnie przy empatogenach i niektórych psychodelikach były zupełnie normalne) oddałem się tej przepięknej wizji. Przyglądałem się wręcz z ultra wielką dokładnością tym pędzącym cząstkom elementarnym, które odbijając się od otaczających mnie powierzchni docierały do moich przekalibrowanych przez LSD oczu. Ale to był dopiero początek. Początek czegoś wielkiego.

+1h 1

Po kilkunastu minutach kontemplowania tego co widzę, wpadłem wreszcie na pomysł zamknięcia oczu i oddania się tworzonym przez mój umysł wizjom. Nie zdziwił mnie fakt, że tu, pod zamkniętymi powiekami, podobnie jak i pod powierzchnią wody ciepłych mórz, życie jest o wiele bardziej barwne. Wysublimowane, zaawansowane geometrycznie fraktalne galaktyki toczyły elipsoidalne kręgi w tęczowym kosmosie mojej serotoninowo zboostowanej jaźni. Przez kilka chwil nawet udało się wytworzyć bardziej realne wizje nieco przekręconej rzeczywistości. A może to była przyszłość?...

*muzyka stop*
,,Witam, nazywam się XXX i jestem kucharzem. Dziś zaprezentuję Państwu jak przyrządzić przepyszną KASZANKĘ z JABŁKIEM"
CO TO KUUUURWA JEST?!
*śmiechy*
A.: Ja pierdole, coś Ty puścił?
Ja: To jest, hahahaha, reklama, hahahaha, Ty deklu.
A.: Co, reklama? O KASZANCE? ( :D )
,,Do przygotowania kaszanki z grilla z jabłkiem, będziemy potrzebować:
- Kaszanki
- Jabłka
-..."
Ja: Nie no *śmiech do rozpuku*, ja już kurwa dłużej tego nie zniosę, gdzie moja muzyka. Nie chce kaszanki!

Wstałem, by pominąć reklamę na youtubie i włączyć dalsze odtwarzanie ponadgodzinnej składanki 3. Ale tu pojawił się problem przycisk ,,Pomiń reklamę" zaczął uciekać mi po ekranie. Podobnie jak cały sens filmiku, który się właśnie odtwarzał. Tak ostro w oczach jeszcze nigdy mi się nie pierdoliło. Po cudownej wygranej z nieokiełzaną technologią udało mi się przywrócić muzykę. Toteż powróciłem do swojego poprzedniego stanu, totalnej, błogiej wegetacji na łóżku. Strasznie się wierciłem, a raczej to moje ciało się wierciło. Zauważam tu pewną analogię między innym lizergamidem - LSA. - a dokładniej powojem hawajskim, w którym tenże jest zawarty. O ile powój nie powodował prawie żadnych zmian wizualnych, co w przypadku LSD było dokładną odwrotnością, bo świat dosłownie kipiał żywą energią kolorowych halucynacji, tak odczucia fizyczne oraz totalny euforyczny błogostan z momentami tajemniczych dysforii były wręcz idealnie takie same. Czułem się niemalże tak jak wyobrażałem sobie działanie prawdziwego extasy.
Po chwili muzykę znów przerwała reklama, tym razem jak się okazało adidasa. Nie to jednak było zadziwiające. Zadziwiająca była jej treść. Była magiczna. Przedstawiała kosmos, kolorowe wzorki i niezrozumiały dla mnie bełkot, który odebrałem jako przekazd podprogowy (nie wiem czemu, zapewne był to język angielski :D). Obydwoje z A. gapiliśmy się w nią jak zaczarowani, nawet przez kilkadziesiąt sekund po tym jak już się skończyła, a na powrót zaczęła płynąć kojąca muzyka. W tym momencie zacząłem się zastanawiać jak teraz wyglądam, wijąc się w małej ekstazie i przyglądając dosłownie wszystkiemu co mnie otacza niczym zaciekawione szczenię. Postanowiłem to sprawdzić. Wstałem, wyłączyłem youtuba, zapadła cisza.
Cisza? Przecież coś dalej gra. Ale jak to?
Mój mózg potrzebował dobrej chwili, żeby przestawić się na inny tryb. Tę dobrą chwilę, musiałem też poświęcić na walkę z nieprzychylną mi tej nocy technologią. Kosmiczną, ponadczasową magią systemu android i dotykowego wyświetlacza. Gdy w końcu włączyłem przednią kamerę, doszedłem do wniosku, że w porównaniu z minami, które bywały przy jazdach z NBOMe lub MAPB, to to... to to jest nawet ładne. Nie chwaląc się, oczywiście.

Część II - Pandora
+1,5h 1

Po tym jak już wyrwaliśmy się lekko z transu, postawnowiliśmy wyjść przed domek zapalić, popatrzeć w dogasające płomienie paleniska oraz się załatwić. No i tu zaczęły się schody, gdyż po opuszczeniu naszego przytulnego, ciepłego schronu świat stał się dla mnie obcy. Zrozumiałem wreszcie co Jake Sully zobaczył, gdy po raz pierwszy znalazł się w nocy sam na Pandorze. Nasza własna Ziemia wydała mi się wtedy równie magiczna, co świat ludzi Na'vi. Rośliny były zdeformowane, przypominały mi bulwiaste, zmutowane dziwadła. Gra świateł wydobywająca się z okna i nikły blask ogniska oświetlały okolicę na tyle wątło, że wszystko pozostawało owiane mistyczną czernią, spośród której wydzierały się jedynie najjaśniejsze elementy otoczenia, wyjaskrawione i zdeformowane moim ,,kwasowym wizjerem". To było tak piękne i przerażające, patrzeć się na tą żyjącą oddychającą i magiczną florę. Rzucenie okiem na niebo nie poprawiło sytuacji. Bezkres czarnego nieba i migoczące, tańczące na niebie tęczowe gwiazdy przyprawiły mnie o zawrót głowy. Zewsząt słyszałem nawet najdrobniejszy ruch powietrza. Szelest liści wydawał mi się trzepotem skrzydeł olbrzymich owadów. Tuż obok mojej głowy. Wszystko buczało, świeciło, zachwycało i przerażało. Po załatwieniu podstawowych potrzeb i papierosku postanowiliśmy udać się w tripa. Ale stwierdziłem, że z moimi oczami jest coraz gorzej, i nie przejdę ani metra bez latarki. Udałem się więc po latarkę. Wziąłem ją. Włączam. Nie działa. KURWA.
Świecę po ziemii. Gówno to daje. No bo w sumie jak ma dawać, jak nie działa. Patrzę w latarkę, no rzeczywiście. Nie świeci.

A.: Ej. Czemu świecisz sobie latarką w oczy?
Ja: Co Ty pierdzielisz, przecież ona nie działa.
A.: Jak to nie xDD
Ej. No kurwa. Rzeczywiście. Ale czemu nie bolą mnie oczy? A z resztą. Działa, nie działa. I tak gówno widzę. Oprócz otaczających roślin, które pewnie chcą mnie zjeść. Zajebiście! Więc ruszajmy. Witaj, Pandoro. Witaj, inny świecie. Kiedyś już Cię liznąłem. Ale byłem tu wtedy dzieckiem. W chińskich trampkach marki RC. Teraz, odziany w markowe lizergamidowe obuwie, mogę ruszać na Twój podbój! Nie zawiedź mnie. Proszę. Błagam.

Dojście do wyjścia z działkowiska było dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie dość, że nie umiałem iść prosto, to nie widziałem gdzie idę. Czułem się jak kret, czując najdrobniejsze zmiany ruchu powietrza i kształtu terenu omijałem przeszkody, które znalazły się niebezpiecznie blisko, zawsze w ostatniej chwili. Niby świeciłem latarką, całkiem mocną rzekomo, ale nie zwracałem na to uwagi. I tak gówno dawała. Miałem nadzieję, że nikogo nie spotkamy, bo raczej nie umiał bym się wytłumaczyć z oczu jak pięciozłotówek, braku zdolności normalnego postrzegania świata, hihawki, problemów z równowagą ograniczonego widzenia, wahań nastroju i innych takich. Tak czy siak, śmiało parłem za kompanem, plotąc mu cały czas jaki to świat nie jest piękny i fascynujący. Snując rozkminy o tym, że teraz na prawdę widzimy otaczający nas świat. Zastanawiając się nad nazwami nowo odkrytych, krwiożerczych roślin. No i bojąc się, że natkniemy się na inną żywą duszę. Trzeźwą. Z równoległego, trzeźwego, wszechświata. Po wyjściu na oświetloną ulicę było trochę lepiej. Przynajmniej widziałem gdzie idę. Ale to nie zmieniało faktu, że mimo iż kosmicznie obcy świat mijał mnie z każdej strony, a nogi przebierały ile sił, nie poruszaliśmy się do przodu. Droga przed nami wydłużała się i nijak nie dawała się skrócić. Nagle mój przewodnik gwałtownie odbił w prawo, skręcając w ciemną odnogę prowadzącą do wejścia do cmentarza. Zrobiło się mrocznie. Z lewej strony mijaliśmy niekończący się tęczowy (szary) betonowy mur. Z prawej zaś napierał na nas żyjący, krwiożerczy i świecący busz. W miarę jak oddaliliśmy się od ulicy moja zdolność trzeźwego postrzegania otoczenia została bezpowrotnie utracona. Nie wiedziałem już nawet co znajduje się 10 centymetrów, a co 10 metrów ode mnie. Na moją widoczność nałożony został kwasowy obraz wyimaginowanej kosmicznej rzeczywistości. Na nic latarka. Na nic mrużenie oczu. Za to słuch wyczulił się jeszcze bardziej. W pewnym momencie wyczułem, że coś na nas tu czycha. Trzeba się zmywać. 

Ja: Ja nic, kurwa, nie widzę. Słyszę jakichś kosmitów, mam rozpierdol przed oczami, nie rozróżniam odległości i ogólem to jest kiepsko. Wracajmy bo zaraz się gdzieś tu wypierdolę i któraś z tych roślin mnie wciągnie. Aaaalbo jakiś inny złodupiec mnie wpierdoli. 
A.: Ale chciałem iść popatrzeć na pociąg. Z resztą, przed chwilą jeden przejechał na nasypie. Nie słyszałeś?
Ja: To coś to był statek kosmitów. Na pewno. Więc wracajmy.
A.: Ehhh... no okej, skoro tak bardzo chcesz. Idź.
Ja: Sam se kurwa idź. Znaczy sie, nie sam. Ale przodem. I blisko. Bo jesteś jedyną rzeczą, którą widzę w tej zasranej dziurze.

Dalej było już tylko śmieszniej. Niby widziałem oświetloną drogę, ale ona, paradoksalnie zamiast się przybliżać - oddalała się. Co 5 metrów przystawałem i pytałem się A. jak daleko mamy do drogi. Byłem na tyle trzeźwy że wiedziałem, co się dzieje i zwyczajnie nie chciałem wpierdolić się pod jadący samochód statek ufopornoludów. Tudzież co gorsza mistyczną srebrną strzałę z niebieskimi pasami i światełkami. Gdy przeszliśmy na drugą stronę, nie chcąc wracać drogą, z obawy o mój stan, znów ogarnęła mnie ciemność. Tutaj już wiedziałem, gdzie jestem, ale cóż mi z tego, jeśli każdy fragment otoczenia wydawał mi się złowrogą, świecącą tęczowym mrokiem (tfu!) kreaturą. No i jednocześnie nic nie widziałem, oczywiście. No bo moja nie działająca w moim mniemaniu latarka, podświetlała tylko te srogie rośliny. Ale drogi pod nogami już, kurwa, nie. Skręciliśmy lekko w prawo i weszliśmy w jakieś haszcze. Zaczęły się do mnie zbliżać. Znów to buczenie skrzydeł tysięcy robali. No i TO.
TO.
Największy roślinny złodupiec ze wszystkich złodupców tego mrocznego kosmicznego ekosystemu. Żółty, świecący, gwieździsty, olbrzymi punkt. Niczym oko Saurona przyglądający się mojej duszy i oczekujący na najdrobniejszy ruch. Polował na nas. 4 Mój instynkt przetrwania, kazał... JEBAĆ INSTYNKTY, SPIEEERDALAMY.

Ja.: A. Chodź stąd. To coś się na nas patrzy. To jest złe. Chodź stąd.
A.: To tylko kwiatek, ziom. Kwiatka się boisz?
Ja: Nie podchodź, jak Cię wpierdoli to Ci nie pomogę, ślepy jestem, nie pamiętasz? Spierdalajmy.

No i się ewakuowaliśmy w stronę bramy wejściowej na działkowisko. Droga wzdłuż działek znów sie dłużyła, nie chciała się skończyć, a zewsząd na domiar złego te buczące, świecące roślinne gołojebce. Ale zabawa! :D 

Po dotarciu na miejsce okazało się, że nasz trip nie trwał więcej niż 10 lub 15 minut, bowiem ognisko nie zdążyło nawet jeszcze przygasnąć. Przyszedł czas na papieroska na uspokojenie i na powrót do domku. W środku okazało się, że mój zmysł inżyniera też przestał działać i kolejne 30 minut spędziłem na próbie podłączenia głośnika do telefonu przez Bluetooth.

Część III - Mindfuck, Pause, Rave, Repeat
+2,5h 1

Przyszła kolej i na najmniej przyjemną część. I jednocześnie na najciekawszą. Stąd też nie wspominam jej wcale źle. Zaczęło się od położenia głowy w poduszce i oddania się CEVom5. Najpierw były to takie jak wcześniej, tęczowe fraktale, później, zaczęły się one przeradzać w całkiem realne wizje. Ale coś było nie tak. Gdzieś w tyle mojej głowy coś piepierdoliło się także z wewnętrznym zegarkiem. Z błędnikiem. I z jestestwem. Zacząłem zapadać się coraz bardziej w głąb samego siebie, oglądając różne fragmenty swojej przeszłości i przyszłości. Co ciekawe nawiązywałem co jakiś czas kontakt głosowy ze swoim kompanem, zadając mu istotne w danym momencie dla mojego tripa pytania. POWTARZAJĄCE się pytania. Imitujące pseudointeligencję i powagę sytuacji. POWTARZAJĄCE się pytania, które u mojego kompana wkręciły fazę rywalizacji i pojedynku na intelekty. Co było bezsensem, bo w danym momencie jego intelekt to była zupa, a mój intelekt - gówno. Rywalizacja zupy z gównem, ot tak. Moja faza zaczęła się zapętlać. Zaczęła powracać do tych samych końców. Pojawił się istny mindfuck, a przy osiąganiu kolejnego końca, skrajnego, pętli, czas jakby się zatrzymywał. Przychodził moment na zadanie po raz kolejny tego samego pytania, z przerażeniem ,,Czy masz wrażenie, że coś się kończy?".
A: Nie.
Ja: Nagrywasz to?
A: Tak.
I znowu. Spadanie w dół, obrazy, życie, wyimaginowana hiperzmutowana wyobraźnia, koniec, pauza, wznoszenie się, po tych samych - dobrych, złych i cierpiętniczych momentach życia. I znowu. Ja: Czy coś się kończy?
A: Nie.
Ja: Nagrywasz to?
A: Tak.
Zaczęło mi się wkręcać, że tak wygląda śmierć. Wieczne docieranie do krańców i zadawanie sobie pytania, ,,czy to już koniec?". I w momencie, w którym zaczynasz już błagać, żeby był, znów zaczynasz lecieć w przeciwnym kierunku.
Ja: Ej, czy odnosisz wrażenie, że coś...
A: NIE!
Ja: A nagry...
A: Tak, przecież prosiłeś!
Ja: Proszę, powiedz ,,Nic się nie kończy, a coś się zaczyna"
A: Ale po chuj?
Ja: Powiedz!
A: ,,Nic się nie kończy, a coś się zaczyna". Pasuje?
Ja: Tak. Dzięki.

Po czym wstałem i przekalibrowałem się na kolejny rodzaj fazy. Szczęśliwy, że jednak nie umarłem, a śmierć nie jest ciągniem nieskończonych pętli powtarzania własnego życia a w nim największych jego błędów. Tu nasuwa się rozkminka, że prawdopodobnie mój zmiękczony tripem w ciemne przestworza umysł źle zinterpretował ową fazę. Prawdopodobnie pokazywanie pętli różnych błędów było nauczką. Wskazówką. Celem. Wywołanym cierpieniem w celu nauki. Nie było tam bólu. Nieee, to nie ta sama faza z zadającymi mi ból istotami. To nie był badtrip. To była lekcja. Lekcja szacunku i pokory. Nie wiem czemu, ale zapewnienie towarzysza, że jednak nic się nie kończy, było dla mnie wystarczające, aby wyrwać mnie z tej sieci zapętleń.

A trwało to dłuuuższą chwilę.

Część IV - Atomowi inżynierzy
+3,5h 1

Chcąc skorzystać z trwającego tripa postanowiłem oddać się rozmyślaniom. Znów zanurkowałem wgłąb siebie i schodziłem coraz głębiej. I głębiej. Znajdywałem odpowiedzi na pytania, których mi brakowało, a te, których w sobie nie widziałem, wylatywały na zewnątrz dochodząc do uszu współtripowicza. I tak ten oto zmuszony był ze mną prowadzić konwesację docierając ze mną do istot jestestwa i bezpośredniego spotkania z budową materii. Pokonując zawiłe korytarze jaźniowego tunelu odkryłem, że istota ludzka nie posiada podziału na jednostki. Ze jest jedną całością. Zadałem pytania ,,Czy jestem?". ,,Kim jestem?". ,,A., czy jesteśmy tym samym, jestes mną?". Przeżyłem wizję rozmowy naszych umysłów. Spotkania ich poza naszymi ciałami, w miejscu pozbawionym czasu. Czyjaś dusza, czyjś intelekt był mi czymś obcym. Nie umiałem zrozumieć, że po drugiej stronie tez ktoś myśli. Też ktoś decyduje. To swoiste stykanie się końcówkami macek naszych jaźni wywołało u mnie zaskoczenie. Poczułem się jak młode, które pierwszy raz spotyka zwierzę innego gatunku. ,,To ty myślisz? Ty czujesz? Czym jesteś?"
A.: Sobą.
,,Kim jest człowiek?"
A.: Sobą.
,,Kim chcesz być?"
A.: Sobą.

Gdy już w końcu oswoiłem się z myślą, że mój współtowarzysz rzeczywiście i niezaprzeczalnie jest inną istotą niż ja, postanowiliśmy oddać się zwiedzaniu najmniejszych zakamarków naszej materii - atomów. A te, moi drodzy, uwierzcie mi, są piękne. Zwłaszcza, gdy przyjżeć się im z bliska. Zwłaszcza, kiedy można je dotknąć, pomacać. Po latać z nimi w olbrzymiej otaczającej je przestrzeni. Przy ich użyciu odpowiadaliśmy na dręczące ludzkość pytania i rozwiązywaliśmy najskrytsze problemy ludzkości. Zostaliśmy atomowymi inzynierami. LSD powoli traciło swój impet, świat zaczął normalnieć.

Dalej przyszła już tylko kolej na palenie MJ w celu zmiany toru fazy oraz uśpieniu się, oraz popijanie piwek i zjadanie ciastek. Finalnie udało nam się usnąć około 5 nad ranem, 6 godzin po przyjęciu kartoników.

Od Autora:

Na sam koniec chciałem tylko dodać, że opisywany tu trip był moim pierwszym kontaktem z LSD. Źródło było sprawdzone, a wszelkie oznaki na niebie i ziemi, takie jak czas działania, brak smaku blottera, efekty i zapewnienia innych ludzi wskazywały, że to jednak na prawdę było LSD. Od mojej ostatniej przygody z psychodelikami minęlo duuużo czasu. Mianowicie 7 czy 8 miesięcy odkąd po sylwestrze wrzucałem ze znajomym wątłą ilość nasionek powoju. Moja tolerancja wynosiła więc totalnie 0. Z moich prywatnych spostrzeżeń stwierdziłem, że nie spotkałem dotychczas substancji o takim wpływie na postrzegany przez nas świat. Ilość OEVów i CEVów była tak przytłaczająca, że straciłem orientację przestrzenną. W połączeniu z serotoninową euforią i nutą tajemniczości, dużą ilością uczących przełomów w tripie, podróż ta była najciekawszą, najprzyjemniejszą i najbardziej kolorową w moim życiu. Żałuję i wstyd mi, że, jak już kiedyś powiedziałem, zacząłem jako dziecko. Zacząłem badać ten świat psychodelików w tanich targowych trampkach z chin. W marnych podróbach takich jak DOx czy NBOMe. Jakież przykre było to, że zjadłem wszystkie nowinki świata RC sprzed dwóch lat, a dopiero teraz dane mi było spróbować niedościgłego pierwowzoru. Pozdrawiam Was wszystkich i mam nadzieję, że się podobało. W planach mam jeszcze prawdziwy Candy-flipping i zapewne kiedyśtam Meskalinę. Natomiast do ćpania wracać nie zamierzam. Nigdy. A doświadczenia psychodeliczne ćpaniem nie są. Są... wysoce niestandardową formą poznawania otaczającego nas świata.

Przypisy:
1 Czas podawany od przyjęcia substancji. 
Disco-LEDy [FILMIK] 
3 Składanka [FILMIK]
4 To mistyczne coś, to, jak się rano okazało, samotny słonecznik rosnący w zagajniku przez który przechodziliśmy.
5 Halucynacje pod zamkniętymi oczami - CEV. 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media