Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[5-meo-dmt] jak wyleczyć mordercę miłością

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Cały dzień zarzucane 5-MAPB w dawkach między 100 a 200mg.
Opis tripu dotyczy zarzuconego 150mg 5-MAPB, 20mg 5-MeO-DMT oraz 30mg 5-MeO-DMT
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Przyjemnie przeżyty weekend, noc u mnie w domu z kumplami.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Kofeina (codziennie)
Alkohol (z reguły przynajmniej raz na tydzień)
Nikotyna (czasami)
Marihuana (dość często)
Amfetamina (raz)
BB-22 (ok 15g mieszanki 1:30)
AB-FUBINACA (ok 20g mieszanki 1:30)
MXE (ok. 10 razy)
Pentedron (ok 10g)
a-PVP (ok 2g)
2C-P (4 razy)
3-MMC (najwięcej z wszystkich b-k, nie wiem ile)
5-MeO-MiPT (10 razy)
ETH-CAT (ok. 5g)
5F-AKB-48 (2-3 razy)
Etylofenidat (ok 0,5g)
4-PO-DMT (2 razy)
4-MMC (3 razy)

[5-meo-dmt] jak wyleczyć mordercę miłością

Uh, ten trip raport będzie taki sam jak profil działania tej substancji. Krótki. (Dobra, po napisaniu go, stwierdzam, że jednak jest długi) W zasadzie całość dotyczy dwóch tripów, które wydarzyły się w przeciągu godziny, może półtorej.
Wszyscy uczestnicy mieli już doświadczenie (niekoniecznie duże, ale mieli) zarówno z empatogenami, jak i z depresantami, jak i z stymulantami i psychodelikami.

Całość opisywanej tu historii, kończy się dość brutalnie (nie, nikt nikogo nie zabił, aczkolwiek chciał, tylko moje plecy na tym ucierpiały). Jest to nauczka, dla osób, które chcą wejść w świat psychodelików, że nie wolno brać się za coś, jeśli nie jest się pewnym, że jest się na to gotowym. Ja byłem. Współtripowicze? - sami przeczytajcie... 

Przejdźmy do rzeczy...

Noc z piątku na sobotę spędzona w klubach, jadąc na 3-MMC, 4-MMC, 5-MAPB, a-PVP i małej ilości alko i MJ. Noc nieprzespana, miałem tylko jedną piksę benzo, wiedziałem, że jutro testujemy 5-MeO-DMT, wiedziałem także, że prawie napewno komuś się przyda.
Rano mieliśmy jechać w góry zbierać grzybki, ale kiedy o 11 spojrzałem w swoje oczy i zobaczyłem niemalże czerń, a moja głowa wciąż była ciężka, stwierdziłem, że na pewno w takim stanie za kółko nie wsiądę (o dziwo, ostatnią rzecz [5-MAPB] walnąłem około 3 w nocy), a jak mi to przejdzie, to i tak będę niewyspany. Odpada.

,,Chłopaki, walić to. Odwołujemy wyjazd, zamykomy sie na cztery spusty i robimy empatogenparty z psychodelicznym zwieńczeniem."

W zasadzie. Nikt nie miał nic przeciwko. Właściciel samochodu i zarazem drugi kierowca, wyglądał jeszcze gorzej, więc opcji na ruszanie się stąd nie było. 
Wyłączyć telefon, zamknąć się na cztery spusty i zaczynamy zabawę.
Jedna, druga, trzecia linijeczka, czwarta dorzucona ETH-CAT'em... Tak mija cały dzień, przychodzi wieczór.

Zaczyna się zabawa...
Mija już kolejne parę godzin od ostatniej 5-MAPB, ja usypuję sobie i T. kolejną, walimy. Euforia wyraźnie wyczuwalna, aczkolwiek słabsza z każdą 'porcją'. Za to psychodela siada coraz to mocniej, kolory wyjaskrawione, powierzchnie geometrycznych obiektów lekko falują.
Suchy Stwierdza, że chce spróbować 5-MeO-DMT zamiast zarzucać z nami 5-MAPB. Postanawiam usypać mu 20mg na oko. Prawdopodobnie ciut mniej, gdyż od usypanej na oko 1/5 z 100mg odsypałem jeszcze troszkę.

Rozsiadam sie w fotelu, ograniczam ilość źródeł światła, puszczam cicho muzykę. Suchy rozkłada się na mojej leżance, T. leży na karimacie dmuchanej na ziemii. Czekamy...
- tu będzie link do TR'a Suchego - 
... po co mam opisywać działanie empatogena. Mi nic się nie działo. Ze swojej obserwacji powiem tylko, że po 5 minutach, Suchy zaczął dziwnie się rozglądać z lekko przestraszonym wyrazem twarzy.
Ja: ,,Ej, Suchy. Ej. Patrz na mnie."
Suchy: ,,Czego chcesz."
Ja: ,,Nie rozglądej sie non stop. Uśmiechnij sie... dobrze. Tak trzymać. Teraz klepnij na łóżko, załóż słuchawki i leć gdzie Cie wyobraźnia poniesie. Nikt tu nie przyjdzie, nikt tu nie wejdzie, nikt Ci nie przeszkodzi, wszystko jest git. Miłej podróży."
Suchy: ,,Okej"
Z doświadczenia wiem, że warto kogoś już przed tripem nakręcić na dobroć i bezpieczeństwo. Z opisów, wiedziałem, że ta substancja lubi być mroczna, nie chciałem ani przypału, ani rys na mózgu kumpla. Lepiej widzieć u kogoś uśmiech, niż przerażenie... Kiedy Suchy z błogostanem na twarzy uwalił się na kanapie i odpłynął, tyle go widzieliśmy. Przewracał tylko głową i coś mruczał, wywracał oczami pod powiekami i od czasu do czasu przewrócił się z boku na bok. Minęło około 15-20 minut kiedy się wybudził, w zasadzie, powiedział, że prawie nic nie pamięta, wie, że gdzieś był i wie, że było zajebiście, ale nic poza tym.

Zajebiście powiadasz? Okej. Niech ino lekko 5-MAPB zejdzie i ja też ruszam w podróż... 

[30 minut później...] 

Czas i na nas. Na razie suchy odbył już swoją podróż, teraz kolej na mnie i na T.
Tym razem pełne, nawet ciut przerośnięte 20mg i sobie i T. Co ja się będę... 
Zwijka w rękę, karta płatnicza układa żółtawe grudki w linię, i bach. Piecze, ale w sumie, dla mojego nosa już chyba nawet kret nie byłby straszny.

Gaszę światła absolutnie, rozsiadam się na moim twardym i niewygodnym ksześle obrotowym, puszczam Infected Mushroom -  The Gathering. 
+ 5 minut -  T. pada na ziemię. (a raczej przechodzi z pozycji siedzącej do leżącej w sposób bardzo nagły) Zaczyna szczękać zębami, podnosić i opuszczać ręce, obracać głowę w lewo i w prawo. Zaczyna być to trochę przerażające. Drgającą szczęką wybija sobie jakiś dziwaczny rytm, zaczyna obracać się wokół własnej osi na podłodze używając do tego nóg.
Ja: ,,T., co ty robisz?"
T.: ,,Ogarnij się."
Tyle w temacie.
Obracając się, schował głowę pod leżankę, próbując ją podnieść wyrył głową w metalowy stelaż. Norma. Zrobił to dzisiaj 30 razy. W łóżko, w szafę, w krzesło...
(+ 10 minut) Ej, chwila, przecież ja sam jestem...
O KURWA.
Cóż. Chciałem zmierzyć mu ciśnienie i ewentualnie, jeśli będzie złe, a stan dalej się utrzymywał, podać mu Diklazepam. Ehh... niestety 5-MeO-DMT miało wobec mnie inne plany.
Kiedy podniosłem głowę, zauważyłem, że obraz zaczyna mi... migać? Po "ekranie" latają sobie iskierki. Jest ich coraz więcej... więcej... więcej... wię... jebut.
Jezu. Moje szafy się świecą. I są kolorowe. Heheheh.
Jebut.
Nie wiem, czy ktoś z Was kiedyś przeżył tę konsternację, w momencie kiedy dziwna siła przecina obraz który widzisz z górnego lewego rogu, do prawego dolnego, a obraz rozjeżdża się niczym przecięta przez samurajski miecz galareta w miejscu przecięcia.
Parztę ęś... i nie wiedzę w to co wirzę. Dowysłownie. Widok moich szaf, razem z pokojem i ścianą, świecących się na kolorowo i przeciętych na skos, rozjechanych, był taki... lol. To jest pojebane!
JEBUT. ,,T-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t" - słychać szczękę T. wciąż tarzającego się po ziemii. Obraz (wraz z jebutnięciem) wrócił do normy. Owe jebutnięcia, były kolejnymi walnięciami T. w ramę leżanki. 
Patrzę na zegar. (+20 minut) Ja piedolę. Nie było mnie tu z 10 minut. Ej... ej... ejejejejejejej 
* moduł nadprzestrzenny załadowany, wejście w nadprzestrzeń, 3... 2... 1... *  
Kuuuurwa. Po pierwsze, czemu 10 minut temu stałem patrząc się na rozjechane szafy, a kiedy się z tego transu wybudziłem (obraz się nie ruszał, myślałem, że wciąż stoję), siedziałem? A co gorsza, czemu jak wstałem, to wyruszyłem w hiperprzestrzenną podróż wgłąb. Ej. Przecież ja wciąż jestem w pokoju. Ale jest... inaczej?
Ja: ,,Ej. Gdzie ja jestem."
 JEBUT. ,,T-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t-t"
Ja: ,,Aha."
W zasadzie... teoretycznie jest okej. Stoję. Czuję siebie. Patrzyłem na... na co ja patrzę? To moje biurko. Biurko jest białe. Świeci się lampa. Muzyka. Muzyka jest wszędzie. Łojajebujaniemogoeocholeręchodzi-----JEBUT
 
Cisza.

Stoję między biurkiem, a leżanką. Pod moimi nogami leży T. wciąż w takim samym stanie w jakim był od początku. Trzymam w ręku telefon. FAKT! Przecież nagrywałem wcześniej filmiki. Po co? A. Dlatego. Dlaczego?
Ja: ,,Suchy, dlaczego to nagrałem?"
Suchy: ,,Bo jesteś przecież skurwielem."
Ja: ,,A. No fakt." 
Po ostatnim jebutnięciu, nagle otrzeźwiałem. Wszelka psychodela, inny odbiór muzyki, OEVy, CEVy, cokolwiek... zniknęło. Co dziwne, od momentu pierwszego 'jebut' do końca, minęło może 10 sekund w mojej głowie, a w rzeczywistości... Zegarku, gdzie jesteś? Ah. (+30 minut) Minęło 20 minut.
Czemu?

Dobra... nie ma pierdzielenia, z T. jest źle. Mierzymy serducho.
Wołam go, podnosi głowę przestając szczękać zębami i majtać łbem. Przeciągam go tak, aby głowę i barki miał nieco wyżej, a rękę ugiętą w 45 stopni, z nadgarstkiem na wysokości serca. Haha! Dobre sobie. Jego ręka jest tak napięta, że musiał bym mu ją połamać. Wyciągnął ją przed siebie i zaczął wyginać palce patrząc się na nie.
Dość tego... Lekkie chlaśnięcie w twarz, ogar. Obudził się. Mówię do niego ,,Poluzuj te łapę, chce Ci ciśnienie zmierzyć debilu." Podziałało. Szkoda tylko, że cały zwiędł. Ale to i lepiej. Jedyne co dalej było słychać, to jego szczęka (efekt działania 5-MAPB, który towarzyszył nam od ponad 24 godzin...). Ups. 160/100 i tętno 140. Zdejmuję ciśnieniomierz, a on wraca do swojej psychodeli, wydając do tego teraz jeszcze inne, dziwne dźwięki. Jest najmłodszy i ma najsłabszy organizm. Tym razem nie będę czekał, aż ktoś zeświruje albo zejdzie. Benzo i do łóżeczka panie psychotrekotko.

Jak postanowiłem, tak też zrobiłem.
Okej, leży na miękkiej dmuchanej karimacie, przykryty kołderką, terkocze sobie ząbkami na poduszeczce i patrzy się na mnie z miną wyrażającą ,,Barasfasfacawagafasdadfgtaewgawawdawdad". Tak. Ta mina dokładnie to wyrażała. 

Skoro problem załatwiony, zmierzę teraz sobie sam ciśnienie. Siadam na krześle, odczekuję chwile oddychając spokojnie, zmieniam playlistę na klubową muzykę, zapalam światła, Suchy, prawie, że śpi. Opowiadam mu co widziałem, co czułem, twierdzi, że wie co to za uczucie. Ciśnienie 135/90, Tętno 101. Nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę, że cały dzień walimy stimsy, empatogeny i teraz psychodelika.
W sumie, tolerka na to ponoć rośnie szybko i równie szybko spada. Pytam suchego ,,Ej, stary. T. odpadł i więcej już dziś nic nie dostaje tylko idzie spać, dam mu jeszcze tylko suplementy potem, jak sami będziemy szli i to na tyle, ale widze, że Ty jeszcze do krainy snów sie nie wybierasz, co byś powiedział, na powtórkę z rozrywki, za jakieś 30 minutek?"
,,Okej."
Czemu zawsze, ale to zawsze, kiedy chcę robić coś niebezpiecznego (lub przynajmniej bardzo ostrego), każde z tych moich współćpaków zawsze mówi ,,Okej."
JAKBYM WAM KURWA KAZAŁ ZEŻREĆ 100MG 2C-P, NA TO WALNĄĆ 10 BLISTRÓW KASZLOKA, JAKIEŚ SSRI, MDMA I MOŻE JESZCZE MOKLO, TO TEŻ BYŚCIE TO IDIOCI ZROBILI?! - nie, w sumie, pewnie by nie zrobili, bo zanim zdążyli by to wszystko zeżreć już by umarli. - odpowiedziała mi moja cudowna druga osobowość, zwykle tłumiona, zwana zdrowym rozsądkiem.
Smutno jest być jedyną osobą, która ma w pełni (lub przynajmniej prawie w pełni) świadomość, co tak naprawdę wali, jakiego pochodzenia są to substancje, jakie są ich pełne nazwy, budowa, działanie, dawkowania, ewentualne niebezpieczeństwa, efekty uboczne... Ehh... Cóż, tłumaczyłem im to wszystko nie raz. Ja się zajechać nie zajadę, a nawet jeśli, to z pełną świadomością niebezpieczeństwa. Ja to ja, a ich życia, to ich życia.  Są dorośli. Wiedzą w co się pakują.

Decyzja zapadła.

[około 45 minut później...] 

Zostało mniej więcej 50-60mg 5-MeO-DMT. Dzielę to na dwie równe części. Ciut więcej usypuję sobie, dla pewności...
//może z powodu jakiegoś ukłucia zdrowego rozsądku. Praktyka nie raz pokazała, że mnie nawet najostrzejsze jazdy nie zajeżdżają do stanów, w których nie byłbym w stanie sam siebie ogarnąć, a z Suchym, T. i całą resztą moich byłych i obecnych współtripowiczów, najczęściej bywało różnie. Na 20 piksów Diklazepamu, ja użyłem go tylko raz i to nie dla uspokojenia psychiki, a dla uspokojenia serca, po przepaleniu 60mg 5-MeO-MiPTa i przewaleniu 3,5g Pentedronu w jedną noc, kiedy mój organizm naprawdę potrzebował ukojenia i snu. Cała reszta poszła na ratowanie bad tripów i organizmów reszty.//

Wołam Suchego. Podchodzi. Wciąga. Wciągam i ja. Gaszę światło.
Tutaj... Chyba popełniam błąd. Puszczam Sui Genesis Umbra - Psychomachia.
// Ja lubię mroczne klimaty tego kawałka... ale, tak jak mówiłem - ja to ja! Ja po końskiej dawce 2c-p chodzę do lasu o 2 w nocy śmiać się z zbliżających się zombie i próbujących pożreć mnie drzew. Przecież do cholery to tylko moja wyobraźnia. Ona nie może mnie zabić. A muzyka, to TYLKO muzyka. Psychodela może być piękna, ale przede wszystkim trzeba dbać o to, żeby trzymać poziomy pion w mojej skośnej psychice, a przynajmniej zawsze sobie tak powtarzam... i to mnie ratuje. Hm. Raczej moich znajomych ratuje, bo zawsze jest ktoś, kto ogarnie na czas, żeby wyjąć benzo, albo kogoś chwycić, sprowadzić do parteru i ugłaskać, uspokoić, w razie czego. //
Siadam. Czekam. Tym razem wchodzi szybciej. Może po około 2-3 minutach. Muzyka mnie wypełnia, cieszy. Te przerażające wrzaski i dziwne odgłosy są... fajne! Nagle wśród tych wszystkich wrzasków daje się słyszeć dziwne zawodzenie. Pewnie to część utworu, tylko tego nie pamiętam. I znów... i znów...
W końcu słyszę głos. ,,J-j-j-jaa-a-a p-p--p-p--ieeee-ee-rdo-o--o-o-l-l-ll-le c-c---c-c--o t-t-t--o?"
Sądząc po szczękodrgawkowej przejąkanej wypowiedzi... powiedzieć to musiał T. A już miałem wlecieć w nadprzestrzeń. Patrzę, kątem oka widzę znów pojawiające się przejaskrawienia i iskierki, błyski. Znów świat zaczyna świecić. Ale tym razem zawodzenie znów się pojawia, do tego dochodzi odgłos uderzania ciałem o materac.
Pytam się T, czy to on. Odpowiada, że nie.
Zapalam lampkę biurkową.
Po raz kolejny tego dnia, myślę...
O KURWA.
Tym razem, to nie dlatego, że coś sie dzieje ze mną. Tym razem, to Suchy był powodem mojego zOKurwienia.
Suchy, był cały blady. Spocony (podobnie, jak przez cały dzień). Trząsł się, majtał rękami i nogami, wydając te żałosne zawodzenie (opisując sytuację znajomemu, porównałem to poetycko do smutnego wycia wilka, któremu ktoś uciął przyrodzenie). Wstaję. Podchodzę do niego i klepię go w ramię, mówiąc ,,Teee. Suchy, co Ci? Ogarnij sie, bądź cicho, późno jest.". Szarpnął głową obracając ją w moją stronę, ale wcale na mnie nie patrząc. Miał... pusty wyraz twarzy? Puste oczy. Całe czarne... Ale puste. Słuchawki... może ma słuchawki? Nie. Nie ma. Szybko jednak wrócił, do jeszcze bardziej energicznego trzepania się po łóżku i jeszcze głośniejszego zawodzenia.
Nieeeeee, tak dobrze to nie ma, padalcu. Jest 23, noc z soboty na niedziele, jeszcze tego mi brakuje, żeby przybiegli tu sąsiedzi. I co zrobię? Zabiję go i będę udawał, ze nic sie nie stało? Obezwładnię go i zatkam usta? Wyjdzie na to samo. Otworzę drzwi i zaproszę ich do środka, częstując podejrzanymi substancjami, wyglądając jakbym był po 48 godzinach pracy na kopalni, z oczami jak dwa olbrzymie czarne paciorki?

,,SUCHY, KURWA, OGARNIJ SIĘ." Rzekłem, a raczej, stłumionym głosem krzyknąłem mu do ucha, klepiąc go w ramie mocniej. 

Ta. Jestem debilem.

No. Rzeczywiście jestem.

Spytacie się, czemu? Haha, chyba każde z Was, które przeżyło podobne sytuacje, wie, że agresja względem osoby na bad tripie, pogarsza tylko sytuację. Zwłaszcza w tym przypadku...

Mój jakże spokojny zazwyczaj przyjaciel, po moim (swoją drogą, nie była to jeszcze agresja, klepnięcie tego typu nawet nie boli) upomnieniu, postanowił sprężynowo wyskoczyć w górę, rzucić się w stronę wyjścia z pokoju z otwartymi ustami i "wyszczerzonymi" przy tym zębami, oczami wywróconymi w górę, DRĄC się, dosłownie, jakby wydzierano mu duszę. Ehh... Teraz to już gówno zrobię. Czas na mały pokaz MDMA (Mixed Drugged Martial Arts).
Dźwignia na szyję, podłożyć mu nogę i wywalić go na wersalkę. Tak. Okej, punkt pierwszy spełniony. Zakryć mu usta, żeby nie ściągnął tu wszystkich sąsiadów i docisnąć kolanem do łóżka. Okej, punkt dwa spełniony. Tylko czemu skurczykot sie tak szamocze. Kończ waćpan, wstydu mi oszczędź!
KURWAAAAAŁAAAAA... Widać, żem naćpany, skoro zapomniałem o zablokowaniu mu rąk, którą (jedną z nich) zdążył objąć mnie w przyjacielskim uścisku i zadrapać mi plecy do krwi. Zlapałem go za ową rękę, docisnąłem drugim kolanem, sam się po niej zadrapał drugą, próbując się mnie pozbyć.
Dobra. Leży. Nie rusza sie. Nie może. Jedynie dalej lekko drga próbując się szamotać. Teraz można myśleć. Wciąż się wydziera, ale przez zasłonięte usta. To dalej jest głośne. Jezu chryste. On wygląda jakby miał zaraz umrzeć. 
Przed oczami zaczęły latać mi tytuły gazet ,,Człowiek zabity w mieszkaniu podczas ćpuńskiej orgii". Zacząłem już widzieć siebie i T. za kratami, podczas gdy rodzina Suchego płakała na jego pogrzebie. Widziałem swoją matkę, mówiącą mi, że się na mnie zawiodła, że myślała, że jestem odpowiedzialny.
Aj, dobra, synek, pierdolisz.
Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Agresja już była. Była konieczna. Inaczej (o tym za chwilę) prawdopodobnie ja i T. skończyli byśmy jako trupy. Reakcja prawidłowa, po popełnieniu błędu. Ale jakiego błędu? Cała ta zabawa była błędem, a nie klepnięcie go. Klepnięcie było reakcją naturalną. Skąd miałem wiedzieć, że coś takiego mu się włączy, skoro 40 minut temu spokojnie z uśmiechem na twarzy sobie tripował?
Dobra. Nie myśl o pierdołach.
Benzo?
Nie ma.
Moja wszechobecna miłość, dobroć i przyjaźń?
Ehhh... chciałbym powiedzieć sam sobie - spierdalaj.
Jak będę go dalej tak trzymał, to porobi sobie dziury na mózgu, umrze z niedotlenienia, bo oddycha płytko, serce mu stanie, albo w końcu uda mu się wyrwać i narobi przypału. Okej, może i substancja długo nie trzyma, ale 2c-p też czas działania, ma teoretycznie krótszy, niż ponad 20 godzin, a już raz byłem świadkiem badtripa prawie, że tyle trwającego. Więc równie dobrze, może to trwać z godzinę, a tyle czasu nie mamy.
Myśl, myśl, myśl!
Tak. Jednak musię się spedalić. 

Odpowiedź prosta, zdejmij ręke z ust, przyłóż palec na znak uciszania, powiedz: 
,,Csiiii suchy, csiii, wszytko jest dobrze, wyluzuj. Musiałem tak zrobić, bo się zdenerwowałeś, ale nie chcę Ci zrobić krzywdy. Csiiiiiiiichutko. No... już. Csiiii."
Haha. Jestem mamusią ćpuna-mordercy i właśnie usypiam go, głaszcząc po główce.  
,,Nooo... Ciiiichutko..." Pomogło. Dalej sie trzepie, dalej oddycha jakby właśnie umierał, ale już sie nie drze. 
Poluzowałem uścisk.
,,Suchy... Halooo..." Zero reakcji.
,,Suchyyy... patrz na mnie, tu mamusia, kochaaam Cięęęęę" Magia. Boże. Zrobiłem z kumpla homoseksualistę. Nie. Teraz rzuci się na mnie i będzie chciał mnie zgwałcić. uff, dobra. Nie. Spojrzał na mnie. Oczy normalne. Oddech się uspokaja. Uff. Uśmiechnął się.
,,Ja Ciebie też" Dobra. Może jednak się myliłem? Gdzie są kajdanki i kaftan bezpieczeństwa. Ratunkuuuuu.
Zaśmiał się. Dobra, chyba jednak żartuje.
Suchy: ,,Eee. Ś.. Czemu na mnie leżysz i mówisz mi, że mnie kochasz?"
*facepalm*

KONIEC.

Nie no, żartuję. Jak mógłbym zakończyć najdziwaczniejszego Trip Reporta w całej mojej historii, bez wytłumaczenia jak wyglądało to z perspektywy osoby (względnie) trzeźwej (T., który po benzo przyglądał się ze stoickim spokojem całej sytuacji), ile czasu to trwało i co tak naprawdę Suchemu walnęło do głowy?

Oczwiście, już mówię!

Całość trwała nie dłużej jak 30-90 sekund od momentu kiedy wstałem, żeby go ogarnąć, do momentu kiedy z niego zszedłem czując się jak idiota.

Jego wrzaski wcale nie były aż tak głośne, w rzeczywistości, całą noc gadaliśmy szeptem, muzyka leciała straszliwie cicho, byliśmy wyciszeni, a on wydzierał mi się do ucha, więc całość nie była tak przypałowa jak mi się wydawało.

Moje plecy rzeczywiście zostały uszkodzone, do teraz mam przez całe plecy dwie krwawe pręgi (minęło 5 dni).

Suchy stwierdził, że on nie istnieje. Jego życie nie istnieje. Ludzie są źli. Trzeba iść. Ich. Mordować. 

Kiedy usłyszałem, że chciał nas zamordować, a potem wyjść na ulicę i mordować innych... stwierdziłem, że w gruncie rzeczy, może jednak moje reakcje były poprawne.

Przepraszam całą społeczność neuro, za, swoją drogą moją nieodpowiedzialność, biorę na siebie winę za to, że to się zdarzyło, gdyż to ja zgasiłem światło, ja puściłem SGU i oto ja zaproponowałem drugą jazdę na 5-MeO-DMT. Jednakże (!) cała reszta współtripowiczów sama czytała wypowiedzi na neuro dot. tej substancji, zalecenia co do dawkowania i wszyscy byli tam pełnoletni. 

Nauczka na przyszłość dla całej reszty, upewniajcie się Z KIM tripujecie, czy mroczne klimaty nie wywołają u tych osób bad tripa, pilnujcie się wzajemnie i jeśli nie jesteście pewni, nie mówcie, jak jakieś pieprzone bezmózgi ,,Okej." na każdą propozycję jaką się Wam daje.

Na zakończenie, powiem, że ta przygoda, utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę bardziej uważnie dobierać sobie towarzystwo do podróżowania, a jeśli już, to muszę brać (mimo wszystko) za nich odpowiedzialność i ich pilnować, może i nie jest to mój obowiązek, może i nie powinno mi zależeć, ale ja uważam, że doświadczenie psychodeliczne, ma być przyjemne. Uczące, ale przyjemne. Nie może kończyć się skrzywieniami na psychice, bólem fizycznym, nie może być przeszkodą, ma być kluczem.

Jeśli trzeba, warto reagować ostro, ale warto też mieć trochę rosądku i serca i umieć czasem pokazać otwartość, nawet jeśli wiąże się to ze złamaniem niektórych blokad. Lepiej tak, niż żeby Wasz kumpel, niezależnie od tego co robi (przecież, do cholery, jest naćpany!), przekręcił się lub trafił do psychiatryka. Jeśli możecie, bierzcie ręce w swoje sprawy :D

Dobra. Koniec tego filozofowania. I tak wszyscy w oczach społeczeństwa jesteśmy ćpunami, tak, Wy, palacze marihuaen, też. Co z tego, że czujecie się normalni, srogie oko władzy na Was patrzy. Ja tam kończę zabawę z wszystkim oprócz psychodelików, a i z nimi zamierzam zacząć uważać. Moja roczna przygoda z narkotykami na tym wydarzeniu się praktycznie zakończyła.
To znaczy, że TRów już nie będzie?
Będą! Psychodeliki, to potężna broń i potężny klucz do ludzkiej psychiki. Żal by mi było porzucić moje własne prace i doświadczenia nad tymi substancjami. Tyle, że zaczął się rok szkolny. Czas się ogarnąć i wrócić do świata żywych, a wszelkie inne gówna, zwłaszcza te chemiczne, odstawić. 

Narka i do następnego ! :P 

Ocena: 

Odpowiedzi

Coś Ci spierdoliło wulgaryzmy w tekście. Pozwoliłem sobie je popoprawiać.

Ciekawy, dynamiczny i kwiecisty raport. No i dziękuję też za rozwagę - nie siadanie za kółkiem.

Nie ma za co dziękować, bo podstawowe zasady odpowiedzialnego zachowania się się nie dziękuje :P 
Wsiąść za kółko 3 czy 4 godziny po zapaleniu trawki (zależy jeszcze jakiej i ile), kiedy głowa przestanie być ciężka, a oczy przekrwione - to jeszcze okej.
Ale wsiadać za kółko po nieprzespanej nocy przewalonej stimsami mając oczy jak dwa paciorki? W sumie, albo jestem za mało zryty, albo cuś innego, ale nie stać mnie na to :P
Za dużo wiem (choć podejrzewam, że i tak za mało) na temat działania różnych substancji na OUN i ich wpływu na czas reakcji i umiejętność skupienia za kółkiem, żeby samemu wsiadać lub jechać z kimś takim :D Raz, że nie chce mieć na sumieniu czyjegoś samochodu lub co gorsza zdrowia czy życia, dwa, że zależy mi na mojej Drajwer Lajcencji, którą mam od niedawna, trzy, że wylądować w pierdlu za prowadzenie pod wpływem też mi sie nie widzi :D Zwłaszcza, że większość substancji jest w krwi czy moczu wykrywalna znacznie dłużej niż one działają :) A inni, którzy ze mną się w używkowy świat bawią, choć lekkomyślni przy zarzucaniu różnych rzeczy, to w kwestii ,,możesz/nie możesz jechać" jak do tej pory się mnie słuchają.

Inną sprawą jest, że większość ludzi albo na ryzyko za takimi akcjami idące patrzy przez pryzmat ,,aaa, jak zginę to kij tam, trudno", a nie przez pryzmat tego, że można też innych pozabijać albo po prostu 'myśli', że jest już na tyle trzeźwa, bo nie zwraca uwagi na zasadę Know your Body. Know your Mind. Know your Substance. :F 

Optymista wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawdą.

Ciekawie przeplata się u Ciebie wiedza którą posiadasz, rozsądek oraz lekkomyślność ;>

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media