Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

to fathom hell or soar angelic...

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
100 mikrogram LSD
33mg TMA-2
~1-2 lufki zioła
3,5 piwa
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Od dłuższego czasu planowany trip z partnerem (M) i znajomymi (L, H i C, razem było nas 5 osób), L z cudownym psem - J; wynajęty domek w lesie, las, sad, łąka; nastrój ogółem pozytywny;
Wiek:
23 lat
Doświadczenie:
LSD (8 razy), MDMA (6 razy), Cubensis (2 razy), Salvia (4 razy), Metoxa (1 raz), Zioło, mieszanki ziołowe z dopalaczy, alkohol, papierosy

to fathom hell or soar angelic...

T+0h  4:20AM

Przyjechaliśmy i rozgościliśmy się poprzedniego wieczora. Wtedy też padł pomysł, by tripa rozpocząć o wschodzie słońca. Budziki zostały nastawione i właśnie zaczęły dzwonić. Mój pierwszy. Wstałam i poszłam po wodę. Nagle o coś się potykam, dźwięk tłuczonego szkła. Jak się okazało, stłukł się jeden z trzech kloszy ze świecami w środku, które rozstawiliśmy na ziemi poprzedniego wieczora i zapomnieliśmy odstawić. Nie jestem przesądna, ale przez głowę przeszło mi: zły omen. L wstał i pomógł mi sprzątnąć. Reszta niemrawo podnosi się na łokciach. C i H biorą po 300µg kwasu, ja, M i L mamy po 100µg, postanawiamy więc dorzucić po 33mg TMA-2. Potem idziemy jeszcze spać. M zasypia od razu, ja nie mogę.
 

T+1h do +3h

Leżę, widzę, że obrazy na ścianie zaczynają falować. Trochę mi niedobrze, więc postanawiam wstać. Wstawiam herbatę dla wszystkich i chcę zjeść jogurt, ale jak patrzę na opakowanie to wiem, że nie dam rady. Jest bardzo zimno, jestem ciepło ubrana. Powoli budzi się reszta ekipy. Zjadam kromkę chleba, która bardzo pomaga. W międzyczasie ekipa się oporządziła i zbieramy się do wyjścia. M czuje się niedobrze i oddaje cześć porcelanowemu buddzie.

Wychodzimy, jest dość jasno, C rzuca, że może wschód już był. Łapią mie wątpliwości, ale L tak jak ja twierdzi, że to niemożliwe. Zatrzymujemy się na rozdrożu, wszyscy się wahają. Obejmuję prowadzenie i biegnę pod górkę. Biegnie się cudownie, czuję się taka lekka. W tym momencie cały mój świat jest już pokryty siatką fraktali. Fraktale pełzają też po twarzach znajomych. Dochodzimy do wzgórza, kopalni piasku, Obchodzimy je dookoła, po czym stoimy jakiś czas i patrzymy przed siebie, jest pięknie, niebo nabiera barw. Siatka fraktali jest już tak gęsta, ze ciężko mi iść przez wysoką trawę z powodu słabej widoczności. C mówi, że bez sensu tak stać. Prowadzę więc dalej. I rzeczywiście - jest coraz piękniej. Niebo jest intensywnie różowe, a krajobraz składa się z drzew i bujnych, wysokich traw. H dziękuje mi, że taką drogę wybrałam, a ja tańczę, jest mi tak dobrze. Patrzę na niebo, i słońce wschodzi. "Wzeszło, wzeszło!" - proklamuję. "A co, myślałaś, że nie wzejdzie?" to mój M tradycyjnie rzuca ironicznym komentarzem. Patrzę parę minut na słońce i niebo, wszędzie fraktale, mnóstwo fraktali. Słońce pulsuje biało-różowo-czarno.

Dochodzimy do sadu, najpierw śliwki, a potem jabłka. Pod tymi drugimi drzewa się uginają. Zrywamy po jednym. C długo nie może znaleźć jabłka odpowiedniego dla siebie, ja biorę pierwsze, jakie zobaczyłam. Jest troche kwaśne, ale biały miąższ jest wyrzeźbiony w piękne, roślinne fraktale. W międzyczasie L znaduje parę maślaków i mi je daje. Chodzimy jeszcze trochę, ale parę rzeczy nam brakuje - C husteczek, mi muzyki i zostawiłabym grzyby, M zrzuciłby parę warstw. Decydujemy się więc wrócić do domu, mimo obaw o kontakt z właścicielami gospodarstwa - nieuzasadniony zresztą, nie zobaczymy ich do późnego wieczora. W drodze powrotnej w głowie słyszę dziwną narrację złożoną z nonsensownych zbitków słownych. Skądś ją pamiętam. W domu puszczam muzykę, głównie Shpongle i Carbon Based Lifeforms. Jak dobrze, że wzięliśmy ze sobą głośniki 2:1! Muzyka jest przepiękna, tańczę po całym domu, promieniuję szczęściem. L i H także delektują się muzyką.
Wyjmuję kartki i ołówki i zaczynmy rysować. Ręka chodzi mi jak szalona, maluję swój autoportret: http://img705.imageshack.us/img705/6001/scan20044.jpg , jak leżę nieprzytomna na stole. L goni ołówkiem fraktale, które widzi na kartce.

T +4h do +9h

Odpoczęliśmy trochę, więc postanawiamy iść z powrotem w plener - nie po to przyjechaliśmy w tę dzicz, by siedzieć w domu. C woli jednak zostać i pograć na gitarze. Idziemy więc we czwórkę. Moje visuale w tym czasie się uspokoiły i widzę czysto i wyraźnie. Na niebie dalej są fraktale, a roślinność żyje, rusza się i oddycha. Drzewa wyglądają z oddali jak liście. Biorę smycz J i biegnę z nim środkiem drogi, w uszach słuchawki, lecą shpongle. Jest przewspaniale! Całą drogę skaczę, tańczę i biegam, mam tyle energii, jestem taka leciutka, jak nimfa! Dochodzimy do łączki i rozkładamy się. M i H kładą się na trawie, L idzie szukać grzybów, ja obserwuję krajobraz, pięęękny, i tańczę, leci Shpongle Falls i Shpongle Spores. Potem zdejmuję słuchawki i przykładam do uszu H mówiąc: "kroplówka z muzyki!". H słucha, widać ukontentowanie na jego twarzy. Dla M przynoszę kwiatka i kładę mu na brzuchu. Śmieję się, że tak wraczy, że ten kwiatek wygląda na nim jak na grobie. Wraca L z paroma nowymi grzybami. wiesza je na choince, żeby przeschły. Fajnie, schizowo to wygląda. Rozmawiamy, rozkminiamy sposób myślenia na czasie, opowiadam, jaką jasność teraz widzę, jak łatwo mi się rozkminia wzory, jak mogłabym teraz coś fajnego zaprojektować, rozkminiam fraktalową strukturę project managementu z podziałem na tak małe części, żeby były proste do zrobienia i nie dało się zepsuć. M mówi, że na tym opiera się wiele rzeczywistych technik PM, L opowiada o poke yoke technology, jak karta SIM. Wychodzi nam z tego parę dobrych żartów i śmiejemy się dłuższą chwilę. Potem L stwierdza, że wróci po coś do domu i proszę go, by od razu wziął C. Jesteśmy mu strasznie wdzięczni, że dzięki niemu nie musimy opuszczać łąki. Dalej tańczę, słucham muzyki, pokazuję H śliczną, puszystą trawę, która wygląda, jakby była utkana ze mgły. Potem idę pooglądać liście, zaczyna lecieć  "Walking in Space" z "Hair"( http://www.youtube.com/watch?v=7jO99LxBSy8 ). Damska solówka jest tak piękna, słyszę emocje śpiewającej to kobiety sprzed 32 lat, czuję ją. Prawie płaczę.

Siedzimy na łące, czekamy na L. Znów słyszę w głowie tę nonsensowną narrację, niepokoi mnie to. Próbuję powiedzieć o tym M i H, ale nie bardzo mi wychodzi. Narracja sprawia, że ogółem ciężko mi sklecić zdanie. Staram się jej pozbyć, przypominam sobie wiersz Miłosza, "Miłość" i recytuję go H:

"Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.
Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
żeby stanęły w wypełnienia łunie.
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie."

H stwierdza, że Miłosz to swój gość był, zastanawiamy się, czy próbował psychodelików.

Wracają L i C. Rozmawiamy i przypominam sobie, skąd znam tę narrację - z tripa z cubensis pół roku wcześniej, podczas którego odjechałam i zupełnie straciłam kontrolę na 5 godzin. Narracja pochodzi z fragmentu wizji, w którym przeżyłam koniec świata. Przebiega mnie zimny dreszcz. Próbuję o tym powiedzieć reszcie, ale nie mogę się odpowiednio wysłowić. Dodatkowo C się bulwersuje, że dla niego trip na grzybach to były ponowne narodziny i wielkie spirytualne przeżycie i jak mogło mi się nie podobać.

Zostajemy jeszcze rochę na łące, M i H przytulają psa, L czyta "Pokarm Bogów", a C rozkminia i zwiedza okolicę. Ja tańczę. Ciągle jednak ta narracja, staram się im jeszcze raz opowiedzieć, ale mi nie idzie, zdania są pospieszne i niekoherentne. C radzi mi, bym wychillowała. Proszę L o moje magiczne pudełko i wyjmuję zioło i lufkę. Palimy 3-4 lufki. Nie uspokaja mnie to jednak szczególnie, a zioło się kończy, H odchodzi od wraczącej ekipy i patykiem kreśli fraktalne dzieło na piasku. Wracamy do domu.
 

T +9h do +11h

W domu puszczam muzykę, leci psymbient. Wszyscy zadowoleni, oprócz C, który pyta, czy ja takiej muzyki słucham na codzień i jest bardzo zdumiony, że tak. Później kłóci się z nami, że muzyka komponowana na komputerze nie ma duszy i tylko ta grana na instrumentach jest prawdziwa, że jest superior. Próbuje nam to udowodnić, nie idzie mu jednak. Atmosfera robi się ciężka, ludzie rozchodzą się po domu. Z nieustającą narracją w mojej głowie czuję kumulujący się niepokój. Potem jest jeszcze jedno spięcie, gdzie C widzi potrzebę istnienia boga, kiedy reszta ekipy niekoniecznie.

 

T +11h do +14,5h

Leżę, przytulam się do M, delektuję się cevami. Mam wrażenie, jakby M dzielił się ze mną własnymi wizualami. Czuję telepatyczną więź. I nagle znów ta narracja i więź znika. Czuję, że M przekazuje mi, bym się wyciszyła, bo nie może do mnie dotrzeć, próbuję i udaje mi się, ale za każdym razem tylko na chwilę. I nagle pada na mnie blady strach: już wiem, przez to, że pomieszałam 2 różne psychodeliki, zniszczyłam sobie mózg i nie będę już mogła wrócić do tej więzi. A to znaczy, że kiedy obudzę się następnego dnia, nie będę już lubić psychodelicznej muzyki, przestanę być kreatywna, będę pić na umór i przestanę kochać M a on mnie. I tak zaczął się prawdziwy sztorm (od tej pory opisuję, co myślałam i co pamiętam w tamtym stanie umysłu, więc wybaczcie niekoherencję i brak logiki).

Zdaję sobie sprawę, że jest jedna rzecz, która może mnie uratować - klon! Proszę więc M, żeby pojechał ze mną do miasta po klony. M na początku nie chce się zgodzić, ale po moich desperackich prośbach zgadza się. Wiem, jak wiele poświęcił, jak nam się nie uda, moja choroba przejdzie na niego. Bierzemy na drogę piwo. W tym momencie uważam, że da nam ono więcej czasu. Pijemy więc idąc. Ale piwo szybko się kończy. Wiem, że to za mało, nie uratuje nas. Nie starczy na podróż do miasta. Proszę M i wracamy po więcej. Bierzemy zapas i idziemy z powrotem. W pewnym momencie pokładam się - już czas. Teraz usnę i jak się obudzę, nie będę sobą. Kładę się przy drodze pod nogami M. Drogą przechodzi babcia z wnukami, patrzą się na nas, w sumie nic dziwnego. M prowadzi mnie do domu.

W domu pijemy z M jeszcze, staram się uratować siebie i nas, boję się, że M się rozmyśli i będzie wolał nie ryzykować swojego życia i umrę sama, opuszczona, pozbawiona jego i siebie samej. Potem idziemy do pokoju, gdzie siedzą H i L, przytulam się do nich, teraz oni też w tym są, nie, nie chcę ich w to wciągać. Ale już za późno. Płaczę, głośno, rozdzierająco, w tym płaczu jest cały mój strach, ból, bezsilność, całe to szaleństwo. Narracja jest coraz silniejsza, czuję, jak alkohol działa, zaraz stanę się roślinką. W sumie nie całkiem, stracę kontrolę nad swoim głosem, ale będę mogła dalej chodzić i widzieć. Mam nadzieję, że przekonam M samym wzrokiem, żeby pojechał ze mną po klony. Czuję, że to już się dzieje, zaczynam śpiewać "I am you" Shpongli, czysto, ale podobno jednocześnie strasznie creepy. Mój śpiew w pewnym momencie zmienia się w krzyk. Czuję, że M i H i L wiedzą, co sie dzieje. Oni wiedzą! Ale C zupełnie nie wie, on się jeszcze nie przebudził, on jest tam, gdzie ja będę następnego dnia, nie chcę tam być! Jesteśmy teraz w salonie, próbuję uciec z domu przez okno na podwórko. Szczęśliwie ekipa mi nie pozwala. Idziemy z M i L po więcej alkoholu do lodówki. Kiedy tam jesteśmy, słyszę przekręcany zamek. To H, on czuje zagrożenie, nie chce umrzeć, rozumiem go, wybaczam. Lepiej, żebyśmy to byli my troje i nikt więcej. Piję więcej i każę M i L pić, musimy stracić przytomność razem, wtedy jest nadzieja. To da nam czas - jak wstaniemy, pojedziemy po klony i będzie dobrze. Ale to nie działa. Oni piją, a to ja czuję się coraz słabiej. I nagle dochodzi do mnie, co oznacza ta narracja, to zaszyfrowana formuła, zaklęcie końca świata, jestem tykającą bombą, jeśli zaraz nie umrę, wysoka gorączka strawi cały świat i zacznie się nowy cykl życia. Ale to się nie stanie, póki nie przybędą tu wszystkie osoby, z którymi tripowałam. I wiem, że oni to wiedzą - O1 w Ameryce, O2 w Londynie, A na drugim końcu Polski... I że już gotują się do podróży, ale to potrwa. A do tego czasu wszystkie stworzenia w okolicy będą starały się tu wbić i mnie pożreć, rozszarpać, powtrzymać. Tylko czy to coś da? Próbuję znów wybiec na podwórko, przebijam się do drzwi, ale M i L mnie trzymają i powstrzymują.
M prosi mie, żebym zaczęła liczyć, liczę do 150, a potem znów mam napad majaczenia, śpiewu i krzyku. W tym momencie jakimś cudem jesteśmy na łóżku, i nagle uświadamiam sobie, że w pokoju jest pies L, J. To najspokojniejszy, najcudowniejszy pies na świecie, ale w tym momencie bardzo się go boję. W końcu musi mnie rozszarpać, żeby uratować świat! Biorę M i chowam się do łazienki. W łazience znów umieram, tracę kontrolę, śpiewam, krzyczę, płaczę, nie chcąc tego tyram i traumatyzuję M na wszelkie możliwe sposoby. W chwilowym momencie jasności mam myśl, że pewnie tak wygląda schizofrenia, za serce łapie mnie fala współczucia dla znajomego cierpiącego na tę chorobę. Potem przychodzą kolejne chore rozkminy. Zanim umrę, muszę przeżyć wszystkie rodzaje bólu, któych jeszcze nie znam. Zaraz urodzę, a potem przyjdą te zwierzęta i rozszarpią moje ciało, kawałek po kawałku.I co najgorsze, stracę M, stracę na zawsze. Czuję się najstraszniej, najsamotniej na świecie. Wyję jak ranne zwierzę, patrzę na M, płaczę. Proszę, niech to się odstanie! W tym czasie M stara się dotrzeć do mnie i mnie uspokoić, bez większych rezultatów. Jest niesamowicie dzielny. W łazience spędzamy jakieś 1,5-2h. W końcu M przekonuje mnie, żebym poszła spać. Wychodzimy i M powierza mnie L, który uklada mnie do snu.

T +16h do +19h

Budzę się, myślę w miarę trzeźwo. W ułamku sekundy wracają do mnie wszystkie wspomnienia. Patrzę na H, L i M, którzy są niedaleko. Przepraszam ich. Czuję, jak M jest spięty, boję się strasznie, że to dla niego za dużo, że będzie miałmnie dość. Ogółem jestem przerażona tym, co się stało. W głowie ciągle słyszę tę narrację, widzę też ciągle fraktale. Biorę prysznic, co pomaga mi dojść do siebie. Potem siedzimy przy stole, M i L sączą browara, toczy się dyskusja o tym, co się stało. Potem M jedzie z C po swojego brata, S, który ma do nas dołączyć. Ja zostaję z L, który kładzie się spać, też wykończony sytuacją i z H, który ma bardzo pozytywny humor, co podnosi mnie na duchu i przekonuje mnie, że to, co się stało, było integralną częścią tripa. Biorę kartkę i zaczynam rysować, uspokaja mnie to bardzo. H wkręca się w mój obrazek ( http://img856.imageshack.us/img856/3122/scan20045.jpg ).
Wracają M, C i S, ja już jestem prawie zupełnie trzeźwa. Widzę, że M trochę odpoczął, przytulam się. Potem kończę rysować i idziemy wszyscy spać. Odpoczynek jest nam bardzo potrzebny.

Wnioski: Trip ciekawy, bardzo intensywny, baaardzo długi. I miejscami trudny, wręcz traumatyczny. Ogółem post factum stwierdziliśmy, że a)dawka była za duża, przynajmniej dla mnie, i b) LSD i TMA-2 nie łączą sę dobrze (wniosek całej trójki).W przyszłości na pewno będę dużo ostrożniejsza.

Wyjazd w plener był za to świetnym pomysłem, kontakt z naturą wspaniały, jak zawsze, tak samo kontakt z własnym ciałem, taniec, śpiew.

Ocena: 

Odpowiedzi

Przynajmniej nie z innym psychodelikiem. Za cholerę nie mogę znaleźć innej przyczyny twojej krzywej jazdy, wszak wszstko inne zrobiliśmy wręcz podręcznikowo. No ale tak już bywa :)

TR ładny, sam trip jeden z najlepszych jakie przeżyłem, mimo mrocznych momentów. Kocham moją ekipę <3

Nie wiesz nawet jak ci zazdroszczę takiego tripa. Bardzo dobrze opisany. Nie mogę się doczekać, kiedy sam wezmę LSD.

Dziękuję, a co do zazdroszczenia, to uważaj, o co prosisz... A LSD na pewno Cie znajdzie, prędzej czy później ;).

HunT: też myślę, że główną przyczyną była mieszanka, choć pewnie dawka też nie była bez znaczenia biorąc pod uwagę, jak długo mnie trzymało.

A holistycznie też uważam, że to był dobry trip, bardzo intensywny, uczący.
I tak, ekipa górą! <3

wiem tylko, ze chcialbym czegos takiego doswiadczyc

Lysiczki juz sa albo niedlugo beda, nic, tylko isc w pole ;)

ciekawy tr, ale nie do konca do mnie dotarlo, skad ta nagla katastrofa w pozniejszej czesci,

miksowanie substancji nie jest zrodlem "badtripa", ani same substancje : p

Nie wiem czy katastrofa, choć sztorm na pewno ;p. A co do drugiej części komentarza, to skąd tak kategoryczne stwierdzenie? Psychodeliki działają bardzo różnie zależnie od osoby, mam za sobą już dobre naście tripów i uważam, że to najprawdopodobniej, jak się okazało, zbyt wysoka dawka plus właśnie wymieszanie substancji (jako, że działają jednak troszkę inaczej, to może się tworzyć dysonans, nie mówię, że musi i że u każdego, ale uważam, że tak było w moim przypadku). Parę innych czynników, jak zmęczenie organizmu, drobne momenty dyskordu w ekipie, ogolne tempo i intensywnosc zycia, tez pewnie dolozylo swoje, ot ;).

no, substancje nie niosa w sobie badtripa, to kwestia uzytkownika : p dlatego mowie, gdybys w innych okolicznosciach zapodala sobie taki sam miks, mogloby byc czysto pozytywnie, badtrip z samych substancji to raczej tylko kiedy jest faktycznie jakis problem, typu siadzie na uklad oddechowy, krwionosny i ogolna chujowka z organizmem :p

 

No i ja nie mowilam, ze to byl sam miks, ale uwazam osobiscie, ze miksowanie, jak i ilosc, mialo bardzo duzy wplyw. Moze nawet bardziej dawka, bo podobnie odjechalam tylko po 3,5-4g cubensisow... (w sumie ta cala dziwna narracja byla swoistymi przebitkami z tamtego tripa, co nawet zostalo wspomniane w raporcie xd)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media