Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

slayer, sałatka warzywna i delegalizacja śląska

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
skromne ~15mg 4-HO-MET doustnie, minimalna ilość trawy, kilka piw pod koniec.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
W ciągu miesiąca poprzedzającego opisywane wydarzenia, miałem okazję wychodzić na tripy aż trzy razy. Opisywany miał być czwarty i ostatni. Przynajmniej na jakiś czas. Wszystkie poprzednie były z założenia lekkie, więc jeżeli pojawiła się tolerka to niewielka. Umysł również daleki był od wyżęcia, choć czułem już lekkie zmęczenie psychodelikami. Zdecydowałem się jednak tripować ze względu na to, że była okazja zrobić to z bliskimi mi osobami. Do moich dawnych towarzyszy podróży - P i S doszli jeszcze inni lokatorzy z mojego starego mieszkania - J, H i Se. Trip miał miejsce w nocy w lesie pod miastem, na najwyższym wzniesieniu w okolicy, przy ognisku.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Stims:
kofeina
BZP+TFMPP (raz),
amfetamina (kilka razy),
bufedron (kilka razy)

Psycho:
szałwia wieszcza (ze dwa razy poziom A, dawno),
LSD (łącznie 6 razy, w tym 4 razy w ciągu ostatniego roku),
grzyby (dwa razy, obydwa w ciągu ostatniego roku: raz w ilości 5g i raz w ilości 2g),
4-ACO-DMT (2 razy, obydwa w ciągu ostatniego roku),
4-HO-MET (1 raz, jakieś dwa tygodnie wcześniej)

Inne:
etanol,
nikotyna,
marihuana (od czasu do czasu),
haszysz (dawno kilka razy),
Poppers (kilka razy),
DXM (dawno i mało, max 2 plateau),
mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury),
kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo

slayer, sałatka warzywna i delegalizacja śląska

Wstęp: Okres sylwestrowo-świąteczny, będący dobrą okazją do odwiedzin starych znajomych i stron rodzinnych dobiegał końca. Mimo tego, wciąż nie udało się zorganizować wspólnego wyjścia na tripa. Na szczęście, z okazji Święta Trzech Króli, w ledwie rozpoczętym nowym roku, przytrafił się długi weekend. Postanowiłem więc złożyć wizytę w moim byłym mieszkaniu i zgodnie z planem, potripować na homecie. Było go trochę mało, bo jakieś 75-80mg na 5 osób, jednakże wystarczyło na całkiem wesoły psychodeliczny spacer. Raport jak zwykle pisany po długim czasie (3 lata). Opisuje dość mało niezwykłe wyjście, więc fanom mocniejszych treści nie polecam lektury. UWAGA: Raport NIE JEST Silesia Friendly. Treści w nim zawarte mogą być obraźliwe dla mniejszości śląskiej. Drażliwym radzi się odpuszczenie lektury.

T:+0:00 - Osób chętnych, aby spróbować mahometa jest pięcioro. Se stwierdza, że ma niestety na rano do pracy (mimo święta). Z tej racji, że nie miał wcześniej do czynienia z psychodelikami, uznaje że w obliczu tak przykrej konieczności, inicjację trzeba przełożyć na inny termin. Mimo tego postanawia dotrzymać nam towarzystwa. Ja tymczasem wysypuję całą zawartość samarki na stół. Dzielę całość na pięć równych części. Teoretycznie przydałoby się, aby kupki były o połowę większe, ale w praktyce niedobór nie jest tak dotkliwy. Ja sam zaliczyłem w ciągu ostatnich tygodni trzy tripy. J to osoba wyjątkowo podatna na sugestię (w tym autosugestię) i/lub psychodeliki, która potrafi odpłynąć naprawdę daleko po symbolicznych dawkach. H zaś próbował psychodelików po raz pierwszy, więc ostrożnie testował swoje możliwości. Większość z nas nie odczuwała zatem konieczności przyjęcia pełnowartościowego ładunku. Spożywamy całość i zapijamy colą dla zabicia gorzkiego smaku. Po chwili czuję znajome chemiczne uczucie w nosie - połączenie dziwnego zapachu i odczucia swędzenia błon śluzowych w zatokach. Zaczynam motywować wszystkich do szybkiego wyjścia (błyskawiczna mobilizacja nie była nigdy naszą mocną stroną), wiedząc że w przeciwieństwie do LSD, homet nie wybacza guzdralstwa.

T:+0:15 - Naszym planem było zdobycie najwyższego wzniesienia w okolicy, na którym znajdowała się "wieża" - kamienno-betonowa konstrukcja, wyposażona w biegnące spiralnie podejście prowadzące na okrągły, płaski szczyt. Przewidując, że ilość przyjętej substancji nie zapewni nam zwalających z nóg wrażeń, zabraliśmy ze sobą kilka piw. W ciężkich zimowych butach i kurtkach, z wyładowanymi plecakami ruszyliśmy pod górkę.

T:+0:30 - Jesteśmy już prawie na szczycie. Jeżeli bodyload wystąpił, to wysiłek fizyczny związany z ostrym podejściem skutecznie go zamaskował. Czuję ciężkość na ciele oraz pot ściekający mi po plecach, ale to coś czego można się spodziewać po energicznym marszu pod górkę. Pozostałe efekty również są mało wyraźne. Tolerka? Zmęczenie? Zbyt mała ilość? Pewnie wszystko naraz. Podczas wspinaczki wyprzedziłem kompanów, więc czekałem spokojnie aż dojdą na szczyt wzniesienia. Sam wdrapałem się na wieżę, zdjąłem obudowę z telefonu, żeby grał głośniej, uniosłem rękę z komórką do góry i puściłem "South of Heaven" Slayera na powitanie. Ciemny las nadawał muzyce klimatu, ale na psychodelikach można oczekiwać czegoś więcej. Kiedy reszta dotarła już na miejsce, postanowiliśmy zająć się czymś pożytecznym w oczekiwaniu na wzmożenie efektów. Zbieramy wszyscy kijki i gałęzie na ognisko. Po chwili ogień rozświetla okolicę.

T:+0:45 - Ciemny las nie zapewnia zbyt dużej ilości bodźców, więc trudno było określić siłę działania hometa. Czułem się już zdecydowanie inaczej, ale żadnych poważniejszych zmian w wizji nie mogłem zaobserwować. Przypomniałem sobie, że wziąłem ze sobą słuchawki, więc założyłem je i puściłem znowu muzykę z telefonu. Zmiany w percepcji słuchowej są dla mnie zawsze najbardziej wyraźne, następują najwcześniej i utrzymują się najdłużej. Z chwilą gdy puściłem play, wiedziałem już, że może i mam tolerkę, ale na pewno nie tak dużą, żeby zneutralizowała hometa. Nie przebierałem specjalnie w muzycznej bibliotece więc leciał dalej Slayer. Intensywność i zagęszczenie riffów oraz perkusji robiły niesamowite wrażenie. Muzyka była aż duszna, atmosfera w przyjemny sposób złowieszcza, a solówki do których używano ruchomego mostka powodowały ciarki na plecach. Brzmienie było niesłychanie mięsiste, a wysokie tony świdrowały czaszkę. Fakt, że miałem duże nauszne słuchawki cechujące się lekkim przebasowieniem (Sennheiser HD-202) na pewno nie zaszkodził. Muszę tutaj wyjaśnić, że o ile zawsze lubiłem cięższą muzykę, to do czasu opisywanych wydarzeń nie zgłębiłem specjalnie metalowych obszarów. Zespoły grające w tym gatunku, które w miarę dobrze znałem można było zliczyć na palcach dwóch rąk. Zaledwie miesiąc wcześniej uderzyło mnie, że kompletnie zignorowałem całą gałąź muzyki, w której być może istnieją rzeczy, które przypadną mi do gustu. Przeoczenie było tym dziwniejsze, że agresywne brzmienia mnie pociągają, a metal jest czymś, co powinno przyjść na myśl w tym kontekście w pierwszej kolejności. W opisywanych czasach, podchodziłem do Slayera itp. praktycznie całkiem na świeżo, mimo że nastoletnie czasy miałem już dość dawno za sobą.

- Ooohohooo - wyraziłem swój podziw dla wrażeń dźwiękowych.

- Pokaż, mogę też na chwilę? - spytał S, zainteresowany przeżyciem podobnych doznań.

- Jasne, zakładaj. - odpowiedziałem.

Po chwili już wszyscy byli chętni do słuchania. Moje słuchawki miały kabel o długości 3 metrów, więc chodziłem kolejno ze wszystkimi uczestnikami wyprawy mając z nimi łączność muzyczno-kablową.

- Jak na smyczy! - zauważył H.

- Jakie wydzielanie muzy. - śmiał się P.

- Reglamentacja fonii przy pomocy smyczy. - wyjaśniłem spokojnie. Po chwili poczułem flow na snucie opowieści:

- Istnieje legenda, że podobno ktoś kiedyś grał szybciej od Slayera...

- Legenda? Tworzymy legendy? To ja lubię... - odezwał się zadowolony P.

Tymczasem słuchawki przyjął znowu S. Postanowiłem go zaskoczyć i puściłem jeszcze cięższą rzecz: Cannibal Corpse - Hammer Smashed Face. Żeby wpuścić go od razu na głęboką wodę, odpaliłem kawałek od połowy. S zrobił tak głęboki wydech jakiego można by się spodziewać po kobiecie w szkole rodzenia. Po jakimś czasie daliśmy spokój zabawie, bo zanadto izolowała słuchającą osobę od reszty grupy. Poza tym jedna para słuchawek na piątkę ludzi to jednak trochę za mało.

T:+1:00 - Substancja ostatecznie zadziałała, choć nie każdy z nas był zaintoksykowany w równym stopniu. J jak zwykle się rozpływał, ja miałem lekko, ale całkiem satysfakcjonująco, P i S bawili się nieźle, choć myślę, że mogło im trochę brakować. Może dlatego, że zaczęli wcześniej pić piwo. Ja się dość długo wstrzymywałem. H okazał się najodporniejszy na działanie hometa z nas wszystkich. Przebieg tripa był bardzo kulturalny. No prawie. Zaleca się, żeby osoby drażliwe na punkcie wyśmiewania Śląska przerwały w tym momencie lekturę. Nie wiem do końca skąd to się bierze, ale Ślązacy są dla wielu (wliczając naszą wesołą gromadę) najwdzięczniejszą mniejszością etniczną jeżeli chodzi o rysowanie komicznych, stereotypowych karykatur. Poczucie humoru miewamy natomiast zwyrodniałe.

- Powiedzcie mi o co chodzi z tymi Ślązakami. Siedzą w tych kopalniach i tylko węgiel im w głowie. Jeszcze gruby, ujebany sztygar z wąsem im przewodzi. Oblech co nie? - zagaił S.

- Coś jest grubo nie tak z tym Śląskiem. - zgodził się P.

- I żrą tylko te kiełbasy... - dodał H.

- I wodzionkę! Woda z chlebem i tłuszczem a oni mówią, że to najlepsza zupa na świecie. - dodałem.

- Ja pierdolę! - nie wytrzymał S.

- Taaaplaaają siiiię w maaajoooooneeeezie... - kontynuował H przeciągając samogłoski. Kiedy raz temat Śląska wypłynął na powierzchnię, nic nie było w stanie nas powstrzymać.

- Łapami prosto ze słoja jedzą. A wszystko od węgla brudne... - dokładał P.

- Zdelegalizować - skwitowałem. O Śląsku i Ślązakach powstało jeszcze tego dnia wiele opowieści.

T:+1:15 - Weszliśmy wszyscy na wieżę. J wyglądał na potrzepanego dwa razy mocniej niż my. Zaczął nawijać komuś straszne utopijne bzdury w stylu: "po co jest przemoc na świecie, wszyscy powinni żyć w pokoju". Obejrzałem się zaniepokojony w stronę J. Ręce mu drżały i cały dygotał z przejęcia. Zdystansowaliśmy się od niego, tak że J stał przy jednej barierce, a reszta z nas przy drugiej, przeciwległej.

- Przecież to... ta zawiść, nienawiść... to niepotrzebne... wszystko niepotrzebne... - mówił J wysokim, łamiącym się głosem, patrząc na nas i najwyraźniej oczekując potwierdzenia. Wyglądał jakby był całkowicie rozbity. Zrobiło się trochę niezręcznie. Miałem nadzieję, że J nie zacznie domagać się ode mnie przytakiwania. Jestem trochę uczulony na tym podobne uniwersalistyczno-miłosne teksty, a do tego nie zwykłem się zgadzać z kimś tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. Obawiałem się więc, że zrobi się nieprzyjemnie. Sytuację uratował S.

- Tak J! Masz rację. Chodź tutaj. - zawołał i wyściskał J. Całe napięcie zostało rozładowane.

- Chyba, że mówimy o Śląsku. - dodałem przytomnie. - Wtedy to co innego. - J, któremu najwyraźniej znacznie się poprawiło w ciągu ostatnich trzech sekund, roześmiał się na głos.

- Śląsk? Zdelegalizować! - dodałem głosem nieznoszącym sprzeciwu wpatrując się gdzieś ponad horyzont. Fraza ta powoli stawała się moim credo, podobnie jak "Kartaginę należy zburzyć" ­­Kato Starszego albo "Balcerowicz musi odejść" Andrzeja Leppera.

- Ale to poważnie zabrzmiało. - powiedział P. - Jak taki polityk albo przywódca wyglądasz. - Zadziałało to na moją wyobraźnię. Przybrałem pozę i minę człowieka myślącego w kategoriach całych krajów i narodów. Wyprostowałem ramiona, zacząłem przechadzać się w tę i z powrotem monitorując okolicę, wydłużyłem krok, zacząłem mocniej tupać, podbródek zadarłem do góry a ręce splotłem za plecami.

Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na wieży. W pewnym momencie ja i H, stanęliśmy obok siebie wpatrując się w S.

- A co wy teraz? Wyglądacie jak jakaś milicja. - zdziwił się S. Rzeczywiście, staliśmy sztywno wyprostowani, a na dodatek mieliśmy na sobie identyczne, stalowoszare kurtki zimowe o topornym kroju. Podchwyciliśmy.

- Obywatelu, proszę okazać dokumenty. - zacząłem.

- Ale jak to, ja nic przecież... - bronił się S.

- Bez dyskusji. Dokumenty. - przerwał mu H.

- Akurat nie wziąłem, zostały u kolegi... - S, wymigiwał się jak potrafił.

- W takim razie tam stoi nyska... - nie zamierzałem wdawać się w dyskusje.

- Prosimy na dół do nyski. - dodał H.

- Nie! On nic nie zrobił Panie Władzo! - Se stanął w obronie S zagradzając nam do niego dostęp.

- Niech obywatel nie utrudnia, bo zaraz możemy przesłuchać prewencyjnie jednego i drugiego. - zagroziłem.

- Proszę się odsunąć - zażądał H.

- Ucieeekaaaj! - wrzasnął Se do S. Ten faktycznie zaczął pędzić w dół do ogniska.

- Ech.. - westchnął H.

- Spokojnie, jeszcze złapiemy tego gagatka. Chwila nieuwagi i będzie nasz. Oni zawsze w końcu wpadają. - skomentowałem. Następnie podążyliśmy wszyscy śladami S i zeszliśmy z powrotem do przygasającego ognia.

T: +1:45 - Podkładamy do ognia i szukamy więcej chrustu. W międzyczasie odkrywamy niezwykle interesujący widok. Tak jak wspominałem, znajdowaliśmy się na najwyższym wzniesieniu w całej okolicy. Zaraz obok wzgórza, znajdował się wysoki blok - chyba akademik. Na horyzoncie zaś widniały światła miasta. Rozmyte światła pochodzące z akademika majaczyły gdzieś pod naszymi stopami. Kiedy przesunęło się wzrok nieco w górę, natrafiało się na ciemną plamę. Wszelkie jasne obiekty były zasłonięte przez gałęzie zagęszczone przy koronach drzew. Jeszcze wyżej migotały z oddali światła miasta. Światło - ciemność - światło. W pierwszym momencie kiedy spojrzałem w tamtą stronę, miałem wrażenie, że światła znajdujące się niżej, to odbite w lustrze wody światła miejskie. Były jakieś rozmyte i miękkie - zupełnie jak w tafli wody.

- Wow, czy wy też widzicie to jezioro? - zapytałem kompanów.

- Haha, chyba jednak całkiem dobrze cię porobiło.

- Spójrzcie sami. - nie dawałem za wygraną. - Tam na dole jest jezioro.

Towarzysze poszli za moją sugestią i stanęli obok mnie.

- Faktycznie! - przyznali mi rację po chwili.

Podziwialiśmy przez dobre kilka minut osobliwą pułapkę dla percepcji wzrokowej.

T:+2:00 - Kwestia Śląska wraca na wokandę. Przekrzykujemy się nawzajem w szaleńczym wymyślaniu paszkwili. Nie jestem już w stanie dokładnie przytoczyć treści rozmów. Pamiętam jednak, że w krótkim czasie pomieszaliśmy ze sobą Ślązaków, majonez i jezioro.

- Jak jakiś Ślązak się dorobi na szabrowaniu poniemieckich dóbr albo na węglu z biedaszybów to się oblewa cały majonezem!

- Wanna majonezu!

- Basen majonezu!

- Jezioro majonezu!

- Oni pływają w majonezowej sałatce warzywnej!

- I mówią, że to lepsze niż Balaton!

- I potem ten majonez im ścieka brzuchach i wąsach...

- Po wąsach to z tabaką się miesza!

- Zaraz się zrzygam. - oznajmił S. Łatwo jest go obrzydzić, nawet kiedy jest absolutnie trzeźwy.

- Do tej sałatki! Do majonezu im!

- Ale im to by i tak nie przeszkadzało.

- A wiecie jak powstają Ślązacy? Kiedy Ślązak przejdzie już jakiś obleśny rytuał inicjacyjny i jest uważany odtąd za mężczyznę, wchodzi do szybu, wali konia i spuszcza się na węgiel, a po jakimś czasie górnicy znajdują tam utytłane w pyle węglowym śląskie niemowlę.

- Czy to są w ogóle ludzie czy coś innego?

- Ludzie na pewno nie...

- Zlikwidować. - zapostulowałem

- Ooo... już się zaostrzyły postulaty... - zauważył P.

Nie mogąc już dłużej wytrzymać ze śmiechu, rozbiegliśmy się dookoła tak żeby nie prowokować się dalej do poruszania kwestii śląskiej. Kiedy nieco się uspokoiłem, zauważyłem że cała wizja pokolorowała się mi na czerwono. Tak jakby ktoś podkręcił filtr w RGB. Wszystkie czarne kontury drzew i liści przybrały ciemnobordowy odcień. Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie przytrafiło. Przecierałem oczy kilka razy, ale efekt nie znikał przez dziesięć minut. Stałem trochę na uboczu i wpatrywałem się w las, aż nagle odezwał się mój zmysł absurdu. Podszedłem do S i oznajmiłem poważnym tonem:

- Jam jest sobie Pan.

Następnie spojrzałem prosto na niego, zadarłem podbródek w górę i z wyrazem dostojnego ukontentowania na twarzy, zacząłem wylewać sobie piwo prosto na głowę. W pierwszym momencie zaniemówił. Chwilę później zaczął uciekać jakby przerażony wybuchem śmiechu jak miał właśnie nastąpić. Kilka sekund potem zawyliśmy. Ja zacząłem rechotać tak mocno, że w pewnym momencie brzmiało to jakbym był rzężącym, bliskim śmierci gruźlikiem.

- Łooohoho, prosto z trzewi się zaśmiał - śmiał się P.

- Ty mnie kiedyś zabijesz... - powiedział S słabym głosem. Rzeczywiście, mamy z S długą historię wzajemnego rozśmieszania. Praktycznie od czasu kiedy tylko się lepiej poznaliśmy ciągle nakręcaliśmy jeden drugiego do śmiechu. Zwłaszcza po trawie albo psychodelikach.

Nasz tok rozumowania i humor zaczął być nieco hermetyczny. Od jakiegoś czasu Se nie mógł złapać z nami kontaktu.

- Chłopaki, ja już was nie ogarniam. - powiedział rozkładając bezradnie ręce. - Może to pomoże - dodał wyciągając blanta, którym podzielił się z nami wszystkimi. Rzeczywiście zdawało to egzamin przez jakieś pół godziny. Se wyciągnął jakieś urządzenie nagrywające dźwięk i przeprowadzał z nami wywiady o jeziorach i Śląsku. Niestety po tym czasie, Se znów nie był w stanie dotrzymać kroku naszemu psychodelicznemu flow, a że musiał następnego dnia wcześnie wstać, w końcu wrócił do domu.

- Bo dzisiaj jest piątego i weszło sześciu króli, ale szóstego z góry zejdzie już tylko pięciu. Symetria. - uzasadniłem opuszczenie grupy przez Se.

T: +3:00 - Na niebie zaczęły wybuchać fajerwerki. Ludzie, którzy nie zdążyli wszystkiego wystrzelać w noc sylwestrową, teraz mieli okazję rozładować swoje arsenały. Nie widzieliśmy dobrze kolorowych, ognistych pióropuszy spoza drzew. Niektórym kończyło się piwo a ich faza wyraźnie zelżała. Zagasiliśmy ognisko i przemieściliśmy się w miejsce położone dziesięć minut drogi dalej, gdzie niebo było lepiej widoczne.

- A słyszeliście, że teraz są czarne fajerwerki? Jakiś pył albo dym zamiast ognia. Można puszczać w dzień. - zagaił H po drodze. Zaczęliśmy snuć fantazje, że taki spektakl z alternatywnymi fajerwerkami byłby świetną rzeczą do zobaczenia na psychodelikach.

- A wyobraźcie sobie, że teraz by leciały takie czarne fajerwerki i zostawiały plamy absolutnej ciemności na niebie i by to już nie znikało. - przyszedł mi do głowy pomysł na opowieść. - Wybuchałoby ich coraz więcej i więcej aż w końcu ciemność zasłoniłaby cały widok. Pożarłaby wszystko. I my byśmy tak stali w absolutnej ciemności, wszyscy wystraszeni co się teraz stanie. I w tym momencie słyszymy, że leci... - zawiesiłem na chwilę głos chcąc uzyskać lepszy efekt dramatyczny. - ...Slayer!

Chwilę później byliśmy już na miejscu. Fajerwerki niestety się skończyły. Tylko tu i ówdzie można było zobaczyć skromny rozbłysk. W pewnym momencie P klepnął mnie w ramię. Odwróciłem się w jego kierunku. Patrzył na mnie dziko i wyciągał w moim kierunku dłoń. Spojrzałem na nią i zdałem sobie sprawę, że P ma na sobie żółtą, gumową rękawicę. Z poważną miną zdjął ją, ciągle jednak nie opuszczając dłoni w dół. Przyjrzałem się uważniej. P miał na niej narysowane oko. Podejrzewam, że mógłby mi w ten sposób zafundować solidnego mindfucka, ale homet już powoli puszczał. Przyznam, że nie spodziewałem się tego typu atrakcji.

T:+4:00 i dalej - Schodzimy do sklepu monopolowego. Z hometa został już tylko lekki afterglow i uczucie wyluzowania. Lubię w psychodelikach to, że kiedy puszczają robię się bardzo otwarty i empatyczny. W kolejce w nocnym zagadywałem ludzi i żartowałem ze sprzedawcą mając przyjemne samopoczucie. Tej nocy spotkała nas jeszcze przygoda z nożem. Kiedy pijąc piwo schowaliśmy się przed deszczem pod jakimś daszkiem, dołączyła do nas trójka młodych podpitych chłopaków. Któryś z nich, nie mając złych zamiarów, wyciągnął nóż. Najwyraźniej chciał się nim pochwalić, bo zaraz zaczął opowiadać gdzie go kupił itd.. Łatwo się domyśleć, że taki gest w pierwszym momencie wyglądał dość groźnie. Sytuację rozładowywał J, wymyślając przy okazji na poczekaniu jakieś uliczne mądrości, którymi raczył chłopaków-nożowników. Po paru godzinach i piwach więcej, wróciliśmy do mieszkania, gdzie rozdałem wszystkim płytę CD upamiętniającą naszego pierwszego wspólnego tripa (I na to właśnie czekałem) mającego miejsce nieomal dokładnie rok wcześniej. Najbardziej pijany z nas wszystkich J, wyściskał mnie za to serdecznie. Krótko po tym poszliśmy wszyscy spać.

Podsumowanie: Był to kolejny rozrywkowo-grupowy trip pozbawiony choćby chwilowego poczucia głębi i doniosłości. W zasadzie takie traktowanie psychodelików wcale mi nie przeszkadza, choć nie ma co ukrywać, że satysfakcja po przyjemnie spędzonym kontemplacyjnym tripie jest czymś świetnym. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie mam wysokich oczekiwań co do psychodelików. Ja sądzę jednak, że kilka godzin dobrej zabawy i śmiechu w dobrym towarzystwie to wcale nie tak mało. Ostatnia  myśl dotyczy S&S. Otóż w czasie tripa odkryłem niesamowitą rzecz - kiedy jest ciemno to nic nie widać i z wizuali nici.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media