Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

gdy rodzina pyta podejrzliwie czy coś paliłeś, wyjaśnij że tylko brałeś kwasy.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
~15mg 4-HO-Met, doustnie
2 piwa pod koniec
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Trip z trójką znajomych - C, Sz i K. Dla nikogo z nas nie był to pierwszy raz z psychodelikami. Zdarzyło się już nam nawet wcześniej tripować na kwasie w podobnym składzie - ja z C i Sz. C i Sz z kolei jedli hometa z K. Jedynie ja z K nie miałem wcześniej okazji razem spożywać psychodelików. Pokój C w jego domu rodzinnym. Rodzina C była w domu, ale mieliśmy pełen komfort, jako że rzadko kiedy w ogóle ktoś zaglądał do pokoju, w którym mieliśmy spędzić najbliższe kilka godzin. Zimowy wieczór. Ogólna kondycja psychofizyczna całkiem niezła, chociaż bywało lepiej. Możliwa lekka tolerka. W ciągu ostatnich 3 tygodni zdążyłem odbyć dwa tripy przy 15mg i 10mg 4-ACO-DMT (choć to drugie trudno nazwać tripem z prawdziwego zdarzenia).
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Stims:
kofeina
BZP+TFMPP (raz),
amfetamina (kilka razy),
bufedron (kilka razy)

Psycho:
szałwia wieszcza (ze dwa razy poziom A),
LSD (łącznie 6 razy, w tym 4 razy w bieżącym roku),
grzyby (dwa razy, obydwa w bieżącym roku: raz w ilości 5g i raz w ilości 2g),
4-ACO-DMT (2 razy, obydwa w bieżącym roku),

Inne:
etanol,
nikotyna,
marihuana (od czasu do czasu),
haszysz (dawno kilka razy),
Poppers (kilka razy),
DXM (2 plateau),
mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury),
kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo.

gdy rodzina pyta podejrzliwie czy coś paliłeś, wyjaśnij że tylko brałeś kwasy.

Wstęp: Zbieg okoliczności sprawił, że na przełomie 2011/2012, po tym jak długo nie mogłem znaleźć okazji ani towarzystwa, żeby spróbować psychodelików, nagle okazało się, że w okresie trwającym trochę więcej niż miesiąc umówiłem się na aż cztery tripy. Opisywany w niniejszym TR był trzecim z nich. Ze względu na duże ich zagęszczenie jak i inne okoliczności, nastawiałem się raczej na rozrywkowego tripa niż na podróż w głąb siebie. Już od dłuższego czasu planowałem z kilkoma starymi znajomymi zjedzenie hometa albo 4-ACO-DMT. Dobry moment wypadł krótko po świętach, kiedy byłem w swoim rodzinnym mieście. Wybór substancji padł na hometa. Nie miałem wcześniej okazji go zażywać i technicznie rzecz biorąc był to pierwszy raz, ale raport nie ma raczej charakteru opisu pierwszych odkryć psychodelicznych. Dzień przed tripem przez przypadek spotkałem pewną osobę, z którą miałem okazję chwilę pogadać i wyciągnąć stare brudy na wierzch. Wiedziałem, że wpłynie to jakoś na podróż, ale nie przejmowałem się jakoś specjalnie. NG to nie "mój mały pamiętniczek", ale musiałem wspomnieć, żeby móc opisać tripa. Umówionego dnia spotkaliśmy się wieczorem u C. Zaopatrzyliśmy się wcześniej w piwo - po jednym desperadosie (to taka mała tradycja, że zawsze do psychodelików pijemy desperadosa) do wypicia w trakcie tripa i po 1-2 zwykłe piwa po wszystkim.

T:-0:10 - Mając już skompletowane wszystkie niezbędne utensylia niezbędne do odbycia tripa, wkroczyliśmy do pokoju C. Nie tak dawno przed naszym spotkaniem, przeprowadzał on generalny remont swojego lokum. Wystrój i pigment dobierał samodzielnie. Pech chciał, że kolor farby, który w zamierzeniu miał być fioletowy, na ścianie wyglądał jak malinowy niebezpiecznie wpadający w róż. Barwa ta jawnie kontrastowała z czarno-białymi portretami napuszonych, gniewnych czy też pesymistycznych filozofów takich jak Artur Schopenhauer, Fryderyk Nietzsche, Michel Onfray itp., które C powiesił na ścianach, co w efekcie dawało dosyć komiczny efekt.

- Ale masz ładny pokój - zaśmiałem się

- Różowiutki! - podchwycił Sz.

- Fiolet! To jest fioletowy! - protestował C.

Kolejną niedorzeczność stanowiło to, że różowy jest kolorem, który kojarzy się raczej antyintelektualnie. Tymczasem C, miał porozwieszane na ścianach tablice z hiraganą, kataganą itd. oraz inne pomoce naukowe. Pośmieliśmy się więc jeszcze trochę na koszt C. Sam zaś jego pokój został ochrzczony pieszczotliwie "Mordorem". Niestety wysiłki C, aby stworzyć u siebie atmosferę chłodnego wyrafinowania i intelektualnej ostrości rozbiły się o niewłaściwy pigment. Wciąż jednak, jest to całkiem przyjemny azyl i dobre miejsce spotkań.

T:+0:00 - Po kilku chwilach żartów wyciągnęliśmy samary z hometem i odmierzyliśmy sobie po ok. 15mg sposobem nieprofesjonalnym, czyli dzieląc kupki proszku na równe części. Zapiliśmy desperadosem, aby pozbyć się gorzkiego smaku. Chłopaki zaczęły opowiadać trochę o poprzednim tripie mającym miejsce jakieś kilka tygodni wcześniej. Jak się okazało, wykształcił się u nich model, który wyglądał z grubsza tak, że kiedyś ktoś chciał błogo odpływać, zawsze znalazł się ktoś inny, kto nagle dostawał ataku śmiechu z powodu jakiegoś skojarzenia czy myśli. Śmiech rozprzestrzeniał się na całą grupę. Sytuacja powtarzała się kilka razy powodując, że wszyscy z czasem zaczęli się wzajemnie nakręcać do "psucia atmosfery" kończącego się ogólną wesołością.

- Chłopaki, ale nie gadajmy tym razem o gównie co? - poprosił z nadzieją w głosie Sz. - Bo wiecie jak było ostatnio... - Odpowiedział mu śmiech C i K.

Najwyraźniej tematy fekalne przylgnęły do ostatniej psychodelicznej wycieczki i nie chciały się odczepić. Wiadomo jak to na psychodelikach - jak coś wpadnie w tryby to już wypaść nie może. Było to bardzo nierozważne ze strony Sz, że chcąc zapobiec pewnemu wątkowi, włożył go nam do głów. Trudno jest nie myśleć o białym niedźwiedziu.

T: +0:10 - Szybko dało się odczuć pierwsze symptomy ładowania się hometa oraz ekscytację nadchodzącym tripem. Zaczęliśmy sprawdzać czy wszystko jest OK z dźwiękiem. Chcieliśmy w trakcie posłuchać sobie trochę muzyki. Mieliśmy jednak jakiś problem z przejściówką lub gniazdem i momentami było słychać tylko jeden kanał. C manipulował przy kablach pytając czy dźwięk jest w porządku.

- Teraz dobrze?

- Do dupy. - odpowiedział ktoś. K, bardzo już wyczulony na tematykę ekstrementów parsknął śmiechem.

- Ej! - krzyknął Sz. - Znów się zaczyna!

- Ja nic nie mówię! - bronił się K.

- Nie no, ostatnio się naśmieliśmy. Nawet fajnie było, ale pod koniec to aż za dużo. Miałem tego...

- Po pachy! - wtrącił się C. Skojarzenie było zbyt oczywiste, żeby zaraz nie zaświtało nam w głowie. Chwila wzmożonego wysiłku mającego na celu powstrzymanie się przed wybuchem śmiechu i już po kilku sekundach było po nas.

- Po uszy! - dolewał oliwy do ognia K.

- Aż poszło w pięty! - dorzuciłem swoje trzy grosze.

T:+0:20 - Po kilku minutach, kiedy już się uspokoiliśmy, a dźwięk działał jak należy, przygotowaliśmy sobie wygodne miejsca na fotelach i kanapach. K dostał karimatę i zrobił sobie legowisko na podłodze. Ja tymczasem czułem już bardzo wyraźnie, że coś się dzieje. Termoregulacja zaczęła szwankować i było już widać zmiany w widzeniu kolorów. W pokoju była włączona tylko jakaś drobna lampka. W jej świetle ściany pokoju faktycznie nie wyglądały już różowo - tak jak życzyłby sobie tego C. Światłocienie kładły się miękko na zgrubieniach i nierównościach murów Mordoru. C zaczął nam pokazywać jakieś obrazki na komputerze. Były tam różnego rodzaju malownicze widoki. Niektóre z nich zaczęły się już ruszać. Przyglądaliśmy się im w podziwie przez kilka chwil. Wszystkie grafiki znajdowały się jednak w jakimś zbiorczym folderze i wkrótce trafiliśmy na obrazek Samuela L. Jacksona z afro, przebranego za rycerza Jedi z podpisem "The force is strong with this motherfucker". Strasznie spodobało się to C. Złapał z rolkę w myszce i zaczął robić gwałtowne zbliżenia i oddalenia na Samuela rechocząc przy tym dziko i mówiąc coś głosem tak ochrypłym, że nie dało się go zrozumieć. Któreś ze zbliżeń padło na dłonie afro-Jedi. C zaczął pociągłymi ruchami przesuwać obraz w górę i w dół, imitując masturbację i ciesząc się jak dziecko. Reszta grupy zareagowała żywiołowo próbując protestować przez śmiech, który zaczynał nabierać barwy psychodelicznego szaleństwa.

T:+0:30 - Substancja działa już chyba na pełnych obrotach. Ciepłe kolory ścian Mordoru kojarzą mi się z żywą tkanką. Pulsują delikatnie jakby oddychały. Wrażeniom ruchu towarzyszą zmiany w postrzeganiu natężenia światła. Gdy pomieszczenie nabiera powietrza, jasna plama bijąca od lampki pełznie w górę po ścianach rozszerzając swą powierzchnię. Podczas wydechu, światło cofa się. Jestem lekko zaskoczony na plus. Spodziewałem się, że homet na lekkiej tolerce, w tej samej ilości co brane przed ponad dwoma tygodniami 4-ACO-DMT, da dużo słabsze efekty wizualne. Są one rzeczywiście lżejsze, ale wcale nie tak bardzo jak myślałem. Momentami cienie rzucane przez meble powodują, że wnętrze pomieszczenia przestaje przypominać sześcian. Wydaje mi się, że zamiast regularnych wierzchołków, w których wszystkie kąty są proste, widzę coś na kształt poukładanych prowizorycznie płytek, które budowniczowie pomieszczenia umieścili tam bez szczególnego pomysłu - tak tylko, aby domknąć pomieszczenie. Jakby pokój był zlepiony z sześcianu i dajmy na to - dwunastościanu. Chwilę później falowanie powierzchni spowodowało, że miałem uczucie jakbym siedział wewnątrz czegoś w rodzaju namiotu. Ściany przestały wyglądać na solidną i sztywną konstrukcję, lecz wydawały się kołysać lekko w rytm podmuchów wiatru. Bodyload był odczuwalny, ale na pewno sporo łagodniejszy niż na 4-ACO-DMT.

T:+0:40 - C próbuje odpalić jakąś muzykę, jednak nie ma specjalnie pomysłu co by tu można było puścić. Oferuję się, że właściwie to przygotowałem playlistę na youtube z myślą o jakimś bliżej nieokreślonym tripie. Głównym kryterium selekcji w czasie jej sporządzania było to, żeby muzyka była dość łagodna, tak żeby nikogo nie przerazić, i co ważniejsze - żeby były ciekawe, kolorowe teledyski. Specjalnie pod psychodeliki, pomyślana jako coś co można puścić ludziom kiedy robi się zbyt ciężko. Reszta grupy uznała, że moja playlista może być dobrą rzeczą do oglądania i słuchania. Namordowałem się trochę z zalogowaniem na swoje konto, ale w końcu mi się udało sprostać życzeniom towarzyszy. Swoją drogą, jest coś ciekawego w tym, jak trudna jest obsługa urządzeń takich jak komputer czy telefon na psychodelikach.

C, Sz i K rozłożyli się wygodnie i zaczęli seans. Ja po kilku pierwszych minutach stwierdziłem, że niestety w czasie tworzenia listy, naoglądałem się teledysków tyle razy, że teraz będę doświadczał psychodelicznego deja vu czy też zapętlenia, które towarzyszyło mi podczas niedawnych tripów. Wrażenie, że "to już było" nie wpływało na mnie ostatnio najlepiej. Postanowiłem więc zamknąć oczy, założyć słuchawki i posłuchać czegoś z telefonu. Zacząłem przeszukiwać jego zawartość. Kilka pierwszych kawałków jakoś nie do końca mi podeszło. Przez moment nie mogłem za bardzo się odnaleźć. Do tego przypomniała mi się rozmowa z dnia poprzedniego, o której wspominałem we wstępie. "Kurwa wiedziałem. Nie chce mi się teraz o tym myśleć." - powiedziałem do siebie w myślach. Poczułem jakby los chciał mi rzucić kłodę pod nogi i popsuć mi wieczór. Odebrałem to jako wyzwanie. "Skoro tak to proszę bardzo, mogę więcej przyjąć" - powiedziałem do siebie znów. Postanowiłem puścić sobie coś ostrego. Wybór padł na Psyclon Nine. Słuchaniu muzyki towarzyszyły intensywne CEV-y. Zdaje się, że były dosyć charakterystyczne i przez jakiś czas pamiętałem jakie konkretnie formy przybierały. Niestety zdążyłem już o nich zapomnieć. Posłuchałem kilku kawałków. W międzyczasie zdążyłem dość szybko nabrać poczucia siły. Ani muzyka, ani zapętlenie, ani żadna myśl nie była w stanie wytrącić mnie specjalnie z równowagi. Zareagowałem na to (nie wiadomo do czego lub do kogo skierowaną) pogardą. "Pff, to tylko tyle?" - pomyślałem znów. To był chyba pierwszy raz kiedy tego typu nastawienie posłużyło mi za reakcję obronną. Późniejsze doświadczenia pokazały mi, że mentalne zwarcie szeregów przy pomocy uczucia pogardy pozwala radzić sobie wyjątkowo dobrze w niektórych sytuacjach w trakcie tripa. Niestety ceną jest spadek satysfakcji z podróży. Czający się kryzys został odegnany. Dotychczasowe efekty zdały mi się w tym momencie dosyć słabe. Zapragnąłem silniejszych wrażeń. Otworzyłem oczy chcąc zobaczyć jak się bawi reszta grupy, chcąc przy okazji napotkać na coś intrygującego.

T:+1:00 - Spojrzałem w kierunku monitora. Leciał akurat kawałek Alias - Sixes Last (https://www.youtube.com/watch?v=kmvwN1G08zc). Ma on bardzo ciekawy klip, w którym dosyć naturalnie i realistycznie wyglądające rośliny, wykazują jednocześnie cechy zwierzęce oraz cechy mechanizmów. Na jednym z kadrów zauważyłem liść pokryty dziesiątkami mrugających i ruszających się oczu. Zdjąłem słuchawki i zacząłem wpatrywać się w teledysk, na którym w przeciągu minuty pojawiło się pewnie jeszcze ze sto oczu. Spojrzałem na sufit pokoju. Również był cały pokryty oczami. Były one nieco odrealnione i przypominały obrazy, które powstają na siatkówce, kiedy długo obserwuje się obiekty z dużym kontrastem kolorów. Kiedy potem oderwie się od nich wzrok w kierunku ściany i szybko mruga, można dostrzec negatyw obserwowanego wcześniej obiektu. Oczy na suficie nie wymagały jednak mrugania. Wyglądały też bardziej realistycznie. Jeszcze przez kilka dobrych minut widziałem je tu i ówdzie w pokoju.

T:+1:10 - Dalej oglądałem już listę ze wszystkimi, czasami tylko celowo nie patrząc w monitor, gdy leciał teledysk który znałem zbyt dobrze. Współtripujący pochwalili mój dobór kawałków. Pomyślałem, że to fajnie, że komuś się podoba. Zwłaszcza, że ja znałem listę zbyt dobrze, żeby być jej odbiorcą. Muszę jednak przyznać, że choć Sz, K i C docenili mój wysiłek, to intencje jakie przyświecały mi przy tworzeniu nie znalazły odzwierciedlenia w odbiorze. Teledyski były wesoło komentowane, a ich sens celowo i radośnie wypaczany. Gdzieś na liście znalazł się numer MGMT - Electric Feel (https://www.youtube.com/watch?v=MmZexg8sxyk). Dosyć zgodnie zjechaliśmy teledysk. Nikt z nas jakoś nie kupił współczesnej reminescencji idei szlachetnego dzikusa. Padły za to oskarżenia o prowadzenie przez zespół MGMT modnego, hipsterskiego, gejowskiego baru w lesie i o niszczenie przyrody. Mi samemu główni bohaterowie teledysku wydali się wyjątkowo sztuczni i fałszywi. Podczas gdy próbowali sprzedać mi wizerunek beztroskiej zabawy z dala od okowów cywilizacji, pozwalającej na wolną i niczym nieskrępowaną ekspresję, ja widziałem ich ukradkowe spojrzenia w kierunku kamery - jakby upewniali się czy ich kostiumy szlachetnych dzikusów dobrze na nich wyglądają i czy lakier do włosów wciąż działa podtrzymując ich "niedbałą" i "rozczochraną" fryzurę. Innym pamiętnym momentem był fragment teledysku Birdy Nam Nam - 'Goin'in' (https://www.youtube.com/watch?v=44xUwId9AgM). Jest on bardzo kolorowy i dynamiczny. Statki kosmiczne, meduzy, posągi obcych, macki - czego tam nie było! Sytuacja teledyskiem Birdy Nam Nam wyglądała mniej więcej tak: morale grupy jest wysokie, panuje powszechny entuzjazm. Komentujemy wszystkie niesamowitości, które przygotowali twórcy. W którymś momencie dwójka bohaterów klipu trafia do podziemnej, żarzącej się na czerwono jaskini. W tym momencie zapada cisza, a C stwierdza lakonicznie:

- O. Piekło.

Ton miał przy tym taki jakby chciał powiedzieć: "O. Sklep spożywczy." Wybuchnęliśmy śmiechem. Seria dziwacznych motywów, które nam zaserwowano sprawiła, że coś co powinno być w zasadzie szczytem grozy wydało nam się równie zwyczajne jak pęknięcie w chodniku.

T:+1:30 - Przy którymś z kolei numerze odprężyliśmy się i wyciągnęliśmy na kanapach. K rozłożył się na karimacie na podłodze. Wcześniej wyłączyliśmy światło, pozwalając by pokój był oświetlany tylko przez monitor. Zamknęliśmy oczy i daliśmy się wciągnąć muzyce. W pewnym momencie zauważyłem mimo zamkniętych powiek, że ktoś zapalił światło. W drzwiach ktoś stał. Był lekko zdziwiony i mówił coś do C. Przyjąłem to ze spokojem jak najnormalniejszą rzecz w świecie. Ani śladu paranoi. Jak się okazało, byłem jedynym z całej czwórki tripujących, który tak to odebrał. Pozostali byli mocno zdezorientowani i wybici z rytmu.

- Gdzie masz te papiery? - spytał przybysz, który o ile dobrze pamiętam był szwagrem C.

- Papiery, papiery... - próbował zyskać na czasie nic nie rozumiejący C. - Papiery... A! Położyłem tam do spalenia przy piecu.

- Przy piecu? Ale ja teraz miałem jechać... - szwagier był chyba równie zdezorientowany. Zwłaszcza, że cała czwórka była powyciągana na wszelkich dostępnych meblach (albo poza nimi) i wpatrywała się w niego uparcie.

- Aaa! Te papiery! Do samochodu tak? Są na półce w korytarzu. - C załapał wreszcie o co chodziło. Wcześniej umawiał się ze szwagrem, że zostawi dla niego dowód rejestracyjny. Szwagier uśmiechnął się do nas nieco zakłopotany i wyszedł z pokoju życząc dobrej zabawy. C wyszedł z nim.

K i Sz z wytrzeszczonymi oczyma zaczęli opowiadać o tym jak bardzo zaskoczyło ich pojawienie się "intruza".

- Ja patrzę, zapala się światło, otwieram oczy, jakieś papiery, kompletnie nie wiedziałem o co chodzi! - relacjonował Sz.

- Noo ja też! Ja tu leżę na tej karimacie, od razu się podniosłem, też nie mogłem skumać co jest grane! - wtórował K. - Ciekawe co on sobie musiał pomyśleć! Wszyscy leżą rozwaleni, nikt nie wie co jest cięte...

- Noooo, musiał mieć zdziwko... - zgodził się Sz.

- No co wy. Co w tym takiego dziwnego. Siedzimy i słuchamy sobie muzyki przecież. - wyraziłem zwątpienie.

- Na podłodze? - zabił mi gwoździa K.

- No niby racja, ale też nie ma co przesadzać. Najwyżej pomyśli, że paliliśmy blanta i tyle.

- No właściwie tak. - K przyznał mi rację.

 Po chwili C wrócił do nas z powrotem. Całkiem niezależnie od K i Sz, zaczął opowiadać o swojej dezorientacji. Podczas słuchania starał się wejść w stan bezmyślności, który nazywał "uptime". Zupełnie zatracił się w świecie wewnątrz swojej głowy i zrozumienie czego chce od niego szwagier wymagało od niego sporego wysiłku i dobrych kilkunastu sekund.

- Sorry, że tak wybiegłem, ale chciałem zagadać do szwagra. - tłumaczył C.

- Myślisz, że coś się pokumał? - spytał K.

- Spytał czy coś paliliśmy.

- I co mu powiedziałeś?

- Że nie, że braliśmy LSD.

W mojej głowie pojawiła się konsternacja.

- Powiedziałeś mu, że LSD? - upewniłem się, że dobrze usłyszałem.

- No tak, bo to takie znajome, przynajmniej wiadomo o co chodzi. Nie chciałem mu sypać jakimiś nazwami związków chemicznych. - tłumaczył C.

- I co szwagier na to?

- Spytał co to jest. Powiedziałem, że taki tam psychodelik i że po tym wyraźniej widać kolory i krawędzie. Szwagier powiedział, że ok spoko. Chyba dobrze wybrnąłem jak na takie wzięcie z zaskoczenia co? - C był zadowolony ze swojego refleksu w wymyślaniu wytłumaczenia.

- Mogłeś po prostu odpowiedzieć "tak" na pytanie czy paliliśmy. - zauważyłem.

- A. No tak. - Teraz C przeżył lekką konsternację. - Ale spoko szwagier jest wyluzowany, wszystko jest ok.

Jak się okazało, C miał rację i nie było z tego powodu żadnej chryi, ale w mojej pamięci pozostanie to najbardziej absurdalna wymówka o jakiej kiedykolwiek słyszałem.

T: +1:40 - Zrobiliśmy sobie krótką przerwę od muzyki, żeby chwilę pogadać. Nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła wymiana zdań, ale chyba było coś o tripach, o różnych RC, oraz o językach. Oglądaliśmy też tablice i pomoce naukowe C przez jakiś moment, po czym wróciliśmy do naszych filmików. Dosyć zabawną częścią wieczoru było oglądanie teledysku Randezvous - The Murf (https://www.youtube.com/watch?v=aRvBhlgWN_Q). C miał najwyraźniej ochotę tego dnia na wulgara. Jego reakcje na wydarzenia z klipu były przykładem najbardziej bezwstydnego na świecie Schadenfreude (to niemieckie słowo oznacza radość z czyjegoś nieszczęścia). Teledysk przedstawia pokrótce dzieje wszechświata i Ziemi. Kiedy tylko na ekranie pojawiły się dinozaury, w głowie C pojawiła się myśl: "a żeby tak zdechły". W związku z tym kiedy rzeczywiście meteoryt pojawił się w teledysku i zmiótł wielkie gady z powierzchni naszej planety, C z niezrozumiałych dla nas powodów wybuchnął opętańczym rechotem.

- Dobrze! - krzyczał ochrypłym głosem. - Musicie wiedzieć, że odgrywanie zawistnego malkontenta, żula-sarmaty żyjącego z zasiłku i cieszącego się z czyjejś krzywdy jest rozrywką najwyższych lotów. Przynajmniej dla opisywanej czwórki. Jakby tego wszystkiego było mało, w dalszej części historii przedstawianej w teledysku, można było zobaczyć głód pierwszych ludzi, pierwsze wojny itd. Niewiele razy widziałem C będącego w stanie tak radosnego uniesienia. Nie ma co opisywać naszych reakcji na wszystkie teledyski po kolei, więc zakończę na tym, że lista kończąca się na utworze Łąki Łan - Selawi, wprowadziła mnie w bardzo przyjemny nastrój. Przypomniał mi się tegoroczny Woodstock, na którym mieliśmy okazję oglądać z Sz, ŁŁ na kwasie. Bardzo miłe wspomnienie. Opowiedziałem o swoim skojarzeniu Sz, który podzielił moje zdanie i odczucia.

T:+2:10 - Postanowiliśmy wrócić jeszcze na chwilę do muzyki i pozwolić sobie trochę popływać. Odpaliłem E-mantrę - Pathfinder. Pogasiliśmy światła. C nie mógł sobie jednak poradzić z wyłączeniem monitora w komputerze. Gorączkowo wciskał różne przyciski na klawiaturze. Sz i K czekali już na swoich stanowiskach. Sytuacja nieco się przedłużała, więc postanowiłem rozciąć węzeł gordyjski. Wziąłem leżący w kącie śpiwór i narzuciłem na monitor. Czułem się przy tym trochę jak człowiek z epoki kamienia łupanego, który nie mogąc wyłączyć telewizora wzbudzającego u niego strach, rzuca nim o ścianę. Słuchaliśmy raczej w milczeniu. Przy zgaszonym świetle było naprawdę ciemno i rozróżnienie na CEV-y i OEV-y straciło znaczenie. Myślę jednak, że wizuale miały raczej naturę CEV-ów.

T:+3:30 - Nie jestem pewien czy przesłuchaliśmy album w całości czy zdążyliśmy się jeszcze w międzyczasie powygłupiać. Wydurnianie się na pewno jednak nastąpiło wcześniej lub później. Nagle nie stąd ni z owąd, C doskoczył do komputera i ponowił numer z Samuelem L. Jacksonem. Przez jakiś czas żartowaliśmy sobie na podobną modłę. Otworzyliśmy też piwa. Ja swojego desperadosa nie ruszyłem (zaginął z resztą w akcji), więc był to mój pierwszy alkohol tego wieczora. Można było zorientować się, że działanie hometa słabnie. Sz, chcąc załapać się na końcówkę tripa zajął miejsce na podłodze i zaplikował sobie słuchawki do uszu. Po kilku sekundach K zaczął nim potrząsać:

- Żyjesz?! Żyjesz? - dopytywał się głośno.

- Opierdala się. - ganił C.

Mimo najszczerszych chęci nie byliśmy w stanie nie zaczepiać Sz przybywając w tym samym pomieszczeniu co on. Nie chcąc mu psuć końcówki tripa zmuszeni byliśmy się ewakuować. Wyszliśmy na podwórko przed domem C. Było one ukryte przed oczyma przechodniów. Można było też przejść z niego bezpośrednio na pusty, zachwaszczony plac znajdujący się na obrzeżach miasta, sąsiadujący z dużym budynkiem jakiejś firmy czy też zakładu.

- No, przynajmniej Sz sobie posłucha tego swojego Amethystium w spokoju. - powiedziałem.

- Tak, nie będziemy mu przeszkadzać. Niech ma. - zgodził się K.

W ciągu kilku minut rozmowa rozwinęła się w takim kierunku, że w parę chwil mieliśmy gotowy scenariusz udręk jakim można poddać Sz.

- A tak w ogóle to zaczęliśmy od tego, żeby go zostawić w spokoju. - zauważył C. Roześmialiśmy się.

Ktoś z nas wpadł na pomysł, żeby zwiedzić zachwaszczony placyk. Było zadziwiająco ciepło jak na tę porę roku, ale mimo tego nie widzieliśmy kompletnie żadnych ludzi na ulicach. Po drodze wróciliśmy z C do naszych ulubionych tematów żulerki.

- Jakby mnie teraz ktoś dał pinć tysiency na renke to bym mu powiedział... Chuja! Nie bede robił! Nie dam! - zarzuciłem przynętę.

- Pinć tysiency?! To jakby mnie ktoś w twarz napluł! - podchwycił C. - Na pewnom śmirć chcom człowieka wysłać.

- Tu byli kiedyś zakłady! Tam to można było robić! Czy się stoi czy się leży, fajrant o trzynastej, przerwa na szluga co pinć minut. To je robota a nie!

- Wszendzie! Wszendzie zakłady byli, ale zburzyli mnie kurwy wszystko! Ale powiedziaem - chuj! Pierdola!

- Nie ma co chujom nabijać pinondze!

Wkrótce ogłosiliśmy się Panami i Władcami zaśmieconej i obsranej przez psy pustej parceli.

- A tu powinien stać fotel-tron z widokiem na zakłady. Tu bym siedział, browara pił i patrzył czy dobrze pracujom. - postawiłem postulat.

- A ja bym takie laczki miał i bym wycierał gówna z podeszwy o oparcie. - rechotał C.

T:+4:10 - W końcu zrobiło się nam zimno i wróciliśmy do Mordoru gdzie leżał sobie Sz. Obecność alkoholu, wcześniejsze żulerskie tematy oraz kończący się trip pokierowały końcówkę podróży na jakieś obleśne tematy. Sz nie mógł już dłużej pławić się w błogiej atmosferze. Przyznał z resztą, że homet go już wyraźnie puszcza. Wizuale praktycznie zniknęły, utrzymywało się tylko wyraźne podkolorowanie. Kiedy C znów siadając do komputera natrafił na Samuela uznałem, że podróżniczy nastrój nie ma prawa się utrzymać, a kiedy zoom in i zoom out na ręce Afro-Jedi zdominowały monitor, stwierdziłem, że nie pozostało mi już nic innego jak zmieść wszystko muzycznym ekwiwalentem buldożera. Puściłem jakąś sieczkę z gatunku cybergrind z dużą ilością pig squeali. Końcówka przypominała już bardziej wsadzanie wieszaka w mózg przez nos niż narkonautyczną eksplorację umysłu. Dorzynaliśmy tak nastrój i dopijaliśmy piwo przez jakiś czas.

T:+ 5:00 - W końcu zaczęło udzielać mi się zmęczenie. Muszę tu jednak stwierdzić, że nie czułem się tak wyżęty jak po 4-ACO-DMT. Gdyby końcówka tripa przebiegła w innym nastroju - np. przy kubku herbaty i przyjemnych obrazkach, czułbym się pewnie jeszcze zdrowiej. Wyszliśmy wszyscy od C, rozdzielając się po drodze każdy w swoją stronę. Widok mojego rodzinnego miasta zniekształcony przez afterglow powodował lekki dysonans. Kojarzyło mi się ona zawsze raczej z pijackimi rajdami lub niewinnym dzieciństwem niż z czymś innym. Rodzinne miasto i psychodeliki były dość niecodziennym połączeniem. Uczucie takie nie towarzyszyło mi nigdy podczas tripowania w miejscach studiów. Dotarłem do domu bez żadnych przeszkód napotykających jeszcze nieśpiącą rodzinę. Myślałem i wyglądałem już całkiem zwyczajnie, więc nawet nie krępowałem się specjalnie żeby przygotować sobie przy nich coś do jedzenia. Tego dnia zasnąłem bez większych przeszkód.

Podsumowanie: Trip miał być rozrywkowy i taki też był. Nie ma więc tak wiele do podsumowywania. W czasie jego trwania dostałem potwierdzenie, że przynajmniej przy mniejszych ilościach, rzeczy znane wciąż takie pozostają, mimo indukowanego psychodelikami poczucia świeżości i nowości. Dosyć istotne z mojego punktu widzenia było wykształcenie mechanizmu obronnego przed niechcianymi myślami lub dezorientacją. Pewnego razu miało mi się to jeszcze przydać. Podróż przebiegła oprócz tego raczej przyjemnie, choć końcówka była już wulgarnym prostowaniem zwojów mózgowych.

Ocena: 

Odpowiedzi

Panie Marjanie, jak ma Pan Androida, to wybór muzyki na fazie ułatwi XenoAmp. W tym celu stworzony player. A co do reszty tripa - jak zwykle czysta radość z czytania.

Chcesz powiedzieć, że ktoś stworzył playera specjalnie po to, żeby ludzie na fazie mogli łatwiej ogarnąć muzykę? :O Przecież to bardziej szlachetna inicjatywa niż ratowanie zagrożonych wyginięciem pand! Androida mam także koniecznie obczaję.

"

- Spytał czy coś paliliśmy.

- I co mu powiedziałeś?

- Że nie, że braliśmy LSD."

Hahahahahahaha ! Kwintesencja tripa. Ależ się przy tym uśmiałam. :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media