Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

coś z rutyny. odczarowanie.

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
ok. 15mg 4-ACO-DMT
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
W towarzystwie nowopoznanego kolegi - B, o którym niewiele wiedziałem. Mój pokój w akademiku, trochę zagracony i nieposprzątany. Ogólna kondycja fizyczna i psychiczna mogłaby być lepsza. Pomysł na wypróbowanie 4-ACO-DMT wpadł mi do głowy wręcz natychmiast po obudzeniu się w sobotę o godzinie 13:00. Wiedziałem, że po tak później pobudce nie zrobię niczego szczególnie konstruktywnego w ciągu dnia. Na tripa decydowałem się wiedząc, że warunki nie są szczególnie korzystne, ale i tak najlepsze jakie jestem sobie w stanie zorganizować w obecnych warunkach.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
etanol, nikotyna, kofeina, marihuana (od czasu do czasu), haszysz (dawno kilka razy), BZP+TFMPP (raz), amfetamina (kilka razy), bufedron (kilka razy), Poppers (kilka razy), LSD (kilka razy, w tym 4 razy w bieżącym roku), grzyby (dwa razy: raz w ilości 5g i raz w ilości 2g), DXM (2 plateau), szałwia wieszcza (poziom A), mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury), kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo.

coś z rutyny. odczarowanie.

 

Wprowadzenie: Raport dotyczy tripa, którego nie mogę zaliczyć do swoich najlepszych ani najgorszych w życiu. Nie obfituje on też w szczególnie odkrywcze wnioski i przemyślenia. Napisałem go z powodu mojej skłonności do katalogowania doświadczeń psychodelicznych. Z początku wahałem się czy w ogóle warto go wrzucać na NG, ale w zasadzie jest tutaj stosunkowo mało opisów podróży przy użyciu 4-ACO-DMT w czystej formie (bez miksów), więc jeśli sama historia nie będzie już tak ciekawa to przynajmniej TR ma jakąś wartość informacyjną. Postaram się pisać krócej niż zwykle, bo i też nie ma tak wiele do opisywania. Od opisywanych wydarzeń upłynęły 3 lata, więc czasy będą raczej orientacyjne.

Opis właściwy: Od mniej więcej dwóch miesięcy mieszkałem w nowym mieście, z dala od wszystkich bliskich mi osób. Nowe miejsce z początku nie było najbardziej dla mnie łaskawe i trudno było mi poznać ludzi, z którymi miałbym o czym porozmawiać. Dużo czasu spędzałem przed komputerem. Powoli zbliżał się okres świąt, sylwestra, nowego roku itd. Chciałem więc w czasie odwiedzin starych znajomych wybrać się na jakiegoś tripa. Niestety perspektywy na zdobycie LSD były raczej mizerne. Rozpocząłem więc research w Internecie. Wcześniej dużo słyszałem o 4-HO-METcie i teraz uzupełniałem wiedzę na temat jego działania, potencjalnej szkodliwości itd. Przy okazji natrafiałem na opisy wielu innych RC, ale ich krótka obecność na rynku oraz opisy działania niespecjalnie zachęcały mnie do spróbowania. Z jednym wyjątkiem - 4-ACO-DMT. Wyczytałem, że substancja ta miała metabolizować do psylocyny. Grzyby w proszku - pomyślałem wtedy. Przeczytałem mnóstwo raportów i wszelkich innych opisów jakie tylko mogłem znaleźć. W końcu zdecydowałem się na zakup. Nie miałem jednak z kim przetestować substancji, a nie chciałem tego robić w samotności. Torebeczki leżały więc odłogiem. Do czasu. 

Pewnego dnia, na jakiejś przypadkowej imprezie, na którą wybrałem się z nudów, pojawił się kolega z roku, którego wcześniej nie miałem okazji poznać. Siedzieliśmy u kogoś w domu, kiedy do nas dołączył. Był spóźniony. Usiadł gdzieś w kącie i niewiele się odzywał. Nie wiem czy w jakiś sposób zasugerowałem mu, że jestem dobrą osobą do narkotykowych zwierzeń, ale w pewnym momencie przyznał mi się, że jest okrutnie ujarany, ponieważ kumpel poczęstował go trawą dużo mocniejszą niż przypuszczał. Przypomniałem sobie, że ja całkiem niedawno trafiłem na imprezę pełną obcych ludzi na grzybach i również byłem dosyć zdezorientowany i zestresowany. Powiedziałem, żeby się wyluzował, bo nawet nie za bardzo widać w jakim jest stanie, a nawet jeśli ktoś się zorientuje, to przecież nikt tutaj nie będzie zdziwiony. Przecież to tylko trawa. Uspokoił się trochę i dalej imprezował już swobodnie. Wyglądem i sposobem mówienia trochę przypominał mi innego kolegę, z którym raz jadłem kwasy (synaptyk). Podsunęło mi to pewien pomysł. Później, kiedy siedzieliśmy w jakimś lokalu, spróbowałem go delikatnie wybadać. Obaj byliśmy już całkiem nieźle pijani.

- A ty tak tylko trawa, czy coś innego też? - zagaiłem

- Nie, nie, ja żadnego koksu nie tykam. - zripostował bardzo szybko i zdecydowanie, jakby się czegoś wystraszył. Zdziwiłem się. Sam w życiu bym nie pomyślał, że pierwszą najbardziej prawdopodobną rzeczą, którą można zażywać oprócz trawy i alkoholu jest kokaina.

- Nie no, nie o takie rzeczy mi chodziło. - odpowiedziałem.

- A jakie?

- No wiesz, bardziej jakieś psychodeliki i tak dalej.

- Aaa LSD nigdy nie próbowałem, ale chętnie bym kiedyś spróbował gdybym miał okazję. - odparł B. Zdziwiłem się po raz drugi tym, że tak szybko załapał i że decyzję podjął już najwyraźniej jakiś czas temu. Postanowiłem zaproponować mu wspólnego tripa. Powiedział, że gdybym coś miał lub coś wiedział to jest chętny i można do niego dzwonić.

Nie upłynęło wiele czasu, kiedy rzeczywiście odezwałem się do B. Pewnej soboty napisałem do niego, z propozycją żeby dzisiaj wypróbować 4-ACO-DMT. Miałem wtedy mocno przesunięty tryb dobowy, chodziłem spać o 3 w nocy, a czasem nawet o 5 lub 7. Kiedy rozpocząłem weekend od wstania o 13 z minutami, stwierdziłem że nie zrobię niczego konstruktywnego i lepiej od razu zrobić sobie tripa zamiast oszukiwać się, że zabiorę się do roboty. SMS-a wysłałem nawet nie wstając z łóżka. B, zgodził się wpaść kiedy tylko się ogarnie. Poleciłem mu nie jeść zbyt wiele przed tripem. Zjawił się jakieś półtorej godziny później. Ja w tym czasie zdołałem zwlec się z łóżka, umyć i bardzo pobieżnie posprzątać pokój. 

T:+0:00 - Przyszedł B. Zaczynam opisywać mu jaką to substancją chcę go poczęstować. Robię skrótowy opis psychodelików, mechanizmu ich działania, potencjalnego ryzyka itd. Zdaję relację z mojego researchu na temat 4-ACO-DMT. Mówię między innymi, że w przeciwieństwie do trawy lub alkoholu, psychodelki raczej nie mają tak otępiającego działania. Umysł jest dużo jaśniejszy, choć przy większych dawkach zaczyna mieć problemy, aby poradzić sobie z tak dużą ilością skojarzeń i myśli przechodzących przez głowę. Dużo lepsza jest też pamięć. Jeżeli się nie przesadzi z ilością, to można zapamiętać zadziwiająco dużo szczegółów. Przestrzegam też przed możliwym bodyloadem. B, po wysłuchaniu wywodu stwierdza, że brzmi to dobrze i że nadal jest zdecydowany na spróbowanie. Odmierzam po około 15mg 4-ACO-DMT dla każdego. Nie mam niestety żadnej wagi. Nie wpadłem też na to, że można przecież robić roztwór w strzykawce. Podobnie jak wielu innych nuworyszy w RC przede mną, zastosowałem metodę dzielenia kupek, którą nazywam "ćpuńskom miarkom". Najpierw 100mg dzielę na pięć równych części. Wybieram dwie z nich. Teraz znów rozdzielam je na cztery części każda i usuwam po jednej z ćwiartek . Ten sposób nie może być zbyt dokładny, ale nawet pomyłka rzędu 3mg w jedną czy drugą stronę nie powinna sprawić, że trip będzie zbyt mocny lub też, że niczego nie poczujemy. Ostrzegam B, że smaczne to nie będzie. Przygotowuję colę do zabicia gorzkiego smaku. Spożywam swoją część. B dziwi się, że kupka proszku jest tak niepozornie mała (klasyk), a następnie idzie w moje ślady. Nie chcąc, żeby B udzielił się stan nerwowego oczekiwania, zaczynam mu opowiadać jakieś narkotykowe historyjki.

T:+0:10 - Coś zaczyna się powoli dziać. Na razie bez konkretów. Trudno mi ocenić, czy to już pierwsze efekty sproszkowanych tryptamin, które działają przecież szybciej niż grzyby lub LSD. B również zauważa zmiany. Dopytuje czy już się zaczyna. Doradzam cierpliwość. W międzyczasie chcę puścić jakąś muzykę, ale raz że moje laptopowe głośniki brzmią bardzo słabo, a dwa że nie mam szczególnie pomysłu co puścić. Rezygnuję. 

T:+0:20 - Odczuwam pierwsze symptomy bodyloadu. Jakoś nie chce ruszać mi się z miejsca, czuję lekkie mrowienie, wahania w odczuwalnej temperaturze ciała i ogólnie rzecz biorąc stan podobny do przeziębienia. Barwy, kolory i krawędzie zaczynają już wyglądać zdecydowanie inaczej, ale do pełnej gamy efektów jeszcze daleko. Tymczasem B, jest już mocno poruszony.

- Woow! Widzisz te drzwi? Nie wiedziałem, że to aż tak działa! - wykrzyknął.

- Spokojnie, spokojnie, jeszcze fajniejszych rzeczy się dzisiaj naoglądasz - odpowiedziałem. Dotarło do mnie, że szybko działające tryptaminy w proszku muszą wywoływać piorunujące wrażenie na kimś, kto próbuje psychodelików po raz pierwszy. Ich ładowanie się jest w końcu dość szybkie, żeby nie powiedzieć - brutalne. Jak na mój gust, efekty wciąż były jeszcze zbyt słabe. Czekałem na wizuale z prawdziwego zdarzenia.

T:+0:25-0:30 - Spoglądam na podłogę. Leży na niej wzorzyste linoleum w kolorze morskim. Obraz zaczyna się rozwarstwiać. Wygląda to jakby ktoś wylał na ziemię jednocentrymetrową warstwę krystalicznie czystej wody, następnie ją zamroził, a potem namalował na lodzie wzory przypominające te znajdujące się pod spodem. W głowie trochę większy chaos niż przy dawkach LSD lub grzybów dających równie mocne wizualne efekty. W zasadzie czuję się lekko otumaniony. B najwyraźniej też:

- Ej ale mówiłeś, że po tym nie będę się czuł odurzony jak po alko. - mówi do mnie. Przez to, że słabo go znałem, nie wiedziałem czy to wyrzut, pretensja czy luźna obserwacja.

- To znaczy, trochę bałaganu w głowie jest, ale bez tej ciężkości i do tego się wszystko pamięta - odpowiedziałem, choć w zasadzie spodziewałem się naiwnie subtelności do jakiej przyzwyczaiły mnie kwasy i psylocyby. Niestety 4-ACO to nie pierwsza liga psychodelików, do której należą stare, dobre i sprawdzone środki. Półka niżej jeżeli ktoś by mnie pytał o zdanie. 

T:+0:45 - Przekonuję się na własnej skórze, że chyba dość źle znoszę bodyload, ale może to po prostu skutek tego, że ostatnimi czasy prowadziłem wyjątkowo niezdrowy tryb życia. Na pewno nie bez znaczenia było też to, że do tej pory nie miałem do czynienia z RC. Nic strasznego się jednak nie dzieje. Mam silną potrzebę posłuchania czegoś z silnym basem i najchętniej odpaliłbym jakąś muzykę, ale nie chcę się chamsko odcinać słuchawkami od kompana, który jako świeżynka ma do mnie trochę pytań. B. nadziwić się nie może temu co widzi. Uruchamia mu się słowotok.

- Sorry, że tak nawijam, ale kiedyś byłem bardziej introwertykiem, a teraz bardziej ekstrawertykiem, dlatego tak reaguję. - mówi do mnie, wpatrując się we wzory na sklejkach imitujących drewno. Po raz kolejny to, że nie poznałem wcześniej dobrze kompana, sprawiło że nie wiedziałem czy po prostu chce on wyrazić to, że ekspresja stała się dla niego łatwiejsza, czy też wygłasza całkiem serio twierdzenia natury psychologicznej. Mi z automatu cisnęły się do głowy uwagi o względnej trwałości temperamentu oraz o tym, że środki psychoaktywne często mogą zamienić czasowo introwertyków w ekstrawertyków i vice versa. Dałem sobie jednak spokój z dyskutowaniem na tematy naukowe w trakcie psychodelicznego peaku.

- I mówisz, że ja to będę wszystko pamiętał? - dopytywał B z nadzieją.

- Tak, wspomnień jest dużo i są całkiem wyraźne, chociaż wiadomo, że na trzeźwo już nie wczujesz się w ten sam stan umysłu i tak łatwo wszystkiego sobie nie wyobrazisz bez wspomagania. - służę informacją. B nie może w to uwierzyć. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdą.

T:+1:00 - Widzę, że B radzi sobie całkiem nieźle. Ciągle wpatruje się jednak w te same obiekty. Połapałem się od razu, że dał się on nabrać, podobnie jak pewnie większość ludzi biorących psychodeliki po raz pierwszy, że to na co patrzy jest wyjątkowe i jedne w swoim rodzaju. Zachęcam go, żeby pooglądał też inne rzeczy. Mówię, że po kilku sekundach będą pewnie równie fajne i ciekawe. Słucha mojej rady i przyznaje mi rację, że pozostałe obiekty też warto pooglądać. Ja nie mogę sobie za bardzo znaleźć miejsca. Rozglądam się po pokoju. Widok mi się nie podoba. Bałagan na moim biurku, który na co dzień ignorowałem, widzę teraz w całej wyrazistości i ohydzie. Kości z wczorajszego obiadu, brudne naczynia i sterta śmieci przykrywały brudny blat. Idę do łazienki. Jakby paskudztwa było do tej pory mało, zaobserwowałem na podłodze kilka rybików cukrowych. Co za syf - pomyślałem i wróciłem do pokoju. Pomieszczenie jest małe i ciasne. Nie ma nawet dobrego widoku przez okno z żaluzjami. Najchętniej znalazłbym się na otwartej przestrzeni, ale nie ma nigdzie w pobliżu miejsca na zewnątrz, gdzie mógłbym się bezwstydnie rozwalić. Na zewnątrz jest z resztą trochę zimno. Przybija mnie trochę to, że miejsce w którym spędzam większość swojego czasu jest takie bezosobowe. Pokój taki sam jak kilkadziesiąt innych na tym piętrze, zlokalizowany na samym końcu długiego korytarza. Drzwi jedne obok drugich w długim na kilkadziesiąt albo i sto metrów rzędzie. Dochodzę do wniosku, że przecież na co dzień, choć wrażenia są słabsze, moje otoczenie nie może na mnie wpływać najlepiej. Postanowiłem, że po tripie muszę sprawić sobie jakiś obrazek, plakat czy cokolwiek co uczyniłoby mój pokój bardziej moim. 

T:+1:15 - Podchodzę do okna, odginam żaluzję i obserwuję wysoki na jakieś dwadzieścia pięter budynek. Wyglądała ładnie i pastelowo. Wygina się w ciekawy sposób. Trzeba przyznać 4-ACO, że pomimo bodyloadu wizualnie jest bardzo satysfakcjonujący. Pobliskie drzewa też są świetne - przypominają mi trochę widoki z poprzednich tripów, które polubiłem. Stanowią one wręcz idealną pożywkę dla mózgu na psychodelikach. Pareidolia czyli fenomen polegający na odruchowym wyodrębnianiu wzorów nawet z losowych czy też chaotycznych bodźców, jest bardzo silna. Podoba mi się już znacznie bardziej, ale towarzyszy mi uczucie zapętlenia. Ciężki bas, bloki, drzewa - wszystko to już kiedyś było. Brakuje mi jakiejś świeżości. Żeby to osiągnąć musiałbym ruszyć gdzieś w miasto. Z tej opcji niestety już zrezygnowałem. Podszedłem do laptopa. Trafiłem na włączonego fejsbuka. Zauważyłem, że kumpel (synaptyk) wysłał do mnie wiadomość. W jej treści był jakiś link. Postanowiłem sprawdzić go później. Odpaliłem youtube i posłuchałem z niego kilka kawałków, ale jako że tym razem nie byłem na końskiej dawce kwasu, wbudowane głośniki mnie nie satysfakcjonowały.

T:+1:45 - W pewnym momencie B mówi do mnie coś w rodzaju:

- Tak się zastanawiam, co właściwie w mózgu mam teraz upośledzone.

Trochę mnie to zbija z tropu. Chyba zdążyłem się przyzwyczaić, że użytkownicy psychodelików nie zwykli dzielić stanów świadomości na "normalne" i "upośledzone". Wykazują raczej niechęć do faworyzowania tych pierwszych nad drugie (co bardziej odklejeni wykazują nawet chęć do przyznawaniu prymatu tym drugim). Dla mnie samego jest jasne, że trzeźwość jest na ogół najbardziej funkcjonalna. Pozwala działać optymalnie w większości sytuacji. Płynie stąd wniosek, że wtedy kiedy człowiek nie jest po wpływem, prawdopodobnie najwierniej odwzorowuje świat zewnętrzny. Nie mam wcale skłonności do przesadnego relatywizowania stanów umysłu i twierdzenia, że "każdy inny wszystkie równe", ale żeby zaraz mówić o "upośledzeniu"? Kojarzy mi się to bardziej z chorobą Parkinsona albo ze stanem po wylewie, a nie tym, co czułem po przyjęciu 4-ACO-DMT. Zacząłem dyskutować z B, na ten temat mówiąc, że nie każdy zmieniony stan umysłu trzeba nazywać od razu upośledzeniem. Z początku raczej tego nie kupował. W końcu zgodził się uznać, że można przyjąć, że na psychodelikach mózg jest nie tyle "upośledzony" co "chwilowo rozregulowany". 

T:+2:00 - Rozmowa mi się coś tego dnia nie klei. Czy to przez bodyloadową ciężkość, czy to przez kiepską kondycję fizyczną, czy może wreszcie przez to, że zamiast starych, dobrych kumpli którzy mi zwykle towarzyszyli w czasie tripowania, miałem za kompana B. - człowieka, którego ledwo co znałem i z którym najwyraźniej różniłem się spojrzeniem na świat w kilku kwestiach. W pewnym momencie stwierdziłem, że puszczę sobie w końcu jakiś kawałek na słuchawkach. Widzę, że B bawi się dobrze. Mówię mu tylko, że muszę sobie koniecznie puścić kilka numerów. W końcu wpadł mi do głowy pomysł czego chcę słuchać.

Włączam Truth - The Future (https://www.youtube.com/watch?v=LWwINE44Rlc Polecam odpalać przez vtunnel.com albo podobną stronę, bo filmik jest poblokowany w wielu krajach). Teledysk przedstawia w zbliżeniach wije i mrówki. Tłuste, wielosegmentowe cielska z tysiącem nóg prą niezmordowanie przez tropikalny las. Miriady mrówek przemierzają w tym czasie leśne ścieżki pochłaniając wszystko na swojej drodze. Widok robi niesamowite wrażenie. Gdybym miał się pokusić o nadanie mu nazwy, wybrałbym "mroczny, oleisto-smolisty majestat czarnej skolopendry". Zwracam uwagę B, żeby też mógł zobaczyć, jednakże okazuje się, że insekty go brzydzą i niepokoją. Odpalam następny kawałek w podobnym stylu, z równie albo i jeszcze bardziej porażającym teledyskiem. Jest to Truth - Burglar  (http://www.youtube.com/watch?v=MM8v4OjsGYo). Katastrofy, powodzie, pożary, trzęsienia ziemi, wojna, bieda, skażenie ekologiczne - niby nienajlepsza rzecz do oglądania na psychodelikach, ale jakoś wcale nie byłem w nastroju na błogie rozpływanie się. Tym razem nie zachęcam B do oglądania. Wątpię, żeby mogło mu się to spodobać.

Puszczam sobie coś jeszcze i odcinam się na kilkanaście minut. Zdejmuję słuchawki i mówię do B:

- Sorry za odcięcie, ale potrzebowałem tego.

- Nooo, było to widać - odpowiedział B. Jak się okazało, wzdychałem głośno i reagowałem grymasami twarzy na każdy mocniejszy dźwięk. - Ale spoko słuchaj sobie, nie ma sprawy, ja tu sobie łóżko oglądam. - wzory na sklejce niezwykle przypadły mu do gustu. Pomyślałem, że muszę mu zaprezentować możliwości psychodelików jeżeli chodzi o muzykę. Chciałem się podzielić dźwiękiem słuchawek, który był dla mnie w tym momencie niezwykle cennym dobrem. Zaproponowałem, żeby posłuchał sobie czegoś przez kilka minut. Zgodził się, a ja wybrałem jakiś kawałek. Z początku mówił, że właściwie to słucha rapu, bo lubi słuchać dobrych tekstów, ale słuchawek nie zdejmował. Po minucie lub dwóch powtórzył, że to nie do końca jego działka, ale teraz jakby bardziej załapał o co w takiej muzyce może chodzić. 

T:+3:30 - Na podziwianiu rozmaitych obiektów, słuchaniu muzyki i rozmowach zleciało nam już trochę czasu, kiedy B poprosił mnie o coś do jedzenia. Jako człowiek żywiący się w przeciwieństwie do mnie całkiem regularnie, był już mocno głodny. Robiłem mu jakieś kanapki z pasztetem zapominając w międzyczasie jakieś trzy albo cztery razy, że mam je przygotować. W głowie miałem chaos a moje zdolności do koncentracji były raczej mizerne. Po uporaniu się z zadaniem zacząłem czuć, że działanie 4-ACO-DMT jest już wyraźnie słabsze. Zacząłem myśleć o wyjściu na zewnątrz. B również był zdania, że spacer nie zaszkodzi.

T:+4:15 - Zanim plan doszedł do skutku zdążyliśmy jeszcze kilka razy się zapatrzeć na falujące obiekty lub zagadać. Kiedy w końcu minęliśmy portiernię i stanęliśmy przed budynkiem było już od jakiegoś czasu ciemno. Dookoła stały wysokie budynki. Z setek otaczających nas okien sączyło się światło. Efekty wizualne zauważalnie osłabły, więc bloki mieszkalne nie wyczyniały już takich numerów jak w przypadku budynku, na który patrzyłem z okna swojego pokoju. Wciąż było jednak na nie przyjemnie patrzeć. Tutaj w zasadzie kończy się psychodeliczna część podróży. Poszliśmy coś zjeść a potem wypić po dwa piwa gdzieś na ławce. B patrząc na ludzi przechodzących obok nas powiedział żartując:

- Teraz my jesteśmy ci którzy wiedzą.

Minę miał przy tym przesadnie poważną. Słysząc delikatną kpinę w jego głosie poczułem lekką ulgę, że nie trafiłem na new-agowego gimbo-narkohippisa. Trip był dla mnie raczej odarty z magiczności, więc wydaje mi się, że gdyby mój kompan doświadczał stanów psychodelicznej euforii i oświecenia, mogłoby mnie to nieco męczyć.

- Tak. Profani. - podchwyciłem poważny ton, nieco śmiejąc się z niedorzeczności psychodelicznego oświecenia (wszyscy wiemy, że piramidy zbudowali kosmici na kwasie prawda?).

Wpadliśmy jeszcze na chwilę do B, po to by przekonać się, że w zasadzie jesteśmy już w stanie normalnie komunikować się z innymi ludźmi. Współlokator B, nawet się nie zorientował, że bawiliśmy się tego dnia w coś innego niż w piwo. Posiedziałem jeszcze trochę. Kiedy się żegnałem, B podziękował mi za tripa i zapowiedział, że w przyszłości jest chętny żeby kiedyś jeszcze powtórzyć coś podobnego. Sprawiło mi nawet satysfakcję to, że już któryś raz okazałem się być kompanem, przy którym tripuje się komfortowo nawet jeśli mnie samego uwiera tu i ówdzie.

T:+6:00 - Wracam do siebie. Zasiadam do komputera, żeby sprawdzić co chciał ode mnie C (synaptyk). Odpaliłem link a moim oczom okazał obrazek z rudym chłopcem z naciągniętą na głowę prezerwatywą. Na drugim planie dostrzec można było unoszące się w przestrzeni kosmicznej ogromne kałamarnice. Całość opatrzono napisem "Można Inaczyj. Zapiski z wszechświatów równoległych" (obrazek można zobaczyć tutaj: http://dmt.neurogroove.info/sites/default/files/styles/medium/public/00_...). Śmieję sie na myśl, co by było gdybym w trakcie ładowania się 4-ACO odpalił link i pokazał go B. Mimo lekkiego zmęczenia, do końca wieczora spędzam czas na opisywaniu poprzednich tripów, robienia tripowych składanek itd. 

Podsumowanie: Podróż nie była jakaś szczególna, nie obfitowała w błyskotliwe przemyślenia ani wyjątkowo imponujące wizuale. Jej przebieg i moje samopoczucie oddawały moją ówczesną sytuację. Niepoukładanie sobie życia w nowym miejscu na pewno nie wpłynęło najlepiej na komfort podróży, ale jako że uosobienie mam raczej stoickie, nie odczułem niczego w rodzaju bada.

Trip miał w sobie coś z rutyny. W 2011 zdążyłem zaliczyć do czasu opisywanej próby z 4-ACO-DMT, sześć innych tripów. Motywy zaczęły się więc powtarzać, a sam stan po psychodelikach stracił nieco na wyjątkowości. Plusem podróży na pewno było to, że zachciało mi się robić potripowe składanki. Myślę też że gdyby nie trip na 4-ACO-DMT z B, nie wpadłbym na to żeby kupić sobie obrazki do udekorowania pokoju (wiąże się z tym z resztą ciekawa historia, którą opisywałem w TR "I na to właśnie czekałem czyli Ukwiały, pomarańcze i magiczne blokowisko").

Co do samej substancji - 4-ACO-DMT wydaje się być całkiem niezłym specyfikiem. W klasie RC pewnie jednym z lepszych, choć do LSD czy psylocyny się nie umywa. Na plus: żywe, intensywne i ładne wizuale przypominające trochę grzybowe. Na minus: bodyload (odczuwalny, choć na pewno nie jakiś ultra-paskudny) oraz lekkie poczucie otumanienia i chaosu w głowie (bez poczucia jasności jak przy LSD).

Ocena: 

Odpowiedzi

Właśnie nie do końca jestem pewien, czy to rutyna. Ja bym jednak zwalił na set+setting. Mnie dość silny kwas popsuła obawa przed udarem słonecznym i tak samo, mało co było pisać z o przebiegu tripa. Btw. - polecam "Psychedlic Explorer's Guide" Jamesa Fadimana. Tam gościu mówi krótko - "jak zaczynasz czuć pierwsze efekty, kładź się i zaciemniaj oczy. Cała reszta to strata materiału".

No i lubię te rzeczy, do których zmuszają psychodeliki. Ja tak po grzybach odratowałem zaminokulkasa, który wcześniej ledwo zipał w moim mieszkaniu. Minęło 10 lat i jest z nami nadal, bujny, zielony i dumny. I zwykle też, pod wpływem obrzydzenia, o ile tripuję w domu, po zakończeniu tripa pucuję mieszkanie na tip-top. Same plusy.

A ze mnie się śmiali jak kiedyś powiedziałem, że tripowanie motywuje mnie do sprzątania. W kwestii rutyny - też myślę, że to bardziej ogólne s&s przyczyniło się do tego jak wyglądał trip, ale gdzieś ta rutyna była obecna. Jakaś jej część. Stąd też tytuł. Tak przynajmniej to odebrałem. Ty jako bardziej doświadczony ode mnie psychonauta nie zaobserwowałeś nigdy, że motywy z tripów się powtarzają i towarzyszy temu uczucie zapętlenia? Ciekawi mnie jak zmienia się nastawienie do psychodelików w przeciągu lat.

Jedyne co mogę powiedzieć, to banał - ten sam setting z podobnym setem = wtórny trip. Ale to chyba w elementarzach psychodelicznych piszą: "zawsze rób to w innym miejscu" (a my już wiemy, dlaczego).

Co do zmiany nastawienia z wiekiem, myślę że jak ze wszystkim: nie da się uogólniać. Ktoś bardziej (niż ja) otwarty na "duchową" sferę życia pewnie w miarę styku z tą niesamowitością będzie mocniej przeświadczony o jej realności. A że ja nigdy nie miałem co do kwasa ani oczekiwań ani związanych z nim zdupnych złudzeń, nijak więc mój stosunek do niego się nie zmieniał. Nauczyłem się za to cieszyć jednym z darów, które oferujue: carpe diem. Chodzi o te momenty, kiedy czuję że siedzę obok strumienia czasu, zamiast jak na codzień - w jego wartkim nurcie.

W zasadzie substancja, miejsce oraz towarzystwo były nowe. Chyba chodziło o to, że nic nowego nie zaprzątało mi w tamtym momencie głowy i nie byłem zbyt dobrze zaaklimatyzowany po przeprowadzce, więc jedyne co mi pozostawało to wałkowanie starych rzeczy, a wiadomo jak to z wschodzeniem dwa razy do tej samej rzeki jest.

Co do zmiany nastawienia z wiekiem - powiedziałeś to, co chciałem usłyszeć. Nie będąc mistycznym odklejeńcem można znaleźć w psychodelikach coś na stałe, co z czasem się nie nudzi. Chyba nawet mam kilka typów czym to "coś" mogłoby być u mnie.

W moim przypadku 4-aco było jedynym psychodelicznym rc, po którym miałem wrażenie otumanienia i naćpania, dodatkowo nie pamiętałem dużej części tripa. Dawka 25mg.

Raport jak zawsze na poziomie. Na przyszłość się nie zastanawiaj, tylko wrzucaj od razu. ;)

Czyli jest nas już trzech. Ciekawe czy 4-ACO więcej ludzi otumania. A niepamiętanie przy dużej, ale nie straceńczej dawce - not cool. Dzięki za koment!

Też jestem ciekaw. Nie spotkałem się z takimi opiniami jeszcze. Zastanawiam się też, czy to reakcja osobnicza, czy może każdy tak to odczuwa, ale większość nazywa ten stan "głębokim doświadczeniem psychodelicznym". :P Mam nadzieję, że jednak to pierwsze.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media