Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

bad trip, czyli nie rób z igły widły

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
4-Aco-DMT - ok 67mg
4-HO-MET - ok 5mg
Liście ziela w waporyzatorze i dobijane dopóki była zdolność po temu.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Dobry, ale byłem sam
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
4-aco-dmt, 4-ho-met, 2c-p, dxm, kodeina, marihuana + hasz, lsa, mxe i kilka jeszcze, piszę z retrospekcji

bad trip, czyli nie rób z igły widły

 

BAD TRIP. Ludzie nadużywają tego pojęcia, więc je tutaj sprostuje. Na wstępie proszę wybaczyć zgrzyty i nudny język połączony z sileniem się na poezję, ale w zwykłym opisie nie dałoby się ująć choćby ułamka. Bad trip nie kończy się na smutku. Nie kończy się na tym, że już nie chcemy i się boimy. Nie jest to on, kiedy halucynacje przesłaniają całe pole widzenia czy, kiedy boimy się, że już tak nam pozostanie. Bad trip to myśli. Tak jak psychodelik może sprawić, że bez powodu odczuwamy radość, niewyobrażalną radość, może sprawić też, że będziemy odczuwali ból, smutek, żal i każdą inną emocję z dowolną intensywnością. Niewyobrażalną. Także niemożliwą na trzeźwo… I może ją uzasadnić… W końcu to halucynogen… Wtedy pojawia się BAD TRIP.

Każde zdanie trzeba czytać jakbyście sami w to wierzyli. Nie kwestionujcie logiki, ona jest inna w wyższych stanach. Psychodeliki mogą zawładnąć nad umysłem i jeśli twierdzisz, że jesteś na to zbyt doświadczony tylko udowadniasz, że wcale nie masz dużego doświadczenia.

Ból w pewnej intensywności graniczy z euforią. Całe doświadczenie było ogólnie pozytywne, ALE: Przedstawię tylko urywek. Końcówkę peaka, reszty nie udałoby mi się opisać, nawet jeśli chciałbym to zrobić.

 

 

Kołdra na ziemi, ja w nienaturalnej pozycji, nagi na łóżku mokrym, nie wiem czy bardziej od łez czy moczu... Odzyskuję świadomość. Pierwszy bodziec, jaki jestem w stanie zinterpretować w tej psychodelicznej zupie to ciche "we used to dreaam, babeeee". Otwieram oczy. Wiele się nie zmienia. Pokój nadal wiruje, drzwi kilka razy uderzyłyby mnie w twarz, gdyby to nie była "tylko" halucynacja... Inne meble, te istniejące i nie, też mają wesołą wiksę. Śmieją się kolorami, bo wiedzą, że nie należą do tego świata, świata „żywych”. Wszystko wokoło weseli się. Nie ze mną, a z ulgi, że mną nie jest. Ja nie należę do tego świata. Groteskowy taniec rozpusty jest granicą pomiędzy mną, a wszystkim innym. Prolog został zakończony. Teraz ceremonia przejdzie do kolejnego aktu… Już niedługo…

To był ostatni dzień. Każdy moment, który przeżyłem, każda chwila, jakiej doświadczyłem była tylko droczeniem się kata z wygłodniałym psem, który śmieje się rzucając mu kawałek mięsa z gumy na szklany stół. Bez nadziei. I ja jak ten pies rozbiłem swoje życie w poszukiwaniu szczęścia, którego nigdy osiągnąć nie miałem. Nie mogłem. Nie żyję, nie wiem czy o tym wspominałem. Jestem tego świadomy tak samo jak Wy tego, że żyjecie. Nigdy nie żyłem tak na prawdę, się okazuje. Każda poprzednia chwila służyła tylko choremu katowi do bawienia się ze mną, dając mi nadzieję... O tym przekonywałem się w licznych retrospekcjach kilka chwil wcześniej. Moja historia nie była dobrą. Przemoc w rodzinie, prawie dekada depresji u 19 latka. Miałem jednak potencjał, jakiego nie mieli inni. Każdy to widział. Nigdy jednak nie udało mi się go wykorzystać. Zawsze ponosiłem porażki, nieważne jak się starałem. Nieważne jak dobrze coś się zapowiadało kończyłem za każdym razem PRAWIE warty uwagi. Jedno miejsce, jeden punkt. Szkło chroniło obłudę, ale uderzenie bolało tak samo mocno. Nie pamiętałem ani jednej dobrej chwili ze swojego życia, ani jednej sekundy wartej jakiegokolwiek poświęcenia, a cierpienie pamiętałem doskonale*.  Nienawidziłem się. Nieracjonalnie.

Nawet teraz z tych wszystkich emocji na pierwszy plan wychodzi to, że zostawiłem niezakręcony kran. Woda lejąc się szumiała od godzin, ja dopiero teraz to zauważyłem. Nic nie warty skurwiel, zasługujesz na wieczne cierpienie. Za te wszystkie porażki, tchórzostwo i butę.

Nie.

Bo to przecież byłoby za proste. Zawsze, kiedy ktoś potrzebował mojej pomocy, pomagałem. Nigdy nie byłem nieuczciwy. Nawet, jeśli coś mogłoby mi ujść płazem w wyniku bezczynności. Miałem zasady. Trzymałem się ich nie ważne jak bolało. A teraz boli coraz bardziej. Bo to jest moje przeznaczenie. Cierpieć. Nie wina wody, że się topi, nie wyczyn zastygnać. Nie jej osiągnięcie, że pada, a potem paruje. To jej natura. A moją naturą jest czuć ból. Już to rozumiem.

"we used to dreaam, babeeee" jest pierwszym sygnałem, jaki przebija się do moich resztek świadomości. Dokładnie ten sam dźwięk budzi mnie z dokładnie tego samego stanu. Ból, żal, przerażenie – czuję dokładnie te same emocje co wcześniej.

Pierwszy raz słysząc odkręcony kran znów karzę się nieadekwatnie. Ten moment był jak 3:0 w 94 minucie. Pewność zjawiska jest taka sama, absolutna. Nie ma jednak równoważnika słów opisujących otworzenie kolejnego piwa, zniknięcie resztki stresu i rozpoczynaniu świętowania w moim kontekście. Wyskoczyłbym przez okno gdyby to tylko coś dało. I gdybym umiał je zlokalizować… O – tam. Czerwone drzewa spływające krwią pragnące dobić się do mnie przez szyby. Nie chcą sprawiedliwości, chcą naturalnej kolei rzeczy… Odmawiają mi otwarcia okien, nawet, więc nie wstaję…

"we used to dreaam, babeeee" setny raz wybudzam się z tego samego transu w ten sam sposób, jednak jedna działająca z połamanych słuchawek niezmiennie mnie zadziwia. Ból nie ustępuje. Krzyczałem. Wielokrotnie chciałem żeby to się skończyło. Zabiłbym się, gdyby to mogło coś zmienić.

Woda w kranie usłyszana po raz pierwszy, choć setny znów sprawia, że nienawiść do siebie wychodzi na pierwszy plan. Choć ból nigdy nie znika.

Zniecierpliwiony…

"we used to dreaam, babeeee" przywróceniu świadomości towarzyszą wciąż te same emocje i podobne myśli. Coraz bardziej jednak jestem w stanie wrócić pamięcią do poprzednich okresów. Coraz częściej myślę, że może to oczekiwanie w nieskończoność jest właśnie życiem po śmierci? Może jednak łaską?

Znów obserwując lecącą wodę po raz pierwszy zaczynam się uspakajać.

Nie byłoby tak źle zostać tu na zawsze...

"we used to dreaam, babeeee" Znów wracam do siebie. Sięgam po telefon. Pierwszy raz zrobiłem coś innego niż w jakimkolwiek poprzednim cyklu. Dźwięk wody wpływającej strumieniem do zlewu też przestaje mnie męczyć. Jeszcze nie czuję niewyobrażalnego strachu czy bólu, wręcz przeciwnie. Emocje zaczynają nagle ustępować. Spoglądając na ekran dowiaduję się, że słuchałem „we used to dream” gramatika. Bez powtórzeń. Nie minęły 3 minuty utworu… Słyszałem to raz. Reszta była pętlą w mojej własnej świadomości. Nie wiem ile w niej spędziłem. Dni, tygodnie, lata? Nie uważam, aby był sens to roztrząsać.

 

 

 

Trip dalszy jest już kompletnie inną historią.

Po wszystkim wytrzeźwiałem jakoś ok 8 i leżałem na łóżku (innym :d) do 16 zbierając z podłogi kawałki mózgu. Negatywnych psychicznych efektów post-tripowych nie odczułem, pozytywnych też.

O, i nie wiem jak połamałem słuchawki, ale się wkurwiłem, bo dobre były.

*choć to oczywiście nie prawda, na tripie selektywnie wycięło mi pamięć sklejając wybiórczo mozaikę wszystkich złych wspomnień, każdego strachu jaki kiedykolwiek czułem i bólu.

Ocena: 

Odpowiedzi

Powiedz no tylko, czym jest ta "widła", na którą mamy nie przerabiać igły?

To Konska dawka chlopie, nie widzne ze bad trip. zaczyna sie od niskiej dawki - czeka i dopiero jak osoba 3 uzna ze sie nadajesz na wiecej niz galarete to dostajesz wiecej.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media