Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

najlepszy koncert w życiu

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Nieco więcej niż 1/4 kartonika o niesamowitej mocy. Można to porównać do połówki przyzwoitego kwasa. Dokładnej ilości w mikrogramach nie znam.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Ostatni dzień Woodstocku 2011, koncerty Gentelmena, The Prodigy oraz Łąki Łan. Później koło namiotu na uboczu. W towarzystwie kompanów z poprzedniego tripa mającego miejsce ok. 3 tygodnie wcześniej - w trakcie koncertów niekwaszącego C oraz kwaszącego Sz koło namiotu. Wyjątkowo dobry humor utrzymujący się już od kilku dni, podekscytowanie przed koncertem The Prodigy - zespołu słuchanego mniej lub bardziej intensywnie od podstawówki.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
etanol, nikotyna, mariuhana (od czasu do czasu), haszysz (dawno kilka razy), BZP+TFMPP (raz), amfetamina (kilka razy), Poppers (kilka razy), LSD (kilka razy w tym 3 razy w bieżącym roku), DXM (2 plateau), szałwia wieszcza (poziom A), mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 3 rodzaje spice, tajfun, red merkury), kilka etnobotanicznych ziółek na poziomie placebo.

najlepszy koncert w życiu

 

TR pisany po długim czasie. Tym razem 3 lata od opisywanych wydarzeń.

Wstęp: Zostało mi zaledwie 1/2 kartonika wyjątkowo mocnego kartonika, którego działanie należało mnożyć razy dwa. Połówka była właściwie jak cały kwadracik. Nikt ze znajomych nie miał już żadnych zapasów, a to co posiadałem nie było wystarczającą ilością, aby móc się jeszcze z kimś podzielić i wybrać na tripa. Wpadłem więc na pewien pomysł. Dlaczego nie wypróbować małej ilości w trakcie koncertu, na który czekałem od dłuższego czasu? Sądziłem, że choć 1/4 to za mało na sensowną podróż, to być może uda się dzięki niej wyostrzyć odbiór muzyki i poprawić nieco odbiór koncertu. Zaplanowałem, więc że zjem przed występem The Prodigy moją połówkę kwasa z kimś na pół.

Opis: Wiedziałem, że kwas zawsze ładuje mi się dość długo. Do tego na XVII Przystanek Woodstock zjechały się rekordowe tłumy, więc żeby mieć jakieś sensowne miejsce, z którego będzie widać grające zespoły, trzeba pójść pod scenę na wcześniejszy koncert. Decyzja była więc prosta - trzeba pożreć karton dużo wcześniej - najlepiej przed Gentelmanem. Następnie pójść na jego koncert i tam przy łagodnym reggae czekać na gwiazdę wieczoru oraz załadowanie LSD. Niestety nie miałem tak dużo kartonów, żeby podzielić się jednocześnie z C i Sz. Załapać się mógł tylko jeden. W wyniku losowania wybrany został Sz, który niestety miał uszkodzoną nogę i nie mógł dotrzeć pod samą scenę. 

T:+0:00 - Zjadłem 1/4. Po chwili namysłu odgryzłem jeszcze odrobinkę z pozostałej części i resztę wręczyłem Sz. Ruszyliśmy spod namiotów pod dużą scenę. Wyprawa jak zwykle na tego typu wyjazdach, nieco się przeciągała - zawsze trzeba na kogoś zaczekać, ktoś inny chce znów kupić coś do jedzenia albo coś do picia itd. Będąc już na dole, zauważyliśmy, że woodstockowiczów jest naprawdę sporo. Zaczęliśmy liczyć ile na całym festiwalu może być ludzi. Podawana ze sceny liczba uczestników - 650 tysięcy - wyglądała dla nas na grubo niedoszacowaną.

T:+0:15 - Tutaj ekipa się rozdziela. Sz ze swoją uszkodzoną nogą nie chce iść dalej w tłum. Siada więc pod płotem, już na placu przed dużą sceną, razem z jeszcze kilkoma ludźmi. Ja i C jesteśmy zdeterminowani, aby przedostać się bardziej do przodu przed samym koncertem The Prodigy. Przedzieramy się przez tłumy, aż w końcu stajemy jakieś 50 metrów od sceny, na wysokości lewego telebimu. Miejsce jest optymalne - dość blisko, żeby wszystko było dobrze widać, a z drugiej strony zapewniające względny luz. Jakoś tak się złożyło, że tam gdzie staliśmy, tłum był nieco rzadszy niż gdzie indziej. Ludzie dookoła wyglądają tak jak zawsze na Woodstocku, choć gdzieniegdzie zauważałem jednostki, odróżniające się trochę wyglądem od spowolnionej Calsbergiem i trawą punkowo-reggaeowo-rockowo-metalowo-owsiakowej braci. Muszę nadmienić, że w mojej głowie zaczął powoli rysować się konflikt pomiędzy prodigysceptykami a prodigyfilami. Przez ostanie parę dni występ The Prodigy był tematem rozmów i sporów - zarówno przy moim obozowisku jak i innych, które miałem okazję podsłuchać. Zadawano sobie pytania: czy zespół pasuje na Woodstock czy nie? Czy Woodstock powinien wrócić do korzeni - rocka w stylu zespołu Hey, punk rocka z lat komuny i thrash metalu? Czy zespół Dżem w odróżnieniu od np. Aphex Twina ma przekaz? Czy fani muzyki elektronicznej przyjadą wraz z toną amfetaminy po to, aby bezlitośnie rozprawić się z grupą stanowiącą popłuczyny popłuczyn po Jarocinie lat 80-tych i popłuczyny popłuczyn popłuczyn po pokoleniu flower power? Czy jako sposób egzekucji ostatniego żyjącego woodstockowego hippisa wybiorą ukrzyżowanie czy też łamanie kołem? Zdania były podzielone. 

T:+0:30 - Rozpoczyna się koncert Gentelmana. Kiedyś nawet miałem jego płytę na mp3, więc kojarzyłem niektóre kawałki. Z utworu na utwór zaczynam coraz bardziej czuć działanie kartonika, jednak do peaku jest jeszcze daleko. To raczej powolne ładowanie, dające sporo czasu na przygotowanie się do tego co będzie się miało wydarzyć. Co do samego Gentelmana - z początku obserwowałem sobie koncert mając w stosunku do niego postawę raczej neutralną. Z czasem gdy mrowienie w głowie i na całym ciele zaczęło być odczuwalne, odbiór mój zaczął się zmieniać. Dwie lub trzy piosenki nawet mi się spodobały. Ja, antyutopista, wczułem się na chwilę w pozytywne wibracje i dałem się uwieść urokowi muzyki zaangażowanej w problemy tego świata. Nie trwało to jednak długo. Szybko przyszło mi do głowy, że łatwo jest upalić się do nieprzytomności i głosić miłość do bliźniego ze sceny, nie podejmując przy tym żadnych konkretnych działań. Darmowe rozgrzeszenie z poczucia winy, wynikającego z tego, że się samemu nie głoduje. Z czasem wokalista zaczął zachowywać się inaczej. Czy to za sprawą kwasu, który zaczynał zmieniać moją percepcję, czy trawy, która dopiero falami zaczęła atakować Gentelmana czy też po prostu rozwoju koncertu? Nie wiem. W każdym razie wokalista zaczął mi się wydawać człowiekiem strasznie groteskowym w swoim zachwycie nad własną wrażliwością na krzywdy głodnych dzieci w Afryce. Wraz ze wzrostem jego zachwytu, zaczynała też rosnąć moja irytacja. Zarówno wykonawcy jak i publika zaczęły mnie zwyczajnie drażnić. Tyle mowy o tolerancji i złych stereotypach. Tyle rozpływania się nad własną zdolnością do empatii i zrozumienia, ale kiedy gwiazdą tegorocznej edycji Woodstocku ma zostać zespół grający muzykę nie mającym nic wspólnego z Jamajką lub Jarocinem, nagle okazuje się, że muzyka elektroniczna to łupanina, jej fani to dresy i ćpuny, a tak w ogóle to pierdolona era techno. No cóż, ale czego miałbym się spodziewać po ludziach, spośród których spora część (jak mi się wydaje) jest tolerancyjnych tylko dlatego, że nie byliby w stanie skutecznie być nietolerancyjni. Po prostu nie byliby w stanie nikomu napsuć krwi. Jak tu mieć zaufanie do tolerancji, która nie jest wyborem tylko koniecznością? Mniejsza jednak o to. Wypominając woodstockowej młodzieży hipokryzję czuję się trochę jakbym bił leżącego. Zbyt łatwy to cel. Na polaryzację ludzi w trakcie ostatniej nocy Woodstocku 2011 też nie mogę narzekać. Po tym jak zaistnieli "oni", powstało również "my". Dzięki temu koncert mogłem przeżywać bardziej zbiorowo, co zdarza mi się raczej rzadko. Swoją drogą - trudno mi jest sobie wyobrazić jakikolwiek inny event muzyczny, na którym The Prodigy mógłby robić za muzykę alternatywną.

T:+1:30 - LSD rozkręca się nie na żarty. Gentelman piszczący przejaranym głosem na przemian "Jah!" i "Polska!" (i niewiele poza tym) gra mi na nerwach. Nie mówię jednak o tym C, nie wiedząc czy przypadkiem on nie bawi się dobrze. Nie chciałem mu psuć koncertu. C jednak odwrócił się do mnie, pokiwał na boki głową z wyrazem niesmaku na twarzy i powiedział:
- Too sweet motherfuckers.
Uśmiechnąłem się szeroko widząc, że mam poplecznika. Te trzy słowa doskonale oddały to czego mi zawsze brakowało na Woodstocku. Nie ma nigdzie ostrej krawędzi. Wszystko jakieś miękkie i rozlazłe. Kisiel i budyń. Nawet kiedy grają death metal, to nie czuje się mocy, lecz jakąś kuc-konwencję. Nie żebym był jakimś zaciekłym wrogiem Woodstocku. Mimo wszystko z jakiegoś powodu byłem na nim w 2011 po raz trzeci. Ba! Podczas XVII-tej edycji, ogólna atmosfera jakoś wyjątkowo mi się podobała (i to wcale nie ze względu na kwaszenie mające miejsce ostatniej nocy). Wbrew moim niskim oczekiwaniom względem osób na imprezach masowych, przez ostatnie 2-3 dni napotykałem na przypadkowych ludzi, z którymi rzeczywiście miałem o czym pogadać. Tymczasem na dużej scenie Jamajka nie odpuszcza, a ja zaczynam się niecierpliwić. Kiedy zagra The Prodigy? Gdzieś w międzyczasie, między nami ktoś zaczął się przeciskać. Patrzymy kto się tak pcha, a to Jurek Owsiak we własnej osobie. Spojrzeliśmy na siebie z C zdziwieni.
- Teraz jak ktoś mnie zapyta o Owsiaka, to tak mu będę odpowiadał - zaczął C zmieniając ton głosu na żulerski - Owisiak?! Jo żym miał go bliżyj siebie niż niejednom kurwe!
Śmiechu było co nie miara.

T:+2:00 - Wreszcie koniec moralnej masturbacji! Jeszcze chwila i gra The Prodigy! Nie mogę spokojnie ustać w miejscu. Spora część ludzi stojących przede mną zaczęła się ewakuować na tyły. Obejrzałem się za nimi. Moim oczom ukazał się chyba największy tłum jaki miałem okazję w życiu widzieć. W którą stronę nie spojrzeć, nieprzeliczone mrowie ludzi ciągnęło się aż po horyzont. Zmęczonych dezerterów spod dużej sceny zaczęły zasilać nowe szeregi. Długie włosy, dready i crusty zostały zastąpione krótkimi fryzurami, obwisłe koszulki z nazwami starych rockowych zespołów uzupełniły czarne podkoszulki a szczupłe, wychudzone wręcz sylwetki ustąpiły miejsca dobrze umięśnionym i wysportowanym. Podeszliśmy z C jeszcze kawałek bliżej sceny. Tłum gęstnieje. Ze sceny zaczyna lecieć bardziej rave'owa muzyka (no, może używanie w stosunku do niej nazwy "rave" to przesada, ale mniejsza o to). Dirty house, electro, dubstep itd. Pamiętam że był Trolley Snatcha, Steve Aoki, Major Lazer, TC i pewnie jeszcze kilka innych. Co za ulga po trzech dniach tylko i wyłącznie gitarowej, raczej spokojnej muzyki. Nie to żebym miał coś przeciwko nie-elektronicznej muzyce. Ogólnie rzecz biorąc nie stanąłbym po żadnej stronie barykady w konflikcie analogowość kontra cyfrowość, gitary vs. samplery, tradycja przeciwko nowoczesności. Teraz jednak potrzebowałem sobie odbić. Wreszcie coś energetycznego. Nie mogę się opanować. Zaczynam ruszać się w rytm muzyki kompletnie olewając to, że większość ludzi dookoła stoi sztywno w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu. Ten jednak nie nadchodzi. Między zespołem a Owsiakiem jest spięcie w kwestii barierek. Nie ma co wchodzi głębiej w historię tego nieporozumienia - fakt, że trochę się wszystko przeciągnęło. W międzyczasie, kiedy w kolejnych kawałkach napięcie narastało, C przekonywał, że to już na pewno wejście dla The Prodigy - że zaraz wyskoczą na scenę. Chyba z pięć razy się na to nabierałem zaciskając aż pięści w oczekiwaniu na rozpoczęcie. Muzyka puszczana w przerwie pomiędzy koncertami zrobiła mi jeszcze jednego psikusa. Byłem już całkiem dobrze pokwaszony kiedy ni stąd ni z owąd na terenie całego Woodstocku zaczął się rozlegać dźwięk mojego dzwonka od telefonu. Rozejrzałem się zdezorientowany zastanawiając się jak to jest możliwe. Chyba nawet wyciągnąłem telefon aby sprawdzić co się dzieje. Okazało się jednak, że organizatorzy zwyczajnie puścili na głośnikach kawałek, który był moim dzwonkiem (TC - Where's my money - Caspa Remix). Zaczyna robić się duszno i gorąco od natłoku ludzi. Zastanawiam się jak wytrzymam cały koncert. Zwłaszcza, że nie mam przy sobie nic do picia. Nic to. Ludzie zaczynają się niecierpliwić. Atmosfera robi się lekko nerwowa. Operator kamery od telebimów najwyraźniej próbuje zająć czymś publiczność. Koncentruje się na kilku siedzących na ramionach swoich facetów czy też kolegów, dziewczynach. Przy głośnym dopingu ogromnego tłumu, kilka z nich zdejmuje koszulki pokazując cycki. Uradowane wycie wydobywa się z setek tysięcy gardeł. Tymczasem dopada mnie peak, więc wszystko robi na mnie piorunujące wrażenie. Koncert się nawet nie zaczął a ja już mam prawie ugotowaną głowę. Atmosferę oczekiwania (jak i dalszą część koncertu) całkiem nieźle pokazuje jeden z filmików, które znalazłem na youtube:

https://www.youtube.com/watch?v=LUfmgOjR0XM

T:+2:40 - Na scenę wchodzi Owsiak. Sprawia wrażenie zmęczonego i nieco wystraszonego ilością ludzi. Prosi żeby nie napierać na barierki. Pyta publiki czy ma siłę. Odpowiada mu ogłuszający ryk. Ja też krzyczę ile sił w płucach. Nagle na scenie gasną światła, i słychać hałas zmiksowany z krzykami i agresywnymi wrzaskami. Niesmak po przesłodzonym Gentelmanie został skutecznie zatarty. Są! Wchodzą! Na telebimach widzę perkusistę a następnie Keitha. Ciarki przechodzą mi po całym ciele. Rozlegają się pierwsze dźwięki. Jako pierwsze leci "World is on fire". Z niedowierzaniem patrzę na C a on na mnie. Aż trudno mi uwierzyć, że to co się dzieje jest realne. Nie dość, że jestem na koncercie The Prodigy na kwasie, to jeszcze całe S&S udało się po prostu idealnie. Mimo, że złote lata ery rave mijały kiedy jeszcze chodziłem do przedszkola, teraz duch jakby odżył. Choć na co dzień trudno uwierzyć w wyjątkowość i groźność zespołu, który popularnością nie odbiega pewnie wiele od Madonny, to dzisiaj na tym Woodstocku jest inaczej. Faktycznie na tle całego festiwalu, jest to swojego rodzaju muzyczna awangarda. Muzyka, która już od lat jest używana w głupawych stoner komediach, teraz znów jawi się jako coś nowego, nieznanego i niebezpiecznego. Całe zjawisko rave, pożarte i oswojone, podobnie jak wiele innych muzycznych ruchów, jest dla wielu woodstockowiczów czymś co widzą oni po raz pierwszy w życiu. Tłum jakiego Woodstock nigdy wcześniej nie gościł, sprawia, że zagrożenie jest realne. Chcę przez to powiedzieć, że atmosfera niebezpieczeństwa nie była tylko pustą wydmuszką. Pojedynczy rząd barierek i nieprzebrany tłum, którego organizatorzy najwyraźniej nie przewidzieli, powodowały że rzeczywiście komuś mogło się coś stać. Pamiętam nawet, że w pewnym momencie koncertu pomyślałem, że być może jedna z osób, która zapuściła się jeszcze 20-30 metrów dalej niż ja, zginęła w wyniku udaru, przegrzania lub zadeptania, i leży teraz gdzieś na ziemi podczas gdy służby medyczny nie są w stanie jej stamtąd wydobyć. Szaleństwo, dzikość, energia i niebezpieczeństwo - elementy wizerunku scenicznego The Prodigy - cała ta fasada, tej nocy przestała być tylko na pokaz. Atmosferę zagrożenia podkręcało jeszcze to, że ktoś w tłumie odpalił czerwoną racę (zdaje się, że przy kawałku "Firestarter") a raz czy dwa, obok mnie przechodzili ratownicy z noszami. Być może przesadzam i zbytnio rozdmuchuję, ale musicie wybaczyć człowiekowi, który pierwszy raz udał się na kwasie na koncert i trafił na kilkusettysięczny tłum bawiący się przy rave'ach. Kolejnym plusem niecodziennej aranżacji całego koncertu był brak pogo. Moim zdaniem to idiotyczny zwyczaj, żeby robić młyn do ABSOLTUNIE WSZYSTKIEGO. Ballada rockowa, reggae, kwintet trębaczy, poezja śpiewana - nieważne. Na woodzie, zwykle tak czy inaczej znajdzie się grupa ludzi, która rozkręca pogo niezależnie od wszystkiego, tak że pozostawia reszcie wybór - albo słuchasz z daleka albo się przyłączasz. Tym razem tłum był po prostu za duży, a większość ludzi z przodu było raczej zagorzałymi fanami The Prodigy niż przypadkowymi woodstockowiczami, którzy postanowili wypocić pod sceną dziesięć calsbergów, które właśnie wypili. Pogo więc nie było. Całe szczęście. 

T:+2:40-4:10 - Jest lekki problem z nagłośnieniem. Słyszę przede wszystkim basy, których potęga sprawia, że powietrze gęstnieje tak, że czuję się jak pod wodą. Do tego docierają do mnie całkiem nieźle wszelkie efekty, pogłosy, echa itd. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, bo wszystkie kawałki znam i tak na pamięć. Czego nie słyszę, to "dogrywam" sobie w głowie. W trakcie koncertu przez większość czasu miałem problemy z orientowaniem się gdzie jest góra a gdzie dół. Tańczyłem wszystkim co tylko miałem. Rękoma, nogami, głową - wszystkim. Dopóki miałem grunt pod nogami wszystko było w jak najlepszym porządku. Co jakiś czas tylko sprawdzałem, czy C wciąż jest gdzieś obok mnie. Po pierwszych dwóch, trzech numerach byłem już mokry od góry do dołu. Skonsultowałem z C, że trzeba się będzie wycofać, bo nie wyrobimy kondycyjnie. Z planu jednak nic nie wyszło. Za każdym razem kiedy myśleliśmy o rejteradzie, stwierdzaliśmy że przecież nie można się wycofać w momencie kiedy rozpoczyna się "Breathe". Albo "Smack my bitch up" albo "Voodoo People" albo "Diesel Power". Na nasze nieszczęście, woda, którą strażacy polewali publiczność do nas nie docierała. Od połowy koncertu miałem gdzieś z tyłu głowy obawę, że w pewnej chwili po prostu padnę z wycieńczenia i odwodnienia. Wzmagało to tylko adrenalinę i sprawiało, że bawiłem się jeszcze lepiej. Muzyka brzmiała niesamowicie. Basy przenikały przez całe ciało a pogłosy i echa wydawały sie ciągnąć w nieskończoność. Dźwięki syntezatorów uruchamiały w mojej głowie całą serię dziwnych, synestetycznych odczuć. Momentami, kiedy nie skupiałem się na scenie, tylko wywijałem głową na wszystkie strony, widziałem całe serie obrazów przypominających hipnagogi. Można właściwie powiedzieć, że miałem CEV'y przy otwartych oczach. Karton był rzeczywiście niesamowity. Zjadłem go przecież niewiele więcej niż jedną czwartą! W zderzeniu z tak dużą ilością bodźców, najzupełniej mi to jednak wystarczało. Nie wiem czy to przez stroboskopy, czy przez emocje, ale przez chwilę widziałem nawet jak tatuaże Keitha zaczynają mu wędrować po ciele, przemieszczając się z ramienia na twarz. Trudno mi jest opisać wszystkie muzyczne wrażenia. Lepiej być chyba nie mogło. Wizualnie też trochę trudno mi jest wszystko oceniać. Nie miałem czasu niczemu dobrze się przyjrzeć. Na pewno kolory były bardziej wysycone, ostrość widzenia poprawiona a wszystko dookoła bardziej sugestywne. Efekty płynięcia, falowania i wędrowania tatuaży mogły być spowodowane bombardującymi mnie przez cały czas różnokolorowymi stroboskopami.

Mniej więcej w połowie koncertu, zauważyłem że ktoś obok mnie trzyma puszkę piwa. Mi już język przyklejał się do podniebienia. Zapytałem czy mogę napić się łyka.
- Jasne, bierz ile chcesz, bo ja już tego nie mogę za bardzo - odpowiedział zapytany człowiek. Od razu pomyślałem o tym, że tego dnia jest on na czymś innym niż alko i nie chce mieszać jedno z drugim.
- Swój człowiek - pomyślałem. Jakimś cudem wywiązała się między nami krótka rozmowa. Okazało się, że mój rozmówca również jest bardzo zadowolony z tego, że leci tak dużo numerów ze starych płyt - nie tylko z Invaders must die. Nie wiem jakim cudem w ciągu całego XVII Przystanku udawało mi się trafiać na samych ludzi, z którymi miałem coś wspólnego. Zwykle jest tak, że po pierwszych wymienionych słowach już wiem, że nie chce mi się dalej rozmawiać. Tymczasem koncert trwał dalej. Publika nazywana była przez zespół "prodigy warriors". Poczucie ducha zbiorowego strasznie mi się udzieliło choć zwykle podczas występów muzycznych jestem zdystansowany. Czułem się jak na jakimś rytuale zagrzewającym wojowników przed wyprawą wojenną. Teraz już nie mogłem się wycofać na tyły. Wiele osób odpuszczało nie mogąc znieść temperatury i zaduchu. Ja jednak czułem, że kiedy wokaliści mówią o "my people" i " prodigy warriors" - mówią o mnie. Pozostałem więc na swojej pozycji do samego końca. Przy ostatnim Out of Space dotarło do mnie, że dałem radę. Stoję wciąż na nogach, żyję i nie oddałem pola nawet na krok. Gdyby nie odwodnienie i wyczerpanie chyba zaszkliłyby mi się oczy ze wzruszenia. 

T:+4:20 - Wciąż nie mogę uwierzyć w to, gdzie się znajduję i co robię. Nagle C klepnął mnie w ramię.
- Chodź, bo jak teraz wszyscy ruszą spod sceny to nie będzie się dało nigdzie przejść. - zauważył
- Racja - odpowiedziałem
Próbujemy przedostać się przez tłumy ludzi i wydostać spod sceny. Po drodze C przybrał żulerski ton głosy i krzyczał głośno, tak aby osoby postronne mogły usłyszeć:
- Zajebiście na tych Prodigy było. Za rok też na nich przyjedzim, też ze szwagrem flaszkę ojebim i będzim wixować.
Nie mogłem opanować śmiechu. Od razu przypominał psychodeliczno-pijacki wkręt z poprzedniego tripa. Uszliśmy jeszcze kawałek po czym powiedziałem do C:
- Wiesz co, ja to chyba już muszę tylko pić i pod namiot.
Byłem święcie przekonany, że jedynie adrenalina utrzymuje mnie jeszcze na nogach. Po The Prodigy miał grać jednak jeszcze Łąki Łan, na który C chciał iść. Średnio mu się podobało to, że chcę już wracać do obozowiska.
- Zobacz, teraz już dużo mniej ludzi i nie będzie tak ostro. - przekonywał mnie żebym też został.
Ja upierałem się, że muszę przedostać się chociaż do myjek i napić się wody jeżeli nawet mam nie iść do namiotu. Średnio się to C podobało. Myjki były daleko. W dodatku były teraz oblegane przez tysiące ludzi. Nagle rozwiązanie znalazło się samo. Ktoś z nas prawie potknął się o leżącą na ziemi butelkę. Spojrzeliśmy pod nogi a tam pełna, dwulitrowa fanta! Usiedliśmy na krawężniku koło pasażu przyglądając się jej podejrzliwie. Była jednak nieotwarta. Zupełnie nowa, świeża fanta. Nagniataliśmy nawet butelkę, chcą sprawdzić czy aby nie jest przebita, albo coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy. Napój był jakby prosto ze sklepowej półki. Jakby z nieba nam spadł. Siedząc, w międzyczasie wyciągnąłem przed siebie dłonie. Drżały jak u alkoholika podczas delirki. Koncert, który właśnie się skończył był zdecydowanie jednym z tych momentów, w których dostałem najbardziej skoncentrowaną dawkę wrażeń w życiu. Napiłem się naszej fanty i powoli uspokajałem. Wciąż czułem się trochę roztrzęsiony, ale wskaźniki obiektywne pozwalały ocenić mój zapas sił i możliwości całkiem obiecująco. Po wypiciu litra słodkiego napoju, nie mogło być mowy o tym, żeby organizmowi się nie polepszyło. Są płyny, jest cukier - czego chcieć więcej? W którymś momencie podeszła do nas dwójka młodych chłopaków.
- Słuchajcie. Musicie to usłyszeć. - zaanonsowali się. - Przychodzi baba do lekarza z kranem w głowie i paczką chipsów w rękach. Lekarz pyta: co pani się stało? A baba na to - crunchips.
Zatkało mnie. Byłbym się pewnie roześmiał na dobre pięć minut gdybym nie był taki wypompowany z sił. Daliśmy znać kawalarzom, że ich dowcip nam się spodobał. Zadowoleni z siebie, poszli sobie dalej. Po chwili C poszedł gdzieś zadzwonić. Czekałem na niego siedząc na jakimś krawężniku. Wyciągnąłem telefon i napisałem sms-a do kumpla, dzieląc się przeżyciami. Po chwili inny kolega do mnie zadzwonił pytając czy nie widziałem gdzieś przypadkiem jego dziewczyny, która też była na woodstocku. Słyszał od kogoś, że widziano ją z podbitym okiem i mocno się martwił. Następnego dnia miałem jechać wraz ze wspomnianą dziewczyną do niego. Liczył więc, że może mam z nią kontakt. Niestety nie mogłem mu pomóc. Jak się później okazało, dziewczyna kumpla brała udział w kręceniu jakiegoś amatorskiego teledysku i miała na sobie bardzo przekonującą charakteryzację zombie - stąd cała pomyłka.

T:+4:45-6:20 - Po chwili wrócił C, więc udaliśmy się z powrotem pod dużą scenę na koncert Łąki Łan. Zespół kręcił tego dnia swoje DVD, więc starał się wyjątkowo mocno, jakby nie dość było tego, że na każdym koncercie wszyscy członkowie ŁŁ są poprzebierani, a każdy z nich przyjeżdża chyba z całym plecakiem gadżetów. Zmęczenie i mała dawka przyjętego LSD powodowała jednak, że muzyka nie wyrywała mnie z butów tak, jak jeszcze godzinę wcześniej, choć wciąż jej odbiór był zdecydowanie poprawiony. Występ był bardzo przyjemny. Kilka raz otwierałem szeroko oczy obserwując pomysły ŁŁ. W pewnym momencie Paprodziad - wokalista, zaczął unosić się nad sceną i latać prawie pod sufitem od lewej do prawej strony. Innym razem publiczność została obrzucona konfetti wystrzelonym z dwóch wielkich armatek. Kwas w warstwie wizualnej działał delikatnie. Natłok kolorów i świateł wyglądał ładnie, ale nic poza tym. Rozejrzałem sie dookoła. Ludzie wyglądali normalnie. Zwykle na kwasie widok obcych twarzy jest dość makabryczny. Ciekawa rzecz, że w trakcie tripu odbytego przy największym tłumie ludzi, ani razu nie natrafiłem na "efekt Mordoru" - czyli specyficznego działania psychodelików, powodujących że ludzie wyglądają jak orki i gobliny. W trakcie całego koncertu mój nastrój zmienił się przechodząc od mieszaniny przejęcia niebezpieczeństwem, oszołomienia światłami i zachwytu, do spokojnego, stoickiego zadowolenia i uczucia spełnienia. W istocie - czułem się spełniony i nic nie było w stanie mnie zirytować jeszcze przez całe trzy dni.

T:+6:20 - Koniec koncertu. Program XVII Przystanku Woodstock właśnie się zakończył. Z dużej sceny Owsiak ogłasza jeszcze, że allegro gromadziło przez całe trzy dni energię wytwarzaną przez uczestników Przystanku. Teraz organizatorzy mieli zaprezentować instalację świetlną zasilaną prądem wygenerowanym zbiorowym wysiłkiem. Nastawiłem się na coś dużego. W końcu ilość ludzi była rekordowa. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłem skromny ekran zbudowany z różnokolorowych diod. Parsknąłem śmiechem. Ponad milion ludzi przez trzy dni gromadziło energię a tu coś takiego? Po kilku godzinach bombardowania stroboskopami i światłami z dużej sceny te kilkaset diod wyglądało naprawdę pociesznie. Przyjrzałem się światełkom nieco uważniej. C wiedział już co się święci.
- Nie, nie! Nie patrz, idziemy dalej... - próbował interweniować.
Za późno. Jak zawsze na psychodelikach, obiekty obserwowane przez dłużej niż 2-3 sekundy zaczynają wyglądać bardzo interesująco. C doskonale zdawał sobie sprawę, że teraz już się nie oderwę od pokazu. Cierpliwie poczekał kilka minut aż diody przestaną świecić. Ruszyliśmy dalej do namiotu, po drodze zahaczając jeszcze o punkt gastronomiczny. C miał bowiem zajawkę na kebaba. Kolejka była długa. C zauważył po chwili, że w kebabach, które się teraz wydaje nie ma ani grama mięsa a ludzie w nich pracujący wciskają byle co głodnym i nawalonym w sztok ludziom. Zrezygnowaliśmy.

T:+6:30+ - Jeszcze trochę przepychania i jesteśmy w naszym obozowisku. Przy swoim namiocie siedzi Sz wraz z kilkoma innymi osobami. Przywitaliśmy się tak, jak gdyby czas który upłynął od ostatniego naszego spotkania wynosił nie 6 godzin, ale 6 miesięcy.
- Siemano! Co tam u ciebie! - zawołałem już z daleka.
- Zajebiście! Siema! - odpowiedział Sz, śmiejąc się przy tym głośno. - A u ciebie jak?
- To był chyba mój najlepszy koncert w życiu.
- Nooo super było.
Usiedliśmy wszyscy razem dzieląc się wrażeniami. Sz, z powodu swojej kontuzji był zmuszony zostać na tyłach w pozycji siedzącej. Dlatego bardziej podobał mu się ŁŁ, gdyż mógł go swobodnie obserwować. Na The Prodigy było zbyt dużo ludzi, którzy zasłaniali mu scenę. Wspominał też, że kiedy musiał zostać na chwilę sam pośród ludzi, miał krótki i niezbyt silny napad paranoi: "ale dziwni ci ludzie dookoła", "o oni się tak na mnie patrzą?", "a może po mnie coś widać?", "a co jeśli oni wiedzą?". Na szczęście wiedział jednak z poprzedniej podróży, że może się tego spodziewać i specjalnie go to nie ruszyło. Wszyscy z naszego obozu poszli wkrótce spać zmęczeni trwającą trzy dni imprezą. Wszyscy oprócz mnie i Sz. Leżeliśmy na zewnątrz, na karimatach podziwiając gałęzie drzew w trakcie kwasowego afterglow. Wyglądały wyjątkowo ładnie na tle nieba jaśniejącego od wschodzącego słońca. Kontury gałęzi odcinające się wyraźnie od nie do końca jasnego nieba, stały się od tamtej pory jednymi z widoków, które bardzo lubię. Rozmawialiśmy do samego rana, o jakiś czas żartując z C.
- C! Nie śpij! Pijany na pewno! Nachlał się i tera śpi! - śmiał się Sz nawiązując do poprzedniego tripa, w którym uskutecznialiśmy żarty z pijaków.
Ani ja ani Sz nie zmrużyliśmy oka przez całą noc. W końcu spakowałem się i ruszyłem w stronę dworca, po drodze spotykając jeszcze dziewczynę kumpla, do którego jechałem. Tłum na peronach był wprost niewiarygodny. Żeby dostać się na niektóre z nich, trzeba by było chyba wcześniej kogoś z nich zepchnąć. Mimo tego humor mi dopisywał. Dostałem po tripie coś w rodzaju immunitetu na irytację. Byłem na tyle usatysfakcjonowany ostatnimi przeżyciami, że nic nie było w stanie zakłócić mojego spokoju i zadowolenia.

Podsumowanie:

Pomysł kwaszenia na koncercie The Prodigy, mimo obecności osób trzecich, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Do tej pory (3 lata później) chyba nic go nie przebiło, mimo że na rozmaite wydarzenia muzyczne chodzę mniej więcej raz na miesiąc lub dwa miesiące. Napisałem "najlepszy", ale wiadomo, że trudno porównywać bardzo różne rodzaje koncertów. Mówiąc "najlepszy", chcę tylko powiedzieć, że dostarczył mi on największej ilości dobrych wrażeń.

Po raz kolejny okazało się, że LSD ma potencjał, który da się wykorzystywać na różne sposoby. Eksperymentowanie z innymi niż klasyczny (czyli "kwas i w las") modelami tripowania mogą zaskoczyć na plus.

Ocena: 

Odpowiedzi

Interesująco się to czyta, zwłaszcza jak się stało na tym samym koncercie pod samiutką sceną. Dokładnie jakbym odtwarzał swoje wspomnienia :)  Barierki to zdecydowanie zły pomysł, masa napierających ludzi miażdzyło stojacych na przedzie. Ciekawe są twoje spostrzeżenia do nerwowej atmosfery przed koncertem - ja myślałem podobnie. Przeczucie mnie nie zawiodło - pogo w 2 rzędzie rozjebało mi kolano, ale i tak było warto. 

woodstock: każdy inny, wszyscy brudni

Dzięki! Ludzie z przodu byli już dla mnie wtedy prawdziwymi wojownikami z pierwszej linii frontu xD Oj nerwowo było i to nie tylko przed samym koncertem, ale przez cały Woodstock. Co do barierek - zdania są podzielone. Przykładowo koleżanka od nas z ekipy, która bawiła się w pierwszym rzędzie twierdzi, że ją akurat uratowały. Machnęła na niebieskich żeby jej pomogli przejść na drugą stronę i dzięki temu się wydostała, bo cofać się nie było jak, no ale temat został przewałkowany chyba pod każdym klipem The Prodigy na yt, więc chyba nie ma co do tego wracać na NG.

Ależ się ucieszyłem widząc Twój nick przy tytule raportu. :D Jak zawsze, świetnie opisane. I zazdroszczę Łąki Łana na kwasie.

Miło mi to słyszeć ;) A co do Łąki Łana - kto jak kto, ale oni się wybitnie nadają do tego żeby ich oglądać na psychodelikach.

Też mi się tak wydaje. :) To moje małe marzenie. Będę miał niedługo okazję znowu ich zobaczyć, ale szczerze mówiąc trochę się cykam przed pójściem na koncert pod wpływem psychodelika.

Jeżeli to koncert w klubie to ja pisałbym się tylko jeżeli sort został wcześniej przeze mnie sprawdzony, w lokalu nikt się nie ciśnieniuje, nie ma walniętych bramkarzy, a w razie czego zaraz obok jest jakaś bezpieczna miejscówka, do której można się ewakuować. Łażenie po mieście wśród ludzi na psychodelikach to dla mnie nic przyjemnego, dlatego do tej pory zdarzało mi się skusić tylko na koncertach plenerowych - najlepiej daleko od cywilizacji. Gdybyś miał jednak wszystko zapewnione to polecam, bo to co się dzieje na scenie na ich koncertach jest jakimś kosmosem :D

Plener. No ale właśnie - inni ludzie. To dla mnie już wystarczający dyskomfort. Na dodatek wszystko wskazuje na to, że nikt ze znajomych nie będzie mógł wybrać się ze mną.

W każdym razie dzięki za odzew i rady. :)

Mysle, ze urastasz tu do najlepszego tripreportera. Jak zwykle lekka i wciagajaca lektura. Az zmienilem zdanie i opisze swojego TR z Audioriver.

Wielkie dzięki! Czekam zatem na raport z Audiorzeki - chętnie przeczytam.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media