Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

piątek 13-go czyli o tym jak "kwas" mnie zjadł

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
1 kartonik substancji która miała być LSD, więcej szczegółów w raporcie
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Podniecenie, ciekawość, ekscytacja, Trip z grupą znajomych
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
THC, Amfetamina, DXM, Haszysz, 4 HO-MET, 2 C-B

piątek 13-go czyli o tym jak "kwas" mnie zjadł

            Impuls, krótka chwila zadecydowała o tym, że podjąłem próbę sklecenia tego trip raportu.

 

       Na ile i czy w ogóle uda mi się odzwierciedlić  choćby część doświadczenia? Nie mam pojęcia, więc pozostało tylko spróbować. Strata jakościowa  spowodowana werbalizacją będzie na pewno znaczna, sens rozmyje się w przestrzeni zanim dotrze do umysłów czytelników, poza tym bez własnego punktu odniesienia będzie to miało taki sens, jak rozmowa z ślepym o kolorach, ale mała cząstka jaźni domaga się uzewnętrznienia, więc piszę. Raport jest pisany blisko pięć miesięcy po zdarzeniu więc wybaczcie brak ram czasowych minuta po minucie. Zresztą dziwie się że tyle informacji zachowało się  jeszcze w odmętach mojego przejaranego łba :D

 

      Tytułem wstępu parę słów o mnie:  Jestem  prawie 20-letnim młodzianem żądnym psychodelicznych przygód.  Moje CV nie jest jakoś niewyobrażalnie rozległe, ale może to i lepiej, gdyż z mojego chaotycznego stylu wynika że jestem nieźle pogięty, a z każdą kolejną pozycją oddalałem się od dobrze znanych brzegów normalności :P Tak więc jak każdy psychonauta rozpocząłem od spotkania ze Słodką Mary(<3),  później jakieś okazjonalne wąchanie  ścierwa (które nie przypadło mi do gustu) małe tette-a-tette z Akodeuszem (z 6 razy), halucynacyjny psychorozpierdol z benzą (najgłupsza rzecz jaką zrobiłem w moim krótkim żywocie) i pojedyncze epizody z Prorokiem i 2 C-B. Moim marzeniem było wrzucenie pod jęzor owianego legendą LSD, toteż gdy tylko uzyskałem dostęp do tego specyfiku nie zastanawiałem się ani sekundy. Co prawda szansa dostania go w naszym nadwiślańskim raju graniczy z wygraną co najmniej 5 w totka, ale pełen nadziei na niesamowite doznania brałem kartony w ciemno. Jak się później okazało to nie był kwas, ale dla ułatwienia klecenia tego raportu będę go tak nazywał. Może ktoś kompetentny zidentyfikuje w commentach  substancję ? Stawiam na jakąś fenyloetyloaminę.

 

       Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z materiałem  wypadło na 13 stycznia Anno Domini 2012. Tak, był to piątek. Prawie cały dzień spędziłem bezproduktywnie wiercąc się z podniecenia i zniecierpliwienia. Byłem trochę wpieniony, bo ekipa z która miałem tripować miała poślizg, a ja rozemocjonowany do granic możliwości nie mogłem wytrzymać oczekiwania. Wreszcie koło 19.00 zostałem zgarnięty spod mojej chatynki . Osobników głodnych wrażeń było 6: K.(z którym spędziłem najwięcej czasu na wspólnym porównywaniu wrażeń) O.(dzięki któremu kontaktom i wspaniałomyślności miałem możliwość przyjęcia psychodelicznego sakramentu) D.(który był kierowcą, tak,  jeździł pod wpływem, tak, wszyscy są w jednym kawałku, nie, moralizatorskie gadki możecie zachować dla siebie) M.(który był w moim mniemaniu wyznawcą tylko Jah i Marii Chuchanej, zdziwiła mnie jego obecność) B.(którego wcześniej nie miałem przyjemności poznać) no i last but not least – ja, zwykły skryba , który prozą postanowił przekazać potomnym co się wydarzyło. Dobra, dość dygresji. Zakupiliśmy  wspólnie prowiant,  po czym szybko dostałem w swoje spocone łapska kartonik. Zdziwiony małym rozmiarem rzeczonego nie miałem czasu na rozkminę, gdyż wiało dość mocno i prószył śnieg, więc szybko wpakowałem go pod ozór i  wsiadłem do auta. Zajechaliśmy do mety K. i z dwóch fur przesiedliśmy się do jednej. M. wahał się czy przyjąć całą dawkę, ale po chwili wspólnej perswazji w końcu się przemógł.  Mały szczegół - niezastąpiony Golf nie mógł pomieścić  wszystkich chętnych, więc razem uradziliśmy że jeden szczęśliwiec będzie miał niewątpliwą przyjemność jazdy w bagażniku, a później będziemy się wymieniać.

 

       Zaczęliśmy jechać w stronę mieściny oddalonej o ponad 40 km, do kumpla K. który miał nas przyjąć chlebem i solą, a raczej  drugami i wódą w tamtejszym akademiku. Niestety, pomimo usilnych starań nie udało się z nim skontaktować. K. stwierdził że pewnie porobił się 2 C-P i gdzieś wybył, więc nasza podróż nie miała sensu. Zawróciliśmy na stacji benzynowej  w stronę innej, bardziej prowincjonalnej i babilońskiej mieściny, gdzie człowiek człowiekowi psem, a gdy podzielasz nasze hobby, zawsze możesz spodziewać się  spotkania z funkcjonariuszami  nie do końca Prawa. No ale, że w naszej okolicy nie było interesujących alternatyw ruszyliśmy. Znaczy D. ruszył przebąkując, że coś tam mu się fazka ładuje i lepiej będzie tam dotrzeć  jeszcze z nie do końca skwaśniałym umysłem. Jak się okazało jego obawy były bezpodstawne bo materiał wchodził wyjątkowo długo. Czas jazdy  umililiśmy sobie puszczonym w obieg zielskiem. B. który miał już doświadczenie w kwaśno-psychodelicznych klimatach opowiadał „z czym to się je”. Upłynęła godzina a psychicznie nie odczułem jakichś znaczących zmian. Kolory wydawały się bardziej  jaskrawe i reagowałem na nie z entuzjazmem, ale pierwsze efekty były na granicy placebo. Jednak jakkolwiek subtelne, zmiany percepcji nakładały się na siebie dostarczając niecodziennych wrażeń. Po paru dłuższych chwilach wydawało się, że wcale nie jedziemy, wydawało się raczej, że suniemy po asfalcie niczym po tafli wody.  Później ten efekt tylko się pogłębił, nadając jeździe jakiejś mistycznej symboliki,  podróż psycho-łodzią aby dotrzeć do Źródła…  Albo po prostu nadałem głęboki sens bezsensowi…      

 

        W końcu zacumowaliśmy na parkingu znanego promotora konsumpcjonizmu, marketu  sieci Kaufland, aby naradzić się co dalej. O. chciał chyba zaopatrzyć się w jakieś browarki. Ja byłem już kompletnie spłukany po zakupie kwasa, ale wszedłem by pooglądać wnętrze, bo kolorki stawały się coraz bardziej sugestywne. Nagle chcąc ustawić się przy kasie z kumplami spotkałem gościa z wakacyjnej roboty. Nie trawiłem go ze szczerą pasją, ale o dziwo rozmowę prowadziłem z nim na poziomie, całkiem jakby był moim dobrym znajomkiem. Nie był wtajemniczony więc nie zauważył mojego sukcesywnego odrywania się od dobrze znanej rzeczywistości, co dziwiło mnie, bo myślałem, że oczęta mam już dość nieciekawe. Pożegnałem się z nim, i powróciliśmy do fury. K. stwierdził, że ktoś mógłby już go zmienić w warcie przy bagażniku. Zgłosiłem się na ochotnika. Nie było wcale najgorzej, nie licząc drętwienia nóg, ale w ferworze gadaniny nie zauważałem nawet tego.    Wtem konwersację przerwał wszystkim, wspólny, potężny wizual. Ktoś rzucił hasło: „Patrzcie, A. jedzie!” , więc próbowaliśmy wypatrzeć wspólnego znajomego. Ale okazało się że on był…  WSZĘDZIE. Dosłownie  każde auto po chwili morfowało się w fioletową kolumbrynę  rzeczonego osobnika.  Wystarczyło popatrzeć na jakiś samochód,  a on, udając że nic się nie stało zamigotał kolorami przekształcając się w furę znajomka. To jeszcze nic. Ludzie… oni też się morfowali przybierając facjatę A. Mężczyźni A, kobiety A. nawet dzieci… Wszyscy z tą samą ucieszoną mordą, lecz każdy zajęty czym innym. Jedni siedzieli w samochodach i wycierali szyby, inni szli ze sobą pod ręke.  Osobiście wymiękłem widząc babkę A. prowadzącą wózek w którym siedział brzdąc z twarzą A. rozglądając się z ciekawością. Nasz szaleńczy rechot zdawał się nie mieć końca… „ Ja j****! ”- wrzasnąłem – „ Sto A.!” Po chwili ochłonęliśmy choć, mięśnie brzucha dawały o sobie znać. Co najdziwniejsze… za kilka minut przyjechał A. we własnej osobie. Podchodziłem do tego nieco sceptycznie, no ale po wyjściu z bagażnika i wymianie paru zdań nie było mowy o pomyłce. Wpadł jakoś po drodze bez żadnego większego celu. Zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie przepowiedzieliśmy przyszłości, ale nie chciałem wyciągać zbyt pochopnych wniosków, więc dałem sobie spokój. W tym momencie nasza ekipa się rozdzieliła, ja i K. wbiliśmy się do innych znajomych nie będących pod wpływem psychodeliku. Substancja zaczęła pokazywać swoje pazurki, nasi ziomkowie pewnie nic nie rozumieli z pękającego od entuzjazmu dialogu z K. Wrażenia wzrokowe zaczęły się pogłębiać, minęło około 2 godzin od zarzucenia. Pojawił się pierwszy delikatny bodyload, objawiający się zabawnym dygotaniem szczęki, jednak nie był to szczękościsk i nie przeszkadzało to w rozmowie. Wszystkie powierzchnie stawały się pełne subtelnego piękna zawartego w niezliczonej liczbie szczegółów, po chwili twarz K. pokryła się fraktalnymi wzorkami… a może po prostu były one jej nieodłącznym elementem a dopiero teraz moja percepcja zdołała to wychwycić ? Forma, dotychczas nienaruszalna rozmywała się, tańczyła, żyła własnym życiem. Jego oczy zdawały się poruszać po twarzy w uporządkowany sposób. Nie wydawało się to bynajmniej groteskowe, raczej cholernie interesujące.

 Powróciliśmy autem do małej miejscowości w której mieszkała lwia część ekipy, i przybyliśmy do budynku, gdzie mieściła się siłownia O. gdzie panowała swobodna, bezpieczna atmosfera, jakże potrzebna w naszym stanie. Dziwnym trafem znalazło się skądś jakaś zabłąkana kula Marii Konopnickiej, którą wypaliłem z wiadra na pół razem z K. Sort miał ponoć kopać po dupach i wyrywać z butów zarazem, ale nakwaszeni jak ogórki nie odczuliśmy zbytniej różnicy, może oprócz niesamowitego ssania w żołądku parę godzin później. Paru nieporobionych ziomków grało w tym czasie w ping-ponga, ale mi z racji moich marnych umiejętności bardziej pasowała rola obserwatora. Czego ja nie widziałem? Wszystkie ściany, podłoga i dywan mieniły się od pulsujących i oddychających fraktali. Nie działo się w sumie nic specjalnego, ale to nic odbierałem jako najbardziej fascynujący spektakl jakiego dane mi było widzieć na oczy.

Po jakimś czasie wrócili D, O, M i B opowiadając jakie niesamowite przygody przeżyli podczas naszego przegrupowania, ale nie jestem w stanie tego przywołać. (Pamięć już nie pierwszej świeżości, hehe ) Jakoś tak impulsywnie zacząłem poruszać z K. tematy, które można określić jako wyżyny myśli ludzkiej. Sprawy tak fundamentalne lecz owiane tajemniczością jak sens istnienia stawały się proste w artykulacji, tak jakbyśmy gadali o meczu przy browarze. Dochodziliśmy do nieprawdopodobnych wniosków, a wszystkie wydawały się dziecinnie wręcz proste do wyciągnięcia. Po tripie moje mechanizmy obronne zaczęły wypierać co śmielsze( inni mogli by powiedzieć szalone, czy wręcz p*******) rewelacje. A to niektóre z nich:

Rzeczywistość jaką powszechnie znamy i „kochamy” jest tylko grą, iluzją, sztuczką. Świadomość (Bóg? Absolut? Umysł?) znudzony jednolitością perfekcji zaczął się dzielić by oszukać samego siebie. No i zaczął przybierać różne role, którymi jesteśmy my i wszystkie istoty w nieskończonej liczbie rzeczywistości równoległych. Jest w nas i dobro i zło, masę przeciwstawnych mechanizmów psychologicznych wywołujących chaos. No ale o ile chaos jest ciekawszy od doskonałości? Skoro Absolut już się nabrał, może do woli zostawać zaskakiwany przez nieskończenie liczne wersje samego siebie. Fraktal puszczony w ruch (obrazowanie na potrzeby logiki, bo wykminiliśmy że czasoprzestrzeń to też bullshit, więc nie ma początku ani końca, a fraktal nie może być statyczny) nie może się już zatrzymać… bo nie chce! Chęć życia, doświadczania pcha go w nieskończone liczby światów, no bo to przecież z********* zabawa! Jest tyle możliwości, nie da rady powstrzymać się żeby nie pooglądać co wydarzy się tym razem. Gdy dowiesz się że Cię tak naprawdę nie ma, to co może Cię zabić? Hahahaha! Jest tylko niekończący się śmiech po zdaniu sobie sprawy z głupoty i trywialności dawnych problemów.  Subiektywne plusy i minusy istnienia dają zero - nicość . Jednak siła życiowa jest silniejsza niż strach przed śmiercią i tak toczy się to dalej bez końca. Sztuka niby ciągle ta sama, ale mnogość aktorów, scen i scenariuszy nie pozwala oderwać się ani na moment. Siedzieliśmy tak i przez jakiś czas (nieważne ile, mogła to być zarówno godzina jak i parę minut) wymyślaliśmy coraz to nowe przykłady, ale teorii fraktali nie dało się zagiąć. Pewnie paru czytelników po podobnych doświadczeniach uśmiechnie się z pobłażaniem, mówiąc że to nic nowego ani odkrywczego, ale ja autentycznie cieszyłem się jak wariat, jak dziecko które chcąc pod choinkę kolejkę elektryczną, dostaje bilet na TGV, jak 40 letni prawiczek  widzący w swoim łóżku supermodelkę ubraną tylko w dwuznaczny uśmieszek (te dwuznaczności są tylko jednoznaczne) wreszcie jak alchemik który zupełnym przypadkiem potknął się o kamień filozoficzny na który czekał caluteńkie życie… Taa… zastanawiałem się na jak długo uda mi się zachować ten stan umysłu ale to wszystko jedno, ja już swojego dowiodłem, miałem rację, nie ma się czego bać. Potwór pod łóżkiem istnieje owszem, ale tylko tak długo jak tworzysz jego obraz w głowie, bo nie jest niczym innym tylko obrazkiem, cudakiem na kiju. Jasne, iluzja zacna, fajerwerki są: pełne 3D, Full HD ale nic więcej… Inni też mieli niezły ubaw ale ja byłem jak nerd z dziedziny filozofii, który znalazł sposób na stworzenie filozoficznego lightsabera…  Po prostu KOSMOS.

 

Ktoś rzucił hasło, żeby pakować się do fury no i wsiedliśmy a M. zasiadł do „bagażnikowej loży”. D. podjechał gdzieś jak później się okazało pod swój dom.

Gdy gadaliśmy tak o wszystkim i o niczym, wszystko widać było w oczach wyobraźni. Cholernie głupio to brzmi ale takie rzeczy da radę przedstawić tylko za pomocą kulawych metafor i porównań… Porozumiewaliśmy się sukcesywnie mniej za pomocą słów a bardziej za pomocą kształtów i symboli aż wreszcie, ktoś kto coś przekazywał „otwierał” doświadczenie które przezywali wszyscy na raz. Większość historii była komiczna, a ja próbowałem przedstawiać je nieco bardziej mrocznie, by za moment obrócić cały horror w jeszcze większą farsę gdy „pokazywałem” że to wszystko na niby. Ale jeśli przez moment zapomniało się że miało się kontrolę nad każdym aspektem doświadczenia, zaczynało się robić nieciekawie, co wpłynęło znacząco na następne wydarzenia. Zanim wesoła kompania zczaiła się co jest grane było już za późno. D. wlazł do domu na kwasowym peaku o 2 rano, a jego matka nie spała.

Jeśli D. miał się czuć tak jak ja to było k******* niewesoło. Odleciałem tak daleko że ciężko było przypomnieć sobie kim ja dokładnie jestem do jasnej Anielki, nie mówiąc już o jakiejkolwiek możliwości sklecenia sensownego zdania i źrenicach w********* jak dwa Sputniki. ”O ja p*******!” „No to już po chłopie” „Ale przypał” – takie kwestie przewijały się przez nasze usta, a każda kolejna dokładała cegiełkę do budowanego wspólnie niepokoju. Co z D.? Co z nami? Kiedy on wreszcie wróci do cholery? Dlaczego tak nieprawdopodobnie dłuuuuuuuugo ?! Wymyśliłem już chyba z 10 różnych możliwych scenariuszy, każdy kończący się jeszcze gorzej od poprzedniego. Niepewność wydawała się już nie do zniesienia, gdy nagle… wrócił D. Spokojny i uśmiechnięty jakby nigdy nic.

„Co tak długo? Jak starsza zczaiła coś?  Jakiś przypał?” zaczęliśmy pytać.

„No co wy chłopaki? Mnie nie znacie?” odparł z niedowierzaniem „Kanapki wam przyniosłem” Byłem rozbity i zszokowany, gdy prawda okazała się tak trywialna i … sielankowa. D. wiedział dobrze co robi bo po krótkim przypomnieniu zorientowałem się że jest takie coś jak jedzenie i że jestem cholernie głodny przez tą trawę. Nie było tego wiele na tylu zawodników, ale każdy kęs celebrowałem jak specjały mistrza kuchni a tu kolejny zdziw: BACH! D. wyczarował z podorędzia mandarynki! Autentycznie czułem się jak wyposzczony dzieciak z PRLu chociaż nie mogłem pamiętać tamtych lat, bo zwyczajnie nie było mnie jeszcze w planach. Dzieliliśmy się równo po dwie cząstki, jak nie przymierzając tajemnym sakramentem. Daję wydzieloną cząstkę M, który zalegał w bagażniku, ale po jego minie widziałem, że nie przeszkadza mu to w nawet minimalnym stopniu. ”Trzymaj” – mówię. A on bierze, ale tylko połowę. „Weź drugą cząstkę”- namawiam. Ale on grzecznie odmawia. Pozwolił mi wszamać więcej. Jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało, byłem kompletnie oniemiały jego szczodrością.  „Ja p*******!” – myślę później.” Ja tych ludzi w ogóle nie znam, każdy jak jakiś mistrz miłosierdzia normalnie, co bym nie pomyślał to zaraz dostaję!”

Będąc zdziwiony prostotą, elegancją i doskonałością każdego kolejnego wydarzenia nie spodziewałem się że mogę się czuć jeszcze lepiej. A jednak. Siedząc na tylnym siedzeniu Golfa w pewnej niepozornej miejscowości poczułem niewyobrażalny blask i gorąco bijące od każdego z osobna współtripowicza. To było nie do ogarnięcia, czułem, że topię się jak świeczka, od tej energii każdy cząsteczka mojego ciała ulegała dezintegracji. Na moment te uczucia ustały i nagle doświadczyłem niesamowitej jedności ze wszystkimi istotami zamieszkującymi Wszechświat. To nieopisywalne, żadne słowa nie są w stanie oddać choćby promila takiego doświadczenia, no ale mogę spróbować.

Najbliżej temu do orgazmu umysłu. Było to uczucie wielkiej satysfakcji, ale o wiele doskonalsze od fizycznego spełnienia, połączone z bezgranicznym zrozumieniem i bezwarunkową miłością do wszystkiego. No i obyło się bez marnotrawstwa płynów ustrojowych :D

No i wtedy zacząłem myśleć. Odpaliły się wyświechtane schematy myślowe: że już dłużej nie dam rady,  że chyba nie zasłużyłem na takie szczęście etc. No a umysł jak Chińczyk ze skeczu: „Klient nasz pani !” to i zaraz wszystko się uspokoiło, łącznie ze skołatanymi nerwami. Nie można się chyba przygotować na COŚ TAKIEGO.

            Byłem już cholernie zmęczony psychicznie po takim rollercosterze doznań,  ale niewykręcająca ciała  stymulacja trwała nadal. Psychonauci rozeszli się do siebie, a D. podwiózł mnie do mojej miejscówy. Położyłem się koło 4 rano,  ale nie było mi dane usnąć.  Większe  efekty trwały gdzieś do godziny 11, gdy po godzinie gapienia się w lustro stwierdziłem, że  za cholerę nie mogę zdecydować czy moje źrenice są społecznie akceptowalne, czy też nie. Całą sobotę mogłem jeszcze oglądać taniec wzorów na dywanie i mordę Grega House’a  który raz był zwykłym obrazkiem na pulpicie, a raz szyderczo gapiącą się na mnie postacią. Umysł pracował jeszcze na zwiększonych obrotach, co zauważyłem po dużo lepszej koncentracji i skupieniu podczas nauki.

            Podsumowując, całe doświadczenie było niesamowite i ogromnie poszerzyło moje horyzonty, ale z drugiej strony drzwi które raz zostały otwarte, nie mogą zostać zatrzaśnięte. Zauważyłem że moja psychika zdążyła zracjonalizować zbyt szokujące wnioski i sam do końca nie wierzę we wszystko co się stało. Niby nie zmieniło się nic, ale zarazem wszystko uległo zmianie. Czy to co przeżyłem było prawdziwe ? W końcu jeśli nie możemy zaufać własnemu doświadczeniu, to co może być bardziej wiarygodne?

Ocena: 

Odpowiedzi

Nie mogłem coś dodać raportu za pierwszym razem :D

Raport nie pojawia sie od razu na stronie, najpierw musi przejsc przez moja krytyczna siatkowke oka ;) Juz Oka, nie ma to jak pierwszy raz

 

Przywołuje moje doświadczenie z Parkopanem.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media