Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

strach w bieszczadach

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
60 świeżych łysiczek
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastrój bardzo dobry, okoliczności przyrody piękne.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
Pierwszy raz z łysiczkami, wcześniej tylko raz ok. 25mg hometa.
Alko, MJ. DXM, gałka - pojedyncze fazy.

raporty 00111000

strach w bieszczadach

 

//Trip miał miejsce trzy lata temu, ale został spisany na świeżo. Łapiącym schizy nie polecam.//

 

Pod koniec września wybyłem z ziomkiem w Bieszczady, wiadomo, szukać grzybów. Kilkudniowe starania zostały nagrodzone, znaleźliśmy obfitującą w łysiczki polanę na kompletnym zadupiu przy granicy z Ukrainą. Po namierzeniu miejscówki wróciliśmy na nią następnego dnia. Naszym łupem padło ponad 120 łysic, które – po przepłukaniu wodą – wrzuciliśmy na miejscu (po 60, bo takie te grzybki małe…), zagryzając bułką i zalewając jogurtem.

 

Było to koło 16, potem lekkie nudności i zamuł, ale obyło się bez rewelacji żołądkowych. Koło 17ej trawa zaczęła falować, a gałęzie drzew machać do nas. Siedzieliśmy na łące i podziwialiśmy widoki – a było co podziwiać – dolina między dwoma masywami porośniętymi lasem, w dole strumyki, wszędzie ptaki, w ogóle miodzio - wiadomo, Bieszczady.

 

Po godzince pojawiły się pierwsze oznaki szarówki, więc ruszyliśmy dupy na drogę, którą mieliśmy dojść do szlaku prowadzącego wspomnianą dolinką. Tutaj grzyby na serio zaczęły dawać o sobie znać – co sto metrów zatrzymywałem się, rozkładałem i składałem ekwipunek, bo ciągle coś mi nie pasowało; w sumie to co raz mi pasowało, za chwilę było nie do zniesienia i tak w kółko. Głowa wypełniona setkami myśli uniemożliwiała po prostu sprawne działanie; mózg pracował jak oszalały a ja za nim nie nadążałem. Na szczęście byliśmy na takim pustkowiu, że jedynymi samochodami były te Straży Granicznej, więc mogliśmy sobie pozwolić na siedzeniu na tym, co kiedyś było szosą.

 

Zbliżając się do szlaku nie mogłem się nacieszyć pięknem lasu. Szum drzew, ptaki, strumień krystalicznej wody, na której układały się czerwone, przezroczyste wzorki. Błyskawicznie zaczęło się ściemniać, więc włączyłem sobie latarkę i zacząłem sobie przyświecać po tym, jak kolejny raz łatwiej mi było ogarniać rzeczywistość z poziomu gruntu. Spękany asfalt w tym świetle wyglądał jak coś między pomarszczoną skórą a jakimiś bulwami, aż musiałem dotknąć, żeby przekonać się, że to nawierzchnia.

 

Nagle sielanka została przerwana zupełnie niespodziewanymi agresywnymi okrzykami kilku osób. Ktoś coś do nas wrzeszczał, poleciała wiązanka kwiatów polskich. Spieliśmy się, zgasiłem latarkę i weszliśmy szybko na szlak, bo głosy nadchodziły z przodu, z szosy i się nasilały. Zaczęło robić się niemiło, byliśmy spięci i w sumie nie za bardzo wiedzieliśmy, o co chodzi, normalnie nie było tu żywego ducha. Na szlaku szybko zgubiliśmy towarzystwo,  bo teren był ostro pagórkowaty i szybko znikneliśmy za pierwszą górką; tamci musieli pójść prosto, po szosie. Po 15 minutach szybkiego marszu uznaliśmy, że jest już w porządku, a tamci, kimkolwiek byli, krzyczeli raczej na zwierzęta, albo zwyczajnie przestraszyli się światła latarki, którą wymachiwałem w swoim nieskoordynowaniu na wszystkie strony.

 

Byliśmy już na drodze w dolince, otoczeni z obu stron górami porośniętymi lasem. Wokół drogi stada zwierząt buszowały w zaroślach, z jednej strony ryczały, a zaraz potem odpowiadały im zwierzęta z drugiej. Rzuciliśmy parę kurew i sytuacja się uspokoiła. Co chwilę szły tylko klimatyczne, ponure ryki, ale już z większej odległości. Generalnie atmosfera była niesamowita.

 

Zrobiło się spokojnie i stwierdziłem, że musze zdjąć bluzę, bo rozgrzałem się od marszu. W sumie byłem tak porobiony, że nie tylko nie mogłem jej złożyć, ale jakimś cudem oba rękawy wyszły przez kaptur, co zrobiło na mnie niejakie wrażenie. Leżałem tak na drodze, rozkminiając kolejne myśli, gdy dopadł mnie głód i zawroty głowy. Stwierdziłem, że to spadek cukru jak to bywa po trawie i zapakowałem do kieszeni kilka lukrowanych ciastek, co okazało się słabym pomysłem; dałem rade zjeść tylko jedno, nie miałem apetytu.

 

Po przejściu kolejnych paruset metrów położyłem się na ziemi. Pogoda była perfekcyjna, gwiazdy wyglądały niesamowicie, takiego nieba w życiu nie widziałem. Piękne, złote, pomarańczowe i srebrne kule światła na czarnym niebie, które nabrało niesamowitej, przestrzennej głębi. Wydawało nam się, że wystarczy wyciągnąć rękę, by dotknąć gwiazdy; w ogóle całe niebo było tuż nad głową.

 

Po paru minutach zauważyłem lecący wzdłuż szlaku samolot. Patrzyłem na niego, a on powoli zwalniał. Spytałem kolegę co widzi; widział to samo. Zacząłem szeptać ‘leć, leć, leć…’, ale cały czas myślałem, że to tylko samolot i po prostu mam złudzenia. Światło, wyglądające jak gwiazda, tylko większe i jaśniejsze od największych na niebie – powoli zatrzymało się nad nami.

 

Zerwaliśmy się, błyskawicznie wrzuciłem rzeczy do plecaka, zgasiłem latarkę. Światło stało nad nami; powiedziałem do kumpla że ma być cicho i żeby szedł blisko mnie. Zaczęliśmy iść szybkim, bardzo szybkim krokiem, nie odrywając wzroku od światła, które po łuku przeleciało na drugą stronę szlaku, a potem w stronę granicy. Jako, że się oddaliło, zatrzymaliśmy się i patrzyliśmy, co zrobi. Punkt znowu zatrzymał się, stał przez chwilę, a potem – powoli gasnąc, równie powoli zszedł po pionowej linii prostej na dół. Gdy znikał za linią drzew, niemal nie było już widać jego światła.

 

Tego było dla mnie za wiele. Stwierdziłem, że się zawijamy. Ze zgaszoną latarką narzuciliśmy mordercze tępo. Wiecie, szliśmy tak jak idzie człowiek, który bardzo nie chce biec.. bo gdyby zaczął, to coś by w nim pękło. Nie miałem odwagi spojrzeć w górę, więc patrzyłem pod nogi, zresztą musiałem prowadzić ziomka, który nie widział po ciemku tak jak ja.

 

Wyobraźnia zaczęła pracować pełną parą, adrenalina uderzyła tak, że chyba miałem syrop zamiast krwi. Takiego stresu nie miałem bardzo dawna, szczerze – nie pamiętam, żebym kiedyś był tak przerażony. Pojawiły się paranoiczne myśli – obcy nas znajdą, już odcieli nam łączność. Złapałem za komórkę, żeby zadzwonić do starszej, i w tym momencie ona do mnie zadzwoniła. Rzuciłem, że widzieliśmy ufo i oddzwonie jak wrócę do mojej miejscowości.

 

Cały czas miałem przeczucie, że zaraz zdarzy się coś złego, że szykują na nas pułapkę. Zaczęła się autonarracja, przy której nie do końca wiedziałem, czy moje myśli są na pewno moje, czy ktoś mi ich nie nadaje. Miałem wrażenie, że dostaje mniej więcej taki komunikat: „Jesteście strzyżeni jak żywopłot. Macie robić, co robicie i nie myśleć za dużo. Każdy myślący inaczej, szukający zbyt głęboko, jest zabierany, bądź reprogramowany tak, by nie był już więcej zbyt ciekawy.” Podobne nie-do-końca-moje myśli mówiły, że mogą się z nami spotkać, jeśli będziemy chcieli. Więc bardzo nie chciałem. Do tego dochodziły piękne, wielopoziomowe fraktale przy zamkniętych oczach, połączone z abstrakcyjnymi myślami, ale do tego akurat byłem już przyzwyczajony, po dobrej zjarze bywa podobnie.

 

W pewnym momencie poczułem, że coś zaraz będzie bardzo nie tak. W tej samej chwili kumpel, który patrzył przed siebie, a nie tak jak ja, pod nogi, ze zdziwieniem spytał: Co to jest?! Przed nami był bowiem szlak i… dwa inne, identyczne, jeden po prawej, drugi po lewej. A przecież nie szliśmy tędy pierwszy raz i niczego takiego nie było. Powiedziałem ‘patrz w ziemie’ i szedłem cały czas prosto. W godzinę zrobiliśmy tą trasę, którą wcześniej robiliśmy przez ponad półtorej.

 

Gdy doszliśmy do szosy, potrzebowaliśmy chwili aklimatyzacji – światła były wręcz nieprzyzwoicie jasne ;) . Po pewnym czasie kumpel przypomniał, że miałem zadzwonić do starszej. Stwierdziłem, że bania nie pozwala. W końcu jednak złamałem się i sięgnełem po komórkę – i w tym momencie matka zadzwoniła drugi raz. Do domu wróciliśmy bez przeszkód. Byłem trochę zmartwiony, po pierwsze tym, że bad trip wje*ie mi się w podświadomość, no i tym, że bania została zepchnięta przez stres na drugi plan, właśnie gdy się rozkręcała.

 

Opowiedziałem ziomkowi o mojej fazie i spytałem, co uważa o tym latającym punkcie. Stwierdził, że widział helikopter i był wystraszony raczej tym, że mógłby się zgubić, gdybym zaczął uciekać, bo on po ciemku drogi nie widział. Doszliśmy do wniosku, że helikopter powinniśmy słyszeć, szczególnie, że było wyjątkowo cicho.

//Rok później obserwowaliśmy w tej okolicy śmigłowiec lecący nad grzbietem jednego z masywów i dźwięk wirnika był bardzo wyraźny. Co do innych obserwacji to rokpóźniej przy podobnym stanie 'uderzającej, czystej rzeczywistości' - wywołanej 22 dniową abstynencją seksualną i środkami podkręcającymi libido - znów zaobserwowałem obiekty, które na 'ziemskie' nie wyglądały (w tym przypadku również widziała to inna osoba). Co zaś do tryptamin to brałem je jeszcze ładnych parę razy i podobnych 'przygód' nie było.//

Ocena: 

Odpowiedzi

Od razu przeproszę, że potrzebuję chwili swoich bredni, jakie to wszystko brudne, moje oczy, słowa.No chodź tu do mnie, przytulę się do Ciebie, albo chociaż wyimaginuję więź między nami, bo próbuję coś zrozumieć, przeżycia inne niż moje, ale dziś tak kolejny raz pół przytomnie pseudo-funkcjonuję. Bardzo mocno bije serduszko, aż tu nagle bum i tak jakoś przeciwnie. To tylko zjazd po kilkudniowej miłości z tą suką, a halucynogenny? Jeszcze pół roku temu trzymałam się zdania - jedyne za co można się raz na jakiś czas wziąć,by trochę rozświetlić umysł, dążenie do oświecenia, wiadomo o czym mówię, wiele osób tak sobie marzy. Na prawdę pragnęłam tego, żeby choćby kwas mnie wreszcie odszukał( ale pewnie grzybki prędzej uzbierałabym, niż jakikolwiek prawdziwy drug mnie odnajdzie) i wreszcie moje dążenie do nadzwyczajności w życiu, jakoś tak dopełni się, już nie umiem mówić o wizji piękna. Nie chcę palić nawet trawy, te schizy, co mam czasem, tak sobie, one nie przerażają mnie, no omamy, ale co z tego,ale na myśl, że miałabym jakoś pobudzić się do schiz, za dużo podatności na to we mnie i przy normalnym, codziennym dniu są,tak jak piszę, muszę, bo ja nie chcę wierzyć, że mi ryje głowę, wykręcę to sobie! to nic dziwnego, że od razu włącza się obawa, że zrobię sobie krzywdę. Może mi minie, nie mam doła, ani nic, ale coś się przestawiło... chcę tylko większego opanowania nad sobą, zbyt często tracę poczucie tego kim jestem, co robię itd.

Człowieku! Bardzo wszystkich raduje, że znów zażyłeś jakieś oświecenie w pigule (albo co gorsza tego nie zrobiłeś...) i teraz masz oh-jak-zajebiście-głębokie rozkminy. Ale kurwa, to nie są Pamiętniki z Tripacji! Jak se masz natłok myśli, to weź zacznij dziennik pisać. Może kiedyś ktoś to odkopie i sprzeda do muzeum. Jak nie planujesz odnosić się do TR to na jaki chuj tu wlazłeś?

Ok, sorry za flejma.

TR b. dobry, wątek z UFO nadaje całości takiego posmaku thrillera. Kto wie? Może zgrzybiały umysł (i nie tylko) rzeczywiście wywołuje spotkania z obcymi. Albo po prostu to był przygraniczny śmigłowiec, a byliście tak wystraszeni i nagrzani, że dźwięk nie zapadł wam w pamięci.

Udanego Grzybienia!

Oczywiście że napady paranoi jak najbardziej są spotykane przy grzybach, ale nie poddawałbym dyskusji że dźwięk jest bardzo dobrze słyszalny podczas konsumpcji, a szczególnie gdy się próbujesz w coś wsłuchać.

Dlaczego nie, istnieje wiele udokumentowanych obserwacji tych świateł czy obiektów i nie tylko przez ludzi podczas halucynacji- piloci samolotów wojskowych, różni poważni ludzie opisywali podobne zdarzenia. Śmiesznym było przeczytać że chcieliście uciec czy ukryć się od tych kosmitów- myślę że dla tak zaawansowanych istot nie jest to żaden problem. Oni są wśród nas, wszędzie, czasami niewidzialni, czasami widzialni, są w lasach, w morzach, jeziorach. Są starsi od nas, prawdobodobnie to oni nas stworzyli. Być może są z innego Wszechświata. Nie ma się czego bać.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media