Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

a sun that never sets (by bungo)

a sun that never sets (by bungo)

 Trip report przeniesiony z forum hyperreal.info. 

 

To miał być zwykły wieczór w towarzystwie czysto męskim, bez przeżyć płciowo istotnych. Piwo i kwiatostany konopii w szerszym gronie. Ta zwykłość bolala Franiela najbardziej. Głód solidnego odurzenia odzywał się w nim coraz donośniej. W końcu skrystalizował się w zamiarze konsumpcji paru nasionek rośliny z odległych wysp. Spożyte przed przybyciem przyjaciół na długo pozostawiły gorzki smak w jego ustach i  jak się później okazało, nie tylko w ustach. 

  To nie był jego pierwszy raz z tym specyfikiem, ale pierwszy był tak nieznaczący, że zdaje sie Franiel zupełnie zapomniał o tym zdarzeniu. Tym razem postanowił zwiększyć ilość nasion i dla pewności okadzić całość dymem cannabis indica. W ilości śladowej, która miała tylko usunąć nieprzyjemności gastryczne rzecz jasna. Jednakże nie wiedzący nic o nasionach towarzysze podsuwali bongo pod jego nos cyklicznie, a Franiel odarty z resztek instynktu samozachowawczego chwytał je zachłannie. Kanabinole uderzały z dziką wściekłością, Franiel czuł się zawieszony w czasie i co chwila dziwił się, że od początku zabawy minęło dopiero półtorej godziny. Rzeczywiście żadnych mdłości dzięki zielu, ale też żadnych powojowych efektów myślał upalony i praktycznie oderwany od rzeczywistości. W tym momencie podjął jedyną mądrą decyzje tego wieczoru tj. nie jadł kolejnych nasion. 'Jest fajnie, jebać już ten powój'.

  Oczywiście roślina nie zapomniała o Franielu. Wreszcie, gdzieś po 2,5 godziny od spożycia poczuł pewną 
'dziwaczność'. Twarze kompanów nabierały osobliwego wyrazu i lekko kojarzyły mu się z dziobami sępów. Uczuł lekki niepokój, bardziej jeszcze 'marihuanowy'. Ile wtedy dałby, żeby z takim samym natężeniem odczuwać go przez następne kilka godzin. Lęk pojawił się wraz z pawiem puszczonym na podłogę przez towarzysza. Strach przed czymś niewysłowionym zaczął palić jego umysł. Dosłownie. Czuł wokół siebie palony plastik, meble zdawały się magmą. Oczywiście bał sie konsekwencji tego bałaganu, nieraz mu sie zdarzało, ale tym razem żadne racjonalne argumenty nie mogły opanować lęku w swej najgłębszej postaci. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bał. Jeden z przyjaciół widząc jego stan wyprosił resztę i pomógł mu ogranąć siebie i dom. Wycierając rzygowiny miał wrażenie mieszania kociołka z lawą. Efekt zaskoczył go pozytywnie, mimo to tętno nadal nie schodziło poniżej 150 uderzeń. Powój stopił się z jego trzewiami i uderzył z całą siłą... 

 Lęk zamienił sie w paranoję. 'Bad trip, bad trip kurwa' wirowało w jego głowie, czuł śmigło zwiększające obroty, generujące dzwięki o niesłychanej częstotliwości. Nie potrafił ustać w miejscu, nie potrafił sformułować jednego zdania, krążył między balkonem a swoim pokojem, w którym znajomy tłumaczył mu zasady texas hold'em. Franiel poczuł sympatię i był wdzięczny mu jak dziecko, że został. Nie rozumiał nic a nic z gadki. Myślał, że został zryty. Próbował liczyć w pamięci, żeby przekonać się, że nie była to prawda. Nic nie dało wmawianie sobie, że efekt jest przejściowy. Wazokonstrykcyjne efekty powoju rozkręcały się, duszności dały o sobie znać i od teraz Franiel zaczął bać się o swoje życie. To było apogeum doświadczenia. Zrozumiał co to znaczy zdrowy umysł, uczuł wielki żal do ludzi, którzy go postradali. W zasadzie to była litośc nad samym sobą. Szaleństwo. Słowo to samo cisło mu się na usta. 'Już po mnie'. Próbował pić wodę, to tylko pogarszało sprawę. W koncu duszności osiągneły taki rozmiar, iż musial wyjsc na dwor. Liczył czas, właściwie to chciał go pchać, żeby ruszył z miejsca 'carpe diem, przecież to już za długo trwa'. Bał się oddalić od domu. Serce biczowane erginą i kanabinolami dawało o sobie znać. Wrócił i próbował usiedzieć w miejscu, było koło 1:30. Włączył Tv żeby zająć myśli. Szybko zrezygnował, kiedy rzeczywistośc szklanego ekranu zaczęła go przerastać. Wolał patrzeć na wzorki tapety układające się w fantastyczne wzory pajęczyn i słuchać tylko tv odbiornika, po pewnym czasie obraz z telewizora pojawił się na tapecie. Uspokojony już nieco, zamknął oczy. To nie były niewinne vizuale których doświadczał nieraz inhalując się THC. 

 Zobaczył świat cholernie realny, czerwona masa w tle, podobna do tej z 'odmiennych stanów swiadomosci' i w klimacie teledysków neurosis z płyty ´A sun that never sets´. Na pierwszym planie kręcił się ogromny element jakiejś maszyny, a całość zdawała się być zawieszona w mazi, spowalniając ruchy tego elementu. Trwało to tylko chwilę. Teraz zachciało mu się muzyki. Chaos w głowie nie pozwolił jednak na dźwiękową degustację. Zdawał sie być jak wiatr dący w mocno jeszcze żarzące się drewno. 
Myśli były bezowocne w jego rozumieniu, dominował w nich instynkt przetrwania. Co chwilę sprawdzał tętno. Przeklinał uzyte set & settings. Choć w zasadzie i tak by zbzikował, możliwe, że i bez tego pawia. Za bardzo mu się to życie podoba, życie ze zdrowym beretem i zdrową pompą. Tak sobie gdybał aż wreszcie zapadł w sen bez snów. Po przebudzeniu powój ciągle działał. Powróciła nakręcająca się spirala strachu. Ustąpił całkowicie dopiero koło wieczora, dobę po spożyciu. Homeostaza umysłu powróciła po 5 dniach. Ochota na nowe doświadczenia po miesiącu. Gorzki smak a właściwie niesmak został Franielowi do dzis.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media