Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[3-meo-pcp] sialala, alle schon wieder da.

[3-meo-pcp] sialala, alle schon wieder da.

  Ciąg dalszy serii niefortunnych zdarzeń. Wlokąc się jak cień człowieka w bladym świetle poranka, nie widziałam zwisającego nad moją głową sejfu. Wielki Misiokłaczek tylko oczekiwał odpowiedniej chwili, żeby spierdolić mi go na głowę. A wydawało się, że skład i twardość gleby wystarczająco poznałam na własnej skórze w ostatnim odcinku. Nie ma tego złego, coby na gorsze nie wyszło.

  Cień Wawojki wspiał się z mozołem po schodach, wlokąc torbę ubrań pożyczonych od brata. Mój wzrok sięgnął szafki na buty umieszczonej przed drzwiami. Na niej zwitek banknotów, na oko ze dwie stówki w różnych nominałach. Wzięłam je do ręki, drugą zadzwoniłam do drzwi. Pojawił się w nich Kosmo, jakby pierwszy raz od tygodni widzący światło niewidzącymi oczami. Zapytałam, czy poznaje mnie jeszcze pod tym strupem, w który zmieniła sie moja twarz. Powiedział ''Misiaczku'' i przytulilismy się. Nie do końca zeszło z niego 3-meo-pcp, ktore zapewne nieustannie aplikował pod moją nieobecność.

  Obrzuciłam wzrokiem mieszkanie i połowa energii życiowej zdobytej przez ponowne spotkanie uleciała ze mnie z jękiem. Nasze mieszkanie wygladało jakby przepierdolił przez nie nosorożec w pełnym biegu. W dodatku śmierdzialo, jakby Hindusa rozjebało. Obydwa ww. określenia to połów z bogatego stawu językowego mojej mamy. Mieszkanie na dwa dni opuszczone przez kobietę. Na kuchence makiwara. Dobrze. Moja mama, kiedy ją później zobaczyła, pomyślała, że to zupa z gwoździ. Czyli nasz normalny obiad - zupa z gwoździ i winogron z tapety. W salonie (choć to słowo niezbyt oddaje panujący tam wówczas klimat) na podlodze duże kule w różnych kolorach. Gdyby nie ogólne schujowacenie, mogłabym poczuć klimat teledysku 'High Hopes' Floydów. Choć tam, zamiast ciemnego, śmierdzacego, zawalonego gratami, skarpetkami i narkotykami pokoju, były rozległe pola.

  A właśnie, narkotyki. Na stole magiczne pudełko, a jego zawartość porozrzucana po stole. Lyżka z żółtawym proszkiem. Walnąć? Walnąć cokolwiek. Kosmo ciągnie mnie do sypialni. Jest w koszuli, ale nie ma spodni. Przytulamy się tak, ale ze mnie już wyziera diabeł, którego mam płytko pod skórą. Jego zamiary tłumaczyłam skrętem, samopoczuciem zbliżonym do wyschniętego gówna, bałaganem w domu, niereformowalną narkomanią Kosmo. Zadne tłumaczenie nie będzie dość dobre, żeby mnie rozgrzeszyć z wygrzebania torebki 3-meo-pcp, wysypania nieokreślonej wielkości kupki na lyżke (czystą) i walnięcia tego domieśniowo.

  Tutaj zaczyna się jeden z ' tripów życia' (to niekoniecznie musi oznaczać coś przyjemnego), choć wszystko to przypomniałam sobie znacznie później. Pewnie i tak jest to niewielki ułamek całości.

  Nie pierwszy raz znajduję się w takiej sytuacji. Stoję w jakimś wysokim miejscu na mojej ulicy. Skrzyżowanie niedaleko naszego mieszkania. Dookoła mnie dzieją się dziwne rzeczy, ludzie krzatają się w pośpiechu, są podekscytowani, cała uwaga skupia się na mnie. Moim zadaniem jest coś podtrzymać, coś połączyć. Widzę siebie z boku, jednocześnie bedąc w centrum wydarzeń. Myślę, że to miejsce już nigdy nie będzie wyglądało tak jak wcześniej. Tym razem odpierdoliliśmy maksymalnie, wszyscy wszystko wiedzą, niczego się tu nie da naprawić. Muszę cały czas to trzymać, bo inaczej... właściwie co? Przeczucie nieuchronnej zagłady, dziwna euforia. Zastanawiam sie, co powie na to moja babcia, kiedy to zobaczy. Do tej pory nie wiem co. A mówią, że po 3-meo-pcp nie można wpaść w dziurę.

  Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, czy rzeczywiście tam byłam. Prawdopodobnie już wtedy jechałam na kolejną intensywną terapię.  Może była to dziwnego rodzaju retrospekcja spowodowana tym, że kiedyś bralilśmy MXE w tym miejscu i wydawało się nam, że potrafimy siła sugestii zwalniać czas, przejmowac kontrolę nad przechodzącymi ludzmi i przejeżdzającymi tramwajami. W każdym razie z tego, co mi później opowiadano, nasz sąsiad zadzwonił po karetkę, kiedy nieprzytomna leżałam pod własnymi drzwiami. Ciekawe, gdzie się wybierałam bez butów. Nie wiem, w co mam wierzyć i czy w cokolwiek.

  Kolejnym dziwnym efektem jakiego doświadczyłam, było znalezienie się w przestrzeni wyjętej jakby z jednej z gier na Wii. Może Zelda, może Yoshi. Przede mna pojawiła się widmowa twarz M, który telepatycznie wyjasniał mi, że tak wygląda komunikacja w prawdziwym świecie i nie jest to coś, czego musiałabym się bać. Nie przypominam sobie zreszta, żebym odczuwała cokolwiek innego poza błogością i przeczuciem bycia blisko Czegoś. Wyczuwałam też przy sobie mentalną obecność son (nic dziwnego, pewnie akurat waporyzowala MXE, albo próbowała wysadzić łazienkę), M. i oczywiście Kosmo. Ten ostatni był w Gnieździe Misiokłaczków. Choć wtedy nazwałam to w myślach 'The Hive' , a głosy Misiokłaczków oznajmiały mi, że jestem już blisko połączenia się z Kosmo w nierozerwalną całość. Tak bardzo na to czekałam. On też był pewnie wtedy po 3-meo-pcp.

  Tak, wiem, że powyższy akapit jest jakby żywcem wyjęty z pamiętnika Chaotki, czyli 'Jak spędziłam dzień po homeopatycznej dawce DXM i niemytym powoju' ale nic na to nie poradzę. Przedstawiam Wam to tak, jak pamiętam. Najprościej, najlepiej podobno.

  Nastepne, co zapamiętałam, to to, jak weszłam do jakiegoś szpitalnego pomieszczenia. Było małe, jasne i miało wiele przycisków, rur i rurek. Jedną z nich odczepiłam od punktu zaczepienia i coś zęczelo wylewać się na podłogę, a swiatełka zamrugały. Włączył się alarm (wmojej głowie?), a pomieszczenie uniosło się powoli w powietrzę. Nie bujam. Bujałam się za to w wielkiej bańce zbudowanej z luźnych molekuł. Widziałam każda z nich osobno, widziałam wzory strukturalne (narkotyków pewno), a przez tą piękną siateczkę zwiazków chemicznych przebijały się dwie twarze - pielęgniarza i pielegniarki. Każda cząsteczka mojego nic nieważącego ciała krzyczała 'JAK ZAJEBISCIE'. Teraz już tak będzie zawsze. A, tu Was mam, macie takie technologie, a z szaraczkami się nie dzielicie. Pielęgniarze, jak mi się wtedy wydawało, mieli podobny do mnie ubaw. Wiezli mnie gdzieś w tym molekularnym worku, śmiali się nade mną, łaskotali mnie. No bajera, mówię Wam.

  Pózniej leżalam na łóżku szpitalnym w tym śmiesznym, wiązanym z tyłu kubraczku i niczym więcej. Dwie osoby o ciemnej skórze pochylały sie nade mna. Pielegniarka wydawała się pochodzić z okolic Ekwadoru, lekarz o dalekowschodniej urodzie. Mimo to w komitywie odprawiali nade mna muzułmańsko-pogańskie (szczęściem nie mistyczno-kabalistyczno-mistyczne) rytuały. Chcieli wypędzic ze mnie resztki katolicyzmu (a ostały się jakieś?). Dwie religie walczyły o moja dusze zażarcie. Kto wygrał, nie pamiętam i niewiele mnie to obchodzi.

  Nastepnie, ojjj, to bolało. Z jednej strony stara, brzydka jak noc pielęgniarka przypina mnie do lóżka. Z drugiej strony, nieco młodsza i nieco ładniejsza robi to samo. Z racji tego, że zarejestrowalam u siebie brak majtek i dziwnie rozchylone nogi, nabrałam pewnosci, ze czeka mnie zabieg aborcji. Zajebioza, akurat tego jeszcze nie miałam w ostatnich dniach. Czekałam tylko na kosmitów i sondę analną. Tylko co, do Jasnej Anielki chca ze mnie wygrzebac? Nie przypominam sobie, żebym ostatnio, czy kiedykolwiek była w ciaży. A moze to zabieg usunięcia macicy, żeby te spierdolone geny nie rozeszły sie po swiecie w postaci mini-politoksykomanow? I tak nigdy nie miałam tego w planach. Nawet gdyby, byłam zbyt zdezorientowana, by stawiać opór.

  Nieco się uspokoiłam, wróciła mi mowa, znow zachciało mi sie siku i tutaj mozna przekopiować akapit z części pierwszej mojego upadku. Znów metalowy pojemnik i instrukcja, nie idzie, to na wózeczek. Nie idzie, to do łóżeczka i zapinamy kajdanki, bo pani za czesto chciala zwyczajnie powiedziec ' sajonara', 'nara', ' spierdalaj' . Prawda, po każdym przypięciu odgryzałam plastry i rzepy wzmacniające kajdanki. Był to pracochłonny i bolesny prces, zważywszy na moja strupią twarz.

  Zadzwoniono do mojego ojca, który dziwnym zbiegiem okoliczności (taaa, jakby kto synchroniczność pojął do konca, to bankowo skonczyłby z pętelką u szyi) był w tym samym szpitalu, gdzie zakładano mu gips. Nie poznałam własnego ojca po głosie, bo i niby dlaczego miałby mieć zakładany gips, skoro wczoraj rączki miał zdrowe? Otóż jak sie później dowiedziałam, probował zabić Kosmo za przypalanie mnie petami na plecach. Karma. Cóż, różne rzeczy robiliśmy w łóżku, ale zabaw z ogniem to nie było. Poza tym to, co miałam na plecach, nie przypominało ran po przypaleniu ćmikiem, raczej jakby sam Lucek smagał mnie rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem. Do dziś sprawa pozostaje niewyjaśniona.

  Po kilku nieudanych próbach ''pipi machen'' przywleczono mi do pokoju telewizor, gdzie mogłam do woli oglądać teleturnieje dla dzieci i filmy dokumentalne o Rzeszy. Następnie przyszedł mój ojciec i ciskajac gromy oznajmił, że jeśli teraz nie wyrażę zgody na leczenie, to nikt nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

  Tak więc po całej nocy oglądania telewizji na przemian z Próbami Urynowymi, o 9 rano przewieziono mnie jak worek kartofli do szpitala psychiatrycznego, gdzie pozostałam (najczęściej przypięta do kroplowki) przez pieć dni. Bywało i wesoło. Podczas meczu finałowego Niemcy-Argentyna (Wie sind Weltmeistern!) na ogół spokojny chłopak, zdemolował pokój zabaw, gdzie wcześniej tańczyliśmy do Eminema i ' kto wypuscił psy' . Czas zabijało się podtrzymywaniem Ognia Olimpijskiego w palarni (nie mogliśmy mieć zapalniczek, bo jeszcze stanął by w ogniu nasz wielki dom), grą w Chinczyka i flirtowaniem z Markusem pociętym jak szynka bożonarodzeniowa. To ostatnie było bardzo niewinne, bo w tym stanie pies z kulawą nogą by na mnie nie naszczał, gdybym się paliła

 Teraz, kiedy to piszę, zabijam piwem chlorprotiksenową suchość w ustach. Cóż, kiedy nie ma wody na pustyni, jest i piwo. Od czasu powyższych wydarzeń minął miesiąc. Teraz, nie liczac neuroleptyków przepisanych przez Najlepszego Lekarza na Swiecie, nie biorę nic. Nadal cieżko wykrzesać mi z siebie entuzjazm, nadal doskwiera mi brak kontaktu z Kosmo, ergo chujoza.Nie wiem, czy czas leczy rany. Te na twarzy niemal zniknęły, te na sercu wciaż krwawią. I tym pompatycznym frazesem żegna się z Wami Wawojka, zwana tez Padliną.

 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Przeczytałem Twoje dwa ostatnie raporty i aż mi się naprawdę smutno zrobiło. Twoja historia jest przerażająca.

Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić co bym zrobił będąc wtedy na Twoim miejscu, jakbym miał przetrzymać 

to psychicznie. Współczuje i gratuluję odwagi, że napisałaś te raporty. Ludzie na ogół  nie lubią się dzielić sowimi dramatycznymi przeżyciami. Starają się od nich uciec, ukryć je w czeluściach pamięci. Ty postąpiłaś inaczej. 

 

Czytając raporty bardzo zastanawiało mnie to co się Tobie stało, że miałaś wstrząs mózgu i byłaś w takim tragicznym stanie i dlaczego rodzina zaczęła Ciebie szukać? 

 

Życzę szybkiego powrotu do zdrowia i rozwiązania problemów narkotykowych. 

GreenBoy 

Miałem podobne odczucia po lekturze. Przyłączam się do życzeń.

Dziekuje. Napisalam ten TR, wczesniej wyslalam go kilku znajomym, zeby wstepnie ocenili, czy nie jest za mocny. Nie mialam zamiaru go publikowac, ale doszlam do wniosku, ze tego typu wypracowan jest tu malo, wiec moze moje rozdrapane wspomnienia wywaza nieco dysproporcje pomiedzy zachwytami narkotykami, a szczerymi, acz przykrymi wyznaniami. Do zdrowia i szczescia jeszcze dluga droga i duzo czasu, bede sie starala, bo nikt za mnie tego nie zrobi. Choc jest tu i w moim otoczeniu wielu ludzi, ktorzy mi pomagaja. I ja Wam zycze zdrowia i szczescia :) 

Szacunek za napisanie TR. Też życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Aczkolwiek, pomijając stany w jakich byliście razem, czemu tęsknisz za kolesiem, który gasił na Tobie papierosy? Sick! Dobrego masz tatę, to samo bym chciał zrobić na jego miejscu.

 

Pozdrawiam!

To, ze owy ´koles´ gasil na mnie papierosy jest tylko domyslem mojego taty. Ciezko ocenic, czy tata jest dobry, czy nie, na pewno dobrze kladzie kafelki. Ani ja, ani Kosmo nie pamietamy, zeby ktos (Kosmo, moj stary czy tez Twoj Stary) gasil mi pety na plecach, wiec sprawa jest nierozwiazana. Powrocilam wzglednie do zdrowia, z ´kolesiem´ zobacze sie za miesiac. Moze pogasimy troche petow na moich plecach, zeby sprawdzic, czy to zostawia podobne slady, hehe. 

Pozdrawiam rowniez :)

Kiedyś się nie lubiłyśmy. Właściwie nie wiem jak to się stało, że zmieniłaś do mnie stosunek. Mniejsza o to. Od czasu do czasu czytam Twoje raporty, wracam do nich i mogę powiedzieć, że odczuwamy podobnie. Odczuwamy tę chorą dysocjantową tragedię razem tylko w dwóch ciałach i z dala od siebie. Ktoś kiedyś powiedział, że dysocjanty świetnie działają, otwierają umysł. Gówno prawda, zamykają w ciasnej klitce mózgu i odrywają od rzeczywistości. Chcesz tylko więcej i więcej. Doszłam do tego felernego momentu kiedy MEO nabieram już łyżką nie nożem, bo z noża się zsunie a łyżką wygarnę i spadnę gdzieś w odchłań. Mam nadzieję, że u Ciebie tak nie jest/nie będzie. 

Co do dziury właśnie. Da się w nią wpaść, da się też spokojnie przeżyć sigmę. 

P.? Brzmi to jak zaburzenia dysocjacyjne, kilka razy po DXM wydawało mi się, że jestem kimś zupełnie innym, że prześwietliłam istotę jego życia na wylot w jednej sekundzie, intuicyjnie. Ciekawi mnie po prostu, czy inni też tak miewają po dysocjantach. Chciałabym nabierać to łyżką. 

Życze powrotu do zdrowia i naprawdę świetny tr. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media