Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[3-meo-pcp, 5-madpb] zaburzone wspomnienie

[3-meo-pcp, 5-madpb] zaburzone wspomnienie

  Dopiero dzisiaj uswiadomiłam sobie, ile czasu mineło od mojego ostatniego upadku. A może on nastepuje własnie teraz, kiedy o pierwszej w nocy piszę te słowa popijajac piwo gaszące zewnętrzny żar, przykrywające wewnętrzną pustkę.

  Intencje były, zdaje się, słuszne. Diagnoza - politoksykomania z wskazaniem na uzależnienie od opiatów. Powód hospitalizacji - przedawkowanie opiatów, które nie miało miejsca. Zamówiliśmy pół grama 3-meo-pcp, trochę 5-MADPB i 5-meo-mipta, które miały nam ubarwić i tak, zapewne, kolorowy festiwal Antaris. Ostatecznie wylądowałam na zupełnie innym festiwalu. Dysocjant mial nam pomóc w wyjściu z opiatowego ciągu, który trwał więcej niż miesiąc. Nie potrafię dokładnie wskazać momentu, kiedy pierwsza kostka domina zaczeła się chwiać. Może było to wtedy, kiedy reanimowałam K. po przedawkowaniu heroiny? Może wtedy, kiedy po raz drugi zgubiłam torebkę, tym razem bedąc trzeźwa? Nie wiem, co mogę w tym momencie jeszcze stracić. Straciłam zaufanie, straciłam tymczasowo Kosmo, dowód, pieniądze, aparat ze zdjęciami, wzglednie użytkową twarz i resztki niewinności.

  Cieszyliśmy się z szybko dostarczonej przesyłki. Obudziliśmy się z reką w nocniku i wszystkie przygotowania do wyjazdu pod Berlin były nieco chaotyczne. Strzykawki i igły kupiliśmy już wcześniej, więc nie powstrzymaliśmy się niestety od standardowej, wydawałoby się dawki 3-meo-pcp na rozkręcenie (lub zakręcenie) się przed imprezą. Ok. 25 mg 3-meo-pcp ładowało się długo. Prawdopodobnie dowaliłam też nieco 5-MADPB z przygotowanej wcześniej dawki. Nie jestem w stanie powiedzieć ile i w ogóle niewiele mogę Wam o tym napisać. Pamiętam jedynie wrażenie przebywania w dwóch światach jednocześnie, jakby lewe oko spogladało w zupełnie inny tunel rzeczywistosci niz prawe. Było chaotycznie, słoneczne splątanie oglądane z perspektywy podłogi, gdzie leżeliśmy przytuleni jak dwa szczenięta. Względnie szybko doszliśmy do siebie, żeby przystąpić do dalszych przygotowań. Należało ustawić się z M. w celu zakupienia diazepamu. M. jak to on, nie zawsze miał czas. Starszy gość, ma swoje życie, lecz cenię go za opanowanie i tolerancję, jaką wykazywał względem nas. To własnie u niego w domu K. nieomal odwalił kitę.

  Godzina spotkania była na tyle odległa, że postanowiliśmy przygotować kolejną dawkę, żeby puknać sobie w parku, kiedy już kupimy diazep. W planach dwadzieścia dwudziestek za dwadzieścia - rozbój, zwłaszcza przy mojej niepodatności na benzodiazepiny. Niemniej niepraktycznie byłoby gdziekolwiek ruszać się bez nich. Musiało być już późno, kiedy spotkaliśmy się z M. na ławce. Było ciepło, więc mogłam ubrać szorty - praktyczne odzienie, kiedy ma się w planach plenerowe iniekcje domieśniowe. Szybka wymiana dóbr z M., który nie był specjalnie zdziwiony naszymi zamiarami. Wszak kiedyś wziął od nas 2 mg DOC'a, a później 60 mg metoksetaminy. Gość jest dobrze po czterdziestce, ma za soba (choć nie do końca) nałóg heroinowy i dzięki (czy też przez) naszym zachętą dowiedział się, jak jest po ciemnej stronie księżyca. Cóż, dla jednych ciemna, dla innych jasna. W tym momencie mamy jakby niekończący się, niezdecydowany wieczór. Choć ja mam szczerą nadzieję, że to jest jednak poranek.

  Odkaziłam ręce i miejsce wkłucia, po czym bez problemow podałam sobie kolejne 25-30 mg 3-meo-pcp. Widzę to teraz z całą wyrazistością. Pomimo wstrzasu mózgu i ostrego hppd. Pastelowe kolory zachodzącego słońca w dobrze znanym miejscu, M. siedzący obok w nienagannie białym dresie. Wyglądał w nim idiotycznie. Kiedy spotkałam go dzisiaj przez przypadek, powiedział mi, że ów dres jest nieodwracalnie upierdolony. Może to nawet lepiej.

  Wyrazistość tej sceny zmusza mnie do zastanowienia się, czy teleportacja jest rzeczywiscie możliwa. Bo to, że wszystko jest względne, już dawno względnie sobie wyklarowałam. Ile głów, tyle światów. Złośliwy Zdysocjowany Misiokłaczek musiał zapierdolić mi takiego gonga, że odbiłam się od powierzchni rzeczywistości, a światło zmieniło się w ciemność. W brak. Jak twarda była ów powierzchnia, przekonałam się dopiero po kilku długich godzinach.

 Szłam beztrosko w stronę fascynujacego przedmiotu, zawierającego ludzi w środku. Miałam wrażenie, że potrzebują mojej pomocy. Przedmiot stał zaparkowany pomiędzy nieszczególnie wyróżniajacymi się czymkolwiek budynkami. Już nie raz błądziliśmy z K. pomiędzy podobnymi mysląc, że jesteśmy już blisko domu, będąc rzeczywiście w innym mieście. Prawdopodobnie już wtedy trwały poszukiwania mojej bezcelowej wówczas osoby. Z K. w roli psa tropiącego, bowiem poruszał się on na czterech, czasami trzech kończynach. Moi rodzice wyposażeni w latarki przeczesywali teren, truchlejąc przy każdym konarze, który mógł z grubsza przypominać kształt ludzki. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo chciałabym teraz odwrócic świat i odbierać w tej chwili polecony o wiadomej zawartości. Z niekłamaną przyjemnoscią, pierwszy raz w życiu spłukałabym narkotyki w kiblu, zdetonowała, zakopała, odesłała do Chin.

  W środku fascynującego przedmiotu było jasno, dziwnie sterylnie. Postać coś do mnie mówiła. Chciałam jej odpowiedzieć, zapytać, czy moge w czymś pomóc. Nie musiałam, mój wygląd był wystarcząjaco wymowny. Wątpię też, czy byłabym w stanie wymówić coś bardziej skomplikowanego niż ''amaaaa''.  Jak się już pewnie domyślacie, owym fascynującym przedmiotem była karetka pogotowia. Nie pamiętam drogi, jakby jej nie było. Jakbym prosto z wnętrza karetki weszła do tajemniczych podziemnych tuneli. Zaskakująco jasnych podziemnych tuneli, wyłożonych zielonymi (odcień martwych glonów) kafelkami. Nie zastanawiałam się wtedy co to za miejsce, kim jestem, osiagnelam stan idealnej bezmyślności z zachowaniem szczegółów w pamięci. Niewielu, ale jednak. Własciwie nie potrzebuję więcej. Człowiek ze Srodka Przedmiotu był bezosobowo miły, wysłannik podziemii oprowadząjący jednoosobową wycieczkę. Domyślam się, że później przedstawił mnie innym mieszkańcą tej sterylnej krainy i zaproponowali mi odpoczynek po podróży w równie sterylnym lóżku. Nie pamiętam.

  Przy kolejnym przebudzeniu odzyskałam, choć nie w pełni, zdolność rozumowania. Zaskoczyła mnie sytuacja, w jakiej się znalazłam. Widać zdolnością do obserwacji zastąpiłam pamięć. Niesprawiedliwa wymiana. Do mojego ciała był przypięty długimi, rurkowatymi mackami Wielki Przedmiot. Na jego płaskiej twarzy, która była jedynym źrodłem światła, wyświetlały się cyfry, symbole, płynęły kolorowe linie. Po mojej prawej stronie stała niesamowita konstrukcja, zbudowana z małych szufladek, przycisków, klamerek. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z bólu, w jaki zmieniło się moje ciało. Własciwie nie było wiele poza nim. Poza bólem. Zmieniało sie tylko jego natężenie i miejsce. Pierwsza była twarz. Coś było z nią nie tak, lecz nie potrafiłam określic co. Sytuacja pęchęrza była jednoznaczna, musiałam się odlać w najbliższej przyszłosci. To znaczy już. Cała reszta była bólem na poziomie medium.

  Pierwszą czynnoscią, jakiej się podjęłam, było odklejenie od siebie Maszyny. Drugim impulsem, ktory napłynął mi do mózgu, była chęć jak najszybszego opuszczenia tego miejsca. Lub, na dobry początek, odlania się. Dźwięk Maszyny przyciągnął uwagę pielęgniarek. Nie pamiętam ich zbyt dobrze, wiem tylko, że udało mi się wyartykuować chęć pójścia do domu. Jakkolwiek byłoby to daleko. Nie mogłam pojąć ich sprzeciwu. Przecież to ja, z potrzeby serca, wyszłam  z pomocą pielęgniarzowi w karetce. Naturalnym wydawało mi się, że skoro mogę się poruszać, mogę też opuścić to miejsce. Natychmiast. Wstałam więc. Połozono mnie na powrót do łóżka, przypinając znów Maszynę do mojego ciała. Widać siostry mnie nie zrozumiały, mogło tak się zdarzyć, bo byłam zmuszona komunikować się w języku niemieckim. Odpięłam więc Maszynę i spróbowałam jeszcze raz zwyczajnie wyjść.  Tym razem opór sióstr był większy, widać nie zrozumiały mnie bardziej. Do znanych mi już macek dołączyły metalowe obrączki na nadgarstki, które jakimś sposobem wyrosły z łóżka. Kurwa. Przez kolejne godziny, ku własnej zgrozie trzezwiałam, a co za tym idzie, uświadamiałam sobie swoją sytuację. Potrafiłam już dokładnie zlokalizować ból, który promieniował z tyłu glowy, z przodu twarzy (głównie z lewej strony) i z nieopróżnianego dawno pęcherza.

  Kolejne, tym razem pokojowe podejście. Zawołałam siostre, aby oznajmić, że koniecznie muszę sie odlać. Nie ma sprawy. Po chwili przyjechał do pokoju wózek, a moje zbolałe nadgarstki uwolnione. Swietnie, w końcu gdzieś jedziemy! Wózek okazał się nieszczególnie udaną imitacją toalety. Podnosisz siedzenie i widzisz dziurę wycietą w metalu, pod którą podłożono metalowe naczynie na mocz. Jesteś szczęśliwym człowiekiem, jeśli nie widziałeś nigdy czegoś takiego na oczy. NIE MA TAKIEJ OPCJI. Nie no, zwyczajnie, kurwa, nie. Wysiadam. Widocznie siostry znów mnie nie zrozumiały, a może w ich dziwnym świecie tym własnie jest toaleta. Nie ważne, nie byłam w stanie oddać moczu na tym urządzeniu. Choć ze wstydem przyznam, że próbowałam.

  Korzystając z okazji, kiedy już nie jestem przypięta do łóżka, siostra okazała się być na tyle miła i pokazała mi kolejną atrakcję, jaką było lustro. Akurat przy nim kończył się zasięg macek. Nawet nie byłam zdziwiona, nie rozpłakałam się, nie krzyczałam. Parę razy w życiu zabrakło mi słów i to był jeden z tych momentów. Własciwie nie bardzo mogłam identyfikować się z tym obrazem, bo większa połowa twarzy wydawała się krwawiącym strupem. Poza tym widziałam jedynie szeroko otwarte oczy i nieprzyzwoicie spuchnięte usta. Jakbym przedawkowała botoks. Na całe szczęscie, w momencie kiedy to pisze (minelo 10 dni) wyglądam niemal normalnie. W tym sensie, że twarz i cała reszta siniakow, ran, otarć i blizn bardzo szybko się goi. Zostało mi jedynie zaczerwienienie pod lewym okiem, dwa małe strupki na brodzie i jeden większy pod nosem (sieg heil). Cała reszta jest nieszczęściem.

  Kilka godzin katatonii. Pamiętam jedynie, jak wołałam Misiokuaczka. Głośno. Koszmar jeszczę się nie skonczył. Czy to moi rodzice, czy kolejna imaginacja? W tym momencie poznałam w nich boskich posłańców. Reprezentowali to, do czego chciałam wrócic i na pewno nie byli basenem na kółkach. Mogłam już swobodnie się wysławiać, ale najpierw usłyszałam sprawozdanie z wielkiego polowania na naćpaną mnie. Samo to pewnie byłoby materiałem na osobny trip report, podobnie jak to, co równocześnie przeżywał K. Z tego, co sie dowiedziałam, jemu swobodna zdolność wysławiania się nadal nie powróciła. Pomimo zmeczenia (obu stron) zdobyliśmy się na humorystyczny gest upamiętnienia moich szczątków na fotografii. Mama strzeliła mi trzy fotki telefonem. Na mojej ulubionej odwracam z bólem głowe, eksponujac przy tym wenflon wbity w przedramie. Obublikowałabym je tutaj, ale jesteśmy na Neurogroove, nie na Rotten.com. To była mila pamiątka, memento mori. Szkoda, że mam taką krótką pamięć...

  Rodzice po rozmowie z personelem oznajmili mi, że z powodu doznania wstrząsu mózgu przenoszą mnie na obserwację. Kolejny dzień w szpitalu upłynął mi na rozmowach z pielegniarką, rodzicami i psychiarą. Ten ostatni doradzał mi bezpośrednie przeniesienie do szpitala psychiatrycznego na detoks, później na terapię stacjonarną. Oczywiście nie zgodziłam się, choć brzmiało zachęcająco. W tym momencie zdawałam już sobie sprawę, że mam problem, ale chciałam go rozwiązać później. Bardzo spieszyło mi się do Kosmo. Ale jeśli chodzi o szpital psychiatryczny - co się odwlecze, to nie uciecze. Następnego dnia, po niemal przespanej nocy, nad ranem tato odwiózł mnie do siebie. Porozmawiałam z mamą, wypiłam kawę i zawlokłam swoje godne pożałowania szczątki do domu.

 

 

CD(niestety)N.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media