Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[4-aco-dmt + dxm] liźnięcie światła

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
225 mg DXM + 20 mg 4-aco-dmt. Kosmo wrzucił 300 mg DXM i tyle samo tryptaminy, jednak dxm parę godzin wcześniej.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Lekkie zmęczenie fizyczne jak i emocjonalne. Przez trzy dni gościliśmy u siebie ojca Kosmo i jego partnerkę. A, że goście to byli zabawowi to i lały się oporowe ilości browarów, a Akodin z Thiokodinem sypały się garściami. Mój organizm przyjął to nadzwyczaj dobrze, a nawet tego wyczekiwał, hehe. Nie mam swobodnego dostępu do ww. substancji. I bogu dzięki. Jedynymi efektami ubocznymi nadmiernego, bądź co bądź, eksploatowania organizmu, była lekka zgaga i niewyspanie, z powodu dzwięków wydawanych przez mojego teścia, kiedy śpi. Przypominają pracujacy kombajn. Decyzja o wrzuceniu tryptaminy była spontaniczna. Reasumując: stan fizyczny: 7 na 10, psychiczny: 9 na 10. Czułam kompletny luz i świadomość, że nic nie ciąży mi nad głową i pierwszy raz od jakiegoś czasu wszystko układa się po mojemu, nawet bez mojej ingerencji.
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Istotne w tym wypadku są dysocjanty i psychodeliki: DXM (milion piećset sto dziewiećset razy, jesteśmy z Kosmo prawdziwymi fanatykami odklejenia), MXE (tu nie inaczej), 3-ho-pcp, coleus, 3-meo-pcp, Salvia, grzyby (łysice), LSA, LSD (podobno), 5-IT, Bromoważka, 2c-b, 2c-t-4, 3c-p, DOM, DOB, 4-ho-met, 4-ho-mipt, 4-aco-dmt, 25b-nbome, 25c-nbome, 25d-nbome, 25i-nbome, 25n-nbome, gałka muszkatołowa, datura, dimenhydrynat, ditropan, benzadymina. Więcej grzechów nie pamiętam. Nie ma potrzeby wklepywać całego narkotykowego CV, gdyż przez siedem lat przygody z substancjami psychoaktywnymi przetestowałam ich na sobie cała masę, co nie znaczy, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć, o czym poniżej. Była to dopiero druga próba z 4-aco-dmt, teraz podobnie jak wcześniej, w miksie z DXM.

[4-aco-dmt + dxm] liźnięcie światła

  Opisywany trip miał miejsce wczoraj, czyli trzeciego maja. Cały dzień (właściwie to tydzień) obfitował w dosyć intensywne przeżycia. Do tego w ostatnim miesiącu pobijam rekordy w częstotliwości jedzenia DXM w dawkach antydepresyjnych. A jak wielu z Was zdaje sobie sprawę, poprzeczkę zawiesiłam sobie wysoko. Ostatnim psychodelikiem jaki przyjmowałam było 2c-t-4 tydzień wcześniej, co w moim przypadku nie powinno mieć wpływu. Poprzednim razem przyjęłam 25 mg 4-aco-dmt i 300 mg DXM. Nie udało mi się odkryć pełnego potencjału tej tryptaminy (teraz sądzę, że bardziej prawdopodobne jest to przy podaniu domięśniowym - zresztą to zdanie stało się dla mnie charakterystyczne :), jednak trip był na tyle udany, że zachęcił mnie do dalszych eksperymentów. Ten na pewno nie był ostatni. 

  Przechodząc do wlasciwego TR: mój tripowy i życiowy partner wrzucił tego dnia DXM wcześniej ode mnie. Nie wiem która mogła być to godzina, w każdym razie po południu. O osiemnastej mieliśmy odprowadzić naszych gości na autobus do Polski. Musieliśmy wyjść godzinę wcześniej, gdyż z naszego domu mamy pół godziny jazdy tramwajem do dworca. Spakowałam blistry kaszlaka do torebki i wyjechałam razem ze wszystkimi w stronę centrum miasta. W tym czasie Kosmo był już konkretnie, jak ja to mowię, 'zmisiowany' przez DXM i kilka piw, które wypił w ciągu dnia na sportowo i jakby mimochodem. Dojechawszy na miejsce ulokowaliśmy się z całym majdanem na przystanku i pozostało nam czekać na autokar. Kosmo rozmawiał z ojcem i przekomarzał się z jego dziewczyną, a ja w tym czasie zajadałam kaszlaka przygladając się intrygujacej mulatce :) Przed wyjściem zjadłam kanapkę i zalałam ją piwem, nie spodziewałam się więc zbyt szybkiego wejścia substancji. Po kilkunastu minutach przyjechał autobus i pożegnaliśmy się gorąco. Postanowiliśmy jechać z dalszego przystanku, żeby przespacerowac sie po centrum miasta i zrobic zakupy. Najpierw wstapiliśmy do Lidla, bo Kosmo stwierdził, że jest głodny. Skierowaliśmy się w stronę następnego przystanku, po drodze zatrzymaliśmy się przed sklepem z ubraniami, chciałam sobie coś kupić. Kosmo zabrał się do pałaszowania - w jedną rekę złapal wielki, okrągły chleb, w drugą parówkę. Oczy miał czerwone i głodne, z wariackim wyrazem twarzy odrywał zębami wielkie kawalki chleba i zagryzał parówką. Ze sklepu wychodziły dwie nastoletnie maniurki, Kosmo pomachał jednej przed nosem parówką i zapytał, czy chce kawałek. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy odpowiedziała ' nie, dziekuję'. A mieszkamy w Niemczech. :) Strzeliłam Kosmo zdjęcie kiedy pożeral ten chleb - przed sklepem, koło kosza na śmieci. Cały czas byłam zgięta w pół ze śmiechu. Weszłam do sklepu poszukać czegoś dla siebie, K. przewrócił oczami i usiadł na witrynie sklepowej, bo zazwyczaj pękają mu wrzody na mózgu, kiedy towarzyszy mi w sklepie. Przy segmencie z bielizną zrobiło mi sie ciepło i 'zapadłam się w sobie', czemu towarzyszyło lekkie poruszenie żołądka. Poczułam się wytłumiona od świata zewnetrznego i otulona ciepłą pianką, oddalona od świata. Te specyficzne uczucia były pewnie spowodowane tym, że przez trzy dni brałam kodeinę, co lekko zmieniło profil działania DXM. Zabrałam wybrane ubrania do kasy i z przyjemnoscią wyszłam na chłodniejsze powietrze. 

  Teraz bez przeszkód skierowaliśmy się w stronę najblizszego przystanku. Chcieliśmy jak najszybciej być w domu i przyrzadzić ciepłą, parujacą dawkę tryptaminy. W tramwaju straciłam ochotę na rozmowę, przytuliłam się do Kosmo i w takim letargu dojechałam do domu. 

  Kiedy już byliśmy na miejscu, umyliśmy tylko ręce, wyciągneliśmy cały potrzebny sprzęt i zabraliśmy się do sporządzenia dawki. Ani się nie obejrzałam Kosmo podał mi nabitą strzykawkę. Kupiłam nieco zbyt krótkie igły, więc musiałam się wbić w najbardziej widoczny mięsień na wierzchu uda. Tłoczek docisnęłam do oporu, mięsień lekko zaszczypał. Kosmo usiadł na sofie, ja poszłam do sypialni przebrać się w coś wygodniejszego. Tam bylo ciemno - zrobiło sie późno, a nam spierdoliło się oswietlenie w tym pokoju. Nagle poczułam zupełną dezorientację, przez głowę przeleciała mi myśl, że umieram. Ciało było pustym hologramem niepozbawionym mimo to przedziwnych odczuć fizycznych. Zawładnęła mną panika i chaotyczne myśli. Zdawało mi się, że dostałam reakcji paradoksalnej, martwicy, zespołu serotoninowego i Tourett'a. Płuca miałam zbyt duże w stosunku do objętości powietrza, które mogłam zaczerpnąć. Przypominałam sobie wszystko, co do tej pory czytałam o 4-aco-dmt i miksach tej substancji. Całe pole widzenia zajęły rozżażone punkty, spływające różowym światłem po ścianach, drzwiach i dywanie. Swiatło wpadające z salonu obiecywało odrębny, pełen nadziei świat kryjący się za drzwiami. 

  Wychyliłam glowę sprawdzając gdzie jest Kosmo. Owa głowa w tym momencie trafiła do innego uniwersum. Kosmita nadal siedział na sofie. Wpatrywał się w ścianę i wygladał, jakby przeżywał mentalne męki. Zapomniałam, że on nawet na trzeźwo ma w zwyczaju zastygać w takiej pozycji i opuszczać świat żywych. Powiedziałam mu, że się boję. Przyszedł do mnie, podzieliłam się z nim moimi przypuszczeniami, że zaraz odwalę kitę. Powiedział mi, żebym się uspokoiła i polożył mi ręce na ramionach. Jego słowa podzialały na mnie jak zaklęcie. Puls i oddech wrociły do normy, świat dookoła mnie zrobił się jeszcze dziwniejszy, ale teraz dostrzegłam w tym piękno. Położyłam się na łóżku, oczy miałam wielkie, nienasycone, usta rozchylone w wyrazie nieopisywanego zdumienia. Obszary mózgu odpowiedzialne za funkcje mowy były w tym momencie zupełnie bezradne wobec tego, co działo sie wokół mnie. Nawet teraz, kiedy sobie to przypominam, przychodzi mi na myśl jedynie 'o kurwa'. Niezwykle elokwentne, ale (tu pojadę psychodelicznym banałem) są doświadczenia, które wykraczają poza mózg i zdolnosci lingwistyczne człowieka. Moge spróbować opisać wrażenia wizualne, bo w sferze mentalnej bylam wielkim, obezwładniąjacym zachwytem nad Chwilą. To, co widziałam przypominało nieco jeden z obrazów Alex'a Gray'a. Pole widzenia było poprzedzielane pionowymi, falujacymi liniami, przesuwajacymi i zakrzywiajacymi perspektywę. Pomiędzy nimi miarowo wirowały rozżazone, lekko seledynowo-zółte w ciemności pokoju punkty. Przyjęłam fakt, że Kosmo rozebrał mnie i zaczął całować jako coś oczywistego, naturalnego i napawającego szczęściem. Właściwie w ogóle nie myślałam nad tym, co się dzieje. Docierajace do mnie bodźce nie były analizowane i oceniane - raczej intuicyjnie przyjmowane za coś naturalnego i potrzebnego, w swoim miejscu w czasie i przestrzeni. Myślę, ze to stan unikatowy dla połączenia dysocjantu z tryptaminą podaną domieśniowo. Coś podobnego przeżyłam jedynie pod wpływem 3-meo-pcp w miksie z 4-ho-metem. Wtedy jednak nie znajdywałam się mentalnie poza moimi myslami, jak w przypadku 4-aco-dmt. Raczej różniło się to tym, ze fabularyzowalam docierające do mnie bodźce, przez co moje wrażenia stawały się bardziej fantastyczne (później opisałam to sobie jako science-fiction opowiadane we własnej głowie, pod wpływem sugestii zmieniajace odbieranie rzeczywistości w czasie rzeczywistym i vice versa - odbierana rzeczywistość pisze tą historię), czego nie doswiadczyłam w przypadku 4-aco. Miłosc fizyczna pod wpływem tych dwóch substancji wydawałaby mi się na trzeźwo dosyć zaskakująca. Gdybym zapomniała o tym, kiedy zdarzało mi się to przy innych spotkaniach z psychodelikami czy dysocjantami. :) Oczywiscie oszczędzę Wam techniczno-emocjonalnych szczegółów Zbliżenia (tak bym to mogła nazwać), bo to wrażenia zbyt osobiste, żeby się (tym razem :) nimi dzielić. W dodatku obawiam się, że dla czytelnika i tak byłyby niezrozumiałe. Każdy ma swój własny język, ciąg skojarzeń, rzeczywistość. Zwłaszcza dysonans dotyczy spraw głęboko abstrakcyjnych, które każdy wyraża i odbiera (w pewnym stopniu?) inaczej. Ominę tym samym sporą i istotną część trip-raportu. Zeby nie być zbyt nadetę, hehe. 

 Po tym wszystkim, całkowicie usatysfakcjonowani, z checią do zmiany otoczenia, ubraliśmy się i wyszliśmy do innego pokoju. Z rozbawieniem stwierdziłam, że mam jeszcze na szyi apaszkę, ktorą nosiłam przez cały dzień. Nie zdąrzyłam jej ściągnąc po iniekcji, bo wejście tryptaminy wybiło mi z głowy, co miałam przed nim zrobić 

  Przez ten czas, który spędziliśmy w sypialni, jakieś 20 do 30 minut po iniekcji, stopniowo wracała mi zdolność wysławiania się. Przez cały czas używałam jej oszczędnie. Teraz w końcu mogłam podzielić się wrażeniami, co brzmiało raczej jak pojedyńcze zwroty, które okreslały doskonale jakiś wycinek rzeczywistości, który chciałam przekazać Kosmicie. Przy tym czulam, że on te skrótowo-opisowe słowa przyjmuje i rozumie je nawet jaśniej, niż gdybym poświęciła temu dwa akapity. Napawałam się tym i wszystkimi wrażeniami - również fizycznymi. Moje ciało było lekkie i pełne energii. W drugim pokoju było zaświecone jasne światło, w którym wyeksponowany był bajzel, który przy dozie uprzejmości można by nazwać ' artystycznym nieładem' :) Na sofie leżały porozrzucane ubrania, i wszystkie istototne przedmioty pozmieniały swoje miejscę. Zagarnelśmy pracowitymi dłońmi wszystkie wędrujące samoistnie rzeczy i poustawialiśmy je na Jedynych Właściwych Miejscach w rytmie tanecznym, przerzucając się hasłami i zwiazkami wyrazow nie majacymi pewie sensu dla nikogo poza nami. 

  Tematy oscylowały wokół spraw codziennych absurdalnie, wsród dzikich ciągów skojarzeń wywoływujących wybuchy smiechu. Miałam wrażenie, że mogłabym sparodiować dowolnego człowieka, zyskujac przy okazji wgląd w jego jaźń. Skoro już użyłam tego słowa, zacytuje sama siebię: "Gdyby ktoś się mnie zapytał: 'czy masz rozdwojenie jaźni?' Musiałabym szczerze przyznać, że dwóch takich (jazni) nie byłabym w stanie ogarnąć. Z pozycji tej pierwszej (trzeciej,jedynej?) oczywiście. Co samo w sobie nie ma sensu, zwłaszcza, że nikt nigdy się mnie o to nie pytał. Rozdwojenie jaźni jest do zniesienia, dzieje się to bez przerwy, a raczej Zdarzyło się... kiedyś, kiedy Jaźń (Osobowość, Swiadomość, jak zwał, tak zwał) była jedna. I paradoksalnie nadal tak jest, choć od tamtego rozdwojenia zmultiplikowała się w ilościach niewypowiadalnych. Mimo to nadal pozostała jedna. 

Wszystko, co znajduje się w naszej mózgowej bibliotece na regale podpisanym ' Rzeczywistosc' to beletrystyka.". 

 Oczywistym w tym momencie krokiem bylo włączenie muzyki. Równie oczywistym był jej wybór - padło kawałek Kosmo o nazwie ' Kocioł'. Nazwa ta przy okazji opróżniania worka z 3-meo-pcp parę dni później miała odbić nam się czkwaką, ale o tym może kiedy indziej. :) Choć było już późno włączyliśmy muzykę dość głośno. Nadmienię, że Kosmo tworzy ogólnie mówiac psytrance, przy czym eksperymentuje z innymi gatunkami. Po co słuchać teraz innych, kiedy można posłuchać siebie? Opisywanie muzyki jest jak wąchanie smaku. Utwór rozpoczynał się żywiołowym kikiem i ani na moment nie spuszczał z tonu. Przez te siedem minut nieprzerwanie tańczyłam, skakałam po dzwiękach i światach, jakie sobą malowały. Kolejne utwory wydawały mi się tak samo piękne i przepełnione pozytywna energia - ja i one stanowiliśmy obieg zamknięty. Każdy mój ruch był dopasowany do dzwięków płynących z głośników, czułam się trochę jak membrana. 

 Kiedy przesłuchaliśmy już większość Kosmomuzyki, poszliśmy do kuchni na papierosa. Kuchnia w takich sytuacjach służy nam za poczekalnię, przy papierosie zastanawialiśmy się nad wyjściem po piwo. Nie obyło się bez kilku rubaszno-pokręconych żartów, których nie przytoczę, bo mogłyby ucierpiec dzieci, ich rodzice, zwierzęta i użytkownicy hyperreal. Zerknęliśmy na zegarek i naszym oczom ukazała się smutna prawda - wszystkie bliskie miejsca, w których można nabyc PIWO są już zamknięte. Taki świat. Więc, jak juz nam to się czesto zdarzało, podjęliśmy się questa. Najbliższym punktem była stacja benzynowa, oddalona od bazy wypadowej o siedem przystanków tramwajowych. Zaden problem. Ubraliśmy się szybko i wyszliśmy na świat zewnętrzny. Działanie tryptaminy wyraźnie już osłabło. Własciwie nie zaobserwowałam większych zmian wizualnych. Jednak bardziej niż zazwyczaj skupiałam się na tym, co robię. Mając w pamięci to, co zdarzyło się wcześniej, nie sposób nie mieć na uwadze, że życie to magia w czystej postaci. Chciałam ją chłonąć.

  Poczekaliśmy 10 minut na tramwaj - pech taki, że ostatni przed nocną zmianą. Bilet w jedną stronę. Przejazd i zakup minęły szybko i bez przygód. Cieszyliśmy się, że w ogóle dotarliśmy na stację i zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość piwek, coby uspokoiły nas i skierowały w stronę poduszki i kołdry. Problemem była droga powrotna. Było nie było, mieliśmy do pokonania jakieś 7 km. Normalnie to nie problem, ale akurat nie mieliśmy ochoty na nocne spacery przez miasto. Krążyliśmy tak pomiędzy przystankiem autobusowym i tramwajowym. Chodnikiem szła grupka ludzi, zapytałam sie ich o autobus w naszą strone - po niemiecku. Oni zaczę w tym czasie mówić między soba po polsku, wiec dalej poszło nie tyle łatwiej, co zabawniej. Wiedzieli tyle co i ja, ale mieli niemały problem, żeby tą wiedzę przekazać - wyglądali, jakby wracali z wesela i wybierali się na jeszcze jedną imprezę. Podziekowaliśmy grzecznie i skierowaliśmy się w stronę domu. Po drodze był przystanek autobusowy - chwila ogarnięcia, po czym okazuje się, że do jego przyjazdu zostało pięć minut. Uff. Nocny autobus na końcu świata, gdzie chodzą tylko najebani polacy i narkomani po piwo na stację. Zółty autobus nas wchłonął, oczywiście byliśmy jedynymi pasażerami oczekującymi na tym przystanku. Z głośnikow wydobył się męski głos oznajmujący, że muszę się skierować z biletem do kierowcy. Czyli do niego. Wsiedliśmy nie tymi drzwiami, cóż, a było tak wygodnie. Kiedy juz sprawdził bilety, mogliśmy spokojnie jechać do domu. Spokojnie... gdyby nie to, że cały autobus zapełniony był młodymi osobami w wieku od 20-30 lat przebranymi za... właściwie za co? Za fanow dark elektro, kurwa. Myslę, że wiecie. jak to wygląda w wersji hard. Przy moim siedzeniu stał gość w czarnym (a jakby), siatkowym podkoszulku, z czarnymi (...), nastroszonymi włosami, w potarganym płaszczu i ze sztuczną krwia spływajacą po nogawce CZARNYCH spodni. Inni nie wyglądali wcalę gorzej. Pewnie wracali z jakiegoś koncertu, na którym raczej wolałabym się nie znaleźć. 

Wysiedliśmy na przystanku zaraz obok naszego mieszania. Z ulgą wsadziłam klucz do zamka i rozgościliśmy się ostatcznie. Porozmawialiśmy jeszczę chwilę, wzięliśmy prysznic, wypiliśmy piwa i poszliśmy spać. Nie było z tym problemu, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Podsumowując: dla takich (i nie tylko) chwil warto żyć. :)

Ocena: 

Odpowiedzi

Uwielbiam czytać, aż przykro się robi gdy widzisz ze ostatni raport był z marca 2016.

 

Życzę zdrowia i jeszcze raz zdrowia i porządku, który NAPEWNO przyjdzie i zagości w Twoim życiu. 

Szczerze mówiąc, wydalbym ostatnie siano na twoje litery podczas nudy. 

(y) MDM
(y) THC
(y) might be all ?

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media