Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

hippyflipping - czysta niesamowitosc z zaskoczenia

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
50 suszonych skrzatow + 1,5 Supermena
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Paskudna listopadowa aura, nienajlepsze samopoczucie, niewyspanie po 3-meo-pcp, pustka w glowie.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
: DXM, MXE, MXP, difenidyna, 3-meo-pcp, Szalwia wieszcza, Coleus blumei, Amanita muscaria, 3-ho-pcp, DOM, DOC, DOB, 3c-p, 2c-b, 2c-t-4, LSD, LSA, grzyby, 4-ho-mipt, 4-aco-dmt, DMT, 4-ho-met, azaron, Datura, MDMA, galka muszkatolowa, 25i-nbome, 25d-nbome, 25c-nbome, 25n-nbome, dmh. Tyle z psychodelikow i dysocjantow, reszta jest nieistotna.

hippyflipping - czysta niesamowitosc z zaskoczenia

Nie zapowiadało się kolorowo. Za oknem szaro, jak i szare były nasze oczy od niewyspania i dawkowania 3-meo-pcp. Działanie antydepresyjne tego ostatniego jest sprawą mocno przesadzoną. Czułam się całkowicie listopadowo siedząc tak na kanapie z Kosmo i przyglądając się niewidzącym wzrokiem bujającym się na wietrze drzewom. Kosmo wstał, co ledwie zarejestrowałam kątem oka i zdjął coś z półki. Tym czymś była zalegająca tam od kilku miesięcy setka grzybów. Oryginalnie było ich dwa razy tyle - prezent od pewnego dobrego człowieka :) Połowa została spożyta w mniej lub bardziej dziwnych okolicznościach, o czym może innym razem.

Standardową dawką łysiczek było dla mnie zwykle 25 sztuk (głownie w miksach). Nie powiem, żebym bała sie grzybów, ale na pewno czuję przed nimi respekt, co jest raczej rzadkie u takiego kombajna napędzanego narkotykami jak ja. Podobnie sprawa ma się z Kosmo, choć zwykle to ja muszę go namawiać do większych dawek psychodelików. Zaskoczyłam się więc, kiedy wysypał na gazete całą setkę łysiczek i podzielił na pół. Uznałam to za seriozdupy pomysł. Myślałam raczej o wiośnie, pareczku, śpiewających ptaszkach i tym podobnych. Wychodziłam z założenia, że psychodelik może spotęgować obecne samopoczucie, choć z doświadczenia wiem, że bywa różnie.

Kosmo zachęcał mnie z tym swoim uśmieszkiem sugerującym, że wie coś, czego ja nie wiem. Pal to, skoro zaufałam mu na tyle, żeby spędzić z nim jedną trzecią życia, moge równie dobrze wrzucić te grzyby, skoro mu tak zależy. Leżaly już zbyt dlugo jak na nasze standardy. Nie jesteśmy kolekcjonerami, więc bez ceregieli wpakowaliśmy po 50 łysic do paszczy, dopychając okruszkami.

Przez jakiś czas krzątałam się po kuchni z urojonym niepokojem. Kto wie, czego spodziewać się po tych małych skrzatach. Jednym razem nieprawdopodobne miksy zabierały mnie w przemiłą i fantastyczną podróż, innym relatywnie mała dawka serwowała pozbawiony litości mentalny wpierdol. Mimo to byłam podekscytowana i poprawił mi sie humor.

W Magicznym Pudełeczku zamarudziło jeszcze kilka tabletek ekstazy marki "Supermen". A niby czemu nie? Skoro już zdecydowałam się na dawke grzybów, której nigdy nie odważyłam się wrzucić, możemy zabawić się na całego. Podzieliłam się moim pomysłem z Kosmo, i tym razem on był sceptyczny. Wytoczyłam kilka politoksykomańskich argumentów, dzięki którym mój miły otworzył paszczę i połknął Supermena.

Wszystko to działo się około południa, ekstazy wrzuciliśmy około piętnastu minut po grzybach.

Postanowiliśmy nie zanudzać w czterech ścianach. Zebraliśmy się w sobie i na przekór paskudnej aurze wytoczyć tyłki na świat zewnętrzny zanim na dobre zmieni się on nie do poznania. Nauczona doświadczeniem ubrałam się w ciepły płaszcz, czapkę i cały ten zimowy kram - kiedy ewentualny bodyload zaskakuje mnie poza domem łatwiej znoszę zimno (ogólnie mam z tym problem), niż kiedy zamarudzę w domu i mam wyjść kiedy działanie się rozkręca.

Tak więc przygotowani na wszelkie zlosliwosc aury wyruszyliśmy na obchód dzielnicy. A przyznać muszę, że jest ona wyjątkowo szpetna nawet przy wytłumionych zmysłach. Taki szwabski odpowiednik śląska z kebabem na każdym rogu. Wzdłuż ulicy, na której kiedyś bawiliśmy się w shootera FPP po MXE i szlaki kwadratowych domków z mikroskopijnymi ogródkami. Wszystko to skąpane w bezsłonecznym, szarym świetle wyglądało jak zrobione z lekko podrygującego kartonu. Cell-shadingowa grafika wymyślona przez kogoś z sadystycznymi skłonnościami i  osobliwym poczuciem estetyki. Przybrudzone samochody wydawały się starymi puszkami po zupie. Kiedy mijał nas zakurzony, czerwony fiat, pomysł, że czymś takim można się w ogóle poruszać wydał mi się komiczny. Wszystko wydało mi się komiczne. Ludzie spieszący załatwić coś, co wydaje się im ważne, a dla świata jest tak przejmujące jak pierdnięcie. Małe mrówcze pętle. Moje własne problemy, hiperbolizowane niekiedy do rozmiarów ludożernych potworów. Chujowa pogoda. Wybuchnęliśmy niepochamowanym śmiechem, i choć właściwie mało się odzywaliśmy czułam, że odbieramy podobnie. Od załadunku minęła około godzina. Oczekiwaliśmy mocniejszych efektów, jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystkie substancje działają na nas szybciej niż na normalnych ćpunów, jakby nasze żołądki, mięśnie, żyły tylko czekały na właściwe pożywienie i rzucały się na nie.

Znalazłam po drodze (a właściwiej powiedzieć: przywłaszczyłam sobie) kwiecisty parasol, który odcinał się kolorem na tle szarości. Skoro go tylko otworzyłam, wiatr zrobił z niego antene satelitarną. Cieszyłam się z wesołego parasola i w ogóle z wszechobecnej paskudności. Nieliczni ludzie, którzy nas mijali wydawali się tak komicznie sztuczni, że niepomni na konwenanse wybuchaliśmy śmiechem. Często czułam się po grzybach jak boski idiota. Jakby bóg, w którego zasadniczo nie wierzę (nie w boga jako takiego, choć można się uprzeć i i tak to nazwać) otworzył nade mną parasol. Zdawałam sobie sprawę z wielu rzeczy, przy czym niemal wszystko poza chwilą było nieistotne, siekący kapuśniakiem wiatr niegroźny, świat, no cóż. "Wybaczcie im, albowiem nie wiedzą co czynią" :)

Wędrówka po Kebabowej Republice już nieco nas znurzyła, do lasu wybierać się nie było co-na kąpiel błotną ochoty nie mieliśmy. Nie pozostało nam nic innego, jak wybrać się do Bunkru 88, to jest naszego mieszkania. Droga powrotna upłynęła w oparach absurdu, mówiliśmy niewiele, rzucając zdawkowe komentarze. Zdaje się, ze nie czuliśmy potrzeby tego rodzaju komunikacji. Klatką po schodach na pierwsze piętro, zdjąć buty, otworzyć drzwi i już jesteśmy na miejscu. A jednak nie, bo wraz z przekroczeniem progu opuściło mnie (nigdy zresztą szczególnie bardzo ugruntowane) poczucie realności miejsca i czasu.

50 grzybów welcome to. Wszystko zmieniło się w cyfrową animację, ściany i sprzęty były to hologramem, to wymyślną tkaniną, a wszystko to poruszało się w swoim tajemniczym i pięknym rytmem, skrzyło własnym blaskiem. Przez chwilę zamarłam w półruchu. Taaaak. Tu powinnam zacząć przytłaczający akapit o pustych atomach, myślach kreujących rzeczywistość i przytoczyć coś z Grofa czy Wilsona, ale oszczędzę, gdyż to wszystko przeleciało mi przez głowę w sekundę, a każdy pielęgnuje swoje odklejenie jak potrafi. Zajęła mnie natomiast rzecz bardziej praktyczna, mianowicie, gdzie położyć dupę? Siedzieć po turecku i "wpatrywać się w mistycyzm", czy może wykorzystać ten niezwykły stan i stworzyć coś kreatywnego? Padło na to drugie, zdecydowałam się na żywy obraz "Wawoj zaległa na kanapie". Proste rozwiązania zazwyczaj są najlepsze.

Zamknęłam oczy i wtedy zniknęło wszystko, oprócz przenikającego każdą komórkę świetlistego szczęścia. Kosmo przysiadl sie do mnie mnie i zwyczajnie sie przytulil. Tylko raz wcześniej czułam się podobnie spełniona - osiągając  orgazm po grzybach z LSA. Tym razem penetracja była zbędna :) Penetrowalismy siebie na duchowej plaszczyznie, doswiadczajac idealnego dopasowania dwojga kochajacych sie istot. Trwalismy tak nie mowiac nic, zniknelo wszystko, poza Miloscia wypelniajaca nasze ciala, bylismy nia wypelnieni jak balony. Glaskalam go po glowie, w tym momencie zadna z drogich tkanin nie moglaby tak piescic wnetrza glowy jak jego wlosy. Wdychalam jego zapach - najdrozsze perfumy nie moglyby sie z tym rownac. W jego ramionach bylo mi tak wygodnie, jak dziecku w lonie matki. Nie potrzebowalismy niczego, nie myslelismy o niczym, wzgledny czas zatrzymal sie dla nas.

Lezelismy tak dlugo, wnioskujac po tym, ze slonce zaczelo juz swoja wedrowke na zachod, zabarwiajac niebo na ten nienazwany kolor, ktoremu najblizej do mandarynkowego rozu. Prezent dla zgrzybionych zakochanych.

Przeniejlismy sie do sypialni i polozylismy sie na wielkim, wygodnym lozku przez jeszcze wiele godzin toczac dyskusje o wszystkim i o niczym. Zachod przeszedl w wieczor, wieczor w noc tak niepostrzezenie, jak niepostrzezenie zasnelismy zmeczeni uciechami tego dnia.

 

Reasumujac bylo to jedno z najlepszych (mam calkiem sporo tych najlepszych doswiadczen psychodelicznych w moim zyciu, mimo, ze wszystko przemawialo za tym, ze hippyflippink przy takim s&s zgotuje nam przezycie, po ktorym bedziemy desperacko szukac benzodiazepin. Coz, stalo sie ZUPELNIE inaczej.

Ocena: 

Odpowiedzi

Trochę mnie skręca jak czytam o takich miksach z grzybami ale to już moje zmartwienie. Oby zarodniki (Boskiej?) Miłości kielkowaly.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media