Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[3-meo-pcp, 3c-p, dom] zagubiona piramida

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Ok. 33 mg 3-meo-pcp, niewiele pózniej ok. 30 mg 3c-p oraz 5 mg DOMa. Piwko sie lało.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
E. przyjechała do nas dzień wcześniej, byłam podekscytowana, bo bardzo dawno nie widzieliśmy nikogo z H. Nie, żebysmy chcieli widzieć zbyt wielu... Jednak E. bardzo lubimy, bo jest, powiedzmy, normalna, bezproblemowa i mamy wspólne zainteresowania. Nie, nie tylko dragi. :) Humor dopisywał, pogoda rownież. Nic, tylko pierdolnąc dawę!
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Istotne przy tym tripie: Psychodeliki: DOM, DOB, 2c-b, BromoDF (stare, kurewsko mocne ważki), 4-ho-mipt, 4-ho-met, LSA, grzyby, LSD (aczkolwiek była to dawka progowa, chujowa znaczy), LSA, DMT (spektakularnie spierdoliliśmy, co chyba opisałam w TR ze zlotu DXL), 25b-nbome, 25c-nbome, 25d-nbome, 25i-nbome, 25n-nbome, 3c-p po raz pierwszy. Większość rzeczy więcej niż raz. Dysocjanty: dwie tony DXM, tona MXE przepuszczona przez mięśnie, 3-meo-pcp kilka razy, rownież domięśniowo, coleus blumei, ale albo za mało, albo działanie to mit, Szałwia wieszcza - susz i ekstrakty. Poza tym eksperymenty z różnymi deliriantami, roślinami psychoaktywnymi, trochę amfetamin i ketonów (lubię, ale nie biorę często - nie służy mi), parę lat uzależnienia od opio (głównie kodeina, kilka razy mocniejsze i tram).

[3-meo-pcp, 3c-p, dom] zagubiona piramida

 

 

Obudziliśmy się, nie tyle z planami, a z nadzieja raczej. Ta nadzieja nie byla zbyt duża, prz-najmniej u mnie - listonosze tak szybko nie przychodzą. A jednak nie zawsze mam pecha, bo przed poludniem przyniósł nam 100 mg 3-meo-pcp i 120 mg 3c-p. Dzień wcześniej coś tam już sobie wrzuciliśmy, E. nas poczęstowała, wiec tym bardziej zgrała nam się przesyłka w czasie, coby się odwdzięczyć.

⦁    AKT I
Wcześniej kupiliśmy trzy igły i trzy strzykawki. Wagę nawet, ale mieliśmy problem z kalibracją, toteż po kilku próbach zważenia 1/3 całości 3-meo-pcp, wysraliśmy na to i zaufaliśmy świadectwu własnych oczu. Robiliśmy tak wiele, wiele razy, a i substancji nie było nieprzyzwoicie dużo, więc spokojnie. Ta akurat ma to do siebie, że rozpuszcza się jakby chciała, a nie mogła, więc wyjątkowo wsparłam Kosmo przy próbach rozpuszczania tego silą.  Jakoś to poszło, w efekcie otrzymaliśmy trzy razy po ok. 33 mg rozpuszczone w 1,5 ml. W sam raz, jak na moje oko. Roztwór był prawie że klarowny. Kosmo czynił jakieś nieśmiałe sugestie dosypania tam rownież 3c-p, ale ja byłam chyba zbyt zaabsorbowana (czymś?) żeby w ogóle zrozumieć zamysł.
Usiedliśmy więc w kółeczku i pierdolneliśmy jak pan Buk przykazał, raz a dobrze. Nic nie bolało, aplikowanie dysocjantow domieśniowo to sama przyjemność. Nie nabawiłam się przesadnego fetyszu igieł, ale strach dawno minął. Nie namawiam oczywiście do iniekcji, można skończyć wstrzykując sobie marihuanę na dworcu. Wejście 3meo jest spokojne, pluszowe i przyjemne. Głównie ta różnica zaznacza jego inność względem metoksetaminy. Wejście i czas działania. Określam je na 5 do 10ciu minut, więc w tym czasie mogłam spokojnie iść  do kibelka, później właczyć komputer, konsolę, wybrać muzykę. Padło na nieśmiertelne i uniwersalne The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble z albumem ' Here be Dragons' - miodnie. W połączeniu z pluszowo-energetyczną zajebistoscią, która zaczęła się po mnie rozlewać,  wypadło magicznie. Nie przesadzę, kiedy powiem, że to wręcz mistyczno-kabalistyczno-mistyczne, hehe. W miarę narastania działania rozlewałam sie tak tu i ówdzie po miękkim dywanie, emanujac ciepłą miłoscią w stronę towarzyszy i świata w ogóle. Klimatu dodawał kolejny włączony kawałek - 'Addis' - mantra wykonywana przez zespół OM. Przymglone światła dnia, bezpieczna izolacja mieszkania i świadmość bycia wraz z odpowiednimi osobami w odpowiednim stanie dawały uczucie spełnienia.
Wcześniej obawialiśmy sie proponowac E. taką dawkę  podaną w ten sposób, bo ona nie jest tak zaprawiona w dysocjantach jak my. Jednak w narkotykach w ogóle  owszem, więc wzięła za siebie odpowiedzialność i walnęła równo z nami. Chyba nie żałowała. Zaplanowaliśmy, że wyjdziemy do lasu, więc obawiałam się podwójnie. Nie o siebie oczywiście. Jednak niepotrzebnie.

⦁    AKT II
Perspektywa opuszczenia mieszkania w tym momencie nie przypadła mi szczególnie do gustu. Czułam się w nim jak w łonie matki, otoczona wszystkim, co znam. Jednak zmiana otoczenia, powietrze i las to krok do przodu, nie ma co się zaszywać. Teraz dopiero pojęłam, że Kosmo dosypał sobie do 3-meo-pcp troszkę 3c-p, a teraz namawia nas na to samo. O, czemu nie ? Dysocjacja wcale nie ustępowała, ale kiedyś ustąpi. Miękkie przejście w 3c-p mogłoby być ciekawe. Tylko kwestia aplikacji. Gdzie zniknęły strzykawki? Po chwili konsternacji i rozterkach natury praktyczno-higienicznej postanowiliśmy zaaplikować przydziąsłowo po ok. 30 mg 3c-p. Padł również pomysł sniffa, ale chodzą słuchy, że od takiego podania tego typu substancji może człowiekiem poszorować. Osobiście unikam przyjmowania donosowo. W każdym razie Kosmo podzielił rzeczone 3c-p, rozsypał na karteczki i rozdał. Przy czym mi nieco pomógł we wsypywaniu proszku za wargę. Smak najzwyklej chemiczny, nie robi wrażenia.
Podczas gdy substancja wchłaniała się przez sluzówki, zajęłam sie pobieraniem siebie i najpotrzebniejszych rzeczy do przyszłej wędrówki. Zapowiadała się nielicha, bo mieliśmy w planach spacer na tzw. Tetraidę. Postaram sie z grubsza wyjaśnic, czym to jest, a pod koniec tego trip repotu wkleję jej zdjecia. Otóż obiekt znajduje się ok. 7 km od naszego mieszkania, droga wiedzie poprzez niewielki las, kilka osiedli i kawałek autostrady, całość na dosyć wysokim wzniesieniu. Sam obiekt jest piramidą o dwóch poziomach widokowych, zbudowany z metalowych rur, siatek, nitow itp. Zdecydowaliśmy się iść właśnie tam, z powodu niesamowitego widoku. Obliczyliśmy, że na szczyt dojdziemy o zmierzchu. Do tej pory byliśmy tam tylko raz i jedynie w dzień.
Pomimo zmian postrzegania, odczuwania ciała (znieczulenie), kierowania się raczej rytmem tańca i intuicją, pozbierałam swoje rzeczy, ubrałam się odpowiednio do pogody (aktualnej i przyszłej) i  byłam gotowa do drogi. Podobnie jak i Kosmo z E.  Wyszliśmy więc na kolorowo-syfiastą klatkę schodową, wykonaliśmy questa ubrania butów prawidłowo, zeszliśmy w niskiej grawitacji ze schodów. Nie dotykając gumowymi stopami ziemi, wypadliśmy na Bombaj naszej ulicy. Miałam spore zaburzenia odleglości, toteż przez ulicę przechodziłam jak żaba przez autostradę. Pomysleliśmy, że warto byłoby kupić parę piwek w Netto. Nie przepadam za chodzeniem tam w ogóle, co dopiero w takim stanie. To gwałt na umyśle i duszy. Mimo wszystko po drodze zdąży nas wysuszyć. W tym czasie zaczynałam już odczuwać lekkie działanie 3c-p, albo mi sie tylko wydawało.
Wkraczając do królestwa konsumpcji dostałam po oczach kolorową chujozą. Au, aj, kurwaa. Zabłądzić pomiędzy pampersami, a ogórkami kiszonymi i umrzeć. Jak zwykle smierdzi mokrą szmatą i brudnym kotem. Obrać kierunek - piwo. To akurat nie takie trudne, bo zazwyczaj kierujemy się od razu w tę stronę. Prowadzę wycieczkę przez metalowe stoiska starając się nie rozglądać na boki. Minimalizuję szkody. Biorę dwa piwa zdaje się, wyboru nie ma. Kierujemy się do kasy. Przy kasie obok stoisko z gazetami. Wszyscy próbujemy na to nie patrzeć, ale niestety jakaś zła siła ściąga nasz wzrok na ten kolorowy do wyrzygania chaos. Trudno w tym wszystkim rozróżnić krzykliwe teksty od roznegliżowanych blondynek reklamujących program telewizyjny. Nawał liter i nieprzyswajalnych informacji poraża. Wszystko to samo, nie rozróżniam słów, ale syf wszędzie ten sam. O tak, w końcu nasza kolej by postawic piwo na brudnej taśmie i wcześniej wyciągnąć pieniądze z kieszeni. Wszystko zlewa sie w jeden natłok i szum. Sztuczne swiatła i świat za szyba zachęcajacy do ewakuacji. Wszyscy brzydcy ludzie zebrali się dzisiaj w Netto. Nic to, płacę za piwo smutnemu chłopakowi, zastanawiając się jak się nazywa i czy nie wolałby stanąć po drugiej stronie kasy po pierdolnięciu fajnego narkotyku. Wygląda jakby chciał. Dostaję resztę, chowam piwo na styk do małej torebki i żwawo wydupiamy ze sklepu. Do lasu, do lasu!
A że do lasu kilka kroków i w prawo, zaraz pochłonęła nas gęstwina krzaków i bieda-drzewek. Właściwie to nie jest las, tylko hybryda parku z lasem i kilkoma łąkami, otoczona fabrykami i obozami zagłady (sądząc po odgłosach). Kiedyś nawet wysprzątaliśmy przedsionek, ale po kilku dniach śmieci było jeszcze więcej. W każdym razie szybko dotarliśmy znaną drogą do drugiej częsci parku-lasu. Tam już zieleni było więcej i była zieleńsza, co na mój posmyrany meskalinopodobnym dragiem mózg działało ożywczo. Fizycznie czułam się nieco galaretkowato, jakbym miała w ciele więcej wody niż zwykle. Może to kwestia leśnej wilgoci. Poza tym było mi jak w domu, odnalazłam w sobie druida, jak często mi się zdarza w lesie po tego typu substancjach. Rozmowa płynęła swobodnie, przerywana parsknięciami śmiechu. Dyżurne absurdy sypały się z rękawa, za który trzymała się E., przez co szłyśmy jak para marynarzy.
Zboczyliśmy nieco z trasy, aby pokazać E. gdzie zbieraliśmy muchomory. Słomkowata łąka, ostrężyny w portkach, a z boku brzozowy lasek. Oczy moje nie nadążały za odbijaniem i przesyłaniem obrazu, jedna wielka zdezorientowana zupa z ostrymi krawędziami. To przez te pokrzywy i trawę w kolorze moczu. Położyliśmy się w niej na chwilę, nie zważając na niebezpieczeństwo psiej kupy. Mieliśmy szczęście. Trawa była miękka, obejmowała mnie, masowała. Jednak nie mogłam leżec długo w jednej pozycji, zbyt dużo energii. Zebraliśmy się więc i wróciliśmy na trakt.

⦁    AKT III
Szybko wyszlismy z lasu, z drugiej strony. Tam autostrada, dosyć karkołomna, ale znalezliśmy w końcu przejście dla pieszych. Teren wybitnie nieprzystosowany do człowieka bez puszki na benzynę. Sucha szosa wiodąca niedaleko elektrowni. Dawka 3c-p była niewielka, więc działanie powoli ustepowało, albo zwyczajnie sie przyzwyczailśmy. Właściwie to tylko ja i Kosmo poczuliśmy je wyraźnie, E. miała większą tolerancję. Dlatego też wzięła ze sobą trzy kartony DOM, każdy po 5 mg. :)
Jeszcze przed ich wrzuceniem zostałam wydelegowana na stację benzynową. Piwka szybko się skończyły, szły jak woda przez cały weekend. W tym stanie alkohol wlatuje i wylatuje nie pozostawiając śladu. Tak więc weszłam przeszklonymi drzwiami na stację i już wtedy zebrało mi się na śmiech. Właściwie to jak jebło mi po oczach wcale śmieszne nie było. Opary absurdu. Znów starając się nie rozglądać zbytnio, porwałam dwa piwa i wodę. Skierowałam się do kasy, gdzie wzięłam jeszcze mentosy myśląc, że są smaczne, hehe. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nie mam portfela, a pieniądze noszę w jednej z kieszeni torebki. Trzeba też wspomnieć, że panował tam syf nieziemski. Nie chciałam płacić papierkiem, bo dzwoniłam drobnymi. Wyjęłam więc przed panem kasjerem garść drobnych w bonusie z kawałkami sciółki leśnej, papierkami i farfoclami z torebki. Uśmiechąjac się przeprasząjaco, zaczęłam odliczać kwotę. Nie mogłam nie parsknąć śmiechem. Pewnie byłam czerwona, a oczy wystrzelone jak u bohaterek anime próbowałam schować do kieszeni. Nic to, udało się w końcu i skonsternowana wychodzę z tobołkiem. Dobrze, że trafiłam przynajmniej w drzwi.
Szczerze mówiac,  trasę obrałam dzięki pamięci szczątkowej z ostatniej wedrówki w te strony. Jak już wspominałam, wczesniej była tylko jedna. W dodatku poszliśmy trochę inaczej. Jednak mój wewnętrzny GPS dawał radę. Zdezorientowały mnie tylko dojcze osiedla, nie wiem czy wiecie, ale wszystkie wyglądają identycznie, co odpowiada za wrażenie teleportu. Wyszliśmy z tej makiety kartonowych domków obok zielonego wzniesienia. Chciałam na nie wejść, coby obczaić trasę z wysokości. Jednak nie było ścieżki, a wejście było zarośnięte i nieprzystępne. Wtenczas E. zaczęła się już kręcic, co oznaczało, że najwyższy czas wrzucić DOMa. No to jazda. :) Rytm rzeczywistości dyktował genialny album LOUDa - Free from Conceptual Thoughts. Polecam, reklamuję. Przepełniałam się czystym szczęściem. Dobra E., dawaj tego DOMa. Ulokowaliśmy kartony przy dziąsłach, coby sączyły w nas swoje ' jady' .
Teraz już mniej więcej orientowałam, że jesteśmy niedaleko. Słyszałam już trakcję kolejową, za którą wznosiła się Tetraida. Słońce powoli kapitulowało na zachodzie, dzień się uspokajał. My brodziliśmy w bezczasie taktowani pomarańczowymi promieniami. Gorzko-chemiczny smak obiecywał niekończącą się noc. Wg. mojej skromnej oceny i nie tak znowu skromnego doświadczenia w narkomanii, DOx to rzeźnicy. Już wcześniej brałam DOMa kilka razy, wspominam miło, jednak tyyyyyyle godzin stymulacji to nie w kij dmuchał. Fatalnie, fantastycznie niezbijalne. Brałam jednak pod uwagę, że karton nie zadziała z pełną mocą z wiadomych względów. Co wcale nie znaczy, że będzie działał krócej...
W blasku gasnącej chwały dnia, (trzyma sią mnie kwiecistość, pff :) weszliśmy na metalowy pomost przeprowadząjacy owieczki nad trakcją kolejową, coby nikogo na torach nie rozsmarowało. Ostatnim razem byliśmy tam w dzień i to z moim bratem. Obraliśmy trasę przez tory i na przełaj krzakami, nieświadomi, że dla cywilizowanych ludzi wytyczono wygodne ścieżki. Miło z nich skorzystać. Już na metalowym pomostku czuliśmy się wyżej. Pod naszymi stopami znajdowały się tory, więc coś tam jeździ w dole. Z racji tego, że tato Kosmo, a mój teść kochany jest miłośnikiem koleji, wpadłam na pomysł, żeby strzelić kilka fotek. Już nadjeżdża, Kosmo trzaska fotkę lokomotywy w trybie makro. Hehe, chyba nic z tego. Coraz ciemniej, z mostu widać światła pobliskiej elektrowni, widać coraz piękniej przez rozedrgane oczy. Idziemy dalej, lekko pod górę. W oddali majaczą jakieś ciemne sylwetki, siedzą w kręgu na kamieniach. W miarę zbliżania, można rozpoznać złotą, niemiecką młodzież. Każdy z nieodzownym artefaktem - piwem w ręku, cokolwiek wstawieni. Jest ich dużo, mimo to nie boję się niczego. Zazwyczaj tylko zaczepiają, zagadają, wtedy mówisz ''alles klar'' i nara. Tak też zrobiliśmy. Wolę jednak nie spotykać o tej godzinie nikogo na swojej drodze, nigdy nie wiadomo co uformuje się z ciemności. :)
Na samą Tetraidę prowadziły wysokie, metalowe schody. Przystanęliśmy na dole, mierząc siły na zamiary. W dupę wysoko i to raczej nie jest droga na niedzielny spacer dla niepełnosprawnych. Patrząc pod nogi zaczynamy się wspinać. Każdy schodek wygląda tak samo, w dodatku są w nich symetryczne puste kółka, co powoduje desynchronizację oczy-nogi. Nie boję się, że spadnę tylko dlatego, że trzymam się poręczy. Kilka lat palenia fajek daje o sobie znać, fanatykiem wspinaczki wyczynowej też nie jestem. Reszta towarzystwa również, więc przysiadamy w połowie napić się i podziwiać widoki. Przed oczami rozpostarte światła miast, kolorowy dym, iskry latarni i lamp samochodów. Im wyżej, tym czuję się szczęśliwsza, niedotykalna i niedotykająca. DOM wyraźnie się rozkęca, bardziej na płaszczyznie mentalnej, niż wizualnej. Nie oczekuję zbyt wiele, wystarczy mi to, co jest. Widzicie, może w czasach kiedy każdy tutaj jest drugim McKenną, a przynajmniej Shulginem moje podejście do substancji psychoaktywnych zasługuje na lincz. Otóż nie zawsze biorę psychodeliki w celu uzyskania głębokiego wglądu w siebie czy świat, nie zawsze skupiam się na psychoanalizie, nie szukam chemicznego oświecenia, itp, itd, ect... hehe. Mam za sobą kilka, czy kilkanaście 'granicznych', bardzo ważnych dla mnie i mających wpływ na moje postrzeganie świata tripów. Obecnie branie psychodelików rekreacyjnie (tak jak w tym wypadku) czyni mój tunel rzeczywistości ciekawszym. :) Tylko i aż. Mogę wszystko przedstawiać jako doświadczenie mistyczne, ale ja tego tak nie odbieram. Albo wszystko jest magia, albo nic.

⦁    AKT IV
Niechętnie podnoszę się ze schodów, pokonujemy resztę drogi. Zostaję nieco w tyle z powodu okablowania słuchawkami i logistyki zapięcia bluzy, przełożenia torebki, zapakowania wody. Absurdalnie smutno mi z tego powodu, sama się tej mysli dziwię. W głowie pojawiają się ulotne retrospekcje, przyczyny i wpływy wydarzeń dzięki którym (czy też przez które) jestem tym, kim jestem. Te myśli po prostu płyną, dobrze je znam, nie wkręcam się w nie. Patrzę, oddycham. I tak jesteśmy już na górze. A na górze wita nas powierzchnia Marsa z monumentalnym, metalowym tworem, dodatkowo podświetlonym na noc. Pięęęknie. Prędko podchodzimy pod schody prowądzace na platformę widokową piramidy. Są podobne do tych, po których wchodziliśmy. Im wyżej, tym więcej wiatru we włosach, jestem podekscytowana widokiem i tym, że przy naszych krokach cała konstrukcja się rusza. Pierwsza platforma, zawieszona w połowie piramidy osiągnięta. Stoimy na metalowej kratce, widzimy przepaść pod stopami. Zawieszamy się na barierkach łapiąc zimny wiatr i wrażenie przestrzeni. Ohy i ahy jak najbardziej. Jednak chcemy ciagle wyżej, wspinamy się więc krętymi schodkami na drugą, ostatnią platformę. Tutaj jest naprawdę wysoko, miejsce jest ułożone w przechylony okrąg. Każdy krok chwieje konstrukcją, niesamowite uczucie. Przyklejamy się do barierek, wychylajęc się jak najmocniej i otwierajęc ryjki w wielkie 'wow'. Wszystkim nam śmieją się wielkie oczy. Poza nami w piramidzie jest tylko jedna zakochana para, która migdali się bez slowa. Miłego życia. :) Pochłonęliśmy pierwszy rzut oka i przysiedliśmy na schodkach odpocząć.
E. przysiadła obok mnie, Kosmo naprzeciw. Powzdychaliśmy chwilę i razem z E. wyciagnęłyśmy słuchawki. Odcięłyśmy się na chwilę. Po właczeniu mp3 pierwszym utworem było Neurosis z albumu '' A Sun Never Sets'. O nie, staaary. Na tej płycie Kosmo napisał mi 'czas umierac'. :) I rzeczywiscie tak to teraz brzmi, wiąc włacząm jakiś sajtrens i wielki, rozmarzony banan pojawia mi się na twarzy. E. słucha w tym czasie Alanise Moriset. Przytula sie do mnie i bierze mnie pod ręke, ja swoją zarzucam jej na ramiona i zastygamy - ja z glową ponad jej glowa, wpatruję się w dalekie światła. Myslę o tym jak ją lubię, jak miło znaleźć czyjeś stałe oparcie w ulotnych stanach, przytulic kogoś bez kontekstu i podtekstów (E, kiedy w koncu pójdziesz ze mną do lóżka? :DD).
Kosmo w tym czasie ogarniał tryby aparatu i strzelił kilka zajebiście awangardowych fotek typu 'kurz w powietrzu' czy 'ciemność część I'. Ja dołożylam swoje fotografując kratę na której staliśmy. Ja i E. również zostałyśmy uwiecznione na zdjęciu, wyszło całkiem sympatyczne. żeby się nie zasiedziec, bo wiało na wysokościach, zrobiliśmy parę kółek po platformie, po czym zeszliśmy niżej. Tam przykleiłam się do barierki chłonąc przestrzeń. Na słuchawkach szumiał energetyczny kawałek UNKLE - 'Nursery Rhyme Breather'. Kosmo mnie przytulił i razem staliśmy wysoko, w milości smagani wiatrem. Wszystko na swoim miejscu... Nie wypada wiele mówić. Przełączam na CHI-A-D z utworem ' Healing Magic'  o rzeczywiście uzdrawiającej mocy. A że nikt tu nie jest chory, dostaję many na plus i zaczynam skakać, tańczyć. Gdyby to nie było głupie, zrobiłabym fikołka w tył na nitach zawieszonych poza barierkami. Jestem pewna, że udałoby mi się, na trzepaku potrafię (;)). Jednak wzbudziłabym ogólna panikę.
Z racji tego, że Kosmo ubrał się nieszczególnie odpowiednio do pogody - spodenki i koszulka - zebraliśmy się do zejścia na ziemię. Cyk, pyk, puk po schodach, teraz patrzymy na piramidę z dołu. Przysiedliśmy na ławeczce, posłuchaliśmy kilku kawałków, pogadaliśmy chwilę i komu w drogę, temu czas. Jeśli już mowa o czasie, która godzina? Kosmo pyta. E. strzela, że około drugiej. A tu wałek, jest dziesiąta ileśtam. Dylatacja maksymalna, w ten sposób można przeżyć tydzien w jeden dzień. Po przekątnej wierzchołka góry trafiliśmy na zejście w dól. Niestety nikt wtedy nie pokapował, że wchodziliśmy inną droga. Z innej nieco strony i po schodach, nie ścieżką. Mniejsza, kierujemy się w prawo i w dół. E. poszła się odpryskać, my z Kosmo trochę pobiegaliśmy w kółko, w końcu usiadłam i przesłuchałam jeszcze jeden kawałek. Kiedy E. wyszła z krzaczków skręciliśmy w lewo i dalej w dół. Po kilkuset metrach w ciemności natrafiliśmy na przesmyk pomiędzy drzewami, prosto w dół. Ostatnim razem właśnie tędy schodziliśmy. Było stromo, bałam się, że po tym zejściu będę potrzebowała stomatologa. Jednak zeszliśmy rozważnie. Zaraz kolejny przesmyk, jeszcze bardziej stromy. Powiedziałam, że lepiej byłoby schodzić tędy w zimie, wtedy na tyłku po śniegu migiem. W sumie niegłupi pomysł, więc przykucamy i suniemy na podeszwach, mimo, że nie ma śniegu.  Szybciej i zgrabniej, w tej ciemności nie widziałam występnych korzeni i kamieni. Znów na ścieżce, prowadzi w lewo. W mojej głowie zaczęło kiełkować nieśmiałe przypuszczenie, że jesteśmy w dupie. Conajmniej tak ciemno tam bylo. Staraliśmy się trzymać razem, ale Kosmo szedł szybciej, bo ma dłuższe nogi. Po nim przyspieszyła E., ja zostałam na ciemnym końcu. W końcu tych dwoje było tylko majaczącymi cieniami w dali, a w dali można zobaczyć wszystko. Słuchałam czegoś ze słuchawek, a oni majaczyli mi dziwnymi kształtami pomiędzy dwoma zasłonami z drzew. Podbiegłam do nich, żeby nie wchłonęła mnie otchłań.

⦁    AKT VI
I tak ramię w ramię wyszliśmy na miejski chodnik. W domyśle chodnik naszego miasta, później się okaże, jak DALEKO byliśmy od prawdy. Narazie idziemy przed siebię, mijając domki w stylu 'szwabska klasa średnia'. Cały czas wydaje mi się, że mniej więcej wiem gdzie jestem. Złudny efekt, już nie raz się na to złapałam. Tutaj wszystkie osiedla, kamienice, domki wyglądają identycznie, jak już wspominałam. Blask latarni czynił wszystko nierealnym. Od dziecka przy takim świetle mam wrażenie, że jestem na scenie w teatrze, że wszystko dookoła mnie jest makietą z kartonu. Wkrada się sztuczność.
Kolejne osiedle, za szybami domków toczy sie zwykłe życie, ogladąnie telewizji jak przypuszczam, ktos siedzi na kiblu z bolesną obstrukcją, ktoś poddusza swoje dziecko poduszką, mile wieczory kanapowe. Nikt nie zaprosił nas na herbatę. Za oknami trochę chłodno, więc przytulam Kosmo. Jednak nie da się tak iść i musi on polegać na własnej energii cieplnej. Może następnym razem ubierze długie spodnie. Te, które ma na sobie chyba kiedyś były moje. :) Z chęcią napilibyśmy się, ale nigdzie nie widać sklepu, ani babci z porcelanową zastawą i ciepłą makiwarą w filiżankach. Pierdolony związek oralny. :) Same domy i drzewa. I kolejne ulice, mniejsze lub większe. Właściwie w jakim mieście jesteśmy? No tak, nasz dom leży kilkaset metrów od granicy z następnym miastem, mieszkamy na dzielnicy A, Tetraida leży w dzielnicy B, a pomiędzy A i B jest zatoka innego miasta. Mniejsza z tym, teraz chcielibyśmy coś wypić po prostu. Tak wcześnie, wielkie miasta, a tu tylko świerszcze cykają. WO IST KEBAB? Ulice, ulice, ulice... a, coś tu po lewo się świeci za szybą. Coś w rodzaju restauracji, ale te szyby takie grube, nic nie widać... aa, tu są drzwi! :) I nawet ciepło tu mają. Wesoła arabska rodzinka dyskutuje sobie przy kontuarze, ja poproszę tylko kolę i spadam. Mam ją i wychodzę. Przysiedliśmy przed tą knajpa-czy-czymśtam i wypiliśmy to co mieliśmy. Wcześniej mieliśmy wodę, ale gdzieś poszła, może już ja wysikaliśmy, nie pamiętam. Skoro już napotkaliśmy ludzi, warto byłoby się zapytać, gdzie właściwie się znajdujemy. Weszliśmy więc tam znowu, zapytałam, gdzie, w którym kierunku, wymiarze, jak daleko leży nasza dzielnica. Dowiedziałam się w ten sposób, że jesteśmy w innym mieście, a nasza ulica jest daaaaleko i mniej więcej w prawo. Czyli tam, skąd przyszliśmy... No, tak jak mi się wydawało na początku, jesteśmy w dupie. Poszliśmy jeszcze kawałek, tam w dali majaczył przystanek  przy którym stał pulchny facet. Zagadaliśmy do niego, najpierw Kosmo po niemiecku prawie, czy wie za ile i gdzie odjeżdża autobus i jak się dostać do naszego domu. Później E. po angielsku i dowiedziała się tego samego. Następnie ja stwierdziłam, że to zajebiście, przez co dowiedziałam sie, że nasz przewodnik rozumie troche po polsku, bo jego starzy są z Bytomia. No tak, tutaj wszyscy są z Bytomia, albo ze Sląska chociaż i podróżuja szybami kopalnianymi. Wytlumaczyl nam w jaki autobus wsiasc, gdzie sie przesiasc i ktory ostatecznie dowiezie nas do domu. Mial z tym pewien problem, tak jak ja z zapamietaniem odwrotnych liczebnikow w niemieckim, ale nie wydawalo sie to az tak skomplikowane. Podziekowalismy i facet poszedł w swoją stronę, a my zostaliśmy na przystanku. Siedzieliśmy tak na ławeczce, było chłodno. Wpatrywałam się w chodnik, który przedstawiał sobą kolory rozlanej benzyny zmieszanej z wodą. W podobnych barwach była utrzymana twarz E.
W końcu nadjechała zółta łódź podwodna, kupiłam bilety i usiedliśmy przed przednią szybą, żeby mieć wgląd na drogę. Jechaliśmy jakieś pięć minut w trakcie których rozkminialiśmy trasę autobusu wyrysowana na ekranie nad nami. Ostatni przystanek... brzmi cholernie znajomo. Kosmo stwierdził, że gdybyśmy jechali do końca tym autobusem, dojechalibyśmy w sobie znane miejsce, pół kilometra od domu. Niewykluczone, ale miałam wątpliwości. W dwóch przylegejących miastach mogą być dwa tak samo nazywające się przystanki. Nie raz wysiadłam na innym, choć nazwa brzmiała tak samo. Nie wspominając, że kiedyś jadąc do Nysy wysiadłam w Kłodzku... itp. Mniejsza z tym, kierujemy się wg. wskazówek australijskiego Niemca z Bytomia. Wysiedliśmy na wskazanym przystanku.  O, stacja benzynowa. Przed stacją cała masa nastolatków. No tak, jak wcześniej nikogo nie bylo, tak pod stacją w piątki zbierają sie tłumy. Tłumy takich samych nastolatków. Dosłowny atak klonów. Z dwadzieścia osób, wszyscy w wieku 19-22 lat na oko, blondyni, tunele w uszach i gejowskie kurteczki. Ja pierdole, Hitlerjugend. Tak samo trudno rozróżnić chomiki. Mijamy ich w bezpiecznej odległości, choć nie wyglądali na zbytnich chojraków. Wtedy niemal prosto na Kosmo zza stacji wyjechał z dużą prędkością czarny samochód, a za kierownicą siedział... zgadnijcie kto. Blond nastolatek z tunelem w uchu. Kosmo odskoczył, frajer pojechał dalej. Zaczęłam krzyczeć do stojących przed stacją chłopaków, że są chorzy na głowę. Po niemiecku. Odziwo przytaknęli mi, zamiast się odszczekiwać. To dobrze, bo zazwyczaj moja brawura nie idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem i na zdrowie nie wychodzi. Z butelką na czołgi. :) Kiedy już 'wyraziłam swoje zdanie' na  ich temat, spokojnie weszliśmy na stację i kupiliśmy parę piw i fajki. Wynieśliśmy się znów na przystanek i zajęliśmy się systematycznym wlewaniem w siebie piwa i wypalaniem papierosów. Przygladąłam się w tym czasie reklamię 'Seba-med'. Smieszna nazwa zawierajaca imie kogoś, kogo dobrze znam. W moim mieście był monopolowy ' Seba', zrobiłam nawet zdjęcie. Reklama przedstawiała piękna, nagą kobietę objętą przez mężczyznę zrobionego z białej cieczy. Zastanawiałam się, czy Seba-med produkuje leki zawierające dekstrometorfan albo chociaż igły lub szpryce. Reklama była podświetlona, co czyniło ją biała i czystą. Przyjemne. Chodnik nadal był obrzydliwie kolorowy, przyzdobiony plwocinami i starymi petami. Wokół przystanku uwijał się pan w odblaskowej kamizelce i zbierał butelki. Oddaliśmy mu nasze puste, wszak szklane są po 8 centów. Kosmo zajmował się trzaskaniem kolejnych awangardowych fotek, tym razem tematem był chodnik. Może myślał, że uwieczni wizualizacje. :) E. siedziała wpatrzona w pustkę, wyglądała nieco przerażająco, jakby kosmiczny pasożyt wyssał jej duszę. Zadnego nie widziałam, spytałam się więc, czy wszystko w porządku. Może chwilowa katatonia. Przyznała, że wystraszyła się trochę ataku klonów. Cóż, ja tez, ale ja trochę inaczej reaguję na stres w takich sytuacjach. Dziwilyśmy się, że wszyscy wygladali tak samo. Coż, taka idea, jedna, doskonała, aryjska rasa. :) Nie, na codzień nie czuję się tym zakłopotana, jednak teraz to uczucie było silne. Zwlaszcza, że na przystanek po drugiej stronie zwlekły się kolejne grupki złotej, niemieckiej młodzieży, tym razem w pakiecie z odpicowanymi na błysk arabskimi cyco-pięknościami. Pewnie jadą potańczyć przy szlagierach i podupczyć się w toaletach z małymi ekranami HD. Nie, żebym byla cynikiem (:)), ale szorty i gorset z większa częscia słusznych cyców na wierzchu przy tej temperaturze to nie najlepszy pomysł. My z E. byłyśmy w ciepłych spodniach i bluzach. W każdym razie laski nie w moim typie, więc więcej nie zwracałam na nie uwagi.
Po wypiciu jeszcze kilku piw i wypaleniu kilku fajek postanowiliśmy iść na nogach. Rany boskie. Kolejne ulice, kolejne deja vu. Zdawało mi się, że wyjdziemy z zupełnie innej strony, może miałam jakąś lustrzaną mapę w głowie. Szliśmy długo, chodnik zmienił się w szosę, zaczęło poważnie śmierdzieć krowim plackiem. Doskonale wiem, że nigdzie nie ma tutaj krów. Ciekawostka. Jest schronisko dla psów, ludzie na działkach kolo parku trzymają indyki i kury (wiele razy słyszałam rano koguta, ale chyba zdechł). Może jest tu gdzies McDonald. Sucha szosa, idziemy po kaczemu, Kosmo zbacza na drogę, pewnie chce być znów niemal-rozjechany. Teraz już wiem, gdzie jestem. Na pewno. Okrążamy park drogą od strony miasta obok, nazwijmy je G. Po bokach z lasu, poza smrodem, dobywają się dzwięki nocnych ptaków. Opowiadam E. jakie ciekawe okazy tutaj widzieliśmy. Sowę i kilka wielkich ptaków podobnych do orłów, ale raczej nie orły. Nie wiem. W końcu wychodzimy z ciemni na ulice, ktora dobrze znam. Dwa przystanki od domu. Dosyć zmeczęni przemaszerowaliśmy przez ulice, na której śmierdziało marichuaną dla odmiany. Wszystkie kioski już były zamknięte, nie ma piwa, eh. Jeszcze chwila i juz wchodzimy po schodach. Zdjęliśmy buty, uporaliśmy się z zamkiem zakładanym przez mojego starego i...

⦁    AKT VII
Home sweet home, jak tu kurcze ciepło i w ogóle. Można usiąść na powierzchniach, po których ludzie nie stąpają butami. Od razu rozsiadłam się na pierwszej lepszej płaszczyźnie i dałam chwilę spokoju umęczonym kończynom. Włączyłam ciepłą lampkę, wzięłam ubrania, ręczniki i Kosmo pod pachę do łazienki. Wzięliśmy prysznic śmiejąc się przy tym jak popaprańcy. Potem E. wzięła prysznic, za ten czas my pościeliliśmy lóżka i coś zjedliśmy chyba. Nie łudziliśmy się, że zapadniemy w sen. E. wyszła z łazienki i położyła się w łóżku, my w pokoju obok. Włączyliśmy lampkę i daliśmy odpocząć plecom. Caly czas rozmawialiśmy szeptem, usiłując nie smiać się zbyt głośno z absurdalnych twierdzeń i żartów, które nadal się nas trzymały. Nieuchronnie zaczęliśmy się miziać, czego opis łaskawie Wam odpuszczę. :) Trwało to długo i było niezmiennie przyjemne. Kilka razy wychodziliśmy do kuchni, do łazienki, usiłując się przy tym specjalnie nie tarasić, jak para dzieciaków. E. nie spała, ja nie rozumiem jak po fenkach można bez przewracania leżeć w łóżku. E. leżała i odpoczywając rozmyślała o wypadkach dnia dzisiejszego, podczas gdy my szukaliśmy telefonu. Myślałam, że jest w torebce, lecz Kosmo sprawdził i nie znalazł. Nigdzie indziej też nie. Poszłam na kibelek i usłyszałam tam dzwonek mojego telefonu. Eh, był w torebce. Torebka ma kieszonki. O tak, trzecia ileśtam, godzina wieczna, bezsenna, równie przerażająca długością jak czwarta. Ile to razy przeżywałam ją w podobny sposób? Nie liczę. Nienawidzę trzeciej. Jest nawiedzona. Dwie godziny do otwarcia kiosku z piwem. Nie, żebym była alkoholikiem, już prędzej Kosmo. Ostatnio jednak piłam dosyć często i łudziłam się, że piwo pomoże mi zasnąć. Własciwie to wolałabym wino, ale wątpię, żeby było w kiosku. Wzięliśmy więc telefon do pokoju i położyliśmy się zabić czas oczekiwania na poranek. Czas wlekł się niemiłosiernie. Myśleliśmy, że przegadaliśmy godzinę, a na zegarku minęło dwadzieścia minut. Rzeczy niemożliwe.
W końcu wymęczona piąta. Ubraliśmy się po cichu i wyszliśmy. Na zewnątrz nadal mrok. Ledwie widzę w tej ciemności, męczy mnie już pomarańczowe światło latarni i wszystko inne trochę też. Zwłaszcza leżenie w łóżku, więc spaceruje z ulgą. Dosyć niesamowite biorąc pod uwagę dzisiejszy przebieg. Właściwie to już jest kolejny dzień. Dotarliśmy do kiosku, w środku świeci się światło, jednak wszystko jest zamknięte na głucho. Pukamy, stukamy, pusto. Karteczka z godzinami otwarcia - dziewiąta. Ja pierdolę, dzisiaj sobota. No to 'zbankrutował mi dzisiaj cały świat', haha. Nic, idziemy dalej, może inny kiosk otwieraja szybciej. Znajduję się mniej więcej tam, gdzie wysiedliśmy z autobusu parę godzin temu. Nogi same niosą wiadomą trasą, drzewa oświetlane na przemian białymi i pomarańczowymi światłami wyglądają jak wycięte z gry komputerowej. Z dala słychać ludzi. Niosą coś dużego, jest ich kilku. W miarę zbliżania się rozpoznałam w tym kształcie baner nakłaniający do głosowania na bodajże Jutte Eckenbach startującą z listy CDU. LOL. Sama chciałabym powiesić sobie ja nad łóżkiem. Niedługo wybory. Roześmiana i niewątpliwie pijana grupka pyta się, czy idziemy na disko. Chyba nie wyglądamy jakbyśmy się wybierali na disko, prędzej na grzyby. :) Odmawiamy ze smutkiem łamiacym serce. Kierunek piwo. Na rzeczonym przystanku więcej młodzieży, chyba to jakis event zrywania banerow wyborczych. Mijamy kosciół, który pożeram wzrokiem, każdy kamień cieniowany upiornym, zielonym światłem. Jednak nie przystaję, kiosk juz niedaleko. Ale zamknięty... Skurwysyństwo pierdolone jebane kurewskie - cytując moją matkę. To do domu, zły świat dla alkoholika, zły. Droga powrotna taka sama, acz w druga stronę. Wchodząc staramy się nie ' zbudzić' E., a raczej nie przerwać jej transu. Wracamy do groty naszego pokoju, wszystko to samo. Pozostaje potrupiec do siódmej - o tej porze otwierają Nietto. Więc znowu w piżamki, znowu do łóżka, gadka-szmatka. Dwie kolejne godziny, raaaju. Leżeliśmy tak i czekaliśmy na wschód słońca. Jakoś szybciej zleciało niż czekanie na otwarcie kiosku. Powoli rozjaśniające się niebo pompowało życie w wysychające synapsy. Piętnaście minut wcześniej ubraliśmy się ciepło, powoli też budziliśmy E. do życia. Poinformowaliśmy ją o celu podróży i wytoczyliśmy się niepewnie na poranny folklor soboty. Ah, co za kolory! Dlatego własnie sądzę, że fenki powinno się jeść w dzień. Te-chni-kolor. W Nieto byliśmy migiem - pierwsi, spragnieni konsumpcji klienci wsród krzątaniny personelu. Uznaliśmy, że w piwie stosunek procentów do objętości cieczy jest niekorzystny dla nas w tym momencie, więc wzięliśmy dwie butelki Martini. Akurat ja gustuję w tym rodzaju alkoholu, jeśli już piję coś mocniejszego. Nie za często. No, już się nie tłumaczę. W każdym razie na kasie o dziewiątej wygladało to egzotycznie, zwłaszcza z naszym z lekka potarganym wizerunkiem. Zdałam sobie sprawę, że w tym sklepie kupujemy prawie sam alkohol. Tez pożywienie.  Skasowane, wracamy coby się raczyć z nadzieją na sen. W domu rozlewamy do szklanek, bo wszystkie kieliszki potrzaskały się jak śpiewałam przeboje A Perfect Circle. Porozsiadaliśmy się po kątach i opowiadaliśmy E. nasze nocne przygdy z cyklu ' w poszukiwaniu browara'. Zartowaliśmy też o naszym sąsiedzie chorym na bezsenność i manie prześladowczą (poza tym, że uprawia kazirodztwo z córka). Gość całą noc biegał do okna jeśli tylko uslyszał najcichszy szmer. E. stwierdziła, że chętnie popatrzyłaby jak gramy na konsoli. Zaoferowałam się na gracza, z ochotą. Problemem tylko było wybranie gry, bo chciałam pyknąc w coś, co już przeszłam, żeby się nie zamotać. Za duży przebieg, za długi dzień. Padło na Bioshocka Infinite. Kochana gra, ajj. Cieszyłam sie jak dziecko siadając na fotelu, który katapultował mnie do podniebnego miasta. Ten moment kojarzył mi się zawsze z walnięciem MXE domięśniowo, hehe. W ogóle tą gre przeszłam już dwa razy. Uśmiałam się nielicho i tym razem z nieszczęsnych babtystów, niemałą frajdę sprawiło mi też zoperowanie twarzy mikserem policjantowi. :) Później masowe zabijanie tych bastardów, animacje wykończeń, napieprzanie w nich wigorami, sam miód! Doszłam do miejsca, w którym zabiłam pierwszego 'kruczego trumniaka' i pozyskalam możliwość nasyłania kruków na przeciwników. Gdybym dorzuciła DOM'a, może przeszłabym całą. :) Alkohol się skończył, postanowiliśmy położyć się spać, bo jednak sporo godzin chodzimy jak samochodziki. 'Położyć się', mnie to stresuje. Warto wspomnieć, że nie wyspaliśmy się dobrze od tygodnia, wstyd przyznać, ale dopiero skonczył mi się wredny skręt - zbyt sobie pofolgowałam z opio, a i też troche nosek przypudrowałam. Na skrecie. A na zejściu dopaliłam. To jest miks wszechczasów, przyjaciele i sąsiedzi. Zartowałam, nie róbcie tego nigdy. Później sprzątanie po berserku mojego starego, który wymyślił nam w łazience lustrzany sufit (na pewno wenecki, później emitują to wszystko w Chinach) i kolejna noc mycia podłogi. Uznałam, że wyśpię się w grobie najprawdopodobniej. Teraz leżac w łóżku jak zwykle nie mogłam znaleźć odpowiedniej pozycji, ale to dla mnie nic nowego. W końcu, kiedy zapadłam w półsenny trans, zadzwonił mój stary, żebym poszła z nim do banku zapłacić rachunki. Ciekawe czyje, haha! Moi rodzice zawsze wyczują moment. Tato, ale ja nie żyję. Nie, nie ma takiej opcji, to akurat może poczekać, nie wiem czy byłabym w stanie trafić kartą do bankomatu. Odłożyłam telefon - udało mi się nie rzucić nim w ścianę, choć od dawna mam ochotę skatować tego skurwysyna. Właściwie mieliśmy dzisiaj jechać z moim bratem do ZOO, ale taka dawka absurdu najpewniej by mnie zabiła trzykrotnie, poza tym mam siły na minusie. No i rozpadał się deszcz, Bóg nas kocha. Ległam i zasnęłam na godzinę snem niespokojnym. Nie powiem, żebym obudziła się wypoczęta, właściwy sen przyszedł dopiero wieczorem. Pomimo zestrupienia, dzień minął całkiem miło, zrobiłam prawie smaczną zupę, a E. namalowała mi obrazek. Sliczny. :) Sen i kolejny dzień... Dobranoc!

Od autorki, hie, hie - przede wszystkim gratuluję zapału  tym, którzy doczytali do końca, bo wyszła epopeja. W rzeczywistości wiele rzeczy pominęłam, o niektórych zapomniałam, bo od zdarzenia minęło parenaście dni. Całosc niemal pisałam pod wpływem (różnych rzeczy), kończę z grypą.

Ocena: 

Odpowiedzi

ale przednia, a najlepsze, że przy całej jej epickości najlepiej sama podsumowuje sie pieknym i uniwersalnym zdaniem <<Patrzę, oddycham.>>

Dzieki, akurat Twoje zdanie w tym temacie wiele znacy, Twoje tr zawsze byly moimi ulubionymi. Pozdrawiam!

B. fajnie napisany TR! Co z tego, że trip rekreacyjny. Nic gorszego niż silenie się na mistyczno-szamańską oświecenio-nirvanę. Czasemi wystarczy zrobić po prostu wycieczkę a nie Podróż Życia. Niezły soundtrack przy okazji ;)

Zajebiscie sie czyta! Bardzo ciekawie napisane! Gratki :)

"Zabladzic pomiedzy pampersami a ogorkami kiszonymi i umrzec." Czysta poezja!

Bioshock - rewelka!!

Sein Jemand !

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media