Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[argyreia nervosa] jak szukałem solniczki choć znalazłem plecak by pokolenie ł.k.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
powój hawajski/argyreia nervosa/hbwr w ilości 6 nasion
Waga: przy hbwr może mieć chyba jakieś znaczenie dla dawkowania,tak mi się wydaje-56 kilo
Set&Setting:
poczucie bezpieczeństwa i swojskości związane ze fajnymi znanymi miejscami-własny pokój,dom mojej Babci,w końcu mieszkanie dziewczyny, ciekawość i pewne nadzieje wiązane z działaniem nasion

Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Doświadczenie(wtedy): długotrwałe (kilkuletnie), bogate i w pewien sposób ustabilizowane relacje z łatwopalnymi przetworami konopii i świętyni Grzybami; typowe doświadczenia z alkoholem etylowym; tytoń i kawa (jedno i drugie sporadycznie i nigdy w kierunku nałogu); dwa podejścia do muchomora czerwonego po których wyobrażałem sobie, że mam pojecie o jego działaniu (mój opisany w dziale Grzyby trip miał miejsce jakiś miesiąc później); parę tygodni wcześniej poznałem szałwię wieszczą i caleę; dawniej-raz zdarzyło mi się przyjąć coś co może było LSD, a może nie (było w każdym razie pomieszczoną na kartoniku substancją psychodeliczną), a parę razy próbowałem takich specyfików jak gałka muszkatołowa, acodin, amfa i inhalanty.

[argyreia nervosa] jak szukałem solniczki choć znalazłem plecak by pokolenie ł.k.

TR przeniesiony z forum hyperreal.info

 

A działo się to wszystko w pewien lipcowy słoneczny dzień roku pańskiego 2006...

 

Najpierw rzucone jakoby mimochodem (starałem się) do Pani Mojego Serca zdanie - "A, wiesz, nie rób mi śniadania...", następnie Jej umiarkowanie piorunujące spojrzenie i adekwatne zapytanie " co znowu będziesz wpieprzał..", ja na to - "a wiesz, te nasionka, spoko, wszystko obliczyłem, mam plan, na 18 będę juz po wszystkim (naprawdę byłem o tym przekonany), tak że możemy się normalnie umówić..." no i tak dalej. Zbieram się, wychodzę przyobiecawszy uprzednio, że nie bedę się nigdzie szlajał, spędze spokojny trip w domu i w ogóle nic głupiego nie zrobię i zaledwie zniknąwszy za rogiem bloku sadowię się na trzepaku gdzie około godziny 10.00 umieszczam w jamie ustnej 6 nasion argyreia nervosa. Konstatuje, że nawet mi smakują co mnie cieszy, gdyż plan mam taki, coby przeżuwać je metodycznie przez całą drogę do domu, która powinna mi zająć jakies 20 minut. No i tak sobie idę rozmyślając z rozbawieniem co będzie, jeśli spotkam kogoś znajomego chętnego do rozmowy, a z moich ust przy powitaniu wyleje się błoto w które sukcesywnie zmieniają się przeżuwane nasiona. Po jakichś 15 minutach stwierdzam, że wystarczy i połykam ślinny roztwór LSA, glikozydów i reszty. Parę minut później jestem już w domu, kręcę się chwilę i strasznie szybko moja przepowiednia, którą wypowiedziałem wchodząc, w celu zapewnienia sobie spokoju - iż źle się czuję i dzięki za kanapki/herbatę ale lepiej pośpię - staje sie faktem. Czuję ogarniające moje ciało zmulenie, przez chwile zastanawiam się czy czasem sobie tego nie wkręcam, ale skontrastowane z moim rześkim jeszcze niecałe pół godziny temu samopoczuciem wrażenie 'niewyraźności' objawia mi się jako fakt, nagle odchodzi mi cała ochota na tripowanie i nie bardzo przejmuje się możliwością, że zasnę marnując szansę przetestowania kolejnego cuda z ethnoshop... Z pewnym takim ostrożnym (coby nie urazić mego mdłego ciała) pośpiechem ścielam sobie łóżko i nastawiam płyte The Doors ("Morrison Hotel"). 

Jakoś jednak nie zasypiałem czując się generalnie niby coraz gorzej, ale z drugiej strony coraz większą przyjemność sprawiały mi chwile kiedy udawało mi się znaleźć właściwą pozycję i nic mi akurat nie dokuczało, podobało mi się to odrętwienie, zapadnięcie się w sobie podczas którego zastanawiałem się, czy te miernie i nieco wymuszenie wizualizowane scenki/obrazki to hipnagogiczny efekt przysypiania czy rozpoczynajacego się działania LSA, a jeśli to drugie to czy w ogóle było warto te nasiona spożywać, bo owe scenki były mętne, pozbawione znaczenia i prawie natychmiast je zapominałem. Następne 1,5 h spędziłem mniej więcej jednorodnie w przedstawiony powyżej sposób, odczuwając najpierw narastanie (przyrost zmulenia, wrażenia skurczenia żołądka i innych mieszkańców jamy brzusznej), a później opadanie stanu niewyraźności i dolegliwości. 

1,5 h minęło, a ja pozbierałem się z łóżka i stwierdziłem z przekąsem - "nie ma co,warto było...", poniewaz stwierdziłem, że nie odczuwam już ani żadnych dolegliwości ani psychodeliczności, uznałem więc, że doświadczyłem już wszystkiego, co hbwr miało mi tego dnia do zaoferowania i mogę zająć się czymś innym. Po pierwsze, stwierdziłem iż jestem głodny i ucieszyłem gdy przypomniało mi się, że w plecaku mam przecież jagodziankę, która Moja Pani podarowała mi jako prowiant kiedy wcześniej (na śniadanie) nie raczyłem jej zjeść. Pałaszując bułeczkę dopiero kiedy niemal cała zniknęła zorientowałem się, że organizm daje mi pewne subtelne znaki, mianowicie mój przewód pokarmowy sprawiał wrażenie ściśniętej - bezbolesnie już teraz co prawda ale za to uparcie - gumowatej rurki. Pomyślałem sobie... yhmmm... po czym położyłem na chwilę, pomyślałem tym razem.... yyyhhmm ghh hyyyy..., po czym już bez większych ceremonii otworzyłem okno, zajrzałem w swoje serce i zwymiotowałem do ogródka niemrawo przesuwające się przez ściśnięty przełyk nieprzyjemnie suche kawałki jagodzianki. 

Tak więc teraz, kiedy trip powoli na serio się rozpoczynał mogłem pogratulować sobie, że mimowolnie postąpiłem zgodnie z instrukcją/sugestią zawartą w opisie hbwr na stronie Herbarium Czarnej Pantery - "po upływie 1,5 h(...) zmusić się do wymiotów" ... Co do tego zaś, że rozpoczynał się na serio przestałem mieć wątpliwości, kiedy do zmienionego w sensie czuciowym postrzegania własnego ciała dołaczyło tożsame w wymiarze wizualnym - moja skóra zaczęła wydawać mi się dziwnie cienka, kończyny wydłużone, spoglądając w lustro widziałem rozszerzone (nie najbardziej jak sie da, ale widocznie) źrenice, a twarz sprawiała wrażenia zbyt dużej i zmienionej, włosy wyglądały na brzydkie i rzadkie. Bylo to trochę podobne do widzenia podczas grzybowego tripu, z tym, że nie dostrzegałem morfowania, poruszania się faktur, oddychania powierzchni i tak dalej, wyglądało to raczej, jakby moment wymiotowania uruchomił coś, LSA zadziałało, porzestawiało trochę po swojemu świat i zaczaiło się żeby podglądać co ja teraz z tym zrobię. 

..............................

Leżałem sobie i myślałem o czasie i świadomości. Przypomniałem sobie o czymś co wymyśliłem/zrozumiałem już kiedyś dawno-że można spojrzeć na to wszystko tak, że jedynie percepcja jest związana czasem podczas gdy śwadomość jest ponad nim, niezależna i niedostepna dla nas w pełni właśnie z powodu naszego uwikłania w czas, że postrzeganie jest tylko zajmującym naszą uwagę procesem podczas gdy prawdziwa Świadomość jest domem do którego zaaferowani czasem nie możemy trafić. Myślałem-widziałem-to niby już wcześniej, ale teraz powój pomagał mi robić to sprawniej, bez gubienia się w intelektualnych zawijasach, spójniej w obrębie normalnego języka (byłem pewien, że bez problemu mógłbym każdemu prosto tą wiedzę wyłożyć), plastyczniej-cały czas myśląc widziałem jakby budujący sie schemat-układy powierzchni, kulek i linii je łączących i przenikających-którego mogłem używać jako mapy pozwalającej mi zgłębiać poszczególne obszary modelu czasu/świadomości, a nawet myśleć o czymś innym po czym przywoływać mapę i patrzeć-gdzie to ja byłem?.. myślałem też o różnych znanych mi modelach czasu stworzonych przez ludzkość, analizowałem je, rozumiałem i domyslałem do czego miały pierwotnie służyć i jak ich interpretacja jest obecnie zniekształcana i trywializowana... w mój model nagle wkradło się coś-jakieś zawirowania, ukierunkowane, dążące dokądś, po czym zmieniające kierunek, kapryśne, żywotne...co to jest..?...naprawdę dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, że to 'coś' to muzyka, że ją słyszę-zachwyciło mnie to jako idealna ilustracja moich przemyśleń, uznałem, że muzyka jest szczególną forma sztuki, fascynującym wykorzystaniem natury ludzkiej percepcji czasu-bo przecież muzyka to nic innego jak rozgrywające się w czasie sekwencje dźwięków, a słuchanie jej polegać może, owszem, po prostu na śledzeniu ich kolejności, dynamiki następstw, ale prawdziwe rozumienie muzyki pozwoliłoby nam postrzegać ją w całości, poza czasem, statyczną i majestatyczną, jakby harmoniczną rzeźbę, znakomitą ilustrację natury Świadomości. Jako ciekawostkę dodam, że o wiele więcej czasu i wysiłku umysłowego niż przemyślenie wszystkiego powyżej kosztowało mnie zorientowanie się kto to właściwie gra..?.. -w końcu jakoś doszedłem do tego,że slucham płyty Smashing Pumpkins i mogłem oddawać się pływom i zrywom tej muzyki i myśli bez przeszkód. 

Zachciało mi się wstać... i cuż, gdyby z jakiegoś powodu mi zależało spokojnie dałbym rade, ale że nikt nie patrzył zrobiłem to do czego skłaniało mnie ciało, tj. pierdolnąłem z rozmachem z łożka na dywan. Tak po prostu było mi najwygodniej i nie widziałem powodu żeby nie iść za głosem serca. Poprzemieszczałem się troche po pokoju(do lustra, do okna wyjrzeć uchyliwszy zasłonki które wcześniej zaciągnąłem, do półki z płytami) w podobnym stylu wpół na czworaka wpół tarzając się kiedy przyszło mi do głowy, ze za raptem 3 niecałe godziny jestam umówiony z dziewczyną, i że niezaleznie od mądrości o która się przez ostatnie godziny ocierałem wyglądam jak typowy ćpun, w istocie żałośnie upośledzony i niskoordynowany we własnym mniemaniu geniusz... błech... stwierdziłem, że wyglądam paskudnie, że mój pokój jest brudny, wszystko jest poszarzałe, dywan po którym się tarzam śmierdzi i pełno na nim sierści i paprochów i ogólnie jest nieciekawie a nic nie wskazuje, żeby jakiś cud miał sprawić że cokolwiek zmieni się w najbliższym czasie. Może gdybym mógł teraz sie przespać, wstać rano, ogarnąć się... nie mam zwyczaju zawodzić mojej dziewczyny (co owocuje wzajemnością i zaufaniem jakby ktoś nie wiedział) więc wykluczyłem z góry taką opcję. 
Leżałem tak sobie w moim poszarzałym pokoju na poszarzałym dywanie czujac sie jak śmieć (nie był to tak naprawdę w pełni dół czy jakiś bad trip, bo na jakimś poziomie miałem do siebie w całej tej sytuacji pewien zabarwiony rozbawionym politowaniem dystans, ze świadomością jednak, że problem jest natury praktycznej, i ów za wiele mi nie pomoże), gdy nagle przyszło mi do głowy, że jak już tak leżę i się dręczę tym brudem i bałaganem, to równie dobrze mógłbym wstać i posprzątać.

Co też natychmiast wprowadziłem w czyn, tj. podniosłem się,a wtedy jako preludium do wspomnianego cudu w który nie wierzyłem a który miał się zaraz wydarzyć - pojawiły się kolory. Tak po prostu, pierdolut i zrobiło się kolorowo, tak jakby po całym tym czasie zza chmur wyszło Słońce - znaczy wyszło, zza zasłonek które odsunąłem, ale to było o wiele, wiele więcej. Cud zaś wydarzył się wtedy kiedy natchniony energią Słońca i kolorów sięgnąłem do konta w którym stoi zwykle odkurzacz i popatrzyłem na własną rękę trzymającą to, co stamtąd wyciągnąłem. Najpierw pomyslałem-"o, fajnie", a potem- "kurwa, zwariowałem..?". Trzymałem bowiem w ręku plecak-kostkę, którą ostatni raz widziałem jakieś 4 lata temu, kiedy to definitywnie ją zgubiłem. Plecak, który zgubiłem jeszcze w liceum, kiedy mieszkałem w całkiem innej części miasta (od tamtych czasów przeprowadziłem się nie raz ale dwa, ten drugi co prawda w obrębie tego samego budynku do innego mieszkania ale zawsze...) wyciągam sobie ot tak z kąta pokoju. Euforia owładnęła mnie tak, że poleciałem z tym plecakiem do pokoju rodziców i zacząłem klarować ojcu - "Tato, kurwa, zobacz co znalazłem, ja pierdole, skąd to sie wzięło, Tato, czaisz?..." Bardzo chciałem podzielić się moim szczęściem, kolory już całkiem zwariowały, ledwo powstrzymywałem się żeby nie powiedzieć -"Tato, kurde, ale Ty masz NIEBIESKĄ koszule..!", nagle paranoiczna myśl-starsi nie zdążyli się jeszcze odezwać przytłoczeni moim entuzjastycznym słowotokiem, myślę sobie, że może to tylko mi się tak kompletnie uroiło, może mam tak kompletną fazę że całkiem wyrwało mnie z rzeczywistości, że tylko ja widzę ten plecak... ale z drugiej strony przeciez wiem, że to niemożliwe, to nie jakiś pieprzony bieluń... przez chwile gapię się zdezorientowany na moje znalezisko, w końcu mój starszy mówi - "no plecak...dziury ma, zostaw, to ci zszyje...". Uspokajam się, euforia znów mnie ponosi stwierdzam, ze nie ma powodów aby się hamować i wciągam rodziców w debatę nad cudem, który sie zdarzył, mój Tata jest zdania, że 'pewnie gdzieś leżał ...", no taak... W plecaku znajduję wszystko to, co jak pamiętam w nim było - książkę Stachury, którą musiałem odkupić do szkolnej biblioteki, zeszyt, cukierki-którymi natychmiast chcę częstować rodzinę, która jednak dystansuje się do tego pomysłu, starszy proponuje mi za to, żeby tymi czekoladowymi nakarmić psa-daję więc Nerce cukierek, który połyka, mój starszy mówi mi" nie tak, ona przecież zębów nie ma"-faktycznie, mój pies (suczka znaczy) dysponuje uzębieniem przypominającym nietoperza - dwa kły z góry, dwa zdołu, a reszta ledwo co wystaje z dziąseł, starszy tłumaczy mi jak trzymać cukierek tak, żeby zamiast połknąć mogła nacieszyć się jego smakiem liżąc go i skubiąc - rozwala mnie to do końca,odczuwam to jako tak dobre i fajne, że jestem dokumentnie w pizdu szczęśliwy. 

No ale w końcu czas się zbierać, przed spotkaniem z Panią Moją zamierzam jeszcze odwiedzić Babcie, u której wykąpię się, zjem coś (tak myślałem-ten tr zrobił sie cuś długi, więc pominę to jak kombinowałem gdzie by schować jedzenie, którego pochopnie sobie zażyczyłem, a jak się okazało nie byłem w stanie przełknąć) i wezmę parę rzeczy. Po drodze (5 minut) czuję się... kfaśno, wszystko jest rozświetlone, barwne, przestrzeń jest lekko zgięta i przeciekawa. U Babci starałem się zająć czynnościami typowymi, niestety-zasiadłem przed komputerem, w którym nic mi nie pasowało, ekran migał i raził, wyglądał jak ekran na filmie, z tym przesuwającym się z góry na dół szarym paskiem, był jakis taki zokrąglony, ikony były porozrzucane i za duże... zrezygnowałem z kontaktu z diabelską maszyną, kiedy Babcia poprosiła mnie, żebym poszukał solniczki. Szukam. Szukam."-Masz?" "Szukam.!"- w końcu zastanowiłem się, co właściwie robię i stwierdziłem, że szukam solniczki w folderach... próbowałem pograć na gitarze spodziewając się kosmicznych harmonii, ale gitara (Jolanka) była dla mnie za ciężka... wielki łeb, który widziałem w lustrze wydawał mi się mieć dziwaczny kształt, twarz była nie taka, źrenice ogromne, wszystko było NIE TAKIE-nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo ale u Babci czułem się z tym dość dziwnie, toteż z pewną ulgą wyszedłem w końcu na umówione spotkanie. 

A potem już raczej z górki. Spacerowanie, cieszenie sie obecnością, dzielenie wrażeniami, powracające coraz słabsze fale kfaśności-bez problemu orientowałem się kiedy moje źrenice w zasadzie już normalne rozjeżdżały się ni z tego ni z owego do maksymalnych rozmiarów a świat robił sie odrobinę wygięty, miałem wrażenie, że moja dziewczyna pomaga mi łagodnie wrócić z eskapady w którą się wypuściłem. Później u niej w domu zdołałem nawet zjeść pierwszy tego dnia posiłek-kawałek szarlotki, który skubałem jak szpak przez jakieś dwadzieścia minut. Zacząłem odczuwać lekki ból z tyłu głowy, w pewnym sensie całkiem przyjemny, wynikający ze zmęczenia, taki, co do którego ma się pewność, że wystarczy położyć się a on nie tylko ustąpi ale i pomoze zasnąć. Jeszcze później przekonałem sie, że tak bardzo to jednak mnie ta głowa nie boli i sen też może troszeczkę poczekac, a powój ujawnił mi także swoje bardziej empatyzujące, uwrażliwjające,zmysłowe oblicze. 

Podsumowując- nie był to szczególnie ważny, jakoś istotny w moim życiu trip, wspominam go jednak miło, jako jedno z najbardziej euforycznych doświadczeń ze środkami psychoaktywnymi. Jako psychedelik powój nie porwał mnie jakoś szczególnie, Grzyby już w umiarkowanej ilości dawały mi o wiele bardziej głębokie odczucia, również wizualnie/estetycznie było prawie zawsze ciekawiej, no, ale Grzybów w ogóle nie można z niczym porównywać. Po niczym nigdy nie czułem się tak n a ć p a n y jak po powoju-w takim sensie, że jego działanie idealnie trafiło w moje wyobrażenie stanu "bycia naćpanym" jakie miałem na długo przed tym jak choćby zapaliłem mj. Tak właśnie kiedyś tam wyobrazałem sobie działanie narkotyków-człowiek kiepsko sie czuje cieleśnie a jednocześnie roznosi go euforia, do tego rozszerzone źrenice i zniekształcenia wizualne. Fajnie. Stan po hbwr wydał mi się psychodeliczny acz niezobowiązujący, niezbyt poważny, trudno mi wyobrazić sobie, żebym miał zacząć myśleć o tej roślinie z szacunkiem z jakim myślę o Grzybach. Chyba tyle. Jeśli zdarzyło się właśnie,że ktoś doczytał do tego miejsca,to gratuluję Jemu i Sobie. 
Pozdrawiam.

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Panie Pokolenie, jak zwykle czytam z przyjemnością, raporty cechuje to specyficzne dość poczucie humoru i pozytywne zakręcenie.

Zainstaluj solniczkę.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media