Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[lsa] o wolnej woli

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
~25 g. Ipomoea purpurea, powoju pnącego. 50mg hydroksyzyny zażytej nasennie na koniec doświadczenia; wypity litr soku porzeczkowego przed startem.
Set&Setting:
Własne mieszkanie - w samotności, nocą.
Doświadczenie:
Liczne, apteczne opiaty, benzodiazepiny. Od lat regularnie palona marihuana. Sporo psychodelików: LSD, grzyby psylocybinowe, powoje, r-c.

raporty ezyrider

[lsa] o wolnej woli

 

 [Doświadczenie:] Przez ostatnie kilka lat narkotyki odgrywały dosyć istotną rolę w moim życiu. Ostatnie dwa nazwę "ciągiem opiatowym" (morfina, buprenorfina, kodeina, fentanyl, DHC, tramadol), przerwanym jakiś czas temu. Ostatnie tygodnie były ciężką pracą nad sobą samym - skutki tego określiłbym jako "wyraźną poprawę jakości życia". Uznałem to za doskonały powód i okazję do  zażycia psychodelików, dawniej ogromnie mnie interesujących, przez ostatnie lata omijanych. Aktualnie jestem abstynentem sławiącym wolną wolę: nie palę nawet marihuany.

 Charakter doświadczeń psychodelicznych daleko odbiega od stereotypowych skojarzeń z narkotykami.  W wielu podaniach (również medycznych) określa się je jako pomocne w zwalczaniu uzależnień. Owy paradoks potwierdza doskonale błąd klasyfikacyjny, przypisujący tryptaminy do "jednego wora" np. z opioidami, źródłem moich własnych problemów. Opisywane doświadczenie miało na celu przede wszystkim utwierdzenie mnie w słuszności ostatnio obranej drogi; głęboką autorefleksję. Z tego względu obranym środkiem był powój - w mojej opinii przodujący wśród psychodelików klarownością myśli, głębią zmiany psychicznego odbioru świata przy stosunkowo nikłych zmianach percepcyjnych.

 [S&S:] Trip odbyłem we własnym mieszkaniu, nocną porą. Towarzyszyły mi jedynie własne zwierzęta. Miałem znakomite nastawienie. Ostatnie dwa dni pościłem, przebywając w samotności i otoczeniu książek - miałem więc o czym rozmyślać owego wieczoru. 

  Byłem zabezpieczony w uspokajające i usypiające środki farmakologiczne. Na stole czekały świeżo zakupione płyty z muzyką sakralną i dwie książki o tematyce filozoficzno-teologicznej, których lekturą urozmaiciłem sobie początek wieczoru i oczekiwanie na efekty powoju,  [Dawkowanie:] zażytego w ilości ok. 25 g (zmielonych nasion).

 Ogromne mdłości nie były dla mnie żadnym zaskoczeniem. Pomocnym okazał się imbir - zminimalizował ból brzucha pozwalając udać się na spacer z psami. Podczas spaceru nastąpiła zamiana rolami - zwierzak prowadził pana. Światło latarni zupełnie "zalewało" moje pole widzenia. Zaczeło się, w dodatku wyjątkowo gwałtownie. Próbując doczłapać się do domu spotkałem sąsiada, z którym zazwyczaj, podczas wieczornych przechadzek, chętnie i długo rozmawiałem. Tym razem chęć na pogawędkę była jednostronna, a moja zupełna dezorientacja nie pozwalała mi na wymyślenie żadnej wymówki. Słuchałem dziwacznego monologu (o wyjściu do teatru i remoncie opery) myśląc jedynie o najwłaściwszym wyrazie twarzy, jaki powinienem obrać. Uwolniwszy się od natręta powróciłem do własnego bloku. W ciemnościach klatki schodowej nie potrafiłem odnaleźć włącznika światła. Jednocześnie miałem okazję do "zmierzenia" siły własnego odurzenia - intensywność fraktali w ciemności była zaskakująca. Wejście do domu znacznie mnie uspokoiło. Na chwilę poczułem się trzeźwy.

 [ok. 1,5h od zażycia] Zapażyłem yerba-mate, rozpaliłem olejki eteryczne, puściłem jedną z zakupionych płyt. Rozpocząłem lekturę pism pewnego starożytnego teologa (potrzebnych mi do pisanej na zamówienie pracy). Klarowność wniosków zaowocowała stroną notatek, których pisanie kontynuowałem aż do końca przeżycia! (bardzo pomocnych przy pisaniu owego raportu). W czytaniu przeszkodziły mi jednak halucynacje i natarczywe pobudzenie fizyczne. Postanowiłem wziąć kąpiel, która to zawsze jest dla mnie wielką przyjemnością. Zeszło mi na niej ok. godziny. Z początku, w wannie, z powodzeniem czytałem kserówki łacińskich tekstów. Byłem zaskoczony własną pamięcią i łatwością radzenia sobie z obcą gramatyką. Intensywne światło pozwalało mi z początku uniknąć rozmazujących się literek - nie potrwało to jednak długo. Musiałem odłożyć kartki. Jedna z nich wpadła mi niestety do wody, co zaowocowało ogromnymi wyrzutami sumienia. Uspokoiłem się przypomniwszy sobie, że to tylko kserówka. Podczas kąpieli odczułem, powtarzające się w wielu raportach, poczucie harmonii świata. Boski ład, idealność stworzenia, kosmologiczny dowód istnienia Absolutu - mogłem spodziewać się takowych odczuć po wcześniejszym doborze lektur. Dostąpiłem boskiej iluminacji! Z całą pewnością mogłem już wyjść z wanny i cieszyć się wspinaczką własnej duszy ku metafizycznym wyżynom.

 [+ 3h]

 Nie lada zdziwienia dostarczyły mi owe chwile. Mając w głowie słowa jednej znajomej, która dzień wcześniej stwierdziła, że trudność życia wzrasta proporcjonalnie do inteligencji, przeżyłem niewyobrażalne cierpienie wynikające jedynie z uzyskanej klarowności własnych myśli. Stałem się czystą „ideą” człowieka, „formą substancjalną” odartą z materii – taka myśl na chwilę zaświtała w mej „skwaszonej” głowie (takie słowa zanotowałem również w kajetniku). Cierpiałem fizycznie i psychicznie, a powodem tego był (jak sądziłem) brak cielesnego "bufora" dla nawałnicy pytań i odpowiedzi, rodzących się w każdej wydłużającej do nieskończoności sekundzie. Zanotowałem wtedy następujące słowa: Dno piekieł - samotność "ja", które pozostaną dla mnie zagadką.

 Świat widziałem zawsze w sposób czysto materialny, zgodny z nauką XX wieku. Podobnie postrzegałem człowieka – wszelkie koncepcje ludzkiej duszy uważałem za prehistorię. W owej chwili stanąłem jednak przed poważnym kryzysem - byłem przekonany o istnieniu duszy!

 [+ 4-6h]

 Robiło się coraz bardziej intensywnie, a ja nadal byłem na "dnie piekieł". Nie było mowy o oglądaniu jakiegokolwiek filmu (liczyłem, że tym sposobem zbiję nieprzyjemne myśli i emocje). Nie dość, że ledwo odróżniałem papkę przy oczach otwartych od tej przy zamkniętych, wszystkie propozycje wydawały mi się zbyt płytkie i "mało ludzkie". Chciałem czegoś adekwatnego do własnej "zdeindywidualizowanej" formy, bliskiej ideałowi człowieka - najbardziej legendarni twórcy kina niedorastali mi jednak do pięt. Muzyka również mnie denerwowała. Słuchanie gotowych nagrań wydawało mi się bardzo abstakcyjne, postanowiłem więc samodzielnie coś pograć. Nie umiałem jednak odszukać instrumentu (jak dobrze! Gram na instrumencie dętym, troszkę głośnym jak na noc w bloku). Byłem więc w kropce - muzyka z odtwarzacza była nie do zniesienia, podobnie jak jej brak. W ciszy usłyszałem kroki człowieka za oknem - przynajmniej tak mi się wydawało. Natchnęło mnie to do własnej wyprawy.

 Szybko zawróciłem do domu - nie udało mi się wyjść z klatki schodowej. Spacer był zdecydowanie idiotycznym pomysłem, chociaż wyludnione ulice nocą w pierwsze dni ocieplenia pozimowego nawet teraz wydają mi się bardzo ciekawe. Po powrocie czułem się zdecydowanie lepiej. Odraza do muzyki z kolumn też gdzieś zanikła; wybrałem płytę z polskimi chorałami gregoriańskimi, jednak nie umiałem jej odpakować z folii. Na szczęście tylko mnie to rozbawiło. Położyłem się i rozpocząłem monolog, dla którego pretekstem był pies - rozmówca. Tym razem głównym tematem mych rozmyślań było szczęście.

 

 Czując, że działanie zaczyna znacznie słabnąć, zażyłem pięć tabletek nasennej hydroksyzyny i przespałem kolejne kilka godzin. Obudziłem się w doskonałym nastroju.

 Owa przygoda obfitowała w niekoniecznie przyjemne wnioski dotyczące mojej własnej osoby (jak np. wcześniej ignorowany narcyzm, pogarda dla otoczenia; resztę przemilczę). Była nacechowana mistycznie, wręcz religijnie - mogłem się tego spodziewać po własnym nastawieniu i towarzyszącej mi w ostatnich dniach kulturze wczesnego średniowiecza. Nie powiem, abym odnalazł Boga (i nie to było moim celem). Dostąpiłem jednak kryzysu własnych racji światopoglądowych, dawniej niepodważalnych dla mnie.
 Cieszę się, że owy wieczór pozwolił mi na chociaż odrobinę więcej, niż stereotyp "narkotyku" by wskazywał. Z pewnością utwierdził mnie w przekonaniu o zdrożności życia opartego na chwilowej rozkoszy. Powój nazwałbym przeciwieństem hedonizmu - w ciągu całej nocy nie znajduję nawet jednej chwili (w stosunku do stanu trzeźwego) zgodnej owym terminem. Z pewnością wzmocnił mnie psychicznie w walce z siedzącym we mnie uzależnieniem od morfiny. Na dłuższy czas wyczerpał nie tylko pokłady serotoniny w moim organizmie - również wszelkie potrzeby podobnych doświadczeń.

Ocena: 

Odpowiedzi

Chciałbym Cię spytać, gdzie nabyłeś te nasiona. Czy kupione w paczce w zwykłym sklepie ogrodniczym również się nadają? Chodzi mi na przykład o coś takiego: http://www.sadowniczy.pl/product-pol-6140-WILEC-ipomoea-purpurea-mieszan...

Przy okazji mógłbym sobie zasadzić w akademiku.

No właśnie. mógłbyś coś więcej powiedzieć na temat zakupionych nasion? Ja jadłem ostatnio 9g tego purpurowego i do tego 1g niebieskiego i w ogóle nie podziałało. Możesz też coś więcej powiedzieć na temat wyglądy nasion? Moje były wymieszane czarne z brązowymi i były małe. Dreamspace: Właśnie dlatego nie polecam bawić się purpurowym, lepiem kupić niebieski.

Z tego co wiem "purpurowy" (od "ipomoea purpurea") a "niebieski" (-"heavenly blue") to, -w wypadku powojów - nazwy synonimiczne. Książki nie opisują różnic między podgatunkami; z doświadczenia wiem, że wszelkie trójbarwne itp. nie nadają się do niczego. Polecam oprzeć się na angielskiej nazwie i cierpliwie szukać. Oraz zmielić ziarenka przed sporzyciem (np. młynkiem do kawy).  Co do wyglądu: małe, czarne (!), łezkowate nasiona o wadze <03,g.
Ja sam zakupuję nasiona w sklepie internetowym. Z tego co wiem paczkowane, marketowe"nasiona bywają aktywne.
pozdrawiam!

Mógłbyś powiedzieć w jakim sklepie? Czy te z magicznego ogrodu się nadają? Na zdjęciu są jakby brązowe :/

Polecam obie firmy z tytułu, w lepszych ogrodniczych znajdziesz.

Ja próbowałem te "Legutko - Heavenly Blue" - ale pamiętaj trzeba dobrze pogryźć (fuj) lub zmiksować. Efektów z początku nie widać w ogóle, potem otępienie i poprawa humoru, a potem wyostrzenie kolorów i rozkminki nad życiem delikatnie mówiąc.

Polecam obie firmy z tytułu, w lepszych ogrodniczych znajdziesz.

Ja próbowałem te "Legutko - Heavenly Blue" - ale pamiętaj trzeba dobrze pogryźć (fuj) lub zmiksować. Efektów z początku nie widać w ogóle, potem otępienie i poprawa humoru, a potem wyostrzenie kolorów i rozkminki nad życiem delikatnie mówiąc.

Już spróbowałem, ale miałem z allegro. Faza była koszmarnie potężna, jak nic co wcześniej doświadczyłem. Kolory i poprawa nastroju to nawet nie 1/10 tego co przeżyłem. W linku raport:

http://neurogroove.info/trip/i-niech-wam-si-nie-wydaje-e-par-czarnych-na...

ta Twoja notatka ląduje u mnie w ulubionych cytatach na facebooku, na honorowym 3 miejscu. radziłbym to gdzieś opublikować, jak dla mnie rewolucyjna myśl.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media