Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[lsa] uwaga na jabberwocka by son.of.the.blue.sky

[lsa] uwaga na jabberwocka by son.of.the.blue.sky

Trip report przeniesiony z forum hyperreal.info.

 

22:59 - Na razie nikt w domu nie śpi. Rozgryzam i połykam 6 świeżych nasion Hawaiian Baby, i żeby nakręcić wyobraźnię na bardziej mroczne klimaty idę pograć a American McGee’s Alice. Po jakiejś pół godzinie jednak, standardowo, ręce robią się coraz cięższe, coraz trudniej skupić na czymś wzrok, dopadają mnie mdłości – standardowy pakiet efektów wejścia lsa. Nie chcąc zachlapać monitora kolacją, jestem zmuszona wrócić do pokoju aby symulować sen. Obok łóżka jak zwykle leży plastikowy worek, butelka z wodą, naładowany odtwarzacz mp3, na półce stoi tani dezodorant (o tym później), czyli wszystko przygotowane. Nakładam słuchawki i próbuję odlecieć. Przed oczami zaczynają przesuwać się ‘bajki’. Do głowy przylatują jakieś dziwne motywy, generalnie związane z muzyką jakiej słucham, a potem dopowiada się do nich historia. Pamiętam z tego niewiele, ale na koniec – chyba ok.

00.30 Wyobrażam sobie wielką drewnianą łódź w kształcie kielicha, na której razem z innymi ludźmi wpływam do podziemnej jaskini. W tym momencie przeszywają mnie znajome fale energii sygnalizujące pełne wejście substancji. Źrenice mają już światło w głębokim poważaniu. Nawet przestaje mnie boleć żołądek, postanawiam tym razem nie zmuszać się do zwrócenia nasionek; zaczyna się zabawa.
Czas płynie teraz zupełnie inaczej. Przez głowę przeleciało tyle różnych historii, że mam wrażenie, jakby minęło parę godzin. Patrzę na zegarek – to tylko kilkanaście minut... Cieszę się jak dziecko, zdążę zwiedzić cały Wonderland dopóki bilety są ważne. Dociera do mnie gdzieś z głębi pamięci wspomnienie Jabberwocka, wiem, że niedługo będę tego spowolnienia czasu żałować, ale na razie nie jestem w stanie się bać. Główna część fazy wygląda jak zwykle. Grzebanie w pamięci w poszukiwaniu przede wszystkim tych wspomnień, marzeń, snów, z którymi w jakiś sposób nie daję sobie rady, i próby zaakceptowania ich z tej innej perspektywy. Chciałam rozwiązywać problemy, a... okazało się, że jedynym problemem jest jak na razie właśnie ćpanie. Nie przypuszczałam, że tyle się zmieni w ciągu ostatniego roku. Wyciągam po kolei wszystkie zdarzenia z przeszłości i dziwię się, że jest ich tak dużo. Powoli pozbywam się tego denerwującego wrażenia towarzyszącego mi przez ostatnie kilka lat, że moje życie jest jakieś puste. Jakby nigdy nic się działo. A ja po prostu nie pamiętam. Nie mogę tego jakoś wygrzebać z pamięci kiedy chcę, jedyny wyjątek to właśnie powój. Znowu doskonale rozumiem, dlaczego tak kocham tę roślinkę. A że tym razem udaje mi się w miarę uporządkować tok myśli i wykorzystać lsa tak jak się tylko da, postanawiam dodać coś więcej. I tu wchodzi propan/butan! (Najgorsze z możliwych wykorzystań psychodelików <<zabawa>> przy użyciu najgorszego z nich <<inhalant>>, czyli znowu wychodzi ze mnie kinderdebil). Siadam na łóżku, zapalam światło, chwilę przyglądam się nieustannie wirującym przed oczami fraktalom, jaskrawym wzorkom i lemingom(?!), po czym biorę do ręki dezodorant. Przy wdychaniu patrzę na bombki na gałązkach, mam wrażenie że powiększają się w miarę jak wciągam gaz; ten efekt tak absorbuje moją uwagę, że mało mi płuc nie rozrywa, bo zapominam wyjąć pojemnik z paszczy. O przerwach na tlen w ogóle nie ma mowy. W głowie pojawia się charakterystyczne dudnienie, nieustannie jeden dźwięk, jak z jakiejś starej platformówki powtarzający się z zawrotną prędkością, oczy i wyobraźnia wariują, w polu widzenia nagle zostaje tylko plakat od kumpeli z logiem jakiegoś zespołu, po którym chodzą znowu te cholerne lemingi. Wszędzie biega pełno małych niebiesko-zielonych ludzików, wykonujących swoje zwykłe, codzienne, lemingowe czynności; a ja zaczynam tracić czucie w rękach i widzę, że za chwilę odlecę. Jakoś się przemogłam i odstawiłam pojemnik na półkę, czując się, jakby mi ktoś przed chwilą zabrał zabawkę. Przy okazji z odtwarzacza leci techno, którego normalnie nie trawię, a które teraz nadaje się idealnie. Czuję się jak w najlepszym wesołym miasteczku na świecie, euforia i totalna głupawka przy czym ciągle wydaje mi się, że ktoś siedzi obok mnie i ze mną rozmawia. Jeszcze dwie rundy zabawy i kładę się spowrotem do łóżka. W planie jest jeszcze pójście do łazienki na ćmika, żeby sprawdzić, jak wygląda nikotyna na kwasie? Ale długo nie mogę zmobilizować sił do wstania, ani zebrać myśli. Dobrze wiem, że to może oznaczać tylko paraliżujący wzrok Jabberwocka, który czeka gdzieś za drzewami, mimo, że na razie się nie ujawnia. Zapisuję, że dam sobie z tym radę i wracam do zabawy. Jakimś cudem wierzę, że tym razem go pokonam. Wyciągając zapalniczkę z torby oczywiście przypominam sobie o odporności na ból. Nie udaje mi się powstrzymać przed zbliżeniem ręki do płomienia, jednak tym razem trwa to tylko chwilę. Wystarczy pomyśleć przez chwilę, co o tym wszystkim pomyślą przyjaciele kiedy zobaczą kolejne blizny, i jakoś udaje mi się opamiętać.
Kiedy w końcu się zaciągam, wspomnienie jednej z bardziej odjechanych imprez tego roku pojawia się naturalnie, jakby było częścią dymu wdzierającego się do płuc. Jest tak niesamowicie, jak przypuszczałam. Przychodzi dziwna refleksja: może dlatego właśnie palę? Nie uzależniłam się fizycznie, w zasadzie nikotyna niewiele mi daje, więc może po prostu smakuje jak te wspomnienia? Długo się nie zastanawiam, bo czuję, że Smok jest już blisko. Wracam do łóżka. Myśli płyną chyba z milion razy szybciej niż zwykle, zaczynam czuć potworne zmęczenie i czy leżę, czy stoję, czuję się fatalnie; przez głowę przelatuje myśl, że może gdybym tak czymś się zajęła, byłoby łatwiej przez to przejść, ale nie mam na nic siły. Zresztą po chwili nie jestem w stanie poruszać się już w sposób skoordynowany; miliony słów, dźwięków, myśli, przedmiotów, a ja nie znam już znaczenia żadnego z nich, każde z osobna jest wszystkim jednocześnie. Czy to ja zaciskam zęby na swojej ręce i rozdrapuję sobie skórę, czy to kły i pazury Jabberwocka? Ciężko jest niczego sobie nie zrobić, może jednak jakieś nożyczki, zapalniczka, cokolwiek, żeby tylko przywrócić chociaż trochę świadomość! Bo coraz trudniej wytrzymać natłok myśli. I jedna powracająca co chwilę: przecież to nie jest ostatni raz. Zapomnę o tym co teraz czuję i wezmę znowu. Następnym razem już tego nie wytrzymam, może lepiej skończyć to już teraz, zaraz, przecież to takie proste... Mam wrażenie, że męczę się już dwie godzinę, patrzę na zegarek...

4:36  Minęło z piętnaście minut... Ile jeszcze??? Około pół godziny najgorszego, ale wiem, że dla mnie będzie to jak wieczność. Walczyć z Jaberwockiem... co ja sobie wyobrażałam. Mogę co najwyżej uciekać, ale nie walczyć. Jestem za słaba na takie coś, i że niby mam to ćwiczyć, żeby w końcu nauczyć się wygrywać... przecież to mnie wykończy prędzej czy później. Trwa to jeszcze jakiś czas, chwytam się każdego przebłysku świadomości jaki się trafia, przychodzą myśli z stylu ‘no, to koniec; tym razem było naprawdę strasznie’ itp. ... Próbuję bagatelizować wszystko czego doświadczyłam. A jednak nie pojawia się zwykła ulga, raczej pozostaje ogólne negatywne wrażenie, mimo że pamiętam, jak pięknie było na początku. Wkrótce tracę przytomność. Po jakimś czasie następuje powrót do świata żywych, patrzę na zegarek...

5:45. Dalej jestem cholernie zmęczona, zapadam w półsen i budzę się z dzwonkiem budzika o 10:00. Niestety nie ma czasu na spanie, przede mną dość męczący dzień, a nie mogę się pozbyć tego nieokreślonego bólu. (Psychicznego, fizycznie straty – prawie żadne. Lekkie oparzenie, kilka siniaków i zadrapań, ból gardła.) Szybko doprowadzam się do jakiego takiego stanu używalności, i z tym przyklejonym dziwnym wrażeniem wychodzę z domu.
Po powrocie następnego dnia zastanawiam się nad sensem dalszego ćpania. Wprawdzie znowu mam ochotę na tripa, ale to już nie to samo. Może powinnam zrezygnować z ćpania od czasu do czasu większych dawek, ale przecież od początku zakładałam, że będę się narażać na bad tripy i próbować sobie z nimi radzić. Poddać się w połowie drogi? A może i tak nic mi z tego nie przyjdzie? Zobacz więcej, niż możesz zobaczyć; poczuj więcej, niż możesz poczuć; a nie – wytrzymaj więcej, niż możesz wytrzymać. Przez tą ‘krótką wieczność’ tylko rozumiałam, jak bardzo to wszystko mi szkodzi zamiast pomagać. Owszem, tych kilku pierwszych tripów potrzebowałam – wtedy; w tej chwili już wszystko jest tak, jak miało być. Ale, że człowiek jest głupi... Teraz myślę, że za bardzo się tym przejmowałam. I znowu chce mi się ćpać. Ciekawe czym to się skończy.
Tym optymistycznym akcentem żegnam sehdecznie wszystkich, którym chciało się to przeczytać.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media