Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

każda dziura to góra wywrócona na lewą stronę.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
1/2 kartona LSD, 3-4 lufy marihuany oraz 4-5 piw.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pozytywne nastawienie do nowej substancji, wycieczka do lasów z dwoma kumplami - jednym dobrze obeznanym - B i jednym nowicjuszem próbującym po raz pierwszy tak jak ja - W. Większość podróży w otoczeniu natury, wiosna, maj, przez cały czas lekko padał deszcz. Spontaniczna, niezaplanowana podróż.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
etanol, nikotyna, marihuana, haszysz, 2 razy DXM (2-3 plateu), 2-3 razy salvia divinorium (poziom A), mieszanki ziołowe z dopalaczy (smoke, 2 rodzaje spice), różne etnobotaniczne ziółka na poziomie placebo (damiana, calea zacatechichi, serdecznik syberyjski, kanna, blue lotos i jeszcze pewnie coś).

każda dziura to góra wywrócona na lewą stronę.

Należałoby zacząć opis od tego, że raport pisany jest po upływie około 2,5 roku od podróży. Niestety część rzeczy już zapomniałem a same odczucia też nie są "na świeżo", ale zdecydowałem się na spisanie tego co mi wciąż pamiętam zanim wszystko wywietrzeje mi z głowy. Zdaję sobie sprawę, że TR jest trochę przydługawy, ale początkowo pisałem go raczej dla siebie i osób uczestniczących w tripie po prostu na pamiątkę. Opisywaną podróż uważam za swoje pierwsze psychodeliczne doświadczenie z prawdziwego zdarzenia. Miałem co prawda wcześniej okazję próbować szałwii i DXM, ale zawsze była to mała ilość, czas działania krótki a same wrażenia niezbyt silne. Moje przygotowanie było zatem raczej teoretyczne. Jeżeli chodzi o substancje psychoaktywne to zawsze lubię wiedzieć na co się piszę. Czytam trip raporty, badania, dopytuję ludzi, którzy mieli wcześniej okazję próbować danego specyfiku. Dowiaduję się o działaniach pożądanych i niepożądanych danych środków, żeby wiedzieć czego będę chciał próbować a czego nie. Lektura może dać pewne wyobrażenie, ale do pełnej wiedzy jest jeszcze daleko. Dzięki trip raportom byłem spokojny o to co może mnie spotkać a opisy doświadczeń wydawały mi się bardzo zachęcające ;). Wiedziałem więc, że tylko będę miał możliwość to na pewno będę chciał spróbować LSD.

Taka okazja trafiła się kiedy na jakiejś imprezie usłyszałem jak dwóch kumpli z roku rozmawia o kwasie. Spytałem czy mogę podłączyć się do zamówienia. Ku mojej uciesze nie stanowiło to problemu ;) Dałem kasę i cierpliwie czekałem aż dostanę w swoje ręce specyfik. Umawialiśmy się wstępnie, że ustalimy miejsce i czas podróży kiedy już będziemy mieli kartoniki. Jak się okazało, do żadnych ustaleń i planowania nie doszło - decyzja zapadła spontanicznie. A było to tak:

W pewien wiosenny poranek wyszedłem z domu na bieg rektorski w celu odrobienia nieobecności na zajęciach z WF. Jako, że jak zwykle obudziłem się tego dnia zbyt późno, nie zdążyłem zjeść śniadania. Po biegu zostałem więc na darmową kiełbasę z grilla, którą tam serwowali. Następnie, zamiast iść do siebie wpadłem odwiedzić jeszcze kumpla z liceum mieszkającego niedaleko. Wypiłem u niego kawę i skierowałem kroki na przystanek chcąc wracać do domu. Pierwszy tramwaj jechał tylko na pętlę, ale nie chciało mi się czekać więc wsiadłem tak czy inaczej. Przejechałem trzy przystanki, wysiadłem z tramwaju akurat kiedy zajeżdżał następny - ten, na którego miałem się przesiąść. Już miałem wsiadać kiedy zauważyłem w oddali idącego w moją stronę B - kolegę, który miał załatwić kwasik. Coś mnie ruszyło i do mojego tramwaju nie wskoczyłem. - Siema! - zawołałem do B - A cześć! Czekasz na W? - spytał B (W to drugi kolega, z którym B rozmawiał o LSD na imprezie). - A ma tu być? - zdziwiłem się - No tak, bo ja właśnie przywożę znaczki. Myślałem, że ci powiedział i też czekasz - powiedział B. Za minutę zjawił się W. Zaczęliśmy rozmawiać a ja opowiedziałem jaki zbieg okoliczności (bieg, wizyta u kumpla, zły tramwaj) zadecydował, że spotkałem B i to właśnie wtedy, kiedy wiózł blottery. Poszliśmy do mieszkania W, żeby podzielić kartoniki. Po drodze zaczęliśmy zastanawiać się gdzie i kiedy spożytkować dopiero co nabyte dobra. B zaproponował, że właściwie możemy to zrobić teraz zaraz. Powiedział też, że zna fajne miejsce w lesie, ale jest ono poza miastem. Tu zaczęła się narada i wyliczanie przeszkód, że deszcz, że daleko, że jesteśmy trochę nieprzygotowani itd. Po chwili ktoś zadał pytanie - To co? Jemy czy nie? - OK, dobra! - padła odpowiedź ;).

T0:00 - Ja i W jako newbees przyjęliśmy po połówce. B w półśrodki się nie bawił. Miał też przy sobie lufkę i trochę palenia. Stwierdził, że warto jedną spalić żeby nie denerwować się i nie niecierpliwić w oczekiwaniu na efekty LSD oraz po to, żeby nie nudzić się po drodze. Jakże tu nie posłuchać tak mądrej rady od doświadczonego kolegi? ;) Skoczyliśmy jeszcze do sklepu gdzie kupiliśmy po cztery piwa i coś do picia.

T0:00 + 0:20 - Wsiedliśmy do tramwaju w dobrych humorach, przepełnieni entuzjazmem i THC. Nagle na twarzy B zagościł lekko konspiracyjny uśmiech. Zaczął też ruszać ręką jakby tańczył w rytm stukotu tramwaju o szyny. Kiedy to zobaczyłem tak mnie to rozśmieszyło, że do końca drogi bezskutecznie walczyłem ze śmiechem.

T0:00 + 0:50 - Wysiadłem aż spocony od prób opanowania się. Dalej trzeba było przesiąść się na autobus. B nie pamiętał który, więc krążyliśmy chwilę dookoła przystanków. aż w końcu znalazłem na chodniku cukierka, którego nazwa brzmi tak samo jak moje imię. Nie wiedzieć czemu bardzo mnie to ucieszyło. Uznałem to za "dobry omen". Moim późniejszym podróżom również często towarzyszyły tego typu zdarzenia, znaleziska itp., ale może tak to już jest, że psychodeliki powodują, że wszędzie doszukuje się jakiejś symboliki.

T0:00 + 1:15 - Zaczęliśmy jechać dalej jakimś autobusem. B spytał czy już coś czujemy. Ja czułem najwyżej lekkie odprężenie i mrowienie na plecach jakby siedzenie mnie masowało, ale było to bardzo subtelne. W nie był do końca pewien. Mówił, że może jest "trochę inaczej", ale bez żadnych wyraźnych, dających się określić efektów. - Bo wiecie, ja to już te romby na siedzeniach widzę w czterech wymiarach - stwierdził B z szerokim uśmiechem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem co ma na myśli. - Ej to chyba jest zły autobus - B zorientował się po chwili. Potem przesiadaliśmy się jeszcze kilka razy a ostatni odcinek drogi pokonywaliśmy pieszo. Miejscem docelowym było małe bagienko w lesie, które B znalazł lata temu kiedy szukał spokojnego miejsca do nauki przed maturą. Na bagnie było coś w rodzaju małego cypla. Kiedy weszło się na jego kraniec było się z trzech stron otoczonym przez wodę i bagienną roślinność. Zanim tam doszliśmy, zdążyło się jeszcze wydarzyć parę rzeczy.

T0:00 + 2:00 - B był już zdrowo porobiony. My z W też czuliśmy powoli działanie kartonika. Kolory zaczęły się robić żywsze, trudno było ocenić odległości i ogólnie zaczęło się robić bardziej soczyście i "kwaśnie". Szliśmy chwilę wzdłuż głównej drogi. Kiedy przechodziliśmy przez ulicę B wyciągnął rękę w kierunku nadjeżdżających samochodów mówiąc coś w stylu: "Sorry! Ludzie na kwasie". Widać było, że jest parę kroków przed nami jeżeli chodzi o siłę fazy. Zeszliśmy po chwili z drogi asfaltowej i skręciliśmy w drogę polną prowadzącą do lasu. Przy okazji sprawdziliśmy kiedy odjeżdża ostatni autobus powrotny. Myśleliśmy naiwnie, że uda nam się wrócić wieczorem. Każdy z nas czuł już pewne efekty, ale można wyróżnić moment kluczowy dla tripu, w którym podróż zaczęła się na dobre. W pewnym momencie doszliśmy do szlabanu, dość typowego na tego typu drogach. Mnie wydało się bardzo dziwne, że istnieje coś takiego jak brama do lasu. Przecież można było do niego i tak wejść z każdej innej strony.

T0:00 + 2:30 - Zatrzymaliśmy się przed bramą. Wyciągnęliśmy po piwie, a B zaproponował kolejną lufkę. Spaliliśmy może po dwie chmury, otworzyliśmy puszki i przekroczyliśmy "bramę lasu". Przeszliśmy ledwie kilka kroków gdy kilkanaście metrów od nas, zza górki wybiegło kilka saren. Aż przystanęliśmy z wrażenia. W tym momencie zbiegło się ze sobą kilka wydarzeń: zaczęła działać trawa, kwas wszedł na pełne obroty, przekroczyliśmy dość symboliczną bramę, a na dodatek te sarny. Od tego momentu trip nabrał nowej jakości. Właściwie nieomal za każdym razem kiedy próbowałem LSD odczuwałem taki przełomowy moment, który można by nazwać "efektem bramy". Zauważyłem, że dzieje się to często w momencie kiedy dotrze się do celu lub przynajmniej do komfortowego otoczenia, zatrzyma się i przestanie przez chwilę rozmawiać. Wtedy cała uwaga przenosi się na otaczający świat i zaczynamy płynąć ;)

T0:00 + 2:40 - Rozejrzałem się dookoła. Drzewa wydawały mi się bardzo wysokie, a powietrze przyjemnie rześkie. Do tego wszystko było "bardziej". Jeżeli sterty liści na co dzień sprawiają wizualne wrażenie, że są miękkie, tak pod wpływem kartonika miałem wrażenie, że gdyby na nich usiąść to zapadłyby się nawet niżej niż poziom gruntu. Jeżeli kora drzew jest wyraźnie szorstka i chropowata, to na kwasie jej szorstkość wręcz się narzuca nawet przy krótkim zerknięciu na powierzchnię drzewa. Widać więcej szczegółów, rozmaitych rowków, zagłębień itd. - Wow, jaka puszcza! - prawie wykrzyknął W. - Janie! Podaj mą flintę. Udajemy się na polowanie. Spuścić harty! - zawołałem., co wywołało śmiech całej trójki. Rzeczywiście las odbieraliśmy jako kilkuset letni bór, z tym, że nie odnosiło się to do sfery wizualnej - nie widzieliśmy dębów w miejscach gdzie rosły sosny ani nic w tym rodzaju. Chodziło raczej o siłę doświadczenia bycia w lesie

W trakcie tripu nie mieliśmy z W pełnych, rasowych wizuali, przy których widać wyraźne falowanie powierzchni, wyostrzenie lub rozmycie krawędzi i efekt panta rhei. Dało się jednak wyraźnie odczuć inność tego co widzieliśmy. Wrażeniom czysto wizualnym towarzyszyło pewne specyficzne dla psychodelików uczucie (wydaje mi się, że dotyczy to zwłaszcza kwasu). Co chwilę ma się wrażenie, że widok rozpościerający się przed oczyma jest pocztówką lub czymś w rodzaju ilustracji wyjętej z książki, przedstawiającej jakieś symboliczne i kluczowe dla opowieści zdarzenie. Można by im nadawać nazwy w stylu "Odwieczny krąg życia" - dla pająka łapiącego swą ofiarę albo "Święty krąg pradawnych Słowian" dla kilku losowo umiejscowionych głazów narzutowych. Wszystko aż prosi się o nadanie głębszego, symbolicznego sensu i znaczenia, choć wrażenie to ustępuje czasem miejsca fascynacji tym, co się właśnie obserwuje. Wrażenia wizualne są bardzo realne i faktycznie widać je przed oczyma. Prezentują się jako coś prawdziwego i namacalnego. Zupełnie inaczej niż przy trawie, kiedy czasem przy słabym świetle może wydawać się, że coś się widzi albo, że chyba słychać w oddali jakiś szum, stukanie czy głosy. Jeżeli już takie efekty wystąpią przy paleniu to są bardzo niepewne i ulotne. Mają w sobie coś z marzeń przedsennych - obrazów, które widzi się przed samym zaśnięciem. To co można zaobserwować po LSD przypomina raczej jawę.

Wracając do wyprawy - przez cały czas lekko padało, więc byliśmy trochę mokrzy. Wcale nam to jednak nie przeszkadzało. Właściwie to trudno było odróżnić od siebie niektóre cielesne bodźce, tak więc nie wiedziałem czy jestem suchy, mokry czy jest mi zimno czy ciepło. Czułem tylko trudne do zinterpretowania mrowienie. Było to całkiem przyjemne. Im dalej szliśmy w las, tym bardziej W się rozkręcał. Zaczął pić piwo dużo szybciej, szperał po zaroślach, dużo się śmiał, wyprzedzał nas, wypytywał B o jakieś jego wcześniejsze doświadczenia. Nie pamiętam o czym dokładnie była mowa, ale na pewno temat zszedł na Słowian i życie w lesie. W zaczął wyszukiwać spróchniałe małe drzewa. Kiedy jakieś zauważył nic nie mogło go powstrzymać żeby je przewrócić. Robił to właściwie bez zwalniania kroku. W ten sposób powstała psychodeliczna postać W - św. W. W ogóle zaczął mi się kojarzyć z kimś rodzaju oświeconego szaleńca. Prawdopodobnie rozmowy o Słowianach wpłynęły na wymyślenie takiej ksywki.

T0:00 + 3:20 - Byliśmy już bardzo niedaleko bagna. Większość czasu byliśmy w ruchu, więc nie udało mi się przez ten czas na niczym zawiesić porządnie oka. B spytał czy też mamy takie porządne wizuale. Spytałem o co konkretnie chodzi. B stwierdził, żeby spojrzał na jakiś porost i powiedział jak go widzę i jakie ma kolory. - Normalne. - odpowiedziałem przyglądając się coraz dłużej porostom - Takie zielonkawe, trochę niebieskie, fioletowe, bordowe, pomarańcz.. wooooooow - dopiero dotarło do mnie co się dzieje z kolorami kiedy się chwilę im poprzygląda. Szliśmy dalej - W nagle zaczął poruszać się jakby chciał coś z siebie strząsnąć, śmiał się nerwowo a po chwili zrzucił z siebie plecak. - Co się stało? - spytaliśmy - Plecak mnie gilga! Tyle lat razem a teraz mnie zdradził! - odpowiedział W i dalej niósł już plecak nie na plecach, ale na patyku.

T0:00 + 3:40 - Doszliśmy w końcu do celu. Ja zostałem trochę z tyłu. W i B popędzili na cypel na bagnach. Kiedy zobaczyłem ich sylwetki na tle wody aż mnie wryło z wrażenia. Uczucie było takie jakbym miał przed sobą ilustrację do Hobbita albo Władcy Pierścieni. Nie wiem skąd wzięło się to skojarzenie, ale tak właśnie pomyślałem. B powiedział, że tego dnia wieczorem przyjadą tu jego znajomi - na urodziny jego starszej siostry. Wszyscy, którzy się tam wybierali byli jak najbardziej "w temacie", więc bycie na kwasie to ostatnia rzecz, którą moglibyśmy ich zaskoczyć. Spiny nie było ;) Postanowiliśmy okrążyć bagienko.

T0:00 + 4:10 - Zaraz na początku trasy znaleźliśmy miejsce przypominające lej albo krater. Wchodziło się do niego po równym terenie, a z trzech stron biegły pod górę strome skarpy. My nazwaliśmy to miejsce po prostu "dziurą". Tak nam się spodobało, że zabawiliśmy tam chyba jakieś cztery godziny jak nie więcej. Samopoczucie było świetne, miejscami wręcz ogarniała mnie euforia kiedy patrzyłem na otaczające mnie drzewa, liście i zarośla. Wyglądały bardzo "soczyście", aż trudno się było napatrzeć. Usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać, a B wyjął zeszyt. Opowiedział przy okazji, że jego siostra nosi są sobą jeden na tripy i daje ludziom, żeby się wpisywali. Niezła pamiątka. W siedział zagrzebany do połowy w liściach, a my zaczęliśmy gryzmolić. Ja narysowałem ośmioramienną gwiazdę chaosu. B zorientował się wtedy, że to ja byłem tym, który na forum roku miał święte chao (symbol dyskordianizmu) w awatarze. Ja również nie widziałem, że B wie, co to jest dyskordianizm. Był chyba pierwszą osobą, jaką znam, która o nim słyszała. To, że taka rzecz wyszła w czasie kwasowego tripu dobrze pasuje do tej filozofii/pseudoreligii/żartu czy co to dla kogo jest (Eryzjanie pewnie przyznają mi rację. Albo i nie.). W spojrzał na nasze rysunki i nagle zaczął się histerycznie śmiać. Nie rozumiejąc, spytaliśmy o co mu chodzi. - Bo ja to zrozumiałem! - zdołał tylko wyksztusić W i dalej śmiał się jak opętany. Kiedy wstał zauważyłem, że jego czarna kurtka zrobiła się zielona od liści, kory i porostów. Dla mnie nie wyglądało to jednak jak zwykły brud. Miałem raczej wrażenie, że zielone smugi były częścią czegoś w rodzaju rozpuszczonej materii czy też esencji lasu, która przylgnęła do W. Ścierpły mi kończyny, więc spróbowałem się podnieść. Kiedy wstawałem moja noga zapadła się jednak w jakąś norę. Kiedy próbowałem się podeprzeć drugą, ta również wpadła w dziurę w ziemi. Całkowicie mnie to zdezorientowało. Potem prawie popłakałem się ze śmiechu, B wręcz się pokładał - I jak to może niby źle zadziałać - wyksztusił - Ja sobie tego nie wyobrażam. - Ja też nie - odpowiedziałem. W nie był w stanie w ogóle się odezwać.

Po chwili zdałem sobie sprawę, że wpadłem w dziurę, która była w "dziurze". Podzieliłem się tym spostrzeżeniem. Zaczęliśmy budować teorię, że świat składa się z dziur. Każda dziura zawiera kilka mniejszych dziur i odwrotnie - jest tylko jedną z małych dziur znajdujących się jeszcze większej dziurze. I tak w nieskończoność. Rozrysowaliśmy to na kartce. Doszedłem do wniosku, że gdyby przenicować rzeczywistość "na lewą stronę" to okaże się, że każda dziura to góra. Teoria zaczęła rozrastać się w jeszcze bardziej absurdalnym kierunku aż w końcu B podsumował - Eee jakaś dziurawa ta twoja teoria! Po chwili przerwy na odeśmianie zauważyliśmy, że na papierze usiadł robak. Przez chwilę nie wiedzieliśmy co z tym fantem zrobić. B narysował wokół niego labirynt. - Ciekawe czy wyjdzie? - zastanowił się. Robak ruszył jednak do przodu mając za nic narysowane przez nas labirynty. Wywołało to konsternację, a potem kolejną falę śmiechu. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że podobnie jak B, wciąż piję pierwsze piwo. W właśnie miażdżył w ręku trzecią puszkę. Podzieliłem się z nim jednym ze swoich zapasów. W ucieszony obsypał się znowu liśćmi tak, że widać było mu tylko głowę. Na chwilę wyłączył się z rozmowy. B zaczął mówić, że gdyby dowozili mu kwas i jedzenie to mógłby tak siedzieć w lesie przez całe czas. - Rząd powinien dowozić, w końcu na coś te podatki muszą iść - dodał. - I jeszcze powinni tu stać ludzie z browarami - dopowiedziałem. W tym momencie W z niewzruszoną minął spojrzał na nas, a jego ręka ściskająca piwo wystrzeliła nagle spod liści. Śmiech osiągnął apogeum :D

Z dziury pamiętam jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza to rozmowa B przez telefon z siostrą - Ś. Ś powiedziała, że jest już na cyplu. Wspólnie uradziliśmy, że wpadniemy później do niej i damy jej naszą dziurę na urodziny. Druga sprawa to poplątanie języka. Zdarzyło się, że chciałem coś powiedzieć, ale zamiast tego wydobyłem z siebie tylko jakiś bełkot a kiedy próbowałem się poprawić to jeszcze pogarszałem sytuację. Odebrałem to jednak jako coś zabawnego. Trzecia rzecz to skomplikowany rytuał oddawania moczu, który odprawiał co jakiś czas W. Stawał on jakieś pół metra od drzewa na baczność. Następnie leciał do przodu dopóki jego głowa nie zatrzymywała się na drzewie powodując, że jego ciało było lekko nachylone ku podłożu. Dopiero wtedy robił swoje. Jeden raz kiedy odszedł kawałek od nas po skończonej potrzebie zaczął wpatrywać się chwilę w las. Minęły może dwie minuty kiedy wrócił oznajmiając - Wracam do was, tam jest przeginka. Zaczęło robić się późno, więc postanowiliśmy wyjść z dziury.

T0:00 + 8:10 - Okrążaliśmy dalej bagienko widząc po drugiej stronie ludzi rozpalających ognisko. Kojarzyło mi się to z czymś bardzo pierwotnym, jakbym obserwował to miejsce nie na początku XXI wieku, ale co najmniej w X w. a może nawet w czasach prehistorycznych. Robiliśmy jeszcze po drodze kilka postojów, ale nie działo się nic szczególnego uwagi. Faza zauważalnie się osłabiła. Kiedy doszliśmy do bawiącej na cyplu się ekipy, zostałem powitany słowami "Witaj kwasowy człowieku". Wtedy dosyć mnie to zaskoczyło, ale doszedłem do wniosku, że B musiał wcześniej uprzedzić ekipę, że tripujemy. B rozdał chyba jeszcze kilka albo kilkanaście kwasów ludziom, którzy na nie czekali, tak więc szybko zostaliśmy zastąpieni przez drugą zmianę ;) Złożyliśmy życzenia, dostaliśmy coś do jedzenia, graliśmy w rzutki, które ktoś przyniósł ze sobą, rozmawiamy z Ś innymi ludźmi.

T0:00 + 9:30 - Wiadomo już, że nie zdążymy na ostatni autobus, więc postanawiamy z W czekać do rana przy ognisku. Jest już ciemno, ale skończył się alkohol więc idziemy na stację, większą grupą. Część ludzi nie chce wchodzić do środka ze względu na stopień porobienia. Umówiliśmy się jednak po drodze, że wyjedziemy wszyscy. Chciałbym wiedzieć, co musiała pomyśleć sobie ekspedientka widząc kilkunastoosobową bandę powykręcanych ludzi. W drodze powrotnej W opadał już z sił. Kwas przestał działać, a on zdążył wypić z 4 albo 5 piwa i spalić do tego trochę trawy. Pomagałem mu utrzymywać tempo i pilnowałem żeby nie został w tyle. Powiedział wtedy, że widać że jestem dobrym kumplem. Mówił, że do tej pory wiadomo było, że jesteśmy na wspólnych imprezach, gadamy na korytarzu itd., ale dopiero teraz widać, że jestem jego kolegą. Rzeczywiście, wspólne doświadczenia z kwasem potrafią zacieśniać kontakty między ludźmi.

T:0:00 + 11:00 - Tutaj zaczyna się impreza. Rolę substancji wiodącej przejął alkohol - przynajmniej dla nas. Ogólnie było miło, choć byliśmy trochę spoza towarzystwa wśród ludzi, z których jedna połowa była skwaszona, a druga spalona lub nawalona, więc trochę trudno było się dogadać. W przybrał drugą formę św. W - zamyślenie. Prawie nie rozmawiał tylko wpatrywał się w drzewa lub ognisko mając na głowie głęboko naciągnięty kaptur. Widać było, że jest już zmęczony, ale nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru.

T:0:00 + 15:00 - Zaczęło się przejaśniać, więc zaczęliśmy z W zbierać się do drogi. B chciał jeszcze zostać. Spytałem jak trafić z powrotem. - Nie wiesz? Przecież szedłeś tą drogą dwa razy - zdziwił się B. - Tak, ale raz na kwasie a raz w nocy - odpowiedziałem - Też racja - odpowiedział i wytłumaczył mniej więcej drogę a przynajmniej jej początkowy etap. Jakimś cudem udało mi się rozpoznać ścieżki, chociaż kilka razy musiałem zawracać. Potem jeszcze jedyne jakieś pięć kilometrów z buta drogą asfaltową ulicami i godzinę losowymi autobusami i tramwajami. Trawa wciąż miała intensywny kolor i momentami czułem się jakbym widział niektóre rzeczy pierwszy raz od długiego czasu, ale było to dość delikatne wrażenie. W drodze powrotnej wydawało mi się, że moje oczy mogą wyglądać jakoś dziwnie i założyłem okulary przecisłoneczne. To chyba były jakieś muchy z napisem "twój styl" - nie pamiętam skąd je wytrzasnąłem :D. Teraz dopiero musiałem wyglądać. W tramwaju zdążyłem jeszcze zasnąć i obudziła mnie na pętli jakaś dziewczyna - jeśli to czyta pozdrawiam :D. Wróciłem totalnie zmęczony, głodny, śmierdzący od dymu, ze stopionymi w ognisku podeszwami od butów. Nie mogłem zasnąć i przez resztę dnia byłem warzywem, ale było zdecydowanie warto.

Podsumowując: Co dał mi trip?
Ogólne wyobrażenie o działaniu psychodelików (przynajmniej w małej ich ilości). Połówkowa podróż dała mi pewien komfort na przyszłość, dzięki czemu mogłem podchodzić do kolejnych tripów z dużym luzem. Utwierdziłem się w przekonaniu, że psychodeliki są dla mnie tematem, który będę chciał eksplorować. Uznałem też LSD za swój ulubiony środek psychoaktywny - ponad trawą i alkoholem (Dziś po kilku przemyśleniach, do ulubionych zaliczam 3 substancje - LSD, alkohol i kawę ;))

Było to też pozytywne doświadczenie dlatego, że stanowiło pewne uwieńczenie moich ówczesnych zainteresowań z liceum. Przesiadywałem wtedy często na hyperrealu, czytałem o środkach psychoaktywnych, neuropsychologii, interesowałem się rytuałami, kulturami Mezoameryki oraz Syberii, w których jak wiadomo psychodeliki były obecne i zajmowały w tamtejszych kulturach ważne miejsce. Również muzyczne zainteresowania podążały w kierunku hipnotyzujących czy transowych dźwięków. Kwasowy trip był tutaj czymś w rodzaju wisienki na torcie. Było to coś jak spełnienie jednego ze swoich marzeń.

Dzięki podróży na pewno złapałem lepszy kontakt z B i z W i bardziej ich poznałem. Psychodeliczne podróże chyba mają to do siebie, że potrafią zbliżać ludzi. Późniejsze doświadczenia utwierdziły mnie jeszcze w tym przekonaniu.

Kolejna rzecz: myślę, że wiele osób zastanawia się czasami czy jest z nimi wszystko w porządku, czy mają dobrze poukładane w głowie itd. Ja przynajmniej tak miałem. Przed tripem czytałem, że pod wpływem psychodelików czasami mogą wyjść na jaw stłumione dotychczas schorzenia psychiczne. Gdzieś głęboko w mojej głowie tkwiła lekka obawa, że może coś niedobrego ze mnie wypłynie. Pozytywny przebieg tripa był dla mnie czymś w rodzaju komunikatu: "Spokojna głowa, wszystko z tobą w porządku".

W czasie podroży nauczyłem się doceniać piękno natury. Teraz nie muszę być pod wpływem czegokolwiek żeby dostrzec jak niesamowite mogą być niektóre rzeczy. Nie chcę powiedzieć, że wcześniej tego nie potrafiłem, ale trip w jakimś stopniu to ułatwił.

Film, muzyka itd. jest przesiąknięta substancjami psychoaktywnymi, więc dzięki podróży wydaje mi się, że lepiej je rozumiem. Jakieś dwa dni po wycieczce do lasu oglądałem Las Vegas Parano. Na pewno nie spodobałby mi się tak bardzo gdybym nigdy nie brał psychodelików.

Last but not least: podróż dała mi całą masę dobrych wspomnień. Pamiętam, że kilka miesięcy po wycieczce do lasu, kiedy pracowałem w wakacje na jakiejś budowie, totalnie niewyspany i zniechęcony, przypomniał mi się skwaszony W wyciągający z liści piwo. Musiałem się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Właściwie to nawet po 2,5 roku w czasie pisania TR zdarzyło mi się parę razy zaśmiać ;)

Ocena: 

Odpowiedzi

czyli pod ziemią nie ma płyt tektonicznych, magmy itd tylko świat, dla którego my jesteśmy wywinięci na lewą stronę?

Fok jou!

Chodziło bardziej o przewinięcie rzeczywistości trójwymiarowej przez dodatkowy wymiar ;) Jak masz np. literę "L" to nie da sie uzyskać jej odbicia lustrzanego przez żadną operację na płaszczyźnie (2 wymiary). Dopiero po dodaniu kolejnego wymiaru da się to zrobić. Tak samo miało być z tymi górami i dziurami, także płyty tektoniczne mogłyby wciąż istnieć, ale w czasie tripu nie brnęliśmy aż tak bardzo w tą teorię ;)

mega perfekkcyjnie pamiętasz szczegóły jak na tak długi czas od tripka ; )

Pierwszego razu się nie zapomina xD

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media