Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

stosześćdziesiąt

detale

raporty unknown

stosześćdziesiąt

Zastanawiam się trochę nad sensem pisania tego trip-reportu ale

postaram się spróbować coś sklecić z tego co mi w głowie zostało,

trochę dziwnie się czuje bo fakt faktem większość tripu to moje

własne, wyjątkowo osobiste przemyślenia którymi raczej nie mam ochoty

się dzielić, podejdę wiec do tematu bardziej -technicznie- i

przedstawię z tego co zapamiętałem trochę rzeczy które działy się

niejako na zewnątrz mnie a działo się aż za dużo.





psychodelik: Grzybki z lokalnej łączki :)


dawka: 160 sztuk, z czego 100 świeżyzny prosto z łąki i 60 świeżo co

ususzonych.





Od jakiegoś miesiąca przygotowywałem się do tego tripa, sezon powoli

się zaczynał, zaczęliśmy trochę jeździć po naszych tajemnych łąkach i

zbierać to co najlepsze jesienią :), w końcu nadarzyła się okazja,

wolny weekend, żadnych obowiązków, żadnych zbędnych myśli w głowie i

wyjątkowo jak na jesień ładna pogoda. W sobotę rano wyjrzałem przez

okno i już wiedziałem że to dzisiaj. Doszedłem do wniosku że to będzie

samotny trip bo od jakiegoś czasu brakowało mi tego a raczej znudziło

mnie tripowanie z moimi chemicznymi kolegami bo nigdy do końca nie

mogłem się `wyłączyć` tak jakbym chciał i przez to zawsze miałem jakiś

taki niedosyt. Na miejsce wybrałem sobie naszą ulubioną tripową górę,

wrzucaliśmy tam już kilkakrotnie...jest to miejsce położone jakieś

może dziesięć minut drogi od miasta (hmm, miasteczka :). Lubię tam

tripować bo jest wszystko co potrzebne do udanej jazdy, świetny widok

na całe lokalne pogórze z jednej strony i widok mojego miasteczka z

drugiej strony do tego całkowity spokój, można być pewnym że się

nikogo nie spotka w najmniej oczekiwanym momencie. Wrzuciłem jakoś

koło godziny 15:00, trochę ciężko było mi było wepchać w siebie te 160

grzybów (a zwłaszcza te niezasuszone 100, trochę dużo tego było do

przełknięcia) zapijałem tylko napojem pomarańczowym ale jakoś poszło,

usiadłem na kamieniu i zacząłem czekać. Nie wiedziałem w zasadzie

czego się spodziewać bo w sumie pierwszy raz zjadłem 160, wcześniej

zjadłem max. 140 i już wtedy mnie nauczyło doświadczenie, że wystarczy

zwiększyć dawkę o 20 sztuk i już wkraczamy w inną jakość, nie miałem

jednak z tego powodu żadnych lęków, w ogóle byłem w wyjątkowo dobrym

humorze tego dnia.



Zaczęło się dość szybko, pierwsze efekty odczułem już jakieś 20 minut

po wrzucie...klasycznie, najpierw lekkie mulenie w żołądku i uczucie

lekkości a później stopniowe wchodzenie w banie z tym że działo się to

wyjątkowo szybko, na tyle szybko że nawet nie zauważyłem kiedy

przestało mnie mulić i zacząłem przechodzić na drugą stronę. Byłem w

stanie jeszcze pilnować zegarka ale wytrzymałem może jeszcze z 10

minut i zapomniałem o nim. To co działo się dalej można określić (a

przynajmniej ja tak to sobie nazwałem) jako totalny kontrolowany

obłęd, sprowokowana choroba psychiczna czy coś takiego :) dałem się

temu ponieść całkowicie, nie hamując żadnych myśli ani nie bojąc się

tego co mnie czeka... na szczęście jako tako byłem w stanie nad tym

panować a w zasadzie to wmawiałem sobie tylko jedno - nigdzie się z

miejscówki nie ruszać bo to może się źle skończyć. Początek tripu był

maksymalnie ostrą psychodelą wizualną jakiej jeszcze nie

przeżyłem...rzeczywiście 20 więcej okazało się przejściem w zupełnie

inną jakość. Klasyczne fraktale i `oddychanie` zaczęło być zastępowane

przez całkowicie realno-nierealne halucynacje, nie wszystko pamiętam,

nie wszystko jestem w stanie opisać tak aby mogło to oddać w jakiś

sposób swój wymiar i to jak to było przeze mnie postrzegane. Kilka

przykładów - konkretne OEVki zaczęły się od widoku zwykłego ciągnika

jadącego po polu a raczej to w co się zamienił, wyglądał jak malutka

zabawka, koła obracały się tak jakby miały zaraz poodpadać, były

wielkie i nieregularne, jechał do przodu podskakując i wygibując się

na wszystkie strony a za traktorem biegło coś z długimi nogami i

zaczęło uderzać w tą zabawkę patyczkiem, pomyślałem że to traktorzysta

goni swój pojazd który mu najnormalniej uciekł :), najlepsze było to

że odniosłem wrażenie jakby ta zabawka [traktor] w ogóle się nie

przesuwała do przodu tylko łąka a raczej zielono fioletowa płaszczyzna

po której jechał przesuwała się pod nim, wydawało się że przejazd ten

trwał strasznie długo, w końcu przestałem zwracać na to coś uwagę a

potem znikło. Później jazda przybrała jeszcze ostrzejszego

wymiaru...nagle wszystko co zacząłem widzieć wydawało się jak nie z

tego świata, trudno opisać wygląd tego świata...miasto z daleka

wyglądało jak z jakiegoś filmu s-f z tym że wszystko tak jakby do

siebie nie pasowało (np. droga wyżej od budynków itd.), wszystko zlane

w jedną masę w białym kolorze z małymi jednakowymi okienkami, drzewa -

z daleka coś takiego z patyczkiem i idealnie okrągłą kopułką, z bliska

fioletowe i powyginane albo ułożone w całości z małych sześcianików

połączonych w tym wypadku w strasznie logiczną w całość, wszędzie

pojawiająca się i znikająca mgła w niektórych miejscach przechodząca w

gęsty dym (prawdopodobnie widziałem dym z komina, jakieś 300 metrów

dalej stoją domki jednorodzinne z tym że nie napewno) ciągle

przemieniający i układający się w różne cósie...głównie duże szare

głowy wylatujące jedna za drugą widziane z profilu rozpływające się

dalej w przestrzeni, każda była inna i każda w trakcie zmieniała na

różne sposoby swój wyraz twarzy. Zaburzenie postrzegania przestrzeni

znane z mniejszych ilości...czyli małe wgłębienie na płaskim terenie

przybierało postać potężnej dziury no i momentami całkowite pojebanie

rzeczywistego trzeciego wymiaru, wszystko nagle potrafiło stać się

płaskie i różnica w odległości i ułożeniu w przestrzeni zależała od

tego gdzie jest ciemniej a gdzie jaśniej etc. Moja ślina (bo glut dał

o sobie znać strasznie) zielona, wypluta na ziemie w całości

wypełniona była małymi główkami, główkami jakichś ufoków z dużymi

czarnymi oczami które na mnie patrzyły, główki te potem znikały a

ciecz zaczynała żyć i uciekać jak jakieś rozpełzające glizdy na

wszystkie strony. Moje ręce były fioletowe, wrażenie bardzo

cieniutkiej skóry na rękach przez którą wszystko było widać a widać

było ciągle mieszające się ciemno zielone po purpurowe płyny (coś

jakbym trochę był podgnity ;), wszystko to falowało pod skórą i

delikatnie uwypuklało ją, baaardzo długie i grube palce, gdybym siebie

ujrzał całego pewnie zobaczyłbym coś jak napompowanego ludzika z

reklamy opon Michelin. W oddali inna płaszczyzna i znowu dym tym razem

przesuwający się w dół płaszczyzny, tańczący i wyginający swoje jęzory

na wszystkie strony a zza niego przesuwająca się razem nim dziwna

monumentalna katedra, którą w końcu całkowicie przesłonił dym i

zniknęła...dokładnie widać było tylko wieże ponad dymem, reszta

przesłonięta. Horyzont momentami rozdzielony na warstwy kolejnych

odcieni od koloru ziemi po kolor nieba. Chmury na niebie tak jak i

wspomniany dym...ciągle przemieniające się w kolejne przeróżne motywy

i wrażenie jakby wszystkie chmury znajdowały się na wyciągnięcie ręki,

metr ode mnie, w końcu popatrzyłem co się znajduje dokładnie nade mną,

było czyste, idealnie niebieskie i strasznie przytłaczające niebo i z

niego nagle zaczęły wyłaniać się kolejne twarze, w środku największa,

twarz starca a naokoło kilka mniejszych już młodziej wyglądających,

nic do mnie nie mówiły, przyglądały się tylko moim poczynaniom

(opisałem to kumplowi z którym często tripuje i powiedział że to

pewnie bóg mnie obserwował, hehe :). Ze strony widoku na pogórze

wszędzie szaro-zielona jednolita masa poukładana na płaszczyźnie (las

??? ;) gdzieniegdzie wystające trochę ponad tą masę pojedyńcze kikuty

- drzewa, z masy tej ciągle wydobywały się jakieś dzwięki, głównie

przypominające wrzask małp czy coś w tym stylu, na łące (gdzie

prawdopodobnie jakiś chłop z pobliskiej wiochy pasie krowy) dziwne

zwierzęta, coś jak ameby, niesfornie i niekontrolowanie

przemieszczające się w różne strony, czasami dwie zlewające się w

jedną całość, lub kilka zlewających się w całe skupisko czegoś żywego

i brązowego, jednolitą galaretę bez konkretnego kształtu. Kiedy słońce

zaczynało powoli zachodzić zacząłem to obserwować, miliony mieniących

się żywych kolorów, czułem się jak pod jakimś olbrzymim sklepieniem,

kolory wylewały się od śłońca i rozpływały po tym sklepieniu układając

się zazwyczaj w olbrzymie potężne ogniste jęzory, wszystkie zawsze

powykręcane regularnie w którąś stronę, rytmicznie i jednocześnie

wykręcające się w drugą...nieprawdopodobny widok. Wspomnieć muszę

jeszcze o CEVach, najczęstszym widokiem było pomieszczenie o

łukowatych kształtach z tym że trudno określić było jego granice i

wielkość, na wszystkich ścianach wylana faktura ułożona z łukowatych

wzorków mieniąca się niebiesko-fioletowymi kolorami, wrażenie jak

gdybym stał na środku tego pomieszczenia i lśniło ze mnie lub raczej

zza mnie czyste białe światło bo widać było delikatnie odbijający się

mój cień falujący na czarnej podłodze, lub też innym razem widoki

dziwnych budowli których jednak nie widziałem z daleka bo zwykle

stałem przy nich blisko i najczęściej oglądałem wydobywające się z

różnych miejsc owych budowli jaskrawo zielone światła. Powoli zaczęło

robić się ciemno tu najbardziej niesamowita okazała się oddalona o

parę kilometrów droga i wrażenie spływającej po niej rzeki światła.

Widok miasta (owej białej masy) i pozapalanych bardzo błyszczących

żółtych świateł w oknach (śliczne), wyglądało to wszystko strasznie

baśniowo-cukierkowo. Wspomnieć muszę jeszcze o dźwiękach - mnóstwo

pisków i dziwnego chrobotania, od czasu do czasu słyszane rozmowy z

niewiadomo skąd i w których nie wiadomo o co chodzi; śpiewy, w jednym

wypadku wyraźnie aż do bólu słyszałem śpiewy indiańskie, zdarzało mi

to się już we wcześniejszych tripach. Później powoli haloony zaczęły

się kończyć ustępując powoli miejsca już nareszcie w całości spokojnym

i wywarzonym przemyśleniom na temat samego siebie, życia i generalnie

mocno osobistych rzeczy, uwielbiam tą spokojną część każdego tripu,

pokora i zrozumienie i odwieczna chęć wyprostowania i uleczenia całego

świata, i odwieczne pytanie bez odpowiedzi - dlaczego i po co my

ludzie tak sobie komplikujmy to nasze życie...zauważyłem tylko że po

którymś tam tripie nic nowego już w tej części nie odkrywam, dochodzę

do tych samych wniosków co zawsze, co najwyżej znajduje w sobie

jeszcze jakiś szczegół który mógłbym ulepszyć, znajduje coś co robiłem

źle i znajduje odpowiedź na to jak to naprawić, tak czy inaczej zawsze

dobrze na nowo to wszystko odkryć bo za każdym następnym razem coraz

bardziej uświadamia mnie to w przekonaniu, że to jak chcę żyć i do

czego dążyć jest najlepszym wyjściem aby nie przestać być sobą i co

najważniejsze - nie przestać być prawdziwym człowiekiem. No a to co

się działo wcześniej z moim mózgiem, w czasie głównego natężenia można

by opisać tak zrobiłem to wcześniej - jako obłęd...miliony myśli

przepływających przez głowę, bardzo dziwnych przemyśleń...momentami

dziwnie bezsensowno-sensowynych głównie jednak pozytywnych lub

neutralnych...jedyny na szczęście chwilowy schiz jaki mnie lekko

zdołował w czasie tego pędu mózgu to myśl że w sumie po tym tripie nie

chcę już wracać do miasta które widziałem (do białej masy z okienkami,

tak to postrzegałem wtedy) i generalnie życia takiego jakie jest...na

szczęście umiem sobie radzić na bani z takimi schizami. No i jedna

dziwna rzecz w trakcie szczytu bani to totalne rozdwojenie a może

nawet roztrojenie jaźni, uczucie że mózg myśli osobno a reszta ciała

osobno - mózg myślał wysyłając mi myśl, ciało myślało a myśl była

przekazywana przez mowę, zacząłem do siebie mówić i odpowiadałem

myśląc i na odwrót...niby nic w tym dziwnego z tym że wszystko się

działo jakby beze mnie, pytania i odpowiedzi krążyły we mnie a ja się

temu przyglądałem z boku jednocześnie wiedząc że wszystkie te myśli

dotyczą mnie...było to trochę przerażające, nie powiem...tym bardziej

że nie wiedziałem co zapyta mózg a co ciało na to odpowie i odwrotnie,

i czego się będę jeszcze musiał dowiedzieć :).


Charakterystyczna rzecz to bardzo wyczulony dotyk i to do tego stopnia

że kiedy łupnęło mnie już nieźle to miałem cały czas uczucie że

wszystko czego bym nie dotknął przykleja mi się do rąk, najbardziej do

zauważyłem biorąc w łapy butelkę z której zapijałem grzyby,

przyklejała się :) no i inna klasyczna rzecz to glut, jego nadmiaru

musiałem pozbywać się ciągle i ciągle było go we mnie pełno, do tego

zdawało mi się że cała twarz jest ciągle mokra no i z oczu prawie cały

czas lekko wyciekały łzy, chyba że mi się zdawało.


Tak to bardzo pobieżnie wszystko wyglądało. Około godziny 21:30 byłem

już na mieście i pierwsze co zrobiłem to poszedłem do ziomala napić

się herbaty...jest zawsze fantastyczna po tripie. Ogólnie rzecz

biorąc, bez względu na to jak bardzo fajne może się to wydawać i jak

wielkiej ochoty ktoś może potencjalnie nabrał na przeżycie czegoś

podobnego, naprawdę nikomu NIE POLECAM wrzucać sobie takie działki,

sam bym się nie zdecydował na razie chociaż minęły już prawie dwa

miesiące (no może w przyszłym sezonie 2003 :), no a zanim się ktoś już

na to zdecyduje - trzeba naprawdę dobrze poznać wcześniej siebie żeby

po prostu nie zrobić sobie krzywdy a prawda jest taka, że od setki w

górę kończy się zabawa i rozrywkowa bania dla śmiechu a zaczyna coś

nad czym może się okazać nie umiemy zapanować.





/e78





Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media