Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jak zostać g-łupawym b-ambrem l-unatycznym (krótki poradnik)

jak zostać g-łupawym b-ambrem l-unatycznym (krótki poradnik)


Substancja: GBL

Dawki :

1) 1,2 ml

2) 1,6 ml

3) 3,0 ml

4) 2,3 ml

w przeciągu dwóch miesięcy



Doświadczenie: jak króliczek kosmetyczek lub farmaceutyczna małpka ( ale w GBL (HB) przedtem żadnych)



S&S: ciekawość poznawcza





Powinienem był wiedzieć, że jak coś się źle zaczyna to jeszcze gorzej się kończy. Ba, ale tym razem zamiast odpuścić poszedłem w zaparte. I tak od samego początku działo się kiepsko. Najpierw zamówiono, a wcale nie przysyłano. Miesiące mijały. Jeden. Drugi. Trzeci. I co? Gówno. Skrzynka pusta, listonosz nie przychodzi. Nikt na maile nie odpowiada. Powoli zacząłem rozkręcać nieśmiałą ”kampanię” jak się okazało oszczerstw. Bo nagle w końcu przyszło. Powiem tak, że po tych trzech miesiącach to serce straciłem. I wtedy trzeba było dać sobie spokój. Klątwa to klątwa. Tym bardziej kiedy lekko utytłaną buteleczkę postawiłem na świeżo odremontowanym parkiecie. Podnoszę. Patrzę. AGRRRRRRR! (przyp. tłum- „do kurwy nędzy!”). Równe kółko rozpuszczonego lakieru.



PIERWSZE OSTRZEŻENIE : Chroń podłogi swoje i meble swoje oraz oczy przed tym ścierwem !!!



Ów wypadek dał do myślenia. No bo skoro to taki ochoczy rozpuszczalnik to może obudzę się z dymiącą dziurą zamiast twarzy albo co gorsza z wyrwą zamiast dupy.

Po krótkiej lekturze źródeł okazało się, że ludzi nie rozpuszcza.



Minęło znowu parę miesięcy. Przez ten czas życie mi się zmieniło i domatorem się stałem jakby większym. W wolnym od rozlicznych obowiązków czasie zacząłem z większym zainteresowaniem zerkać do szafki m.in. na białą plastykową buteleczkę.

Chyba nadeszła na ciebie pora moja droga. I tak się zaczęło. Strzykawka (tylko nie walcie tego w kanał ), sok (200 ml), mieszamy dokładnie. Pijemy. Smakuje chemią, ale jakby spożywczą . Skądś ten smak pamiętam. PRL-owskie cytronety? DDR-owski klej do kaset? Najbardziej smak się skojarzył z wiśnią i ten mix wygrał. Bez względu na dawkę i treść żołądka wchodziło zawsze po 10 minutach od ostatniego łyka. Dwa razy zrobiłem sobie krótka przerwę w konsumpcji dzieląc ją na dwa razy i co dziwne nie wpłynęło to na równe wejście.

Już od pierwszego wrażenia było beznadziejnie. To znaczy, może wyjaśnię, bo sprawa nie jest taka prosta. Otóż dawka nr 1 zadziałała nieznacznie. Była odczuwalna przez około godzinę. I oprócz lekkich zawrotów głowy, w sferze doznań psychicznych odczułem coś na kształt delikatnej „euforii”. Nie była to jednak radość z istnienia, czy jakaś wzmocniona przyjemność ale taka głupawa radocha z własnego oszołomienia, a dokładniej z tępoty, którą właśnie nabyłem. To dostrzegalne obniżenie IQ owocowało także, jak zauważyłem, zupełnym pozbyciem się hamulców. Ba, tylko co tu śmiałego wymyślić w stanie takiego skretynienia. Jedyne co przychodziło do głowy to oglądanie TV ;((( bez przejmowania się rozumieniem sensu. Zajebisty plan, nieprawdaż? Najgorsze, że w jakimś aspekcie ten pierwszy raz skojarzył mi się ...ze stanem kokainowo-alkoholowym (proszę, tylko nie przestawajcie czytać tutaj, bo będziecie w dużym błędzie). Postanowiłem, jak się domyślacie, zwiększyć dawkę. Cóż, nie wiem dlaczego ale ten drugi raz nie był jakiś szczególnie inny od pierwszego. Ot, kołowrót błędnika znaczniejszy, rozmycie i ciekły stan widzenia, a oprócz tego dalej wyraźne oszołomienie, tylko jakby już uciechy mniej. Byłem zawiedziony, ale cały czas czułem, że do optymalnej dawki sporo mam zapasu.



I tak pewnego wieczoru walnąłem sobie 3 ml. Weszło, ale przez parę dalszych minut dalej wchodziło. I właśnie te parę minut wywaliło mnie w horrorystyczny wymiar. Początkowo przez parę sekund poczułem , że fajnie bo wszystko pływa, rozmywa się, kolorowe światełka choinki plumkają i smużą w powidoku. W następnej chwili niestety to, co powyżej straciło na znaczeniu. Dotarło bowiem do mnie:

a) że ledwo siedzę na krześle i za chwilę z hukiem z niego spadnę,

b) że jeżeli z niego spadnę to się nie pozbieram,

c) że chce mi się rzygać,

d) że nie wiem jak dojść do łazienki bo ruch odpada.

W końcu jakimś konwulsyjno-posuwistym spazmem dotarłem do kibla. A tu okazało się co prawda, że szarpią mną nudności, ale do wymiotów dojść nie może. Od ust odrywała się ślina jak plastykowa pianka, ale żołądek za nic nie puszczał. Uwierzcie ten paw naprawdę by się wtedy przydał. To byłby paw-wyzwoliciel, ale nie nadszedł.



Co najmniej pół godziny wisiałem na muszli. W końcu w poczuciu całkowitej rezygnacji zawlokłem się z powrotem do pokoju na tapczan. Percepcja zupełnie siadła, jakieś poklatkowe ujęcia zza przymkniętych oczu, powieki jak cegły. Resztę ciała ledwo czuję, a kontrolę mam nad nim znikomą. Wór mięsno-kostny . Dobre określenie. Zupełny wór. Stan umysłowy podobny do fizycznego. Totalne ogłuszenie. Myśli i odczucia najprostsze, aby przeżyć tylko.

„YYYYYY źle YYYYYYY ze mną YYYYYY rzygać YYYYYYYY nie mogę YYYYYYYY pokój YYYYYY tapczan YYYYYYY leżeć YYYYYY po co YYYYYYY” itd.

Co gorsza mdłości i poczucie jakbym miał zaraz zemdleć nie odpuszczały. Nawet oglądanie TV odpadało bo wszystko się wizualnie rozłaziło. Mam wrażenie, że co chwila zasypiałem, ale też budziłem się zaraz bojąc, że tracę przytomność. W końcu chyba zasnąłem na dobre. Żona mnie obudziła. O dzięki Ci moja droga, żeś to uczyniła. Co prawda nie funkcjonowałem dłużej niż 20 minut, ale ...nie za bardzo czułem się sobą, nie za bardzo czułem się człowiekiem!!! Jak teraz o tym pomyśleć to szok!!! Nie czułem się człowiekiem bowiem wszelkie uczucia i myśli znikły. Jak gdyby nigdy ich nie było. Wszystko działało automatycznie, bez udziału woli ani intelektu. Taki andoroid. Robot. Co powiesz to zrobi. Moja żona coś mi tłumaczyła, były w tym jakieś emocje. Nic do mnie nie trafiało. Tylko tak siedziałem z głupim uśmiechem, czekając na rozkazy. Poza tym złe samopoczucie znikło, ale wizja była znowu jakbym w bańce wody chodził, a tą samą wodę miał również w głowie.. Zresztą szybko zasnąłem znowu.



Wiedziałem, że przesadziłem. Przerażające było to, że świadomość „zapasu” do przedawkowania okazała się taka złudna. Postanowiłem dać białej buteleczce ostatnią szansę i odmierzyć dawkę tak aby się nie struć, a osiągnąć efekt maksimum. Stało się to wczoraj.

Cóż, uniknąłem poprzednich nieprzyjemności, ale po raz kolejny dane mi było się przekonać, że ten stan rozlazłości cielesnej, mongoloidalnej senności oraz bambrowatego sprostaczenia wcale mi nie odpowiada. Tym razem mdłości nie były silne ale i tak czułem odpływająca z głowy krew. Przez chwilę wizja oraz w ogóle percepcja jakby się upłynniła, żeby zaraz sflaczeć. Znowu przysnąłem przed TV. Obudziłem się, ale bez poprzednich sensacji. Poszedłem spać znowu.



Jedyne co w GBL parę razy zaskoczyło mnie pozytywnie to jakościowa zmiana zmysłu węchu. Nie odbierałem bowiem żadnych woni oprócz naturalnych zapachów głównie własnego ciała, które zupełnie utraciły swoją nieprzyjemną konotację. Odczuwałem je jako świeże, niemalże wiosenne zapachy przyrody. Heh, nawet nie wiem czy to wrażenie nazwać pozytywnym bo ogólnie rzecz biorąc węch odróżniający smród może być użyteczny w sytuacjach społecznych.



Ponadto, czego powyżej nie ująłem, po GBL jest niestety nieprzyjemny kac. Co prawda nie jest on obezwładniający ale wyraźnie siada nastrój, nastawienie do bliźnich oraz ogólnie moc (mana). Szybciej się męczyłem i gorzej regenerowałem siły. Długi spacer potrafił rozbić na cały dzień.

Jest jeszcze coś. Takie ...poczucie niesmaku intelektualnego. Przynajmniej mi nie znane dotąd uczucie. Nie wiem skąd ono się bierze, ale nie czuję, że zrobiłem coś złego, nawet głupiego bądź niestosownego tylko mam nawet do końca trudne do wyrażenia odczucie bezsensu (wielki neon w głowie: PO CHUJA???)



I tak sam na sobie obaliłem kilka krążących po necie mitów:

1) Mit „ekstazy w płynie” – jaka ekstaza??? Dominującym odczuciem jest nawet nie radosna zwała, coś jakby ostatnie pół godziny alkowej grubej libacji, kiedy miłosierni koledzy wnoszą cię pod drzwi mieszkania, a ty próbujesz nie spawiować na klucze.

2) Mit „afrodyzjakalności”- w mniejszych ilościach nawet nieco wzmacnia, ale w większych... pasztetowa jest już bardziej jurna.

3) Mit „klubowego dragu” - w żadnym razie nigdy po tym nie poszedłbym nigdzie dalej jak 5 m od własnego kibla. Jedyne co nowatorskiego można sobie po tym zafundować w kontaktach międzyludzkich to wstyd.



Reasumując nie wiem kto i po co wymyślił by GBL podawać doustnie. Może kasy nie stykało mu nawet na wódę albo był bambrem i różnicy mu nie zrobiło. Ja za tę ruską narkozę już podziękuję, bo następny byłby chyba metyl.



Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media