Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

retrospekcja, czyli pierwszy obłęd

detale

raporty unknown

retrospekcja, czyli pierwszy obłęd

substancja/dawka: 125 grzybków na każdego z nas.


uczestnicy: Ja, czyli Error78 oraz -P- i -S-, trzech kolesi z jednej

ekipy :)





Jako że mam chwilkę wolnego czasu i powoli wczuwam się w klimat

nadchodzącego sezonu 2003 który już zaczyna się czuć w powietrzu

(bardzo specyficzne uczucie, coś się zbliża...coś wielkiego :)

natchnęło mnie na opisanie mojego/naszego pierwszego dużego tripu w

życiu, chcę spisać to co jeszcze pamiętam głównie żeby czas nie zatarł

tego i sam żebym o tym nie zapomniał bo było to jedno z najbardziej

niesamowitych przeżyć w moim życiu, zresztą nigdy później już nie było

tak samo jeśli chodzi o taki czysto grzybowy feeling a zwłaszcza

moment jakby odrodzenia się na nowo. Miało to miejsce parę lat temu,

każdy z nas miał już do czynienia z grzybami ale w ilościach

niedużych, rozrywkowych :) ja do tego za sobą już parę kwasów raczej

średniej jakości. Wiedziałem gdzie znajdują się u nas magiczne łączki

z magicznymi grzybkami ale nie bardzo wiedziałem jak wyglądają, wtedy

to w archiwum w ogóle mi nieznanej wówczas listy dyskusyjnej

uzywki@beton.hyperreal.art.pl :) znalazłem świeżego posta w którym

niejaki Przemo podesłał parę fotek tego co mieliśmy zamiar szukać.


Pojechaliśmy na łąkę i zaczęliśmy poszukiwania, akcja było czysto

spontaniczna, nawet nie mieliśmy do czego zbierać grzybków wiec

zbieraliśmy do na-poczekaniu-zrobionego pojemnika z butelki po wodzie

mineralnej. Nazbieraliśmy całą butelkę, po powrocie i przeliczeniu

wszystkich grzybków wyszło jakieś +/-400 sztuk...podzieliliśmy to na

trzy porcje po 125 psylocybów. Czas wrzutu, piątkowe popołudnie. Nie

było żadnego set&setting, nie wiedzieliśmy kompletnie czego się

spodziewać po takiej ilości, byliśmy trochę wystraszeni ale i

podjarani tak maksymalnie że dzięki temu strach bez problemu dało się

obejść. Na miejsce wybraliśmy pobliską górkę (długo później ochrzczona

jako 'góra grzybowa' :). Każdy spożył swoją działkę i zaczęło się

oczekiwanie... 15 minut - nic, 30 minut - nic, zwątpiliśmy trochę w moc

ładunku w naszych żołądkach, po następnych 15 minutach jednak zaczęło

się coś dziać. Kręciło mi się w głowie a w żołądku zapanował straszny

chaos, miałem ochotę pozbyć się zawartości zresztą -P- i -S- mieli

taki sam zamiar... jakoś się jednak obeszło bez tego. W głowie zaczęły

się dziać niesamowite rzeczy... myśli zaczęły się skupiać a obraz

zaczął falować i poruszać się, kolory nabrały intensywności jakiej

jeszcze nigdy nie widziałem, początek obłędu. -S- stracił cały pozytyw

wydarzenia i słyszałem tylko jak w kółko wypowiada 'ja pierdole...po

co żeśmy to zjedli, ja pierdole', razem z -P- udało nam się jednak

wyciągnąć go z tego myślenia, jak się okazało później, tylko na krótki

czas. Nie mogliśmy już wysiedzieć w jednym miejscu, każdy z nas zaczął

pogrążać się w swoim stanie i przestaliśmy prawie zwracać uwagę na

siebie, halucynacje stawały się coraz mocniejsze i po czasie pamiętam

tylko jak któryś z moich kumpli wypowiadał tylko 'a co to', 'o popatrz

na to', 'co tu jest', 'ale to powyginane', 'ooo...ale się fajnie

rusza' itp. sam już miałem taką jazdę i do tego już tak odrealnioną że

trochę mnie to przeraziło. Leżę na trawie, wszystko się wygina, drzewa

poruszają się jakby machały w moim kierunku, cały krajobraz faluje, w

niektórych miejscach drga, obrazy zaczęły nakładać się na siebie,

obracać, raz wszystko rozmyte, innym razem regularne, wstałem i patrzę

na trawę a tu trawa zaczyna wyginać się i jakby tańczyć przede mną,

wszystkie źdźbła zaczynają tworzyć jedną masę w idealnie regularnych

kształtach, jedno obok drugiego raz w jedną raz w drugą stronę, tak

jakby wszystkie kłosy połamać i poukładać we wzorki, trawiaste wiry i

tym podobne rzeczy... wyższe trawy wystające ponad tą masę po

dokładniejszym przyjrzeniu się składają się z łodygi i zamiasta liści

mnóstwa dziwnych trójkącików lub innych brył o prostych regularnych

zarysach, widziałem to tak perfekcyjnie dokładnie jakby istniało

naprawdę. Zaczęło mnie to wszystko lekko przytłaczać, wszystko,

dokładnie wszystko na około mnie żyło, poruszało się, zacząłem

zasłaniać oczy a w końcu zamykać je, zamykam a tu niespodzianka -

znajdowałem się w dziwnym miejscu, otoczony przepięknymi wzorkami

naokoło mnie, symetrycznie poukładanymi wstęgami schodzącymi się w

jednym górnym punkcie, wszystko pokryte fraktalową fakturą w

jaskrawych barwach - niebieskich, fioletowych aż po czerwienie,

mieniące się i o nieprawdopodobnej intensywności. Zacząłem obracać się

i kręcić we wszystkie strony...z boku musiało to rzeczywiście wyglądać

jak człowiek w obłędzie, wszystko było takie śliczne i ciekawe, i

wszystko chciałem zobaczyć wtedy to z powodu tego natłoku wydarzeń

wpakowałem się w krzak róży...wystraszyło mnie to bo nawet nie

wiedziałem co to jest, jakieś dziwaczne plącza mnie zaczęły pochłaniać

a ja nie mogłem się uwolnić, całkowicie straciłem orientację,

walczyłem i nareszcie uwolniłem się :) To zdarzenie trochę nawróciło

mnie ku rzeczywistości. Zauważyłem, że -P- i -S- trochę są daleko ode

mnie, idąc do nich na moim palcu zauważyłem coś bardzo dziwnego (dla

wyjaśnienia, okazało się później, że skaleczyłem sobie palca kolcem

róży...malutkie ukłucie), dziwne jaskrawo czerwone coś, zacząłem

machać szybko ręką a to czerwone coś zaczęło mi tworzyć w powietrzu

smugi, wyglądało to jakby rozlać jakiś płyn w nieważkości, -P- zaczął

mi się dziwnie przyglądać i powiedział, że mam krew na twarzy,

zacząłem się wycierać rękoma i wtedy inna rzecz zwróciła moją

uwagę...twarz -P-, wyglądał jak...potwór? Brwi układały mu się w

dziwaczny kształt, skóra była dziwnej faktury i koloru a oczy i w

ogóle oczodoły zapadały się w głąb głowy, wokół ust fioletowa

poświata. Wszyscy zaczęliśmy się sobie przyglądać, -S- był zielony i

miał krótkie włosy przez które było widać skórę na głowie, włosy

układały się w regularne kształty a skóra pod nimi ciągle się ruszała

i przesuwała, jakby była innym organizmem. W oddali zobaczyliśmy

jakichś ludzi, doszliśmy do wniosku że zmywamy się z tego miejsca. -S-

na widok tych ludzi przeraził się na tyle, że prawie zaczął uciekać.

Ja i -P- spokojnie ruszyliśmy za -S- w kierunku pól gdzie na pewno

nikogo nie można było spotkać, a tym bardziej nikt nie mógł spotkać

nas. Na polu widziałem mnóstwo małych zieloniutkich kłosów pszenicy

czy innego czegoś, wszystkie machały do mnie, ziemia między nimi

nabrała jaskrawego pomarańczowo-brązowego kształtu, wyglądała jak

powierzchnia marsa, idąc czułem się jakbym leciał i oglądał jakaś

planetę z lotu ptaka, mnóstwo kanionów, gór...patrząc w dal wyglądało

to jak... nie wiem, jakieś coś :) w czasie gdy my 'lecieliśmy' ;) -S-

wpakował się w krzaki i musiał się chyba już całkiem wystraszyć... to

był początek jego bad tripu. Doszliśmy do końca pola i -S- powiedział,

że dalej nie idzie... usiadł na skraju pola w trawie i już się stamtąd

nie ruszył. Zaczęliśmy z nim rozmawiać ale nic to nie dało, skulił

głowę w kolana i przestał reagować, zostaliśmy przy nim jednak ale nie

mogliśmy wysiedzieć w jednym miejscu. Łaziliśmy w kółko bez celu, co

jakiś czas mijałem -P- albo podchodziłem do -S-, mijając -P- nie mówił

nic poza 'Bańka, ale bańka'. Robiło się już ciemno, nieprawdopodobny

widok zachodu słońca (ach te kolory, ach te wzory) i wszystkiego co

mnie otaczało wywołało u mnie wrażenie, że przeniosłem się gdzieś

indziej... byłem pewien że nie jestem na Ziemi, nie było niczego co

znałem z rzeczywistości, z naszej planety. Totalne odrealnienie nie do

opisania i uczucie totalnej wszech-pustki, było tylko nas trzech i

nikogo więcej, gdzieś... w jakimś miejscu, w którym jeszcze nigdy nie

byliśmy i na pewno nikt nie był, mimo wszystko dobrze się tam

czułem... aż ciarki przechodziły mnie po plecach, uczucie czystej

radości, maksymalnie wolny, bez problemów, bez zmartwień,

obowiązków... tylko ja i moja uwolniona świadomość, spojrzałem na

siebie - to nie ja, na moja zieloną bluzę, z bluzy zaczęły wyłaniać

się błyszczące łuski, moja nowa skóra na moim nowym ciele... dotykałem

mojej twarzy i nie poznawałem tych zaokrągleń na niej... zamieniałem

się w inną istotę. Popatrzałem na -P-, jaszczur w ubraniu, na jego

spodniach w moro nie było jednego koloru, w jego miejscu spodnie były

przezroczyste, stał w jakimś ogromnym wgłębieniu zawieszony w połowie

wysokości (kompletnie rozjechany 3wymiar). Każdy z nas coś mamrotał do

siebie, podszedłem do -S-, tam gdzie wcześniej siedział położył się,

leżał i jak przez mgłę pamiętam że mówił mi coś o jakichś

helikopterach które zaraz po nas przylecą, pytał się czy też je słyszę

a ja cos mamrotałem do siebie. Przyglądałem się -S- a jego leżąca

głowa u dołu rozlewała się jak budyń, miał jaskrawo zielone oczy a gdy

otwierał swoją paszczę promieniało z jej wnętrza fioletowe światło.

Robiło się już prawie całkiem ciemno, przez to obraz miałem ciągle

przesłonięty jakimiś fraktalami, w oddali na górze widziałem piękny

oświetlony budynek z wielkimi kolumnami, i migające na nim światełka

(tak naprawdę wieczorem widać tam drogę i światła samochodów :). Zaraz

obok widok zamku w moim mieście, chociaż normalnie z tamtego miejsca

widać go dość płasko, wtedy był w całości ułożony dziwacznie w

przestrzeni... był oświetlony a jego ściany idealnie układały się w

obraz na którym widać było płynącą rzekę, urwisty brzeg, jakieś cienie

i wogole 100% real... zapakowac w ramke i zabrac do domu ;). -P- w tym

czasie podszedł kawałek na pole którym przyszliśmy, kucnął sobie

gdzieś tam i coś gadał do siebie, w ciemności z oddali wyglądał jak

pies a gdy wstał miał nienormalnie długie ręce i nogi (jakby na

szczudłach). Podszedłem i siadłem obok -S-, pytałem się go co się

dzieje na co usłyszałem 'oni po nas przyjdą, oni nas widzieli'... jacy

oni? Zaczęliśmy gadać i okazało się, że -S- miał niezbyt pozytywną

jazdę na całkiem oddzielny tripreport... na szczęście jakos wyszedł z

tego. Peak już minął i zaczęliśmy z wolna wracać z tego świata. Po

krótkiej naradzie zapadła decyzja że wracamy, w ciszy schodziliśmy z

Marsa ;), nikt nic nie mówił... nie mieliśmy ochoty, byliśmy zmęczeni i

wstrząśnięci. Szedłem i czułem się jakbym nigdy tu nie był, wszystko

było niby jakoś znane ale i nieznane. Szedłem po trawie i czułem coś

czego nigdy nie czułem - całkiem nowe uczucie chodzenia po trawie,

szedłem po lekko błotnistej ziemi i to samo, uczucie jakbym nigdy nie

chodził po czymś takim. Po drodze znaleźliśmy pasącego się konia, na

początku myślałem że to osioł albo kucyk...strasznie śmiesznie

wyglądał, podeszliśmy do niego i każdy go głaskał, jego... sierść była

taka delikatna i gładka, najlepsze jest to że w ogóle się nas nie bał.


Czułem się jakbym miał zresetowany mózg i wydawało mi się że tak mi

już zostanie i że będę musiał się wszystkiego nauczyć od nowa,

wszystko czego do tej pory nauczyłem się w życiu już nie istnieje,

myślałem że przesadziłem z tymi grzybami, ze zjadlem za duzo i

wszystko w mojej głowie się skasowało... jakoś jednak pogodziłem się z

tym bo na szczeście nie mam tendencji do wkręcania sobie przykrych

rzeczy, zaraz potem zaczęły mi w głowie krążyć inne myśli. Myśli o

samym sobie, czułem się uwolniony od czegoś, od całego zła i obłudy

tej we mnie, w moim wnętrzu, zacząłem zastanawiać się dlaczego ludzie

są tacy zakłamani, po co robią tyle niepotrzebnych rzeczy, dlaczego

nie potrafimy być wobec siebie otwarci i po co zakładamy maski i

kreujemy siebie na potrzebę otoczenia nie ukazując tego jacy jesteśmy

na prawdę. Dlaczego wszystko jest takie skomplikowane a tak naprawdę z

innego punktu widzenia tak banalnie proste, gdzie zgubiliśmy całą

prawdę o życiu i tak na prawdę nie potrafimy żyć, nie potrafimy

kochać, jesteśmy jak automaty wykonujące różne czynności... bez

duszy... z klapkami na oczach gonimy za szczęściem, stanem którego w

podawany nam przez system sposób nigdy nie osiągniemy. Goniąc za tym

co oferuje nam cywilizacja gubimy się w przedmiotach,

pseudo-wartościowych papierkach z cyferkami, rzeczach tak naprawdę nie

potrzebnych i nieważnych zapominając o własnych uczuciach i

wewnętrznej harmonii. Wszyscy jesteśmy maszynami w niewoli

systemu... cywilizacji, napędzani kasą jak paliwem. Trudno przekazać te

wszystkie myśli a jeszcze trudniej ich wielkość w tamtym momencie, to

tak jakby odkryć nowy nie poznany kontynent. Dowiedzieć się rzeczy

których nikt nam nie powie i żadna szkoła nas tego nie nauczy.

Wszystko to było dla mnie jak jeden wielki wielki BOOM. Zaczęliśmy w

końcu coś gadać do siebie, mijaliśmy ludzi i ich puste twarze... byli

tak żałośnie śmieszni w tamtej chwili. Po powrocie, na mieście okazało

się że jeszcze trochę nas trzyma... budynki nadal falowały. Byliśmy

cali ubrudzeni błotem, -S- do tego miał całe plecy w błocie od leżenia

w trawie. Była gdzieś tak 22 lub 23, byliśmy już strasznie zmęczeni

ale nie mogliśmy jeszcze wrócić do domu... źrenice rozszerzone do

granic możliwości, no i to błoto wszędzie... trochę dziwnie by to

wyglądało. -P- mimo wszystko zdecydował się iść do domu a ja z -S-

poszliśmy sobie odpocząć w parku... siedzieliśmy tam jeszcze

przynajmniej z 4 godziny rozmawiając o życiu, śmierci i wszystkim w

ogóle... totalne katharsis, dochodziliśmy do tych samych prawd i

wniosków, czasami bardzo osobistych. Na drugi dzień spotkaliśmy się

rano, każdy z nas wyglądał fatalnie... zresztą nigdy w życiu już nie

miałem tak fatalnego zjazdu po grzybach... podkrążone oczy i twarz

jakby po tygodniu nie spania. Siedząc i wspominając to co się działo w

dzień poprzedni doszliśmy zgodnie do wniosku że było to najbardziej

nieprawdopodobne i niesamowite przeżycie w dotychczasowym naszym

istnieniu, nieprawdopodobnie przerażające a jednocześnie

nieprawdopodobnie piękne. Ja i -P- przez prawie tydzień nawet nie

ruszyliśmy alko ani nawet zioła chociaz w tamym czasie ostro

przypalalismy, prawie codziennie. -S- zajęło to trochę dłużej bo

dopiero po mniej więcej dwóch tygodniach zdecydował się coś zapalić i

w ogóle dopiero wtedy zaczął zachowywać się jakoś normalnie. Potężnie

zmienił mnie ten trip... żaden inny już tyle mi nie pokazał i podczas

żadnego innego tripu nie dowiedziałem się tyle o sobie, od tamtego

czasu stałem się wręcz kimś całkiem innym, nowym, lepszym

człowiekiem... teraz po latach strasznie się z tego cieszę i chociaż

czasami zdarza się że zapominam o tym co mnie grzyby nauczyły to wiem

i mam świadomość tego co robię źle i na którą drogę najlepiej wrócić

aby szczęśliwie przejść przez życie, w końcu żyjemy po ty by być

szczęśliwi. Szkoda tylko, że nie mogę naprawić wszystkich tak jak sam

naprawiłem siebie (a może ktoś ma pomysł na masowe zgrzybienie całego

świata :). Kropka

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media