Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

psilocybe cyanescens ?

detale

raporty unknown

psilocybe cyanescens ?

z adnotacja TRIP PANA Georga Müllera


wlasciciela strony http://www.pilzepilze.de/


tlumaczone przez Jaguara


wynalezione i dostarczone przez Rapatanga.



W listopadzie 1998, spadł już pierwszy śnieg, a ja znalazłem na

skraju lasu w pobliżu Karlsruhe sporą kolonię (ponad 100 egzemplarzy)

malutkich grzybów blaszkowych - w rozmaitym wieku. Wilgotne kapelusze

miały kolor orzechowy, lekko mażący, na brzegach krótkie rowki. Suche

blakły w kolor ochry, a starsze egzemplarze wykazywały wyraźne plamy

niebieskie aż do niebieskozielonych. W oczy rzucał się silnie

faliście wygięty brzeg kapelusza u starszych grzybów. Nożki były

białawe, sztywne i włókniste; przy dotknięciu również mocno siniały.

Podstawa połączona byłą z podłożem (kawałki drewna i małe gałęzie)

przy pomocy wyraźnych białych - aż do niebieskich rizomorfów(?).

Pierwsze moje przyposzczenie kierowało się natychmiast w stronę

łysiczki błękitnej (?)(Psilocybe cyanescens), która to wszelako w

Niemczech ma jakoby występować niezwykle rzadko. Brązowe i wrośnięte

blaszki nie pozwalały ocenić koloru zarodników. Zabrałem do domu po

kilka egzemplarzy każdej z grup wiekowych, by dokonać odcisku

zarodników. Ten okazał się ciemnopurpurowobrązowy aż do niemal

czarnego. Pozostałe egzemplarze zasuszyłem do późniejszych badań,

ponieważ nie dysponowałem (jeszcze) mikroskopem. Porównanie moich

obserwacji z opisami w rozmaitej literaturze (np. Stamets i Phillips)

oraz z internetem (Mykoweb) przekonało mnie że miałem rację.

Znalazłem grzyba, krtóry w atlasie występowania na terenie Niemiec

występuje jedynie w kilku miejscach (z czego część liczy sobie już

dziesięciolecia) - łysiczkę błękitną (?)


Jako fanatyk grzybów (od ponad 20 lat) zdawałem sobie oczywiście

sprawę z halucynogennych własności wszystkich europejskich grzybów

gatunku Psilocybe. Już od dawna miałem chęć wypróbowania tego

zjawiska. Natknąłem się wprawdzie już wcześniej na łysiczkę

lancetowatą (Psilocybe semilanceata) w Szwarzwaldzie, występowałą ona

tam jednak w niewielkich ilościach. I oto miałem przed sobą garść -

jak z obrazka - egzemplarzy Psilocybe cyanescens, określanej w

literaturze jako silnie halucynogenna. Postanowiłem odważyć się na

eksperyment na sobie. Pewnego wieczoru wziąłem około 15 sztuk tych

malutkich suchych grzybków i zmełłem je w młynku do kawy na proszek.

Proszek ten (jakieś trzy małe łyżeczki zmieszałem z mlekiem i

rozpuszczalnym kakao. Omówiłem tę całą akcję z moją przyjaciółką,

która miała mnie pilnować, i krótko po północy wypiłem ten lekko

gorzkawy płyn, i popiłem go wodą. Poszliśmy do mnie do pokoju i

położyliśmy się nałóżku. Była godzina 0:10, ja zacząłem marznąć, mimo

że mój termometr pokazywał ponad 20 stopni; była to być może reakcja

organizmu na niepewność, cóż się stanie. Przykryłem się i

zwyczajnie czekałem. 0:30: wszystko tak jak zwykle, nie pojawiły się

nawet te wielokrotnie opisywane nudności.O 0:45 zacząłem już wątpić,

czy grzyby zawierały w ogóle jakiekolwiek substancje aktywne, aż

nagle wzór na tapecie stanął przede mną w absolutnj jasności. Miał

wręcz nieomal hipnotyczne działanie - w tym powtarzającym się wzorku.

Moje plakaty wiszące na ścianie zdawały się tonąć w ścianie i

wyglądały jak nadrukowane. Kolory prześcieradła lśniły dużo

intensywniej i bardziej jaskrawo. W tle słyszałem cichą, trwającą

syrenę. Moja przyjaciółka zauważyła moje niezwykle rozszerzone

źrenice. A więc jednak zadziałało!


W zdumieniu obserwowałem ściany. Moje myśli odpływały coraz dalej.

Kilkakroć słyszałem dość głośny pomruk - jak gdyby jakiś owad

przefrunął tuż obok mnie; dźwięk był jednak jakoś sztuczny. Przy

zamkniętych oczach widziałem fraktale składające się ze wzorków,

głównie w błękitach, ale niezbyt intensywne. Nagle poczułem się

jakbym był starcem leżącym na swym łóżku. Odniosłem wrażenie, jakby

uwolnione zostały moje myśli, leżące niezwykle głęboko. Nastroje

zmieniały się teraz coraz szybciej. Przedziwna była też zmiana która

zaszłą w mojej głowie. Tok myśli nie stanowił sam zwyczajny potok

słów, ale także pasujące do nich `monstrualne` obrazy, których

nieomal nie jestem w stanie opisać. Zamknąłem oczy i oddałem się

coraz większemu chaosowi. Spojrzałem raz na zagar cyfrowy: 01:48

Liczba 48 stała się w tym momencie przez chwilę elementem moich

myśli. Odgłos przejeżdżającego samochodu wżarł się we mnie i stał się

naraz cząstką mnie, nie do odróżnienia od reszty.Powoli zaczął

narastać strach, całość zaczęła się wymykać spod kontroli. Otwieram

oczy: mój model samolotu, wiszący pod sufitem przekręcił się w moją

stronę i obniżył, podobnie jak lampy. Twarz mojej przyjaciółki

przykrywały kolorowe welony. Prędko na powrót zamknąłem oczy. Tonąłem

w cyklonie wrażeń. Coraz bardziej traciłem poczucie czasu. Gdy po raz

drugi spojrzałem na zegarek, była 2:30. Rzeczywistość, taka jak ją

znałem dotąd, już się rozpuściła. Nie potrafiłem stwierdzić gdzie i

kiedy byłem. Kurczowo trzymałem się mojej przyjaciółki - jako

ostatniego punktu odniesienia do `prawdziwej` rzeczywistości i

zapadłem znów w wewnętrzny świat. Mojego stanu nie da się opisać.

Poczucie czasu zniknęło zupełnie. Co jakiś czas spoglądałem na

zegarek, ale nic mi to nie mówiło. Za każdym razem wyglądało to tak,

jakby od ostatniego razu upłynęły nieskończone eony. Jedyną rzeczą,

którą przez cały czas próbowałem sobie unaocznić było, że za cztery

godziny to wszystko pownio się już skończyć. Ale co to znaczy:

cztery godziny, skoro nie istnieje czas? Okresy paniki przeplatały

się z chwilami pozytywnego nastroju. Rozpaczliwie usiłowałem sobie

przypomnieć, ile grzybów właściwie zjadłem. Nie byłem w stanie jasno

sformułować jednej myśli. Powoli rodziła się we mnie pewność, że

pozwoliłem sobie na zbyt wiele ze sobą, i że nieodwołalnie popadam w

obłęd. Częściowo jednak mogłem rozkoszować się odczuwanymi

doznaniami. Przyglądałem się roznącym koloniom grzybów, miałem wgląd

w pracę mózgu (tak mi się przynajmniej zdawało), i w pewnym stopniu

musiałem się nawet śmiać. W tle dawał się zauważyć napędzający,

monotonny i otępiający rytm - coś na kształt ścieżki techno. Nie był

on wszelako czysto akustyczny - jednocześnie także `myślowy`. Jakoś

tak po czwartej chciałem tylko tego, by to się już wreszcie

skończyło. Stworzona na gorąco formuła (`mantra`) przetrwania

(`jeszcze tylko godzina`) zdawała mi się być coraz bardziej bez

sensu, ponieważ jak się obawiałem znajdowałem się w zupełnie innej

rzeczywistości, w której czas `normalnej` rzeczywistości nie ma

znaczenia, w której 1 sekunda = neskończoność. Czekanie nic nie mogło

tu dać. Kurczowo próbowałem trzymać oczy otwarte, by to co widzę

mogło stanowić dla mnie odniesienie do rzeczywistości. Nic z tego.

Wciąż i wciąż to co widziałem okazywało się iluzją, fałszywą

rzeczywistością która połykała mnie na nowo. Moja ręka zdawała mi się

być szponą potwora, włosy na grzbiecie ręki zwierzęcą szczeciną.

Zwarłem palce. Przeniknęły się nawzajem jak wosk. Moje ramię, które

trzymałem na czole zdawało się wnikać we mnie. Efekty wizualne były w

tej chwili już słabsze; wszystko to działo się w moich myślach.

Niebieski kolor grzyba wślizgnął się tu jakoś jako `błękit` do mojej

podróży, nie tylko jako kolor, ciężko to opisać. Nie wiedziałem jak

wszystko to odbiera moja przyjaciółka: tworzyłem sobie koszmarne

wizje nadciągających lekarzy pogotowia, które ona być może wezwała

nie wiedząc co ma zrobić. Postanowiłem w tym momencie po prostu

czekać, nieważne ile miałoby to jezcze trwać.


Konieć przyszedł nagle, tak jakby ktoś wcisnął wyłącznik: o 04:41

spojżałem na zegar i pomyślałem: o nie, wciąż jeszcze pojmany, i

odpłynąłem. O 04:51 otworzyłem oczy i rozejrzałem się wokół. Na

początku nie byłem pewien, czy znów nie zostanę wchłonięty. Nic się

jednak nie stało. Podniosłem się by usiąść - wszystko było normalne.

Nie mogłm pojąć, że takie działanie było w ogóle możliwe. Całkowita

dezintegracja rzeczywistości. Na moje pytanie, coż takiego się w

ogóle ze mną działo odrzekła: `Nic wielkiego, tylko bez przerwy

spoglądałeś na zegarek i pytałes o godzinę`. Było to dla mnie

niepojęte, po tym wszystkim co przeżyłem. Cały byłem mokry od potu.

Położyliśmy się znowu. Ale zaśnięcie było nie do pomyślenia. Wciąż

jeszcze byłem zbyt pobudzony. Czułem się, jakby przez mój mózg

przeszło tornado. Wciąż jeszcze słyszałem `Rytm techno`, jak głos

jakiejs obcej istoty. Próbowałem coś sobie wyobrazić: las z ładnymi

liściastymi drzewami. Udało mi się to tylko w połowie; drzewa pokryte

były dziwnymi ornamentami. Ale byłem przynajmniej spowrotem w moim

zwykłym świecie.


W dzień miałem jeszcze trochę dziwny nastrój, ale w sumie widziałem

wszystko bardzo pozytywnie. Nie byłem w stanie zaobserwować

jakichkolwiek negatywnych skutków. Wszelako jeszcze po południu nie

byłem w stanie zasnąć. Co co przeżyłem ogromnie mnie zajmowało.

Dopiero wieczorem zasnąłem jak kamień, mocno zakotwiczony w `jedynie

normalnym` świecie.


Wnioski: Częściowo zatrważające, ale też nieprawdopodnie ciekawe

przeżycie. Wszelako potężnie niedoceniłem moc grzyba. Ewentualne

planowane doświadczenia na sobie muszą być jak najstaranniej

przygotowane (właściwy gatunek grzyba(!), ilość grzybów, dobry

nastrój) i w żadnym razie nie mogą być przeprowadzane w samotności.

Stało się dla mnie również w bardzo wyraźny sposób jasne, dlaczego

rozmaite plemiona indiańskie przypisują temu grzybowi magiczne moce.



Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media