Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pomieszane z poplatanym zamotane po prostu plum

detale

raporty unknown

pomieszane z poplatanym zamotane po prostu plum


nazwa substancji: grzyby halucynogenne prosto z samiusieńkich gór.


poziom doswiadczenia: marihuana bardzo baaardzo czesto, połówka kwasu, kilka dropsów i jakieś próby z apteką. grzyby 1 raz.


dawkowanie: idealne dla mnie 35 dorodnych sztuk metoda żuchlania.


set&setting: maksymalne podniecenie poplatane z poddenerwowaniem.


miejsce: mieszkanie znajomych całe do dyspozycji.





1.PRZYGOTOWANIA


na ten dzień szykowałam się od dawna, spożyty kilka miesięcy wcześniej kwas niestety nie dał oczekiwanych efektów, dlatego też z niecierpliwością czekałam na pierwszy cynk o pojawieniu się magiczków i stało się. znajomi na łikendzie w górach "przypadkowo" natknęli się na około 500 sztuk.



piatek.


od rana latałam po mieszkaniu w poszukiwaniu jak najbardziej kolorowych ciuchów.
efekt: kolanówki w paski w przeróżne odcienie czerwonego, zółta sztruksowa oldkulowa spódnica z lumpeksu w granatowe kwiatki z fikuśnymi kieszonkami, koszulka w hinduskie wzorki typu łezki-cekinki, na to bluzka w również czerwone odcienie totalnie kwiatkowa, a na samą górę hippisowski lumpeksowy dziargany sweterek w poziome paski we wszystkie kolory świata!

spakowałam się i udałam się na miejsce gdzie spotkaliśmy się z 9-osobową najlepszą na świecie pozytywną maksymalnie ekipą, z którą przeżyłam multum imprez.



2. GODZINA 22-JEMY!!!


zjedliśmy. po kolei ludzie zaczęli latać do łazienki przebierając się w swoje powykrecane kreacje. kwiatki, kolorowe paski, okulary a jeden od drugiego lepiej wyglądał.



czekanie.


pokruszyliśmy sobie 2 kostki, spaliliśmy co by się lepiej czekało.

szum, lekki chaosik. zaczynają chodzić do ubikacji. mi dobrze - nie muli mnie - super. wstałam. i nagle wszystko zrobiło mi się takie...powolneeee. każdy zaczął powoli mówić, ruszać się, zrobiło się tak rozplywająco i jakoś tak niby to dziwnie przyjemnie ale jednak jakoś niespokojnie.


a później polecialo baaardzo szybko. w sumie nie wiem jak się zaczęło tak naprawdę. ktoś zaczął robić zdjęcia. kiedy błysnął flesz, przed oczami został mi taki jakiś świecący granatowo fioletowy kwadracik, który nie chciał mi sprzed tych oczu zniknać! każdy zaczął się śmiać. wraz z moim chłopakiem starym grzybiarzem próbowaliśmy się jakoś dogadać ale ciągle śmialiśmy się, śmieszyło mnie wszystko, każde jego słowo, ruch. i zrobiło mi się kolorowo. zorientowałam się że wszystko mi skacze, rusza się, rozpływa i zlewa. wszystko to co było takie jakie było to było jeszcze bardziej takie że nie mogłoby już bardziej takie być... w sensie róg od biurka był taaaaaaaaki szpiczasty ale jakoś ciągle udawało mi się bezkolizyjnie przesuwać się obok groźnie wystających z tendencjami do pikania szczypania obdzierania i ogólnie robienia krzywdy przedmiotów. moje ruchy były bardzo jakieś takie wydawało mi się elfowe, cały świat wydawał mi się baśniowy jak diabli! podobało mi się wszystko. czułam się jak w jakiejś magicznej krainie pełno krasnalków, elfików, zakamarki, tajemne miejsca. jak w zaczarowanym lesie. siedząc w pokoju mieszkania które dość dobrze znam w ogóle traciłam się gdzie jestem. słowo jakie kojarzy mi się jakoś tak z tą jazdą to plum nie wiem dlaczego. twarze moich towarzyszy były baśniowo śliczne, każdy się śmiał. mój chłopak zawiesił się na słowach nic nie rozumię! i co wy gadacie?! pokladając się przy tym ze śmiechu a my wraz z nim bo zdałam sobie sprawę że kurwa mać! ja też nic nie rozumiem co kto mówi! totalnie poplatane z pomieszanym i w dodatku zmiksowane.



piksele.


zaczęłam dostrzegać barwy jakich w życiu nie widziałam! skóra mojego E była uhmmmmmm... taka miękka, dywan cudownie falował, wszędzie widziałam coś nowego interesującego i tak wciągającego! nie potrafię opisać przebiegu wydarzeń tego po prostu się nie da! to był film za filmem, ale ciągle się śmiałam! ogólnie miałam wrażenie że jesteśmy jakimiś leśnymi skrzatami, furia kolorów, zapachy!


główne motywy jakie pamiętam to ciagłe zapętlanie się. o jednej rzeczy mówiliśmy po 100 razy. żeby napić się głupiego piwa trzeba było się nie lada skupić żeby w ogóle podnieść trzymającą je rękę do ust. a jego konsystencja?... no cóż. gęste. raz słodkie. za drugim łykiem gorzkie. było takie jakie chciało się żeby było. wraz z kumplem B mieliśmy ciągłą śmiechawę. często sobie przypalaliśmy i ciągle kiedy B podawał mi dzidę i niby coś tam było to ja ciągłam ciągłam i nic! zdawało mi się że nic tam nie ma! i przez całą jazdę za każdym razem kiedy podawał mi tę flintę, ja do B

- kurwa B!? jest tam coś albo nie?! - i wybucham śmiechem na co B mi zawsze tą samą odpowiedź

- nie wiem - i śmiech. po czym próbowaliśmy ją nabić ale trwało to tyle że koniec świata. musielismy baaardzo zbierać się żeby cokolwiek zrobić.


nagle-telefon! jasne! miałam zadzwonić do znajomych jak dam radę. i dałam. telefon do ręki i wybieram numer. dzwonię. sygnał. odbiera R. i masakra. ogólnie koleś nie kumał nic z mojego bełkotu a ja nawijałam mu ostro, w każdym razie rano dostałam esemesa że chyba było pięknie. było. później jeszcze jeden telefon do znajomka który totalnie nie skumał a MA siedzący obok mnie myślał że gadam do niego! ja tu nawijam do telefonu a MA gada do mnie :D



była z nami para która ogólnie dawno temu jeździła ale teraz już nie jeździ ale są obeznani i bardzo pozytywni. siedzę na fotelu coś tam gadam do nich na jakiś temat a oni mi totalnie o czymś innym. podejrzewam że był to taki jakiś wkręt choć nie wiem, może serio poszło mi na słuch. w każdym razie denerwowało mnie to bo zdawało mi się że chcę coś powiedzieć na jakiś temat ale z ust wypływają mi słowa w ogóle jakieś inne. że chcę np.: powiedzieć żyrafa a mówię kurwa mać paznokieć! zamotanie maksymalne. potem już całkiem nie wiedziałam o co chodzi więc olałam temat (znaczy się w końcu udało mi się skupić żeby go olać). często zdarzało się że ktoś nagle wyskakiwał z jakimś tekstem w ogóle nie do tematu jakiś taki wyrwany z choinki co owocowało obfitym parsknięciem śmiechu.




sikanie. aha no tak! trzeba by się było wysikać. totalnie zapominałam o takich rzeczach jak picie, sikanie itd. ide. bo w sumie to chyba mi się chce. toaleta. ciasna klitka. czerwone ściany. na ziemi skóra z barana. zielony papier. przenośne radyjko zapodaje jakąś muzyczkę. otwieram drzwi - parskam śmiechem! nie moge tam wejść bo się z tego śmiechu posikam zanim spódnicę do góry podniosę i majtki ściągnę! tam jest tak cudownie!!! udało się. opanowanie. wchodzę. siadam. sikam. łaaaaaaaaaaaaaaaaał!!! nigdy mi się tak nie sikało! chciałam tak zostać i sikać ale siki się skończyły. wychodzę. umyć ręce. woda?!?!?! była taka jakaś lejąca się ale żeby mokra? według przyjętych norm jest mokra. ok więc przyjmijmy że była mokra choć wtedy głowy nie dałabym sobie uciąć. przemieszczałam się z pokoju do pokoju, w każdym z nich inna muzyka. tu ktoś tańczy, tam ktos ściąga z siebie wyimaginowane włosy, które go owinęły. idę uspokoić biedną M nie nie! nie masz włosów na buzi! jest ok! jest super! M uśmiecha się i zapomina. znowu rzeczywiście jest super.




idę do pokoju. ten pokój to najbardziej idealne miejsce do grzybowania. ściany kolorowe, meble, wszędzie pełno niespodzianek, zakątków i cieni. to pokój specjalnie przygotowany przez J na kwaszenie. J lubi kwasy :) leżymy na dywanie. mój E leży obok próbuje coś do mnie mówić. ja go rozumiem ale wszystko, każda gadka o byle pierdole nabiera rozmiarów kolosalnych jak gdyby był to najbardziej poważny temat na świecie, jak z filmu z tvn kurwa mać, krótki zawias co jest grane i śmiech. E zaczyna się osuwać. strasznie mi się rozpływa. jego rece sa jakieś długie, dziwnie się wszystko pląta kiedy mnie przytula, mam wrażenie że się stapiamy i tworzymy jakiś jeden twór. jego uśmiech jest tak ogromny, a kiedy się do mnie przybliża mam wrażenie jakbym patrzała przez judasza tego takiego który robi wrażenie takiej kuli. oko takie łuuuup wielkie i nos a reszta ta jakoś daleko. strasznie dziwna perspektywa :) E chcą się położyć ciągle o coś zahacza i na coś się kładzie. nagle: skąd to się wszystko bierze?! rozglądam się a tu serio! nagle wyrosło przede mną i za mną pełno przedmiotow. jakieś plecaki, czyjeś skarpetki, spodnie, aparat, telefony. wooow jakie to jakieś duże i takie plum. kiedy patrzałam na siebie - wszystko mi się świeciło, falowało, migotało i połyskiwało. piksele no.




piszemy smsa do znajomego. mieliśmy podać mu numer domowy chaty w której byliśmy żeby zadzwonił. napisanie smsa na grzybach to nie lada wyzwanie. ja piszę. napisałam 3 słowa zadzwoń pod *******. zajęło mi to dosyć kilkanaście minut... udało się! ale czy koleś zadzwonił...tego już nie wie nikt.




E mnie dopadł. choć spróbujemy się całować. uhmmmmmmm... jego usta takie mięciutkie, język wilgotny i ciepły, nasze usta stapiały się, lizały, cmokały i nagle odrywamy się - patrzymy się na siebie, szeroki uśmiech i wiadomo bez słów o co nam chodzi. to był najlepszy buzial na świecie :) w ogóle wszystko było najlepsze na świecie takie że lepsze nie mogłoby być!




szukamy czegoś, E prosi mnie żebym mu pomogła ze znalezieniem czegos w jego plecaku bo mu się wszystkie przedmioty w środku zlewają i nic nie wie. ok. pomogę mu przecież to moj miś. lubię mu pomagać. ale jak mu tu pomóc mam, jak ja nawet nie poznawałam że to jego plecak! był całkiem inny, 20 razy się pytałam czy to na pewno jego bo ja takiego plecaka nie znam. w końcu mniej więcej udało mi się skupić i nie pozwolić na to żeby ręce zlały mi się z bluzą w środku, jakimiś workami i innymi dziwnymi w dotyku akcesoriami w środku. w końcu stwierdziłam że poszukiwanej rzeczy tam nie ma.




atak na kuchnię. B robi kanapkę dla swojej A. keczupem rysuje jej serduszko. ja tam nie wiem ale mógłby narysować tam kwadrat i powiedzieć mi że to serduszko to byłoby to serduszko. mój E kroi kanapki dla nas. chleb się rozsypuje. wypada cały miąższ ze środka! zostaje tylko skórka i trochę po obrzezach. E: zobacz! wyciąłem ci serduszko! lawa śmiechu. smarujemy ten chleb masłem, na to full majonezu, jakiś pomidor uhmmmm jak smakuje. najlepsza kanapa na świecie!




zaczyna się robić jaśniej. kolory już tak nie migoczą ale śmiech trzyma nadal. już późno rozkładamy lóżko i każdy próbuje sobie znaleść miejsce. gadamy, śmiejemy się. jesteśmy zmęczeni. chyba pójdziemy już spać.




(to tylko 1/1000 tego co sie działo, nie jestem w stanie wszystkiego zapamiętać, ale to co pamiętam to postarałam się opisać choć tego się nie da no po prostu się kurwa mać nie da)

kładziemy się z E do łóżka. dopadła mnie ogromna ochota dotykania go, całowania, głaskania, pieszczenia, drapania, wąchania, cokolwiek byle go czuć. podobał mi się tak bardzo. moja ręka była jakby nie moja. żyła sama i jeździła po całym jego ciele - najlepsze uczucie na świecie. ;)



zasnęliśmy.




rano budzimy się. wszyscy roześmiani, wypoczęci, 5 herbatek, 4 kawy. żegnamy się. w kolorowych ciuchach jedziemy do domu :)



była to moja największa, najlepsza, najbardziej kolorowa i najbardziej śmiechowa jazda jaką miałam w życiu. grzyby otworzyły mnie, wszystko widzę inaczej i wreszcie polubiłam jesień!




długo się zastanawiałam ile mam zjeść ale 35 to była moja szczęśliwa liczba, było idealnie, nie wyobrażam sobie co by było gdyby było jeszcze lepiej.


każdemu życzę takiej udanej historii.


aha. a powiedzenie uśmiech od ucha do ucha to już wiem skąd się wzięło :)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media