Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pełna euforia

detale

raporty unknown

pełna euforia

Rodzaj substancji: suszone halo-grzybki


Ilosc: okolo 30 sztuk.


Doswiadczenie: grzybki - pierwszy raz, marihuana - od czasu do czasu (z

rozna czestotliwoscia) przez jakies 3 lata, bielun - raz (BAD), speed - 2x

(to nie dla mnie)





Zawsze chcialem opisac swoja jazde po grzybach, ale robie to dopiero teraz

po ponad pol roku od tamtego dnia, glownie za sprawa tego ze poczytalem

kilka artykulow na neuro-groove i pozazdroscilem ich autorom ;-)))





No to zaczynam. Grzyby chcialem sprobowac juz dawno, ale za bardzo nie

mialem do nich dojscia. Zmienilo sie to gdy poznalem (okolicznosci nie bede

opisywal bo to juz z zupelnie innej beczki) kolesia z Bieszczad, ktory

przeprowadzil sie do mojego miasta (duze miasto na Pomorzu). On byl juz

doswiadczony w tych sprawach. W listopadzie, kiedy jechal na jakis czas do

domu, poprosilem go zeby przywiozl mi kilka porcji. Dostalem jakies 200

suszonych grzybkow, ktore smierdzialy syrami:-))). Dowiedzialem sie

wszystkiego co mi bylo potrzebne o tej uzywce (dawkowanie, efekty itp) i

postanowilem sprobowac. Oczywiscie, nie sam. Jako ze moje towarzystwo nie

jest za bardzo "narkomaniackie", skrecilem sobie na predce dwoch kolesi z

budy (liceum), ktorych prawde mowiac za dobrze nie znalem, ale wiedzialem ze

sa "psami" na dragi (probowali ich o wiele wiecej ode mnie; w sumie bardzo

dobrze trafilem). Grzybow wczesniej nie jedli (niektorzy mowili ze jestem

debil, bo zaczynam z nowicjuszami). Grzyby (to 200 sztuk) podzielilem na pol

i jedna polowe jeszcze na 3 czesci (zeby dla kazdego bylo ok 33 grzybki).


Postanowilismy je wpierdzielic w piatek po poludniu (w listopadzie) w domach

i spotkac sie w centrum. Moja porcje wsypalem do pieczarkowego goracego

kubka (grzybowych tego dnia w zadnym sklepie ni dostalem, taki pech!),

zalalem woda i zjadlem (troszke smierdzialy, ale czego sie nie robi dla

przyjemnosci). Po zjedzeniu przywitalem sie z mama (bo wlasnie weszla do

domu), pozegnalem i poszedlem na autobus (a bylo juz ciemno). W autobusie

poczulem pierwsze bardzo, bardzo lekkie objawy (nawet nie bylem pewien czy

to te grzybki; byly tak lekkie ze nie potrafie ich opisac, jednak czulem sie

inaczej). W miescie, gdy szedlem przez park (o tym parku bedzie jeszcze mowa

pozniej) spotkalem mojego nauczyciela od fizy. Jako, ze jest to bardzo spoko

koles, pogadalem z nim chwilke (zupelnie normalnie) i poszedlem dalej. W

umowionym miejscu, w innym parku, przy mojej szkole spotkalem

kumpli-grzybiarzy. Oni nie czuli jeszcze nic, wiec poszlismy do sklepu po

browary. Wrocilismy w to samo miejsce i zaczelismy je konsumowac. Jak to zazwyczaj bywa zaczelismy przy piwku gadac i powoli doszlismy do wniosku, ze

cos czujemy, bylo jakos dziwnie, inaczej, przestalo nam sie podobac w tym

miejscu w ktorym przebywalismy, zaczal przeszkadzac nam halas samochodow

dochodzacy z glownej ulicy mojego miasta. Postanowilismy przeniesc sie do

parku, w ktorym wczesniej spotkalem nauczyciela. I wtedy sie zaczelo... Gdy

wstalismy to momentalnie nas trafilo (bylo to gdzies godzine po zazyciu),

ziemia pod nogami stala sie miekka (jakby lozko wodne czy cos w tym stylu) i

zaczela falowac. Nogi sie uginaly, ale bylo to raczej przyjemne uczucie. Gdy

szlismy strasznie sie podniecalismy i wrecz krzyczelismy, cieszylismy sie ze

nas trafilo. Wszystko zaczelo sie nam podobac, gdy powiedzielismy cos o

pozytywnym nastawieniu do przechodzacych obok nas dziewczyn, a one sie

zaczely smiac, myslelismy ze wszyscy do okola nas czuja pozytywny klimat.


Park wydal nam sie piekny, piekna byla filharmonia kolo parku (w ogole z ta

miejscowka to zajebiscie trafilismy). Zasiedlismy na laweczce i po koleji

opisywalismy swoje stany (kazdy mial podobna, lecz nieco inna, indywidualna

pizde; niestety z powodu uplywu czasu nie umiem teraz dokladnie opisac tych

roznic). Euforia (bardzo podniecalismy sie tym wyrazem, jako ze najlepiej ze

wszystkich wyrazow swiata pasowal do naszego stanu) trwala nadal. Momentami

smialismy sie ze wszystkiego, i nie byl to smiech taki jak na gandzi, byl

bardziej spontaniczny, niczym nie ograniczony (zero tripu!), przechodzacy

ludzie patrzyli na nas jak na pojebow, ale my sie nie przejmowalismy, tylko

dalej darlismy mordy (najbardziej rozsmieszyla nas baba z psem, we trojke,

centralnie, smialismy sie jej w twarz, a ona nie wiedziala o co chodzi;

hehehe, do dzis sie smieje jak to wspominam). Jazda trwala nadal. Bylo to

debatowanie na temat zycia i swiata (nazwane przez nas wtedy kontemplacja)

na przemian ze spontaniczym smiechem ("euforia"). Postanowilismy sie ruszyc

z parku, zeby na nowo poznac nasze miasto. Juz nie przeszkadzal nam halas,

wyszlismy na glowna ulice. Wszystko, doslownie wszystko mi sie podobalo.


Budynki byly piekne, pelne uroku, ludzie piekni, mili, sympatyczni (nie

moglem sobie wtedy wyobrazic, jak na tak pieknym swiecie moze istniec

agresja, zlosc, zawisc, nienawisc). W koncu zachcialo nam sie szczac.


Postanowilismy wejsc do Mc Donald's. W srodku smialismy sie na maksa, mialem

ochote krzyknac do ludzi, ze ich wszystkich kocham (cale szczescie - nie

zrobilem tego). Gdy dotarlem do kibla i zobaczylem swoja twarz w lustrze

zaczalem sie smiac (byla czerwona, a koloru oczu nie bylo widac przez

wyjebane zrenice, bialka byly czerwone). Jak szczalem tez smialem sie na

glos, i jak mylem rece tez(wszystko bylo kurwa smieszne). Potem poszlismy na

Stary Synek. Tam jeden koles nam zaginal, wiec z pozostalym zaczelismy na

sroku rynku wolac jego imie i go szukac(a byla gdzies 19-20, takze ludzi

bylo sporo). Potem sie niespodziewanie pojawil i powiedzial, ze byl w

sklepie, ale nic nie kupil, bo sie smial i nie mogl nic powiedziec

(wnioskujac z innych artykulow na neuro-groove, w sklepach na pizdzie (nie

tylko po grzybach) jest ciezko; patrz. historie o LSD). Poszlismy wiec do

delikatesow, tam wzielismy sie w garsc i kupilismy bronki, fajki i jeszcze

kilka rzeczy. Pozniej jazda sie troche uspokoila i na maksa wkrecila sie

"kontemplacja". Niestety nie pamietam wszystkich tematow, jakie wtedy

poruszalismy, ale zajebiscie sie nam gadalo. Z tego co pamietam bylo cos o

czynieniu dobra, ze do tego stworzony jest kazdy czlowiek, cos o podpieraniu

sciany plecami (w doslownym znaczeniu), dlugo mowilem wtedy ze to nie ma

wiekszego sensu i nie jest pozyteczne ani dobre, bo sciana kamienicy i tak

sie nie zawali i nie potrzebuje podpory. Nastepnie, juz na koniec usiedlismy

na zwyklym, syfnym podworku miedzy kamienicami i dalej debatowalismy,

oczywiscie podworko bylo piekne. Doszlismy do wniosku, ze w okolo nas jest

tyle piekna, a my je dostrzegamy, niestety, tylko na pizdzie. Zalowalismy ze

bedziemy musieli wrocic do zwyklego szarego swiata, w ktorym liczy sie tylko

hajs, do szkoly, do wiecznie ponurych ludzi itp. Bylo to nieuchronne. Szybko

to zauwazylismy (ten powrot), gdy na naszych oczach grupa dresow gonila

jednego kolesia, a potem kelnerzy z jednej restauracji kopali jednego z tych

dresow na srodku Starego Rynku (a to juz dzialo sie na prawde; w sumie to

halun nie mielismy w ogole, chyba za malo zjedlismy, zeby je miec). Niestey

life is brutal! Na zupelny koniec spotkala nas jeszcze przygoda, bo

weszlismy do jednego klubu, zaczelismy grac w darta i zauwazylismy ze

jestesmy na osiemnastce. Na lajta poszlismy do solenizantow, zlozylismy im

zyczenia, pogralismy jeszcze z nowopoznanymi laskami w darta (pizda juz

minela zupelnie) i okolo 23. zmylismy sie na hawirki.


Mysle ze byl to jeden z ciekawszych dni mojego zycia, czulem sie zajebiscie

(pomijajac leciutkie nudnosci na poczatku jazdy). Jakby wszyscy ludzie

codziennie czuli sie tak jak ja wtedy, to zniknelyby ze swiata wojny i

wszelkie zlo powodowane przez ludzi sobie, kurwa! nawzajem. Ale niestety to

niemozliwe. Nie zaluje ze zjadlem te grzybki, teraz sie ciesze bo we

wrzesniu jade na ostatnia wycieczke klasowa wlasnie w Bieszczady (oj bede

zbieral, bede). Ale watpie ze bede mial taka pizde jak wtedy. Ta druga

polowe grzybow zjedlismy w tym samym skladzie na andrzejki(na dyskotece, w

sumie przed) i jedyny efekt jaki czulem przez chwile od grzybow to byla ta

miekkosc w nogach i nic innego. Kumplom sie nawet wkrecilo i mieli jazdy, ja

nie(a zjedlismy identyczna ilosc jak za 1. razem). Mysle ze duzo zalezy tu

od klimatu. Coz mam powiedziec? Jezeli ktos juz decyduje sie na jedzenie

szrumsow (taka nasza nazwa), to zycze mu takiego samego pierwszego razu jak

moj (jednak nikogo nie namawiam). Natura rules!!!


Pozdrowienia dla wszystkich Narkomaniakow (rob to, byle z glowa!).


P.S. Sorki za brak polskich znakow ale obecnie jestem za granica i nie mam

do nich dostepu;-)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media