Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

objawienie

detale

raporty unknown

objawienie

Substancja - Psilocybe Mexicana, pierwszy raz


Poziom doświadczenia - wiele razy marihuana, kilka razy extasy, doświadczenia z amfetaminą i LSD.


Zjedzenie 21 grzybów bez zagrychy, na czczo:)





Pewnego pięknego dnia dostałem od kolegi w prezencie 21 świętych grzybków. Ostrzegł mnie, że są

strasznie mocne i żebym nie sugerował się ilościami sugerowanymi w internecie. Powiedział, ze

sam zjadł 25 i było to o 5 za dużo. Podobno krzyczał do ludzi na stacji: „czy wy też

gracie w tym filmie?!”. Brzmiało zachęcająco, więc gdy tylko miałem możliwość,

postanowiłem wypróbować tą magiczną substancję. Bardzo ciekawiło mnie, czym różnią się one od

LSD....Około 23 wsunąłem jeden po drugim 21 grzybków. Nie były takie złe, jak czytałem. Choć

stan wzburzenia w żołądku utrzymywał się u mnie cały czas. Ale od początku...


Oczekiwanie na efekt wydawało się bardzo długie. Jednak już po 30 min zacząłem się czuć dość

dziwnie. Nie wiedziałem, czy to przypadkiem nie autosugestia, ale doszedłem do wniosku, że nie.

Zacząłem zastanawiać się nad dziwnymi sprawami. Ostre pobudzenie i uczucie dziwnego ciężaru w

żołądku zwiększało się stopniowo. Siedziałem cały czas w ciemnym pokoju i rozmawiałem z kolegami

na gg. Po godzinie od zjedzenia wstałem i zapaliłem światło w pokoju. Nagle uderzenie w głowie,

eksplozja barw!!! Pokój składa się z kilkudziesięciu kawałków, z których każdy ma swoją historię

(to akurat identycznie jak po LSD), a wszystko dociera do mnie falami, w każdym ułamku sekundy

co innego. Moja biała kołdra z czerwonymi wzorkami nagle zaczęła wibrować, a wzorki odbijały się

na ścianie. Wszedłem do ciepłego łóżka, zgasiłem światło, ale jednak nieswojo czułem się w

ciemności. Więc znowu je zapaliłem i znowu zacząłem delektować się kolorami. Po czym pięć minut

gasiłem i zapalałem światło, mówiąc przy tym: dzień-noc, dzień-noc, dzień-noc... Kiedy już się tym nacieszyłem, włączyłem telewizor.


Twarze ludzi w telewizji zaczęły się wydłużać i zwężać. Szczególne wrażenie wywarła na mnie

reklama wibratorów. Znacie może ten program, gdzie zawsze po 23 stoi taka babka i mówi:

„Nasze produkty służą wywoływaniu przyjemności. W życiu bywa różnie. Być może masz już

kochającego partnera, ale być może jesteś sama. Wtedy...”. Kontrast niezwykle poważnej

miny, tonu głosu i ubioru tej kobiety z treścią, jaką przekazywała, był nie do zniesienia. Kilka

minut dusiłem się pod kołdrą ze śmiechu. Czułem, że teraz mam szczytową fazę. Ponownie zgasiłem

światło, puściłem muzykę z „Amelii” (najlepsza na wszystkie, poza extasy, narkotyki!!!) i zacząłem myśleć. A o czym? Hmm... Po kolei. Słuchałem tej muzyki i przetwarzałem

dźwięki muzyki na słowa. W pewnym momencie zorientowałem się, że dokładnie to samo robiłem po

LSD, z dokładnie tymi samymi utworami i widziałem w tych samych dźwiękach te same słowa, tzn te

same utwory niosły w sobie tą samą historię. Uznałem, że to nie przypadek. Musi istnieć jakiś kod, jakieś uniwersalne tłumaczenie: muzyka- język

ludzi-język zwierząt, a kluczem do tego kodu jest kwas albo grzyby. Wszystko musi być zapisane w

jakiejś uniwersalnej księdze, której kawałki rozrzucone są po całej ziemi, jak lustro w „Królowej Śniegu”...


Następnie zacząłem myśleć o Bogu. Czy istnieje czy nie? W tamtym momencie dałbym sobie uciąć

głowę, że na 200% tak. Próbowałem to rozważyć racjonalnie: grzyby wywołują we mnie pewność

istnienia Boga. Jaki z tego morał? Pewność istnienia Boga jest działaniem grzybów. Jednak grzyby

same z siebie nie mogą wmawiać mi, że Bóg istnieje, jeśli go nie ma. Ktoś je musiał tak

zaprogramować! A kto mógł to zrobić, jeśli nie sam Bóg?

Nagle zapragnąłem z Nim porozmawiać. Zmieniłem w międzyczasie muzykę na bardziej psychodeliczną

i zacząłem się bardzo intensywnie koncentrować. Wchodziłem w coraz większy trans. Prosiłem go o

zjawienie się. Moje zaklęcia przyniosły skutek. Mając zamknięte oczy, nagle wyczułem zbliżające

się trzęsienie ziemi i po chwili moja wyobraźnia ujrzała światło. I usłyszałem głos: „Kim

jesteś, prochu marny, który mnie wzywasz”. Dalszej części rozmowy nie da się opisać w

ludzkim języku i nawet nie będę próbował tego robić. Powiem tylko, że nie udało mi się wydusić

sekretu, co się stanie po śmierci:( Mimo to, skończyłem tą rozmowę zachwycony...


Wkrótce potem zrozumiałem, że mój umysł pracuje na około 300%. Mogłem po prostu wszystko.

Zatopiłem się we wspomnieniach. Kiedy wysiliłem się, potrafiłem przypomnieć sobie momenty z

przedszkola, jakby zdarzyły się wczoraj. Wszystko co chciałem: zapach zupy, po której

zwymiotowałem, leżakowanie, moją pierwszą anginę... Następnie przeniosłem się do podstawówki i

wspomniałem wszystkie swoje byłe, poczynając od 4 klasy... Te wszystkie prośby o chodzenie,

randki na podwórku, pierwsze pocałunki - to było tak realne, ze nieraz wyciągałem rękę, żeby

dotknąć którejś dziewczyny... Podkreślam jednak, że nie miałem halucynacji – wszystko to

widziałem przy zamkniętych oczach. W każdej chwili mogłem je otworzyć i wrócić do rzeczywistości.

Bardzo często w moich wizjach pojawiały się motywy indiańskie, ale myślę, że to autosugestia.

Po prostu dużo czytałem wcześniej o grzybach i dlatego po zamknięciu oczu widziałem

północnoamerykańskie puszcze, ogniska z pięknymi squaw, oraz szamanów w transie – moich

duchowych braci. Mogłem też dowolnie manipulować kolorami, zmieniały się one jak w

kalejdoskopie...


Wkrótce potem puściłem sobie piosenkę „Oczy tej małej”. Chociaż znam ją na pamięć,

to jednak teraz ujrzałem ją w całej okazałości. Czułem się, jakbym był w środku tej smutnej

historii. A kiedy usłyszałem wers „wróci do ciebie jeszcze ta trumna, gdzie leży twoja

kochanka dumna”, najzwyczajniej w świecie... z oczu poleciały mi łzy – tak bardzo

żal mi było tej biednej dziewczyny. A kompozycja utworu („posłuchaj pan, panie podróżny,

co się zdarzyło na Próżnej) skojarzyła mi się z fatum – wszyscy jesteśmy elementami

jakiejś wielkiej układanki...


Przypomniałem sobie film „Odmienne stany świadomości” i podobnie jak ten naukowiec,

próbowałem cofnąć się myślami do początku człowieka. Przecież to musi być zapisane gdzieś

głęboko w moim mózgu. Ale zamiast, tak jak on, cofnąć się do małpy, Lucy, Hoomo sapiens itd.,

ja... znalazłem się nagle w Edenie, obok Adama, Ewy i węża. I widziałem, jak Ewa zrywa jabłko, i

darłem się do niej (w wyobraźni): zostaw to, głupia dziwko!!! Nie posłuchała...

Wkrótce potem doszedłem do teorii bezsensu – zacząłem analizować wszystko po kolei, i

dochodziłem do wniosku, że nic nie ma głębszego sensu. Miłość- zawsze kiedyś się kończy.

Przyjaźń – tak samo. Używki – tylko oszukują. Sztuka – to tylko wielka

mistyfikacja. I tak po kolei obalałem sens wszystkiego, aż doszedłem do wniosku, że skoro nic

nie ma sensu, należy robić po prostu rzeczy, które są przyjemne, a więc... miłość, przyjaźń, używki i sztuka:)


I długo tak myślałem i myślałem, aż sam nie wiem kiedy (pamiętam, że za o 3:45 na pewno nie

spałem) zasnąłem. Tylko nie pytajcie, jak się następnego dnia w szkole czułem.... Nawet 4 kawy

nie pomogły:(


Na koniec chciałbym porównać LSD i grzyby, bo praktycznie nigdzie nie spotkałem się z takim

zestawieniem i do wczoraj nie miałem pojęcia o różnicach pomiędzy nimi. Zaznaczam, że obie

substancje brałem po jednym razie, więc niektóre spostrzeżenia mogą być wynikiem przypadku.

Zresztą to zestawienie jest subiektywne i nie przyjmuję odpowiedzialności za to, że u kogo

innego inaczej zadziała.


Przede wszystkim LSD dłużej trzyma. Po kwasie miałem 17 godzinną fazę, po grzybach 4 i ½

+ bardzo dziwne sny. LSD działa pobudzająco, tj po wytrzeźwieniu jeszcze kilka godzin człowiek

chodzi pobudzony, natomiast jak tylko grzyby zejdą, marzeniem jest paść na łóźko i spać, spać i

spać... Poważnym minusem grzybów było dla mnie uczucie nieustannie zbliżającego się pawia w

żołądku. I chociaż nic takiego się nie wydarzyło, to jednak cały czas troszkę psuło mi to fazę.

Z kolei na korzyść grzybów działa fakt, że dokładnie mogłem wszystko kontrolować. Po LSD (która

to faza jest opisana na hyperrealu pt „Luxus Szczęście Dekadencja”) moje wizje,

przemyślenia – wszystko było wynikiem przypadku, w głowie miałem kompletny chaos, a wizje

znikały równie szybko, jak się pojawiały... Natomiast po grzybach wszystko zależało od mojej

koncentracji...


Aha i jeszcze jedno, ale to już baaardzo subiektywne. Po LSD większość wizji i refleksi

dotyczyła mnie, moich problemów, moich wspomnień i mojej osobowości. Nastomiast po grzybach nie

miałem w ogóle własnej osobowości. Jakbym przybył z innej planety. Zatraciłem poczucie własnego

"ja" i patrzyłem na wszystko okiem widza. Kilka razy pytałem się sam siebie: Kim ja, kurwa,

jestem?!?!?! Powtarzałem swoje imię i nazwisko, ale czy gdybym nazywął się inaczej, to byłbym

kim innym?


Generalnie grzyby tak się mają do kwasa, jak hasz do zioła. Taka jest moja opinia. Wybór, co

lepsze, pozostawiam wam. Ja uważam, że obie substancje są cudowne, oczywiście w granicach

rozsądku – max kilka razy w roku.


PS Powiem jeszcze, że tak jak po LSD sprawdzanie sobie wielkości źrenic w lustrze po zjedzeniu

grzybów mija się z celem i jest po prostu stratą czasu. Zmniejszają się i zwiększają, a jak

tylko się bardziej próbuję skupić, to cała twarz mi faluje... Nie ma co sprawdzać, i tak gały są wielkie jak dzwony:)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media