Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

mięso bogów

detale

raporty unknown

mięso bogów


Grzyby (05.10.02r) - a zaczelo sie tak:





Godzina 6.00 wyprawa na Miejsce Grzybobrania. Na przystanku czeka na mnie tylko r.,

w. niebedzie bo pojechal gdzies ze starym. Ok niema sprawy - wsiadamy

w XX i dojezdzamy na sama petle za cmentarz , jeden aautobus nam

uciekl, a drugi bedzie ze 20 minut. Czekamy na przystanku, jak

zwykle gadki o grzybach, o planowanej ilosci, a co jesli niebedzie

itd. Przyjechal autobus, oprocz nas jeszcze 3 jacys kolesie na

grzyby, reszta to zwykli pasazerowie. Podczas jazdy przeglad sprzetu,

kilka papierowych torebek, jeden plasticowy pojemnik zamykany

szczelnie. Paczka tytoniu redbull (paczka na wykonczeniu) i w sumie

to wszystko. Dojezdzamy i odrazu idziemy na lake. Najpierw szukamy w

trawie kolo jeziorka - nic. Znajdujemy kilkanascie psiakow, ale

lysiczekn jak narazie brak. Czuc grzyby w powietrzu jest wilgotno i

parno (mgla), ale grzyby czuc. Dochodzimy do glownej laki, tylko

jeden koles zbiera, ale z marnym skutkiem od 30 minut ma 5.

No nic podejmujemy walke i po ok 5 minutach, znajduje przyczajone w

trawie pierwsze grzybki. Po 30 minutach ja w swoim pojemniku mam

okolo 20 grzybow, roznych rozmiarow. R. niema ani jednego !!!





Rezygnujemy z laki, zapuszczamy sie w mlodnik. I tutaj odrazu

znajduje Lysiczki, jest ich troche, ale trzba sie w trwaie nagrzebac.

Mamy juz ok 40, wszystkie u mnie w pojemniku, r. nieznajduje rzadnych

moze dlatego ze pierwszy raz zbiera. Oddalamy sie coraz bardziej od

plotu i laki - im dalej tym wiecej grzybow. W koncu r. znjduje sam

kapleusz !!! Jest szczesliwy jak male dziecko, ale i zirytowany ze

niema wiecej. U mnie w pojemniku gosci juz okolo 65 grzybkow :>





Ok zamieniamy sie miejscami, mowie mu gdzie ma szukac ja odchodze

dalej. W koncu r. znajduje rodzinke naprawde duzych grzybow, zebral

tam okolo 15 sztuk. I potem jakos poszlo. Po okolo 3 godzinach mamy

cos 100 grzybow. Zbieramy dalej ale juz nogi bola i w oczach sie

mieni, wpatrujesz sie dlugo w kepe i grzebiesz w trawie, patrzysz

grzyb - zrywasz a to kawalek liscia, alb niewiadomo co, ale napewno

nie lysiczka. ok po 3.5 godziny mamy okolo 130 grzybow (liczylismy je

w ten sposob, bierzemy jednego standartowego grzyba i reszte rownamy

do niego. Standartowy grzyb byl dosc duzy, wiec wychodzilo czasami ze

5 mniejszych to jeden standartowy. Ogolnie wszystkich grzybow bylo

okolo 200). Potem jacys kolesie ktorzy dobili na laka - stwierdzili

ze nic niema i dali nam swoje 20 nazbieranych grzybow. Wiec laczeni

150 normalnych grzybow mamy w pudelku. !!!





Powrot do domu, zmeczeni, ale szczesliwi - r. deklaruje sie ze zrobi

w sloiku wywar. Nigdy tego nierobil ale powiedzialem mu co i jak.

Dodal do tego sposobu jeszcze wlasny pomysl i wywar powstal

zajebisty !!! (pomysl polegal na zalaniu wrzatkiem grzybow w sloiku i

wstawienie calego sloika na 10 minut do garnka z gotujaca woda (uwaga

trzba na spod garnka dac gazety bo sloik peknie !!!))





Ok godzina 21.00 jestesmy umowieni na gorkach kolo mojej ulicy,

centrum miasta, ale park, troche zuli ale miejscowka dobra.

Wczesniej rozdzielilismy wywar i grzyby do trzech sloikow - jak to

okreslil w. dwa granaty i czara - smiercionosna bron :>





To mialy byc moje drugie grzyby, w. 4 lub 5, r. natomiast mial

dzisiaj debiutowac, wiec jemu w nagrode za wlozony trud przypadla

czara - troche wiecej wywaru i wiecej grzybkow. Wywar przytgotowany

byl bardzo dobrze, praktycznie bez samku, troche oleisty i zoltawy,

ale nieczuc bylo grzybow. Wypilismy go dosc szybko, za szybko.

Mielismy tonik do popicia nieprzyjemnego samku, ktory pojawil sie w

momencie gdy wypilem 3/4 sloika. Pozostalych grzybow niejedlismy,

tylko possalismy, pozulismy je troche i wyplulismy. Niebylo sensu

obciazac sobie zoladka, jesli mielismy cos poczuc to praktycznie po

samym wywarze. Ok to co robimy - kierujemy wie w strone rynku, troche

mnie brzuch rozbolal i ogoolnie wrazenie, niedobre, lekka zmula - na

szczescie nikogo z nas nieciagnelo na wymioty.





Po przejsciu okolo 100 metrow, gdzies 10 minut od spozycia, czuje

lekka zmiane percepcji, swiatla staly sie troche jasniejsze (jeszcze

niewiele), powoli czuje jak miekna mi nogi, natomiast rzpoczyna sie

juz wieksza zmula. Troche mdli, troche kreci w zoladku i pojawia sie

posmak grzybow w ustach. Zapomnialem dodac ze bylo nas 4, oprocz w.,

r. i mnie byl jeszcze m. ktory jednak grzybow niespozywal (mial

troche ziola). M. robil za opiekuna i mial nam potem zdac relacje.

Po konsulatacji z reszta triperow - dochodze do wniosku ze wszyscy

czujemy sie podobnie. Jest to dla mnie spore zaszkoczenie poniewaz, z

wczesniejszego tripu pamietam ze faza wchodzila po okolo 40 minutach,

jednak wtedy zjedlem grzyby na surowo.


Po 20 minutach od spozycia, czuje narastajace oszolomienie, idziemy

ulica swiatla sa razace i powoli zaczynaja sie rozmazyac, mam

problemy z utrzymaniem rownowagi. Musze cos robic, gadac,

gestykulowac, no cokolwiek bo czuje ze rozsadza mnie od srodka

energia. Uciekamy od ludzi bo mamy wrazenie, ze wygladamy i

zachowujemy sie bardzo dziwnie. W. i r. czuja dokladnie to samo.

Dochodzimy do wyspy slodowej (caly czas szlismy jedna ulica), zaczyna

sie jazda. Zmula juz maksymalna, ogolne poczucie dyskomfortu,

spowodowane nieprzyjemnym uczuciem (morwieniem) w zoladku, natomiast

psychicznie jestem w szoku, grzyby weszly po 20 minutach juz na

pelnych obrotach, czuje to wszystko naraz. Oszolomieni, zdziwienie,

szczescie, zadowolenia, pelnie energii i zmule. Jest ciezko jak

najszybciej uciec od ludzi, przerazaja nas, podobnie samochody i

tramwaje. Dochodzimy na pl. bema , na laweczce siedza jakies

panny, smieja sie badz z nas, badz same do siebie. Ogarnia mnie

poczucie ze niesa w stanie ogranac tego co sie z nami dzieje, nigdy

niebedzie im dane tego zrozumiec. Ogrania mnie dziwna alenacja,

jednoczesnie czuje spokoj ze r. i w. sa ze mna i ze czujemy dokladnie

to samo. I nagle zaczynam odczuwac wielki szacunek dla m. za to ze

chce sie nami opiekowac i byc przy tym. Ogrania nas lekka panika:




- uciekamy stad, tu jest niedobrze




- dobra idziemy




- gdzie idziemy




- niewiem




- ja niewiem gdzie jestem




- ja tez nie ale idziemy




- dokad




- no niewiem




Caly czas ze soba gadalismy, smiechem zabijamy zle odzczucia i zmule,

energia nas rozsadza i tez trzba ja jakos wyladowac. Przechodzac

przez ulicy, nadal jednak wiemuy gdzie jesetesmy i co nam grozi. M.

staje na wysokosci zadania i bezpiecznie przeprowadza nas na droga

strone. Doslownie i w przenosni, bo to co dzieje sie potem to juz

zupelnie inna strona. Wchodzimy na ostrow tumski kolo pomnika

papieza. Patrze sie na ulice (duze kocie lby wyslizgane), ide i sie

patrze dopiero po chiwli dochodzi do mnie ze te kostki sie ruszaja,

wystaja znad poziomu ulicy i wybrzuszaja sie, a laczenia miedzy nimi

przypominaja gleboka odchlan. Mowie o tym r. i w. - po czym

jednoczesnie stwierdzamy ze niemozemy sie na to patrzec. Wkolo

koscioly, wiemy ze jestesmy obserwowani (na ostrowie sa kamery), ale

nieprzeszkadza nam to nadal stan paranoidalny, jednak na rowni z

pieknem grzybow. Niewiemy gdzie jestesmy, podziwiamy koscioly, cegly

na scianach sie ruszaja, wybuchy smiechu polaczone z gadka:




- mocna faza




- no chyba troche za mocna




- jak tak bedzie caly czas to ja pierdole




- idziemy stad zaraz sie uspokoi




- a dokad idziemy




- tedy




- nie tedy tam jest slepa uliczka




- to tedy




- czemu my chodzimy w kolko ?!?!?!?!?!?!





Jednak byly piekne momenty, wieza obok katedry, w niesamowitych

kolorach, oswietlona i piekna. Namalowany na niej wzorek, objawial

sie jak mampa nieba, gwiazdozbiory. Plosza nas jednak ludzie, co

prawda po calym ostrowie chodzi moze 10 osob, ale kazda z nich jest

straszna i inna zarazem. Niemozemy przebywac z ludzi - ta mysla

nachodzi nas jednoczesnie - idziemy do parku. Najgorszy moment na

ostrowie to gdy na placu za katedra mija nas radiowoz, paranoja siega

szczytu. Pretensje do m. ze prowadzi nas na policjie, ale

jednoczesnie juz powoli faza sie stabilizuje, wolniutko ustepuje

zmula, pojawiaja sie coraz wieksza halucynaje. Lampy swieca wszystkimi

kolorami teczy, powidoki, rozmazywanie sie slupow, jasne obiekty

widze w kolorze zielonym, czerwonym i niebieskim. Oddychajace domy i

budynki. Powoli czuje jak wchodzi typowa faza grzybowa a zmula znika.

Po przejsciu w okolice instytutu chemii, wszystko sie uspokaja,

znikaja paranoje, pojawiaj sie jawne halucynacje, fraktale na

chodniku, zakrecone we wszystie mozliwe kierunki, podwojne potrojne

drzewa. Rzezba atomu ktora stoi kolo instytutu faluje, rusza sie.

Ale nietracimy ze soba kontaktu wogoole, caly czas gadamy o

widzianych pixelach, uspokajamy sie nawazjem ze zmula juz schodzi, ze

teraz bedzie tylko lepiej, ze zaczyna sie prawdziwy trip. Jestesmy ze

soba i to jest wazne. Na ostrowie m. nas troche uspokajal, tu juz

niemusi. Wszsytko jest pod kontrola. Gdy dochodzimy do mostu

grunwaldzkiego zmula ustepuje zupelnie, jest juz czysta energia

grzybowa. Roznosi nas na strzepy. Skrzyzowanie z mowiaca sygnalizacja

swietlna, jest punktem przegiecia - teraz jest juz najlepiej jak moze

byc to juz to. Niema zlych uczuc, tak juz jestesmy po innej stronie.

Milion mysli na sekunde, analizujemy kazdy punkt w mgnieniu oka.

Obieramy droge do parku szczytnickiego. Moje cialo powoli zanika,

nieczuje juz chlodu (czy goraca), rece sie inne, dziwne, obce. Gdy

patrze na twarz r. zamiast oczu widze tylko wielkie czarne kola. Gdy

patrze na w. jego twarz cala faluje i drga, a jednoczesnie zmienia

kolor na lekko czerwony. Siadamy na lawce, w. chce odpalic szluga,

wyjmuje jednego patrzy na niego - jest wsciekle bialy, tak ze

niewiadomo gdzie filtr (normalnie filtr jest pomaranczowy), a gdzie

papieros. Fajka faluje wiec niechcacy w. ja wypuszcza, zmiast

podniesc ja siega po nastepna z paczki, kolejna upada. Zrezygnowany,

rzuca cala paczka w m. i mowi ze juz niebedzie palil. Wstajemy i

idziemy wzdzluz odry, wyspianskiego. M. zbiera rozrzucone papierosy o

ktorych zupelnie zapomnielismy. Cieszymy sie faza, mamy dokladnie

takie same odzczuci i mysli, to samo nas cieszy, takie same mamy

halucynacje. Budynki jak nie z tego swiata, obok drzewa, jak zwykle

widziane podwojnie. Trawa ktora jest wsiekle zielona i faluje, a

przeciez niema wiatru. Mysli ktorych niesposob ogranac, dzieje sie

tysiac rzeczy na sekunda, a o kazdej rzeczy masz tysiac innych

mysli. Wszystko to nas oszalamia i zachwyca, pada slawienne zdanie:




- pijany grzybami





Tak dokladnie jestesmy pijani grzybami, nie w sensie zataczania sie,

ale upojeni nimi, ich moca i tym co nam okazuja. Wszystko jest

przepiekne i takie dobre, niema w nas juz leku, wiemy ze wszystko

bedzie dobrze. M. czasami wtraca jakies uwagi z normalnego swiata i

rozmawaimy z nim, majac jednoczesnie swiadomosc ze niebardzo nas

bedzie w stanie pojac. Natomiast r. w. i ja dogadujemy sie jak nigdy

dotad, jeden zaczyna zdanie drugi je konczy, trafiajac w samo sedno

rzeczy. Mamy ataki smiechawy, jednak niedominuje ona nad faza.

Podziwiamy gwiazdy i ich braci halucynacje, i braci ich braci i w

koncu na niebie sa same gwiazdy, czerwone zielone niebieskie, milion

kolorow, a sposrod tego probujemy wylapac znane konstelacje. Nic z

tego niewychodzi bo gwiazd jest tysiac razy wiecej niz normalnie.

Przyciaga nas rowniez odra, lagodny nurt i ta czern toni.





Wszystko jest doskonale na swoim miejscu, tak jak mialo byc i tak jak

ma byc. Czujemy ta jednosc ze swiatem, z drzewami z niebem z woda,

ale i z lawka na ktorej przysiadlismy. Chcemy zapalic papierosa, ale

zabawy z zapalniczka koncza sie pogubieniem fajek - wypadaja nam z

ust gdy sie smiejemy. Podnosze swoja fajke i poraz kolejny mi upada.

Wogoole przez cala podroz mielismy problemy z papierosami, wypadaly

gubily sie, niepalily sie pomimo zapalania (sic!!!). Jestesmy juz pod

tawerna, muzyka ze srodka nas przytlacza, jakies biedne disco.

Wysylamy M. zeby kupil fajki. Zaden z triperow niechce wejsc do

srodka, pomimo tego ze ludzie nas nieprzerazaja - ba machamy do

rowerzystow i smiejemy sie do nich jak dzieci. Wszystko nas cieszy,

jest miekko, lagodnie i pieknie.





Kierujemy sie w strone parku szczytnickiego i pergoli, ale na kazdej

mijanej lawce przysiadamy. Zazwyczaj siedzimy 5-10 sekund wstajemy i

idziemy dalej




- po co tu siadliscie - pyta m.




- niewiemy, ale sie fajnie siedzi





Most zwierzyniecki i uczucie przechodzenia ponad rzeka, niezapomniana

przygoda. Wchodzimy miedzy pierwsze drzewa, swiatla miasta znikaja,

jest ciemno. Mimo to widze wszystko wokolo mnie, halucynacje sie

nasilaja, wydaje mi sie ze jest dzien, wszedzie tak jasno moge

widziec kazde drzewo - ba moge je widzec dwa lub trzy razy naraz.

Dotyk trawy na dloniach, kamyczki na ziemi - wszystko to wspolgra z

nami, z naszymi myslami i uczuciami - jest pieknie jest wspanial

bosko. Mam ochote polozyc sie na trawie na plecach i machac rekami i

nogami - czuje tyle wewnetrznej energii ze az mnie rozsadza.





Dochodzimy do hali ludowej, betonowe slupy jak betonowy las, srodek

lasu w srodku miasta. Idziemy pod iglice, ale klimaty tam przestaja

nam sie podobac, wytwornia filmow, pomalowana w swastyki i petagramy,

to nie nasz klimat idziemy na pergole. Wchodzimy na to kolo, jest

bardoz ciemno wiszac winorosl odgradza nas od nieba i swiatel.

Ciemnosc i halucynacje. M. idzie pod drzewko za potrzeba, i

jedoczesnie stwierdzamy (3 triperzy), ze wogoole nieczuje takiej

potrzeby, ze to co cielesne zostawilismy gdzies tam, teraz to

wszsytko to nasze umysly. Jakies przyzeimne potrzeby sa poza nami,

nieczuje czy jest zimno czy cieplo, czy mam plecak na plecach, czy

buty mam za luzno, czy mnie moze cisna. Wszystko to zostalo gdzies w

okolicach ostrowa tumskiego, gdy minela nam zmula.





R. mowi o miesie bogow (tak mowili na grzyby indianie), o tym jak

czuje sie wspaniale i lekko, ze nigdy niemial jeszcze takiej fazy i

ze to jest najlepsze co moze byc. (Przypominam to byl debiut r.) Ja

czuje dokladnie to samo, moje pierwsze grzyby w porownaniu z tym co

sie teraz dzieje, to jakas drobnostka zart. Powoli idziemy po kolku,

jest niesamowicie, rozmowy na rozne tematy czesto abstrakcyjne,

czesto blache, czesto wazne dla kazdego z nas. Superpercepcja,

supermyslenie, idealny umysl. Jedoczesnie poistrzegamy jak grzyby nas

postarzaly, jak wiele juz wiemy, jak bardzo jestesmy doswiadczeni.

R. stwierdzil ze czuje sie jak mlody bog i niepozostalo nam nic

innego jak przyznac mu racje.





Czas dla nas kompletnie nie istnieje, gdy pytamy sie m. jak wiele

minelo od godziny 0 (21.20 czas spozycia nektaru), mowi ze 40 minut -

dla nas to cala wiecznosc, tyle zdazylismy zobaczyc, tyle sie

wydarzylo o tylu sprawach juz mowilismy, ze musialo minac o wiele

wiecej niz 40 minut !!!!





Siadamy na lawce nad woda i patrzymy w ciszy na wszystko. Gdzies tam

kaczki kwacza, jakis pies szczeka, cisza, lekki szum drzew. Niebo.

Wszystko to powoduje ze odplywamy mentalnie gdzies tam ...





Pelan kontrola nad soba, znow zaczynam rozmawiac, halucynajce nadal

sa bardzo intensywne. Zachowujemy sie jak dzieci wszystko nas cieszy,

trwa, woda, drzewa, nawet kubel na smieci. Mamy jeszce troche tonicu,

m. wypija piwko i mowi ze zaraz bedzie bakal. Dla nas niema to

zadnego znaczenia, niech robi co chce, ale nawet przez mysli mi

nieprzeszlo zeby bakac z nim (podobnie w przypadku r. i w.).





Znow odplywamy - chwila ciszy.





R. niewraca.





Troche sie zaniepokoilismy gdy przestal nam odpowiadac na pytania,

siedzial i patrzyl sie gdzies w dal, zamykal oczy i po chiwli

otwieral by znow je zamknac. Przez 10 minut wogoole sie nieodzywal -

z blogim wyrazm na ustach siedzial otwieral i zamykal oczy.

Niemartwilismy sie o niego, wiedzielismy ze wszystko bedzie dobrze,

ze niedlugo wroci, ale tego gdzie byl nikt mu niezabierze.





Potem zaczal powoli do nas wracac i mowic co czul, bylo mu na

przemian chlodno i goraco. Myslal ze odchodzi, ze umiera raz z

wychlodzenia, raz z przegrzania. Niebyl jednak wcale przerazony

wprost przeciwnie, byl zachwycony i szczesliwy.





Niechcial nic wiecej powiedziec, a my nienaciskalismy w koncu to jego

trip. A po drugie tego sie nieda opowiedziec.





Bylo wspaniale, wszystkie problemy zdawaly sie blache i latwe do

rzowiazania. Mysli plynely jasna rzeka ktora ograniala nasze umysly.

Bylismy jednoscia, r. w. i ja, czulismy jednosc:





- jestescie moja rodzina ??? - r.




- no pewnie ze jestesmy - w. i ja. odpowiedzielismy jednoczesnie.





Po okolo 2.5, 3 (12 w nocy) godzinach faza powoli konczyla sie,

znikaly halucynacje chociaz obraz lekko pozostal rozmyty a kolory

intensywniejsze. Myslij ednak pozostaly czyste, a umysl nadal pracowal

bardzo intensywnie.




Nazwalismy to "grzybowym mysleniem".





Bylismy niesamowicie zachwyceni podroza i tym wszystkim co sie podczas

niej stalo. Jeszcze dlugo siedzielismy w parku i rozmawialismy, o

wszystkim i o niczym. Jakos nieodczuwalem znuzenie czy zmeczenia, ta

energia nadal we mnie siedziala.





Co pozostalo po tripie, uczucie oczyszczenia i motywacji, wszystko na

nowo poukladalem sobie w glowie. Pozostalo inne spojrzenie na wiele

sprawy - zarowno waznych i niewaznych. Zostalo "grzybowe myslenie".

I wiele innych rzeczy ktore sie zmienily, czuje to i wiem ze tak jest.

Nie o wszsytkim moge napisac, nie o wszystkim jeszcze wiem.





Grzyby w ilosci okolo 50-60 sztuk w wywarze.

Pierwsze i ostatnie w tym roku.




Mieso Bogow.







Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media