Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

grzybna sesja komputerowo-opisowa

detale

raporty unknown

grzybna sesja komputerowo-opisowa

info:


autor: molasar [ja :)] [mam 21 lat]


doświadczenie z dragami: tylko psychodeliki, 4 lub 5 podróży w przeciagu 3

lat


rodzaj i ilość substancji: [informacja zawarta w tekscie właściwym]





witam wszystkich amatorów psychodelicznych podróży!





przesylam ten text dopiero teraz, bowiem wczesniej nie bylem pewny czy chce

sie nim dzielic - jest dosc "osobisty".


Jego wyjątkowość polega na tym, że jest w 100% autentyczny i pisany "pod

wpływem". [dlatego pisanie go zajeło mi dosłownie cały czas jazdy-

następnego dnia poprawiłem tylko błędy ortograficzne ;-) ]


Dość przynudzania - text jest i tak na tyle długi, że zdążycie się

zniecierpliwić [mam nadzieje, że nastąpi to jak najpóźniej hehe]


ok here we go:





Tak oto postanawiam stworzyć ten dokument (plik tekstowy), aby opowiedzieć

pospólstwu, o doznaniach "po grzybowych".





Jest on o tyle istotny w moim mniemaniu, że w tym momencie, to jest

27/10/2001 godzina 21:30, a jest to sobotni wieczór, jestem pod wpływem

podwójnej działki grzybów psilocybe semilanceata, w formie suszonej i

zmielonej bardzo dokładnie. Oto moje spostrzeżenia, które nasuwają mi się

"na gorąco":





Spożyłem grzyby o godzinie 19:00 (dokładnie) zauważyłem, że wchłonięcie

nastąpiło stosunkowo powoli, a i faza jest bardziej "rozmyta". Otóż teraz

jest godzina 21:41, i czuje wszelkie osobliwe oznaki fazy jako takiej.

Przejdźmy jednak do sedna, bo moje dygresje zdają się być powierzchowne i

krążące w koło...





Otóż na początku dopadło mnie przeświadczenie o tym, że czuję się inaczej.

"Przeświadczenie", albowiem żadnych konkretnych oznak zauważyć nie mogłem.

Było to po prostu "coś" [znaczenie tego słowa omówię później]. Na początku

fazy, leżałem na trawie na lotnisku. Jakkolwiek brzmi to idiotycznie, tak

właśnie postanowiłem zrobić. Zdecydowałem, że ta wycieczka będzie miała w

sobie coś z mistycyzmu, celowo więc postanowiłem zjeść grzyby w samotności i

poprzedzić to dłuższą chwilą relaksu w cichym i spokojnym miejscu.


Wykalkulowałem, że czas na to znajdzie się idealnie pomiędzy spożyciem

grzybów a wchłonięciem ich przez organizm. Położyłem się więc na trawie...

Na początku czułem się z tego powodu dość dziwnie... W nocy poszedłem sam na

lotnisko i kładę się na trawie. hehehe... Osobliwie brzmi... tak czy owak

położyłem się .. Nie było mi zimno.. ale nie było mi też ciepło... Nic...

Ale było mi wygodnie... leżałem więc.... Pogoda jest i była znakomita...

tzn. widziałem cale niebo.... A z racji tego, że na lotnisku ciemno-

widziałem naprawdę dużo gwiazd... I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że są

one nieziemskie. Nieziemsko piękne i wspaniałe. Uderzyło to mój umysł, jak

kula z pistoletu przeszywająca z nagła mózg....





Ciężko mi opisać co wówczas poczułem.. Często podobnie czuje się człowiek,

gdy ktoś go nagle niespodziewanie przestraszy... coś, jak fala gorąca....

jednak było to inne.... pełniejsze doznanie... Poczułem go wszystkimi

zmysłami w tym samym czasie. [Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie to mam zamiar to

napisać, póki mam jeszcze tą fazę, i wiem dokładnie co chce powiedzieć i co

czułem]... Było to tak, jakbym... poczuł nagle smak wspaniałości gwiazd..

Jednocześnie poczułem ten dźwięk... Ale to nie był dźwięk, jak dźwięk znany

ludziom, to był dźwięk, ale odczuwalny na skórze jak rozkosz.... Stałem się

tym niesłyszalnym dźwiękiem, którego byłem świadomy... W tym samym czasie,

wzrok mój ucztował oglądając wszystko.. Niebo.. Gwiazdy... tak odlegle...

ale realne... istniejące... Każdy ze zmysłów dostarczał informacje

kompleksowe i doskonale.. wystarczające do całkowitego odzwierciedlenia

zjawiska, jakie miałem okazje doświadczać.... Jednak każdy z moich zmysłów

funkcjonował w dalszym ciągu... toteż ogólne wrażenia z faktu "obserwacji"

gwiazd, były piorunujące!.... Spowodowały, że odczułem, że wszystkie moje

zmysły są jednością, albowiem w rzeczywistości dostarczają mi te same

informacje... a jedynie z innej perspektywy.... Z perspektywy słuchu mogłem

doznać smaku, jaki niósł ze sobą kolor gwiazdy... Ale było to jednocześnie

związane nierozerwalnie z innymi zmysłami... tzn. nie mógłbym tego odczuć

bez choćby jednego zmysłu lub z tym zmysłem upośledzonym... Coś, jak dzięki

mojemu oku, moje ucho widzi, dzięki uchu moje oko słyszy, i wszelkie kolejne

kombinacje z pozostałymi zmysłami.... Daje to w rezultacie takie

"spojrzenie" na rzeczywistość, jakiego nie może doznać umysł człowieka

ograniczonego- upośledzonego i rozumującego w znaczeniach, jak dźwięk-ucho,

kolor-oko.... Jest to nic innego jak upośledzenie.





A wszystko to miało miejsce w jednej sekundzie, która była dla mnie

wiecznością. Wtedy poczułem wspaniałość i piękno gwiazd... W jednej chwili

dotarło do mnie, że ludzie chodzący po ulicy.. idący do pracy.. robiący

cokolwiek... nie myślą o tym.. nie zdają sobie sprawy co się wokół nich

dzieje... że gwiazdy są takie wspaniale i tajemnicze. Nie sposób ich poznać

tak, jakby się chciało... Jednak są .. w takiej ilości, że przerasta to

umysł idiotów... takiej wielkości, że nie mieści się w ramach umysłowych

człowieka upośledzonego.





I wtedy chwilkę później zrozumiałem... wiedziałem i poznałem (choć wydawało

mi się, że rozumiałem, wiedziałem i poznałem już wcześniej)... że kocham...

brzmi to jak kompletna bzdura z moich ust... nie jest ona jednak wytworem

grzybów... teraz po prostu pod ich wpływem, postanowiłem o tym napisać dla

własnej satysfakcji... Dodatkowo, chciałem wykorzystując osobliwą moc

grzybów "przebadać" to, co czuję... Absurd ! Nie oszukam siebie, że będę

badał moje uczucia.... Będę na nie tylko spoglądał oczami zatrutej grzybami

osoby, będącej w stanie miłości......





Otóż kocham konkretna osobę.... Osoba ta istnieje.... Nikt nie wie kto to

jest i nie będzie wiedział... Nie jest to nikt z mojej rodziny (miłość

rodzinną tutaj pomijam). Innymi słowy, jest to uczucie klasyczne.... Wiec

uczucie jakim darzę tę kobietę, jest dogłębne... w każdym aspekcie analizy z

użyciem grzybów i bez... Wejrzałem w siebie... Nie sposób się tego uczucia

pozbyć. Zresztą, nawet nie przeszłoby mi to przez myśl, żeby chcieć się go

pozbyć- jest tak bowiem wspaniale. I pragnę zwrócić uwagę, że nie jest to

pierwsze tego typu uczucie zrodzone w moim umyśle. Chciałem podkreślić

aspekt wszechobecności tego uczucia... Graniczy to z obłędem, jednak nie

wyklucza pozornie chłodnej analizy, mogę przykładowo teraz rzec, że tego

typu uczucia są w znacznej mierze destrukcyjne, osłabiają w pewnym sensie

motywacje do niemal wszystkiego. To znaczy na przykład, że nie umyję

cholernych garnków, bo wole w dalszym ciągu myśleć o niej, albo nie mogę

przystąpić do pisania czegoś co powinienem, bo mój umysł zaprząta jedna

myśl.... jest to jedna myśl ale wielo-aspektowa..... Nie sposób przedstawić

jej konkretnie.... Może mieć ona charakter myśli o osobie, o minionej

sytuacji z przeszłości lub o wyimaginowanej sytuacji z przyszłości, o

stanie.... myśl o stanie umysłu.... Jednak wszystko związane z NIĄ- z tą

osobą..... Destrukcyjne może okazać się w miłości również ignorowanie bądź

niedostrzeganie wad tej osoby... co za bzdura !!! Ona nie ma wad !!!

Rzekłbym tak i powiadam... Ja to wiem... Ale jest to złudna nieprawda.....

Nie widzę tych wad teraz lub są one dla mnie zbyt mało znaczące.... Jednak

zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość obnaży te wady i staną się one ohydnie

obce... A czyż nie zdawałem sobie sprawy ze one na pewno gdzieś istnieją i

tylko mój obłąkany umysł nie chce ich przyjąć.... Kolejny absurd !!! Na tym

to polega.... Myślę o wadach, których nie widzę, zastanawiam się, czy

istnieją... Dlaczego ja ich nie widzę?... Dlaczego nie mogę przyjąć tego do

wiadomości? Pewnie dlatego ze ich nie widzę, bo może ich nie ma?





Obłęd miłości... myślenia tylko takimi kategoriami, jak w tych warunkach

człowiek ma funkcjonować? Każda myśl obraca się dookoła JEJ. ONEJ. Kolejne

słowo-absurd w obłędzie umysłu...Walka z myślami- przeciwności, kontrasty...

Przeciwstawiam sobie różne wyobrażenia rzeczywistości. Co jest we mnie złego

lub w niej?, co jest w niej dobrego i co jest dobrego we mnie?. Dlaczego

tak ? Obawy... to zawsze istnieje.... Zawsze istnieje element swoistego

lęku, lęku przed odrzuceniem? Tak... to dobre słowo... Obawiam się, że

zostanę odrzucony! Ale dlaczego miałbym zostać odrzucony? Może za mało mogę

zrobić....? Jestem bezradny w mojej aktualnej sytuacji...... i nie jest to

tylko jakieś usprawiedliwienie, którym chciałbym sobie samemu sprawić

dobrze. Zadaję sobie teraz i tu pytanie: Co mogę zrobić, żeby to uczucie

ułożyło się po mojej myśli, a nie było tylko kolejnym "czymś", co stało się

niestrawne. Moja odpowiedź na to pytanie, jaką daję tu i teraz: W tym

momencie, nie mogę zrobić nic, mogę patrząc z góry na szerszy przedział

czasu, zacząć się więcej uczyć [z braku alternatywy- aczkolwiek uczenie się

nigdy nie przynosi strat, więc jest to najbardziej pożyteczny sposób

spędzania wolnego czasu] w konsekwencji nauki mogę, i będę miał więcej

możliwości w przyszłości. Ale tu, uderza mnie myśl: co mnie obchodzi daleka

przyszłość?.... ja chce teraz, już, nadzieję na jutro... na realne jutro,

nie zaś rozmyte bełkoty na temat czegoś, czego się nigdy nie osiągnie, a

czego używa się zawsze do pobudzenia rzekomej motywacji do pracy/nauki.

Prawdziwe szaleństwo mnie ogarnia gdy zastanawiam się, co ona teraz robi?

Czy nie robi czegoś sprzecznego z tym, co zawsze mówi?





I nie są te obawy moje symptomem paranoi, jest to zagrożenie realne,

wynikające z mojej bezradności faktycznej. Zadam sobie pytanie: Dlaczego

wiec do niej nie pójdę/pojadę/polecę/teleportuje się/cokolwiek ? Odpowiedz:

Niemożliwe z przyczyn technicznych. Kurwa mać!.... Jest to cos najgorszego,

co może być.... Być blokowanym w tak haniebny sposób przez kogoś, kto

kompletnie nie ma o niczym pojęcia, pomijając już fakt, że nawet mnie nie

zna, ani nic... po prostu ONI... Kurewscy polscy "inteligenci", działają jak

psy... ale takie małe ... takie jakby pudle... zrobią wszystko, aby podlizać

się swojemu panu.. Robią najczęściej tak absurdalne i wręcz idiotyczne

rzeczy, że człowiek z zażenowania czuje się aż gorszy, z samego tylko powodu

że to usłyszał....





Nie zrzucam też winy na nikogo, aby kamuflować moje własne mankamenty albo

obojętności. O nie !!! Tego nigdy nie doświadczyłem, nie doświadczam i nie

będę doświadczał. W każdym znaczeniu.... nigdy, ale to nigdy nie pozostałem

obojętny na cokolwiek. Ale to już inna sprawa.. Chciałem powrócić do istoty

mojej wypowiedzi, czyli do narzuconej mi przez "system" bierności.





Mało tego... Do prawdziwego szaleństwa doprowadza mnie fakt, że niemożliwe

jest aby ona zrozumiała koszmar, jaki istnieje w miejscu, gdzie ja jestem.

Ludzie tacy jak ona i z jej otoczenia najbliższego, i nie tylko

najbliższego, są ludźmi dobrymi. Cokolwiek by nie mówić, są dobrzy, albowiem

nie doświadczyli i nie zdają sobie sprawy, z okropności rzeczy, które się

dzieją w Polsce. Ich dobroć polega na nieskazitelności. Bardzo trudno mi

wytłumaczyć, nawet przed samym sobą, jak to czuję... Wydaje mi się,(nie, ja

to wiem !!!) że ta ich dobroć wewnętrzna... jest naturalnością.... Brak tej

naturalności w egzystencji Polaka, jest dowodem jego straszliwego

zwyrodnienia... Odkrycie tego było i jest dla mnie straszliwie bolesne,

albowiem jako człowiek wolny, w znacznej mierze, od tego zwyrodnienia, nie

mogę wręcz znieść, że próbuje się na mnie wywierać presje, jakie wywiera się

na obywateli polskich. Wachlarz tych presji jest niesamowicie zróżnicowany i

obfity... Zauważam jej oznaki we wszystkim dosłownie. Nazwy rzeczy, waluta,

twarze, obrazy, jedzenie, kontrola, struktury społeczno-gospodarcze i ich

funkcjonowanie. Trudno już zdefiniować, co w tej chwili jest w Polsce

elementem machiny zepsucia, a co jest już zwyrodniałą strukturą, bądź

jednostką... Tak daleko posuniętej degeneracji towarzyszy właśnie ta

wcześniej wspomniana "nienaturalność". Nie mogę dłużej unikać nazwania jej

patologią.





Najstraszliwsze jest to, że ja zostałem wessany w ten system niszczenia

człowieka i duszy, nie ze swojej woli i musze teraz potwornie cierpieć....

Ponownie muszę oddalić podejrzenia, że próbuję zatuszować swoje lenistwo czy

cokolwiek poprzez obwinianie innych... Takie zarzuty stawiane mi tak

często, jak próbuję ludziom cokolwiek wytłumaczyć, stawiają mnie w obliczu

stwierdzenia, że u Polaków jest to jeden z objawów ich skundlenia (nie

obawiam się użyć tego słowa, albowiem mam dokładnie na myśli to, co ono

oznacza). Samokrytyka to jedno, a typowo polski zwyrodniały ascetyzm to co

innego. Polska rzeczywistość doprowadza ludzi do rozpoczęcia myślenia o

sobie, w kategoriach co źle zrobiłem, co źle zrobiłam, nie będę obwiniać

innych za swoje błędy itp. Szukają oni tylko powodów żeby poczuć się źle.

Brzmi to absurdalnie? to stwierdzenie jest bardzo proste i prawdziwe.


Ubolewam nad tym.





Tak czy owak, sytuacja ta implikuje fakt, że nie można polskiego

społeczeństwa nawet przyrównywać do społeczeństw świata. Brakuje ludziom

czegoś, co wcześniej nazwałem naturalnością. Jest to naturalność w każdej

dziedzinie życia, tak prosta- tak wspaniała, doświadczyłem tego i

doświadczam nadal. Mało tego! Zauważyłem, że naturalność na świecie, jest

naturalna. Nikt na siłę nie chce czegoś udawać, bo i po co? polscy obywatele

mogą mieć problemy z zauważeniem w ogóle różnicy pomiędzy mentalnością ludzi

ze świata a mentalnością Polaków. Są to w rzeczywistości różnice bardzo

subtelne, ale nie niezauważalne. Ludzie kochają, lubią, nienawidzą, śmieją

się, myślą, żyją. Ludzkość na poziomie jednostek zadała sobie pytanie: dla

kogo się- kocha, lubi, nienawidzi, śmieje, myśli? Pytanie może się wydawać

retoryczne. Często jednak zdarza się (zwłaszcza w Polsce), że człowiek

odpowiada na to pytanie ... ale tak naprawdę nie daje odpowiedzi samemu

sobie- a to jest właśnie istota tego pytania... Jeśli potrafi się

odpowiedzieć na nie sobie, jest się świadomym teorii (tylko teorii).





Jak zatem działa machina degeneracji człowieka w społeczeństwie polskim?

Jest to niszczenie duszy i człowieczeństwa, poprzez wszechobecną presję i

degeneracyjną modyfikacje fizycznego aspektu egzystencji...





Nie mam obsesji antypolskiej lub czegoś w tym rodzaju. Mam po prostu

świadomość charakteru "polskości". Ale i mam z czym porównywać społeczeństwo

polskie.





Jednak jako przymusowy obywatel polski, mam jeszcze sporo bitw do stoczenia

przed finalnym triumfem. Chociaż w dużej mierze już go osiągnąłem,

posiadając świadomość, jak i częściowe wyzwolenie. Całkowicie wyzwolony i

naturalny nie będę- to fakt. Za dużo okropności doświadczyłem i niestety,

coś we mnie bezpowrotnie wygasło. Ale mogę się starać i to właśnie robię....

marzeniem mojego życia jest zasymilowanie się ze społeczeństwem

wyewoluowanym w stopniu wystarczającym do naturalnej egzystencji i związanej

z tym realnej miłości. Jest to utopia tylko dla zniewolonego i zaszczutego

umysłu. Dla umysłu obdarzonego świadomością, jest to rzeczywistość. I nie

tylko dla umysłu... Jest to rzeczywistość istniejąca tuż obok, a jednak tak

daleko.... Pokolenia ginęły nie zdając sobie nawet sprawy, że polska

rzeczywistość nie jest taka jak powinna być... że jest chora.... a choroba

toczy ten kraj od bardzo dawna.... Nie, nie ktoś obcy robi złe rzeczy... to

ogólnie pojęci Polacy tworzą sobie coś, w czym chcą egzystować. Nie pojmę

chyba nigdy dlaczego....





Te przemyślenia kumulowały się w moim umyśle od paru lat... Nie są produktem

chwili, ani wspomnianej przeze mnie miłości, to czego doświadczyłem

ostatnimi czasy to rzeczywistość naturalna. Nie czuję się lepszy, ani gorszy

od nikogo... Nie czuję się też oświecony w jakiś sposób. Wszystko to co

widzę i czuje, napawa mnie straszliwą nie szczęśliwością. Ale z drugiej

strony, znam smak prawdziwego szczęścia... Nie spocznę dopóki nie będzie ono

elementem mojego naturalnego i pełnego życia. Zdrowego.... z daleka od

samo-destrukcyjnego perpetum- mobile jakim jest Polska, a raczej ogół jej

obywateli... Tylko dlaczego przez polski system nie mogę być z NIĄ? Tych

myśli nie pokonam.... Poddam się tylko.... będzie, co będzie... Ja zrobię

wszystko, co w mojej mocy aby wszystko było OK. Myślenie o tym, czego się

nie może zrobić to element tego nieszczęsnego polskiego życia.... (nie mylić

z moim- ja nie żyje w Polsce- ja żyję gdzie indziej, w Polsce, na razie

tylko tkwi moje ciało schwytane w kajdany nienawiści miedzy ludzkiej i

odmienności. (nie ja założyłem te kajdany, o nie... nie są moje... założyli

je oni).





Tak oto dobija godzina 00:20 rano w niedziele... A ja siedzę jak debil przy

kompie i piszę teksty na grzybach.... hehehe.... Faza już schodzi .... Nie

czuję się zmęczony ani wyeksploatowany. Czysta przyjemność... i swoista

satysfakcja z napisanego tekstu.... Zawiera on konkretne, autentyczne myśli,

które spisywałem w momencie ich powstania.... Nie wiem czy czytając będzie

możliwe zidentyfikowanie różnych etapów tripa, jakie następowały po sobie.

Muszę to przeczytać później, jak odświeżę sobie umysł.... Jednakowoż,

wszystko co tu napisałem należy traktować jak najbardziej poważnie, w

przeciwnym wypadku nie napisałbym tego.





------------------------------


ok to by było na tyle.


jak sie komuś wyda to interesujące, to nie wykluczam innych tripreportów z

mojej strony.





pozdrowienia dla wszystkich orędowników wolności i swobody działania!

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media