Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

statek szaleńców

detale

Chemia:

raporty unknown

statek szaleńców

Substancja: LSD, kartonik z Bartem Simpsonem

Doświadczenie: marihuana, haszysz, Psilocibe, LSD, exstasy, DXM, amfetamina, kokaina






Ach, co się działo na statku szaleńców!

Wchodzę w czerwonej koszuli w plamki, niebieskim słomianym kapeluszu i ciemnych

okularach do domu jubilata. W ręce trzymam butelkę szampana i składam Fetiemu

życzenia. Następnie szybkie spotkanie z Marią, coby umilić nam czas oczekiwania, a

następnie Barty Simpsony znajdują się już pod językiem.



Godzinka upływa nam na słuchaniu muzyki i spokojnych rozmowach. Goście powoli

zaczynają się schodzić. Nagle pojawia się Beatka. Otwiera drzwi, a światło z klatki

schodowej opromienia jej sylwetkę. I już czuję, że wieczór będzie niezwykły. Beatka

pyta, kto idzie z nią do sklepu. Więc ja, Mariusz, Elf i Janek postanawiamy wybrać

się na małą przechadzkę.



W windzie mieścimy się trudem. Po wyjściu z bloku zmieniamy się w obstawę Beatki.

Wyciągamy telefony komórkowe i informujemy się nawzajem o potencjalnym zagrożeniu jej

życia. Z daleka widać biegnącego psa, ale uznajemy, że jest to nieistotny szczegół,

który nie powinien stanowić przeszkody dla naszej misji..

Wchodzimy do sklepu. Serce bije coraz szybciej, a dziwne prądy przenikają ciała. Po

szybkiej transakcji wychodzimy z kilkoma butelkami zawierającymi mniejsze lub większe

ilości alkoholu. Sprzedawca nie chce obsłużyć Janka. Mimo, że ma on wpisane w

dowodzie 20 lat, uparcie twierdzi, że Janek jest niepełnoletni. To nic dziwnego, w

końcu rzeczywistość się zmieniła i normalne prawa już nie obowiązują. Wyjaśniamy

sprzedawcy sytuację i opuszczamy czym prędzej ten zaludniony niewtajemniczonymi

ignorantami przybytek.



Idziemy do domu. Jednak droga powrotna jest już nieco inna niż ta pierwsza.

Przechadzam się po prastarym gaju, w świetle XIX wiecznych latarni. Powietrze robi

się coraz gęstsze.



Pojawiamy się z powrotem w domu, gdzie gości już znaczna ilość przybyła. Wcześniej

jeszcze mieliśmy ogromne problemy z podzieleniem się na grupy w celu wejścia do windy

i ostatecznie wśród chaosu i zamętu zmieściłem się w I turze.

Otwieram lodówkę w poszukiwaniu jakiegoś piwa, jednak moją uwagę przykuwa ślicznie

wyglądający czekoladowy jogurt z pianką.



Nie czuję wprawdzie łaknienia, ale ten jogurt wygląda tak bajkowo, że muszę zobaczyć

jak smakuje. Stawiam go więc wysoko na lodówce i umieszczam go w swoim planie na

dzisiejszy wieczór.



Razem z Mariuszem idziemy do łazienki podzielić kolejnego Barta Simpsona. Szukamy

żyletki, co nam się nie udaje – musimy skończyć poszukiwania na nożyczkach do

paznokci. Ciach i oto połowa Barta zostaje mi w dłoni, a druga ląduje gdzieś na

dywanie.

Polecam każdemu detektywowi próbę szukania w innej rzeczywistości małej tekturki o

wymiarach 4 mm na 1 mm wśród gąszczu dywanowych włosów i marmurowej posadzki

podzielonej na geometryczne figury. Mariusz poddaje się, ale ja walczę dzielnie. I

znajduję kwadracik ku uciesze Mariusza po kilkunastu minutach szukania.

Nagle patrzę, jak Magdalena próbuje perfidnie skonsumować mój wystawiony na lodówkę

jogurt. Próbuję go odzyskać, ale udało mi się jedynie osiągnąć kompromis. Ona nadal

jest w posiadaniu jogurtu, ale dzieli się ze mną jego częścią. Nakłada na łyżeczkę i

karmi mnie.



Oto kobieta dostarcza pokarm mężczyźnie i usługuje mu. Oto matka karmi piersią swoje

dziecko, które z utęsknieniem czeka na kolejną łyżkę jogurtu. Ten odwieczny, prastary

rytuał brutalnie psuje jej rycerz Adam, który bezwstydnie rzuca się na przeznaczoną

dla mnie łyżkę jogurtu. Magdalena z nadludzkim poświęceniem nie dopuszcza do

zbezczeszczenia rytuału i sama zjada nieszczęsną łyżkę jogurtu.

Dochodzę do wniosku, że nasz ludzki sposób witania się poprzez podanie dłoni jest

bezsensowny i bezuczuciowy. Razem z Beatką opracowujemy nowy sposób polegający na

dopasowaniu prostopadle na krzyż dłoni stykających się na środku pomiędzy dwoma

palcami i potarciu się wzajemnie kciukami. Na pamiątkę tej chwili będziemy się tak

witać już zawsze.



Chodzę po mieszkaniu w ciemnych okularach, co chwila zdejmując je i porównując ze

sobą oba obrazy świata. Poza tym okulary pomagają mi zamaskować nieco wyraz twarzy,

który wobec napierających ze wszystkich stron wrażeń, nie mieści się w ogólnie

przyjętym zestawie min.

Słyszymy jakieś hałasy za drzwiami, postanowimy je otworzyć, co kończy się

wpadnięciem Maćka do naszego pokoju.

Magdalena wyznaje mi, że od 4 lat pali papierosy, co wprawia mnie w osłupienie.



Opowiada, jak została biernie uzależniona przez palących rodziców, co od razu

wywołuje u mnie falę empatii i współczucia dla biednej ofiary tego złowrogiego

nałogu.

Nagle słyszę coś strasznego. Do pokoju wpada Mariusz i mówi, że przyjechała policja,

bo za głośno muzyka była. Feti przez kilka minut próbuje w gąszczu plecaków, ubrań i

pustych opakowań po napojach odnaleźć swój dowód osobisty. Po długiej chwili

odnajduje go, lecz ani to, ani jego kłótnia z policją nie budzą podejrzeń i panowie w

niebieskich mundurach dają nam spokój.

Inna sprawa, że poza Mariuszem i Fetim nikt nie widział tej policji, więc poszły

plotki, że to tylko wpływ Barta Simpsona. Cóż, niektóre zagadki nigdy się nie

wyjaśnią.



Rozmawiam z Psikoszką, ubraną jak skrzyżowanie Królewny Śnieżki z bywalczynią XXX

wiecznej dyskoteki. Jej wszystkie wypowiedzi są niezwykle zawiłe i tajemnicze, a

odkrycie ich alegorycznego sensu zajmuje mi sporo czasu.

Tymczasem towarzystwo pijanych wymyśla różne zabawy. Najpierw próbujemy wspólnie

napisać zbiorowy wiersz „Alternatywne interpersonalne relacje”. Po

stworzeniu przez każdego jednego wersu sens całości stał się niemożliwy do

odczytania.



W kuchni siedzą dwie dziewczyny zachowujące się co najmniej dziwnie. Wprawdzie

wszystko jest dla mnie dziwne, nic nie jest poznane i zbadane, to jednak mając do

wyboru kategorie „mniej dziwne” i „bardziej dziwne” zaliczam

błyskawicznie dziewczyny do tej drugiej.



Mówią, że nałykały się jakichś lekarstw. Nie wiem, czy żartują sobie ze mnie czy nie,

więc nie bardzo im ufam. Jak się później okazuje, nie żartowały – jedna z nich

całą imprezę przespała w innym pokoju.

Odczuwam niechęć do takiego spędzania życia. Każda sekunda trwa i trwa, a moje zmysły

nastawione są na maximum mocy. Analizuję wszystko, każdy wątek z dziejących się i pod

każdym gestem i słowem mogę odczytać prawdziwe intencje i charakter autora

wypowiedzi.



Oglądamy kolejny prezent dla Fetiego. Przepaska na biodra z dużą marchewką z przodu

wywołuje nasze żywe dyskusje. Beatka trzymając to w ręku wywołuje wypadnięcie waty z

marchewki, co doprowadza do kłótni. Mówię im, żeby nie kłócili się w sprawie waty,

która kosztuje 50 groszy i którą ostatecznie mogę sam im przynieść.

Pytamy obecnej w pokoju Magdaleny, czy taka marchewka podnieca kobiety. Ona

odpowiada, że absolutnie nie, i na jej widok wybuchnęłaby śmiechem. Tak samo

nieprzyjemnie wyraża się o czekoladowych prezerwatywach, mówiąc, że jej smak budziłby

u niej niezbyt przyjemne skojarzenia.



Słucham jej z podziwem, jak mądrej szamanki, spadkobierczyni wiejskich staruszek,

znających każdą tajemnicę ludzkiej egzystencji.

Beatka wyciąga swój biały sweterek, wyglądający jakby był utkany z najczystszej wełny

z baranka wielkanocnego. Wygłaszam na jego cześć hymn pochwalny, co właścicielce

niezmiernie się podoba.

Przez cały czas po mieszkaniu krążą tabuny pijanych ludzi, niszczące i pożerające

wszystko na swej drodze. Ich wycia i śmiechy słychać przez cały czas, mimo iż pojęcie

czasu w danej chwili praktycznie nie istnieje. Każdy wchodzi do pokoju, wymienia 2-3

zdania, po czym wśród ogólnej wrzawy zmienia lokalizację na inny pokój.

Czasem dochodzi do drobnych, niezauważalnych w zwykłej rzeczywistości spięć. Maciek

potrąca Magdalenę, co kończy się sztywną wymianą pozornych uprzejmości, za którymi

kryję się oschłość i wrogość.



Wszystkie przejawy niechęci w relacjach interpersonalnych są dla mnie niezwykle

przykre. Osobiście sam dzielę się ze wszystkimi resztkami ostatniego piwa i próbuję

podnieść każdego na duchu.

Nie rozumiem żadnych negatywnych uczuć. Wobec absurdu życia, który stał się naszym

udziałem, powinniśmy jako jeden gatunek wspierać się wzajemnie i kochać się nawzajem.

Przytulam Beatkę bez żadnych rozpłodowych podtekstów, przekazując jej jedynie

braterstwo i nadzieję.

Człowiek ma wpisaną w swoją naturę potrzebę miłości i pomocy innym. Dlatego też źli

ludzie nie będą szczęśliwi. Nie dlatego, że ktoś ich za to potępi – zło

absolutne jako takie nie istnieje, problem są wyrzuty sumienia, które odbierają

szczęście z czynienia zła. A walka z własną naturą jest bezcelowa.



Agnieszka niestety wypadła z gry z powodu zbyt szybkiego tempa tej szaleńczej zabawy.

Siedzi na krzesełku w przedpokoju, pogrążona w swym własnym świecie i poprzez barierę

zamroczenia alkoholowego odgrodzona od głośnej, nieprzyjaznej rzeczywistości.

Ja siedzę po turecku na środku przedpokoju, mogąc odbierać w ten sposób informacje z

3 różnych pomieszczeń. W lustrze widzę odbicie Agnieszki i odnajduję w nim odwieczną

formę samotnej kobiety czekającej na ratunek, czystego piękna wobec strasznej

rzeczywistości, wtłoczoną w realia XXI wiecznej imprezy urodzinowej.

Oglądamy książkę z robotami – jeden z prezentów dla Fetiego. Dochodzimy do

wniosku, że jeden ze srebrnych robotów ma wiele cech wspólnych z Jankiem.



Beatka siedzi mocno pijana, bełkocząc złowrogie słowa obrażające męską rasę. W danej

chwili czuję jej ból i trzymam ją za rękę, by część mojej pozytywnej energii przeszła

przez jej ciało i pocieszyła ją w tej trudnej chwili. Robię jej zdjęcia, by uwiecznić

na zawsze cierpienie kobiety, której jedyną winą było zawikłanie się w wir emocji

rządzących naszym mózgiem.



Towarzystwo pijanych próbuje z plastikowych literek ułożyć jakieś przesłanie dla

świata. Ku mojemu rozczarowaniu zdobyli się jedynie na wyraz niechęci, skumulowany w

przekazie „Chuj ci w dupę”.



Słyszę gdzieś brzdęk tłuczonego szkła. Kojarzy mi się on nieprzyjemnie, od razu

przywodzi na myśl jakieś straszliwe tajemnice z dzieciństwa, okrutnego władcę

dręczącego niewinną dziewczynę.

Dochodzę do wniosku, że pora na kolejne, szybkie spotkanie z Marią. Wyciągam więc

wielką ufotubę, którą ktoś rozsądnie położył w szafce między szklankami i udajemy się

na poszukiwanie ognia. Pierwotny problem – walka o ogień, zostaje wkrótce

rozwiązany, mimo iż około 4 zapalniczek zostało zgubionych.



Towarzyszę w kuchni zmywającej naczynia Magdalenie, która mówi, że lubi samotność i

zmywanie naczyń. Jakkolwiek lubienie samotności jest dla mnie zrozumiałe, inni ludzie

często są intruzami w naszej oazie, to sympatia dla tak prozaicznej i rutynowej

czynności jak zmywanie, jest dla mnie zupełnie niezwykła.

Widzę niemal jak na dłoni, jak wygląda konfrontacja biologicznych potrzeb ludzkich z

konwenansami i umowami społecznymi, które wytworzyła nasza cywilizacja. Jak ze

wszystkich ustalonych wzorców postępowań, form zwracania się do siebie wystaje 5

podstawowych pragnień: życia, przyjemności dla ciała, drugiej płci, władzy oraz

ucieczki od rzeczywistości. Mnie to nie obowiązuje, ja jestem wyzwolony zarówno spod

mocy pragnień, jak i czasu oraz zmysłów.



Obserwuję, jak Andrzej bierze numer telefonu od jakiejś dziewczyny, co przyprawia

mnie i Magdalenę o atak śmiechu. Tak, właśnie tak robią ludzie. Dają sobie numery

telefonów, żeby łatwiej się zlokalizować w celu przedłużenia gatunku.

Absurdalność tej imprezy mnie zadziwia. Nie ma tu normalnych ludzi, same

zniekształcone kreatury. Gdyby wszedł tu ktoś normalny, przeżyłby szok, widząc jak

odmienna jest rzeczywistość tego mieszkania od panującej na zewnątrz.

Wraz z nielicznymi żeglarzami postanawiamy sobie zrobić pizzę. Wprawdzie wychodzi

ohydna, ale i tak w kuchni trwa prawdziwa walka o każdy kęs cennego pożywienia. Udało

mi się w tej wrzawie zdobyć jeden kawałek i siłą autosugestii przekonuję się, że

nawet mi smakuje.



Widzę, jak większość pijanych pasażerów leży na podłodze i śpi, co grozi niechybnym

zakończeniem imprezy. Biorę więc szampana i planuję spektakularnie ich oblać i

natchnąć chęcią dalszej zabawy. Nie robię tego jedynie z uwagi na podłogę Fetiego.

Tego dnia zmieniał się czas z zimowego na letni, wiec mieliśmy sporo problemów z

ustaleniem, jaka jest aktualnie godzina. „Na miły Bóg – czas się

zmienił” powiedział Igor. Zastanawiamy się, jak to możliwe że czas się zmienił.

Pstryk i czas się zmienił – co za absurd!



Zaczynamy z Igorem mówić starodawnym językiem. ”Albowiem niegdyś tylko takim

sposobem ludzie komunikować się mogli”. On próbuje mnie nauczyć hymnu

rosyjskiego, co do którego jestem pewien, że wymyślił go ktoś nienormalny.

I oto niemal w jednym momencie 75% uczestników wychodzi do domu i rozpoczyna się

drugi akt Wesela. Pozostali przy życiu udają się do największego pokoju, gdzie mogą

zmierzyć się z własnymi wizjami. Oto znów uwagę moją zwraca Beatka – istota

łącząca w sobie tyle cech, że ich zanalizowanie zajęłoby zbyt wiele energii, której o

4 w nocy już nie ma za wiele.

Zamiast tego koncentruję się na odkrywaniu równoległej, dość podobnej do naszej

rzeczywistości. Właściwie ciężko powiedzieć nawet czym ona się różni, jednak wyraźnie

czuję się w niej nieco zagubiony, choć jestem nią zafascynowany.



Stwierdzam, że postęp, jaki uczyniła nasza cywilizacja i sposoby komunikowania się,

uniemożliwia harmonijny rozwój tych rzeczy w innych kierunkach. Trzeba więc zacząć od

początku. Stworzyć nowe sposoby komunikowania się, gestów, wymyślić nowy język i nowe

zwyczaje. Mam wrażenie, że film, który dotyczyłby takiej społeczności, zupełnie

różniącej się od naszej, zostałby uznany za skandaliczny.

Ta stara, pradawna metoda odbierania świata, odrzucająca utarte schematy, selekcję

wrażeń i przebyte doświadczenia jest niepokojąca, a jednocześnie zwracam uwagę na

podstawowe rzeczy jakie nam, rasie ludzkiej potrzebne są do osiągnięcia spokoju.

Temperatura. Jest otwarty balkon i cały czas jakiś niepokój mnie ogarnia, zanim

lokalizuję jego źródło. Żeby go przezwyciężyć, siadam przy grzejniku i już czuję

spokój. Zarazem pozycja siedząca, a nawet półleżąca jest znaczną odmianą w stosunku

do stojącej, co również podnosi moje samopoczucie.



Ostatnim zrywem wstaję i zaczynam tańczyć. Czuję jak magiczne moce płyną mi przez

ręce. W pokoju jednak nie ma nikogo, na kogo chciałbym rzucić urok, tak więc nadal

próbuję przebić się na drugą stronę poprzez pływanie w toni dźwięków.

Po chwili uznaję to za bezcelowe i siadam, gdzie wśród ostatnich rozmów, ostatnich

wybuchów śmiechu, ostatnich egzystencjalnych przemyśleń pogrążamy się w krainie snu,

by rano obudzić się i po raz kolejny stwierdzić, że rzeczywistość jest

nieprzewidywalna i przy umiejętnym jej odbieraniu, rutyna i nadmierne przyzwyczajenie

się nie istnieją...




Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media