Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jet set

detale

Chemia:

raporty unknown

jet set

Wjeżdzając pociągiem Intercity z Warszawy do Katowic dojrzałem fabrykę o nazwie "Montokwas", pierwszy akcent jak najbardziej na miejscu. :) W domu u J. posłuchaliśmy muzyki, porozmawialiśmy konsumując kanapki i orzeszki. Czeka nas długa noc, poszliśmy na małe zakupy. Po spacerze, dokładnie 10 minut przed północą zjedliśmy nasze kryształki, bilety na podróż do innego wymiaru. Pierwsze dwie godziny upłynęły na przemieszczaniu się między Balkonem a Pokojem z wOOx'em, słuchaniu tribalowej muzyki i rozmowach między mną a M. w stylu "- czujesz coś? - nic. - nic a nic? - zupełnie nic.". Staliśmy na balkonie i zastanawialiśmy się gdzie zagubił się nasz Trip. Może stoi biedny mały sam na katowickim dworcu i czeka na pociąg, ktorym planowałem przyjechać ale w końcu pojechałem innym. Może biega po będzińskich osiedlach i wypytuje sąsiadów J. Czułem się pełen energii, szczęśliwy i niesamowicie wprost zniecierpliwiony. Po ponad dwóch godzinach mój odbiór muzyki w końcu można było określić słowem psychodeliczny, niebieska lampa J. odbijająca się w szkle regału zaczęła tajemniczo uśmiechać się. Doszedłem do wniosku, że to dobry moment aby opuścić dom i odkryć świat na nowo. Po drodze, na ulicy dostrzegłem mały złoty kluczyk.


Podniosł się mniej więcej na poziom linii wzroku, po czym uleciał do góry i wkomponował się w zaczep sieci energetycznej. Dotarliśmy na Zamek. O drugiej w nocy był kompletnie wyludniony i odrealniony. Ściany o kamiennej teksturze, oświetlone były na jaskrawo fioletowy kolor, parująca w świetle ziemnych lamp rosa tworzyły klimat sceny z trójwymiarowej gry komputerowej, wspartej wszelkimi efektami jakie oferują współczesne karty graficzne. M. udała się na poszukiwania Wejścia, chyba jednak bezskuteczne. Moja inspekcja terenu wykazała natomiast kompletne zatracenie poczucia przestrzeni. O tym, że krawędzie fosy szybko stają się strome dowiedziałem się, gdy jedyną metodą na pokonanie ich okazało się wspinanie. Drzewa wokół były polimorficzne, potrafiły przybrać formę wielkiej głowy lwa jak i odsłonić maski skrywających się w lesie szamanów. Powróciłem na dół aby porozmawiać z J. Kiedy jednak tylko zobaczyliśmy się i któryś wypowiedział pierwsze zdanie, nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Potrafiliśmy jedynie skupić się na pojedynczych słowach i bawić się nimi, co wyzwalało kolejne ataki chichotu. W międzyczasie H. wszedł na mur zasymilować się z budowlą. Postanowiliśmy nie przeszkadzać mu w tym akcie. Doszedłem do wniosku, że nic tu po mnie, na dole. Tym razem wiedziałem już jak podejść do krawędzi i pokonanie jej nie było wielkim problemem.


Dojrzałem jasny obiekt u góry, pomyślałem, że może być to znudzona poszukiwaniem Wejścia M. Obiekt okazał się jednak kamieniem, który do tego zostawiał za sobą trail złożony z kilkunastu klonów, każdy następny bardziej przezroczysty, by zupełnie zaniknąć dopiero gdzieś na szczycie krawędzi. Ok, dotarłem na górę. Moim oczom ukazała się ścieżka, a na jej końcu M. Pobiegłem do niej, wzajemnie uradowaliśmy się na swój widok. W ten oto sposób staliśmy się głównymi bohaterami gry komputerowej. Wszystkie rzeczy zostawiliśmy w domu u J., wystartowaliśmy więc z pustym inwentarzem i zerowym doświadczeniem. Rzuciwszy pożegnalne spojrzenie na scenę początkową, mieniący się fioletem Zamek, ruszyliśmy na nasz pierwszy Quest. Czuliśmy, że świat jest nasz. Sprzyjał nam generując instancje potrzebnych w danej chwili obiektów takich jak schody, ścieżki, ławki i drzewa. Doszedłem do wniosku, że mój umysł skrzywiony jest nieco przez programowanie obiektowe :). Po chwili spaceru spotkaliśmy pierwszego Kota. Spróbowaliśmy stać się najmniejsi i najcichsi jak potrafimy żeby móc podejść bliżej. Kot obserwował nas z zaciekawieniem, oblizując się. Jego futro nawet z daleka wydawało się bardzo miękkie, ubarwienie tworzyło ciekawe wzory. Jaskrawozielone oczy wpatrywały się w nasze, mrugając sporadycznie. Udało nam się podejść bardzo blisko, ostatecznie jednak kot dał nura w krzaki. Pytanie czy chciał spokoju, czy zapraszał nas do siebie. W końcu ustaliliśmy rolę kotów jako Pomocników. Spotkaliśmy ich na naszej drodze kilka, ten pokazał nam schody prowadzące w dół. Poziom pierwszy zaliczony, zeszliśmy. Teren starego kościółka, który wyrósł nam przed oczami, początkowo wydawał się niedostępny, umieszczony na wzniesieniu i ogrodzony płotem. Wkrotce jednak odnaleźlismy swoją drogę do wewnątrz. Byliśmy tam zupełnie sami, na wydzielonym skrawku świata, naszym własnym mikrokosmosie. Poruszaliśmy się w pętli dookoła kościoła, za każdą iteracją dostrzegając nowe rzeczy. Za pierwszym razem była to furtka a za nią schodki opatrzone napisem 'Do kancelarii'. Zachęceni drogowskazem, weszliśmy. Kancelaria okazała się niewielka, zamknięta na cztery spusty, ponadto opuszczona przez Kanclerza. W następnym obrocie pętli nie daliśmy już nabrać się na trick z kancelarią, znależlismy za to Miotłę. Przekonani, że przedmiot ten okaże się kluczowy dla obecnego Questa, wzieliśmy ją ze sobą. Miotła stała się pomocna, w nowej iteracji schwytaliśmy przy jej pomocy Żabę. Stworzenie było jednak zbyt wystraszone aby nosić je ze sobą, potrzymaliśmy ją więc chwilę na rękach po czym zwróciliśmy do Systemu. W ostatnim, czwartym obrocie oczom naszym ukazały się zamknięte drzwi do opuszczonego ogrodu. Nie mieliśmy jednak klucza, a napis 'Rosate' umieszczony nad nimi nie wydawał się znajomy. Niemniej jednak, staliśmy pod drzwiami do tajemniczego ogrodu. Byliśmy zespoleni. M. znajdowała drogę dalej, ja dopasowywałem elementy uniwersalnej układanki tworząc fabułę naszej Gry. Opuściliśmy nasz mały azyl, zastanawiając się gdzie udać się dalej. Sprzedajne miasto kusiło nas czerwonym napisem 'Dom Handlowy'. Nie daliśmy się skusić, wiedząc, że granica miasta oznacza krawędź świata naszej Gry. Zrozumieliśmy znaczenie Klucza z drogi na zamek. Uczestniczyliśmy w Energetycznym Tripe. Energia skondensowana była w Przewodnikach, przecież to takie oczywiste. Ruszyliśmy w dalszą drogę wiedzeni Przewodnikami Prądu. Prowazdziły nas parkową aleją, pomiędzy małymi domkami, aż do Centrum Zarządzania Zasobami Wodnymi.


Osobom Obcym Wstęp Wzbroniony. Czy jesteśmy tu Obcy? Nie wiemy, może lepiej nie sprawdzać. Chodźmy dalej. Szliśmy przez bardzo stary cmentarz. Palące się gdzieniegdzie znicze miały fantastyczne kolory, wyglądały jak jaskrawe duszki. Duszki z tej samej bajki co nasz Duszek-Klucz. Zielone były dobre, czerwone ostrzegały przed trudną drogą. Teren stawał się nierówny, pokonywaliśmy coraz większe muldy. W końcu osiągneliśmy krawędź Przepaści. A co było po drugiej stronie? Przewodniki Energii zaprowadziły nas do jej Epicentrum, do Elektrowni. Na naszym poziomie wtajemniczenia, przepaść okazała się jednak nie do pokonania. Elektrownia następnym razem. W drodze powrotnej nierówności były jeszcze silniejsze. Zmagaliśmy się z niczym innym jak tylko... Żywiołem Ziemii. W ten sposob odkryliśmy sens naszej gry. Poszukiwanie Czterech Elementów: Ziemia, Woda, Powietrze, Ogień. Ziemia zaliczona, Wodę już też odnaleźliśmy, pamiętamy przecież jej Centrum Zarządzania. Powietrze towarzyszy nam od momentu opuszczenia domu J. Pozostał Ogień. Idziemy dalej. Wychodząc z cmentarza zauważyliśmy, że robi się jasno. Mamy! Czwarty żywioł przyjdzie w postaci Wschodzącego Słońca. Ogarnęła nas ogromna radośc, Udaliśmy się więc na zamkową górę, żeby tam podziwiać niesamowicie piękne zakończenie gry, Wschodzący Zamek. Usiedliśmy na zblurowanym wcześniej kamieniu, karmiąc nasze zmysły widokiem zamku, chmur, tęczy, wschodzącego słońca. Energia, jako piąty element, animator, epatująca z góry zamkowej jeszcze długo po naszym odejściu, pozostała w nas. Wracając na zamek dostaliśmy jeszcze Bonusowego Kota, był zupełnie biały, dla kontrastu ze swoimi poprzednikami o raczej ciemnej maści. Pomógł nam odnaleźć numerologię naszego Tripa. Stał na bramie z numerem 77. Siódemka towarzyszy nam przecież od samego początku. Mamy siódmy dzień miesiąca. Wyjechałem z Warszawy o 17:00 pociągiem o numerze 1407. 14 to 2x7. Blok J. ma numer 7, w numerze mieszkania również dominuje siódemka. Dzień wstał, obudziło się Miasto. Fioletowe oświetlenie zniknęło, Elektrownia odcięła mu Energię. Wracamy do domu, J. i H. pewnie na nas czekają. Nie znaliśmy drogi, szliśmy więc kierując się siódemkami ktore widoczne były wszędzie. Tramwaje, przystanki, reklamy, drogowskazy.


Tak trafiliśmy do domu J. Stojąc pod drzwiami oceniliśmy naszą sytuację - dwie niewinne istotki wyrwane z bajkowego, magicznego świata kryształów, bez dokumentów, pieniędzy, kluczy. Na nasze szczęście J. szybko otworzył nam, w odizolowanym od rzeczywistości przyjemnym mieszkaniu mogliśmy bezpiecznie wylądować. Epilog był dość karkołomny dla mojej przepony. Gdy tylko zaczęliśmy spokojnie jeść śniadanie, spojrzeliśmy na siebie z J. i ponownie wybuchnęliśmy zabójczym śmiechem. O nie, to nam zostało. ROTFLowaliśmy więc nieprzerwanie, a M. wcale nie miała zamiaru pomóc nam się pozbyć tego kłopotliwego dość po nieprzespanej nocy syndromu, stwierdziła tylko, że jesteśmy słodcy i fajni. Wszelkie wariacje słowa kwas i kryształ w połączeniu z wszechmocnym wOOxem były inspiracją do śmiechu na najbliższą godzinę. Tak na dobre przeszło nam dopiero w połowie dnia, ale w sumie to dalej musimy uważać. :)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media