Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

festiwalowy trip - tłum, obrona, wojownik, tożsamo

detale

Chemia:

raporty unknown

festiwalowy trip - tłum, obrona, wojownik, tożsamo

Tego lata, zdarzyło mi się być na kwasie w dużym zbiorowisku ludzi (duży,

pokojowo zorientowany festiwal ogólnopolski).


Był to mój pierwszy kwas od ostatnich trzech lat. Nasza (biorąca) ekipa

liczyła sześć osób i każdy z nas zjadł połówkę "Policjanta" (hehe niezła

nazwa dla kwasa, co?). Zdawaliśmy sobie sprawę, z tego że "setting" jest

trudny - dużo ludzi, odnalezienie się ponowne graniczy z cudem, trudności z

powrotem do namiotu nawet na trzeźwo. Ale atmosfera była bardzo pozytywna,

dobra pogoda, więc decyzja została podjęta. W moim przypadku dodatkowym

przygotowaniem się do jazdy było pomalowanie sobie rąk. Robiłem to jakby

automatycznie, ale wyszło bardzo ciekawie... Lewa ręka (wierzchnia część)

była pomalowana we wzory geometryczne - jakby ścieżki układów scalonych,

natomiast druga w fantazyjne, organiczne wzory. Kiedy to rysowałem nie

miałem pojęcia jakie będzie to miało dla mnie znaczenie... Chciałem tylko

podkreślić odmienność mojego stanu.



Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że zgubić się nie chcemy, dlatego

związaliśmy się sznurkiem (przechodził przez szlufki od spodni). Wiem, że

wyglądało to idiotycznie, ale na wspomnianym festiwalu pełno było różnych

dziwnych ludzi i nasze związanie nie budziło niezdrowej ciekawości. Tak

chodziliśmy kiedy kwas powoli wchodził (u wszystkich z dużym opóźnieniem -

ok. półtorej godziny). Było to śmieszne i co jakiś czas się plątaliśmy.

Rozdzieliliśmy się tylko na moment, kiedy koleżanke zaczęły trapić

fizjologiczne potrzeby. Póżniej znwou doczepiliśmy się i wyszliśmy na

zewnątrz obozu. Chcieliśmy tutaj dopalić lekko ziela, ale spostrzegliśmy, że

w około krążą miejscowi (rodziny z dziećmi - nic groźnego , ale dziwnie się

patrzyli) i gdzieniegdzie dostrzec można było policję. Pomyśleliśmy, że

chyba jednak bezpieczniej by było ukryć się w tym kolorowym ludzkim tłumie

wewnątrz namiotowiska... Wróciliśmy więc, tym razem już nie związani. Co

ciekawe - nadal tłoczyliśmy się mimo że nie byliśmy związani sznurkiem :))).

Wcześniej już zgubiła się (świadomie - lubiła być sama) jedna dziewczyna, a

teraz jej chłopak odłączył sie żeby jej poszukać. Zostaliśmy w czwórkę,

posiedzieliśmy trochę i poszliśmy potańczyć. Wiedzieliśmy że nie chcemy się

rozdzielać, ale chłopak dziewczyny, który wrzucał pierwszy raz był dosyć

marudny i mówił że woli piwo. Zupełnie nie pasował i chciał się oddalić z

koleżanką, która nie bardzo miała ochotę. W końcu zostaliśmy z kumplem sami

pod sceną - wśród tłumu ludzi... Wiedzieliśmy że nie możemy się zgubić - i w

sumie prawie do końca nam się to udało.



Pod sceną było niesamowicie. Czułem fale emocji przepływające przez tłum. Z

jednej strony pozytywne - grała "Pidżama Porno" ale z drugiej - cały zestaw

negatywnych emocji typowych dla tłumu - nadmierną bliskość, co chwile ktoś

się obok przepychał... Było to irytujące i czułem jak rosła we mnie złość.

Odepchnąłem kogoś, kto na mnie wpadł... nieco zdziwiony poleciał w tłum...

Zacząłem zastanawiać sie co bym zrobił, gdyby wrócił i chciał mnie

zaatakować... Jednocześnie zdawałem sobie sprawę jak pokonać mój strach

przed tłumem - zmienić go w agresje... Atak formą obrony... W pewnym

momencie, podczas jakiegoś żywszego kawałka zwróciłem także uwagę na

agresywne zachowania w tłumie - zobaczyłem jak sam się nakręcam i

zrozumiałem, że gdyby w tłumie było więcej ludzi takich jak ja, mogłoby się

zdażyć coś niedobrego... Przypomniałem sobię to co słyszałem o zmieszkach w

latach 70tych na jednym z koncertów Stonesów - gang motocyklowy "Hell`s

Angels" rozprowadził w tłumie dużo porcji LSD, niektórzy twierdzą że z

domieszką amfetaminy... Było dużo zabitych - wtedy to zrozumiałem. Większa

ludzi zdesperowanych, czujących jak ja było więcej, poziom agresji osiągnął

wartość krytyczną... Wydało mi się to przerażające ale nie też w jakiś

sposób oczywiste.



W tym całym tłumie czułem się jadnak jakby wyróżniony. Kiedy podnosiłem w

tłumie rękę, widziałem wyraźnie malowidłą na mojej ręce - byłem inny, byłem

pomalowany jak uczestnik ceremonii - rysunki podkreślały mnie jako

jednostkę... byłem wojownikiem... Wtedy wydobył się ze mnie okrzyk - razem

z głosem tłumu, ale ja wiedziałem że jestem jednocześnie jego częścią i

osobną istotą. Zrozumiałem dlaczego berserkerom, wojownikom wikingów

podawano przed walką mieszanki narkotyczne. Dlaczego indianie przed pójściem

na bitwę malowali się (a możę też odurzali)... byłem jednym z nich. Brak

zachamowań - gdyby zaszła potrzeba, łatwiej by mi było wpaść w szał - ze

strachu przeskoczyć na drugą stronę adrenalinowego dopalenia... W pewnym

momencie zdałem też sobie sprawę, że moja wyjątkowość leżała też w moim

zachowaniu - mógłbym wzbudzić strach. Malowidłami na rękach, krzykiem i

obłędem w oczach. Ludzie boją się "czubków", a ja wiedziałem że ze względnie

normalnej postawy mogłem w ciągu mgnienia oka uwolnić coś w środku - i

przybrać wygląd i zachowanie szaleńca. Ta perspektywa dała mi wrażenie

siły - zrozumiałem że nic mi nie grozi, i wzbiłem się ponad strach...

Ewentualność, że ktoś się przyczepi nie wzbudzała już lęku... Odnalazłem

spokój...



Spojrzałem znów na wyciągnięte w góre ręce - odmienne malowidła wykazywały

jakby dwa aspekty mojej osoby - geometryczne linie lewej ręki wyrażały

racjonalną część mojej osoby, a te nieregularne, organiczne prawej -

uczuciowość i dzikość. I wiedziałem że obie te części składają się na mój

wizerunek. Te malowidłą jednocześnie pozwalały mi odnaleźć siebie w całym

tym kwasowym zamieszaniu.



Na szczęście opanowałem moją agresję (choć cały czas była ona tylko formą

obronną - wiedziałem że nie zaatakuje nikogo w żaden sposób pierwszy) i

poszliśmy z kolegą spod sceny. Dużo rozmawialiśmy, także o naszej koleżance

(tak, tak to ten sam raz - dużo się wydarzyło nieprawdaż? - to dlatego

wrzucam kwasy raczej rzadko - za dużo się dzieje)... Okazało się że kolega

jest wielkim fanem sprzętów HiFi. O ile wcześniej nie rozumiałem audiofili

(wydać paredziesiąt tysięcy na sprzęt do słuchania muzy? absurd.) o tyle

tutaj wyjaśnił mi, że on zamiast muzyki słucha raczej dźwięków, brzmień...

Byliśmy pod małą sceną, gdy powiedział - poczekaj tu, musze coś sprawdzić.

Przy małej scenie głośniki (całe zestawy)stały nisko, na wysokości

człowieka. Kolega poszedł pod same głośniki, wrócił mówiąc do siebie "tak,

będzie dobrze". Potem powiedział że mi coś pokaże i żebyśmy poszli pod

głośniki. Odpowiedziałem - "no co ty, ogłuchniemy!" Odpowiedział, że nie -

robił to już wcześniej, ważne żeby stać tyłem do głośnika, można też przodem

ale nie bokiem. Ja pomyślałem, że jeśli jest w stanie jeszcze cieszyć się

swoim wypaśnym sprzętem znaczy że nie ogłuchł wcześniej. Poszliśmy. Im

bardziej zbliżaliśmy się do głośników, tym mocniej, wręcz fizycznie czułem

dźwięk. Kiedy stałem przodem do głośników, czułem jakby muzyczny wicher

atakował mnie falami dźwięku. Czułem jak wibruje cały mój organizm. To było

coś niesamowitego... Kolega wykrzyczał mi żebym stanął tyłem. Kiedy to

zrobiłem, czułem już dźwięk nie jako wicher lecz energię - uderzające mnie w

plecy kolorowe fale dźwięku. Jak światło oplatały moje ciało, które dawało

jakby muzyczny cień. W zależności od brzmienia zmieniały się barwy światła

(energii). Odchyliłem do tyłu głowę z uśmiechem na ustach. Rozłorzyłem ręce.

Energia przelatywała przeze mnie... Czułem się przepełniony szczęściem...

Kolega jednak poszedł do mnie i powiedział że więcej już niezdrowo...

Podziękowałem mu, bo wiedziałem że pokazał mi coś pięknego i

niesamowitego...

Łatwiej mi było zrozumieć jego uwagi na temat brzmień i barw dźwięków... I

pomyślałem że być może nie rozumiem audiofili bo nigdy nie słyszałem dźwięku

z dobrego HiFi... Zrozumiałem że oto otwierzyła się przede mną nowa

dziedzina doznań... dźwięk.



Później pare razy jeszcze paliliśmy, sporo rozmawialiśmy, pętliliśmy itd...

Z ciekawych rzeczy to weszliśmy na takie kilkumetrowe podwyższenie i

oglądaliśmy cały rozświetlony festiwal z góry. Tysiące wątków, scen,

klimatów i ruchów tłumu. "An organizm. The natural organizm". Co innego

widzieć to z perspektywy uczestnika a co innego z góry - dostrzegać z daleka

różnice klimatu w różnych miejscach. Czuć ich klimat jakby się tam było

tylko obserwując za pomocą wzroku. Zmieniać atmosfere, przesuwając wzrokiem

po otoczeniu...



Jazda stopniowo wygasała, robiło się chłodniej - wypiliśmy więc trochę piwa

i poszliśmy do namiotów.



Była to jedna z najciekawszych podróży jakie przeżyłem. Decydowała o tym

chyba mnogość i moc bodźców a także unikalny klimat festiwalu - gdzie mimo

że się było totalnie innym było się również podobnym (duuużo dziwnych, choć

bardzo pozytywnych ludzi) i można się było czuć bezpieczniej niż na ulicy

miasta...

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media