Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

zlot dexeleet 2011

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
DXM - kto to wie, marihuana - jeden buszek, gała - 4g, Coleus - nie pamiętam, klonazepam, diazepam, zolpidem - za dużo, pfpp - nie wiem, DOM - 3 mg, Kodeina - DUŻO, alkohol - DUŻO, GBL - ok. 4ml, benzydamina - 1g
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie - długo oczekiwane spotkanie z hajpowymi ćpakami, humor znakomity. Początkowo ładna pogoda, piękne okolice jury krakowsko-częstochowskiej. Sympatyczna atmosfera.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
DOM, Dragonfly, 25D-NBOMe, 4-ho-met, 4-ho-mipt, psylocybina, LSA, amfetamina, efydryna, metkatynon, metylon, pfpp, benzydamina, DXM, mxe, etanol, gbl, Salvia, marihuana, gałka muszkatołowa, bieluń, mak, kodeina, tramadol, metadon, fentanyl

zlot dexeleet 2011

Już rok temu w Dexeleet padł pomysł zorganizowania zbiorowego tripa. Niestety, jak to zwykle bywa – niesubordynacja wzięła górę i skończyło się na chęciach. W tym roku ja i CosmoDo postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Konkrety ustaliliśmy jak zwykle na ostatnią chwilę, jednak nie miało to większego znaczenia. Chętnych było wielu, lecz większość wykruszyła się z różnych powodów. Na placu boju pozostała nas siódemka.

Pierwszy, legendarny już zlot Dexeleet 2011 czas rozpocząć. Już po przebudzeniu się dostałam bananem na twarz, który to stan nie opuszczał mnie… dlugo. Razem z Kosmitą uderzyliśmy do apteki po to, co każdy podróżnik musi mieć w kieszeni – Akodin. W pociągu połknęłam 300mg. To coś jak strzelenie sobie piwka dla kurażu, tylko w lepszym wydaniu. Telefony, smsy, telefaza. Ja w pociągu siedziałam jak na szpilkach, tak bardzo nie mogłam doczekać się zobaczenia tych ćpuńskich ryjków i zweryfikowania ich w realu. W Częstochowie byliśmy pierwsi zdaje się, jak przystało na organizatorów. Pamięć jest zawodna po takich przygodach, więc moja chronologia może być nieco zaburzona. Zdaje mi się jednak, że pierwszych zgarnęliśmy w nasze macki Jogurta i psajko23. Zdjęcia Jogurta widziałam już wcześniej, rozmawiałam parę razy, niczym mnie nie zaskoczył (na razie!). Jeden rzut okiem wystarczy, żeby się z takim Kefirem dogadać. Psajko ot, sympatyczny, miły, rozgarnięty psajko. Następna była son.of.the.blue.sky, którą to namówiłam na zlot w ostatniej chwili i chwała jej za to, ze dala się przekonać! Tele-tele-tele faza. Czekamy na resztę, w miedzyczasie ktoś pije piwo, ktoś szamie Akodyn. Zdaje się, że chłopaki też umilili sobie podróż. Siedzieliśmy w parku, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Wesołość i atmosfera radosnego oczekiwania na rozwój wydarzeń. W międzyczasie skoczyłam na peron by odebrać Chaotkę. Wracamy do reszty, jest sympatycznie. Cali obładowani plecakami, torbami i namiotami gramolimy się znów na peron. Ostatnim elementem układanki był hennessy, za którym biegałam po całym dworcu w deszczu, bo nie mogliśmy się zlokalizować. Jest! No to klawo.

Jedziemy do Olsztyna na zamek. Wrzuciliśmy siebie i swój dobytek do tej puszki. W drodze śmiechyhihy i szelest blistrów. Nie pamiętam.

Warto dodać, że już w momencie, gdy zobaczyłem podjeżdżający autobus, zadałem sobie pytanie jakim cudem się tam wszyscy zmieścimy z tym całym ekwipunkiem, bo na pierwszy rzut oka nasz środek transportu jeszcze przed otwarciem drzwi wyglądał i tak na wyraźnie przepełniony. No i przez całą drogę miałem nieodparte wrażenie, że ludzie się na nas podejrzliwie gapią, ale w sumie to się im nie dziwię. Na wpół przytomna Chaotka po klonazepamie na kolanach Jogurta, która później stwierdziła, że w ogóle nie pamięta tej przejażdżki, Cosmo z apetytem na pierwsze z 12 browarów, które ze sobą wtaszczyliśmy i ja, zastanawiający się czy aby na pewno przyjazd tutaj był dobrym pomysłem. Wyjście z autobusu okazało się jeszcze trudniejsze niż wejście i niczym jakaś cygańska rodzina na wygnaniu, ociągając się strasznie, wydostaliśmy się z tej puszki sardynek cudem nie zostawiając niczyich bagaży w środku.

Jesteśmy na miejscu. Zdaje się, ze pogoda niespecjalnie nam dopisywała.

Pierwotnie ktoś rzucił hasłem, żeby rozłożyć się na dole, pod skarpą, ale perspektywa ćpania 200m od posterunku policji i tuż na wprost od okien kilku domów do tego nie zachęcała, więc ruszyliśmy dalej.

Dowlekliśmy się na górę i znaleźliśmy prowizoryczną miejscówkę do przeczekania deszczu.

Dowlekliśmy to świetne określenie. Już w połowie drogi musieliśmy zrobić sobie przerwę, bo większość nie wyrabiała kondycyjnie i potrwałoby to dłużej, gdyby nie deszcz, który sprawił, że popędziliśmy na górę dwa razy szybciej, a na miejscu można było już legnąć na ziemię i doszczętnie wypluć płuca.

Nie próżnowaliśmy bynajmniej. Piękne widoki, zapach przyrody i ciekawi ludzie dookoła.

Jednym z większych zonków tego pierwszego dnia było to jak uradowani, że w końcu nie musimy już się wspinać i mamy święty spokój, po szybkim rozsypaniu na ziemię większości nabytych substancji narkotycznych, zauważyliśmy, że tuż za nami zwiedza sobie okolicę grupa kilkunastu osób. „Przepraszam, czy to jest jakaś wycieczka?” – pyta Wawoj. „Tak, a co?”. „Nieee, nic.”.

Dorzucam DXM, ciężko powiedzieć ile, myślę, że ok. 450mg.

Na dodatek postanowiłaś, że przepijesz to sobie moim Citroseptem, a po chwili zbierałem szczękę z ziemi, gdy bez wielkiego namysłu podałaś sobie bezpośrednio na język z 40 kropli. Szacun, ja to zawsze rozcieńczałem.

Pijemy piwka, palimy. Nieco się rozpogodziło, można się rozgościć. Wypełzamy z naszej jamy na polankę, gdzie postanowiliśmy rozbić namioty.

Tu warto wspomnieć, że podczas skrywania się przed deszczem padła rozkmina czy najpierw coś zarzucamy, a potem rozkładamy namioty, czy jednak lepiej najpierw ogarnąć dobrze miejscówkę, a potem się bawić. Ćpuństwo przeważyło i wrzuciłem w siebie równe 450mg, będąc na zjeździe z 300mg zjedzonych w czasie jazdy pociągiem i na swój sposób czując jeszcze efekty wczorajszych 600mg.

No właśnie, rozbić namioty. Ktoś ma jakiś pomysł? Ja i Kokosmodo zwątpiliśmy w siebie widząc te wszystkie kijki, patyczki, wtyczki. Pomocy! Trochę techniki i okazuje się, że człowiek jest naćpany.

Dokładnie. Na trzeźwo swój namiot rozbijam w 5-10 minut, a tu zanim wybrałem sobie odpowiednie miejsce i się za to na dobre wziąłem, faza już zaczęła mocno wchodzić i wyraźne odklejenie wzięło jednak górę.

Z pomocą przyszedł nam Psajko, który to przy użyciu czarnej magii rozbił namiot stobs i kilka innych połowicznie. To nic, jej namiot zrobił BUM i okazał się dostatecznie duży, by pomieścić niemal wszystkich ćpaków. Najtrudniejsze mamy za sobą. Przynajmniej tak wtedy myślałam, o ja naiwna. To jak? Stobs wyciąga swoje DOMy. Ona, ja, Cosmo i (?) wrzucamy po połówce, czyli 3 mg.

Jestem prawie pewny, że Jogurt i Chaotka też jedli DOM, bo mindfuck jaki później dostała nie mógł wynikać tylko z DXM. Chociaż teraz przypomniało mi się, że przecież niektórzy karmili się jeszcze powojem... "O boże, co się ze mną dzieje? Ja nie mogę, co to… O matko!” i tak w kółko. Na dodatek dostała strasznej reakcji histaminowej, zrobiła się czerwona i nie mogła przestać się drapać na co szybko pomógł zabrany przeze mnie na wszelki wypadek Zyrtec. Sam nie zdecydowałem się ani kartona, ani nasionka, bo i tak czułem, że będę miał za mocno bez „kolorów”, psycho też podziękował, co później wyraźnie wpłynęło na przodowanie w późniejszym ogarnianiu.

Tutaj pewnie pijemy piwka itp., ale moja pamięć doznała teleportacji. DOM się wkręca. Jogurt rozmawia z Chaotką, hennessy kontempluje bóg wie co, stobs nieco martwi się swoim zdekszeniem. Więcej praktyki!

Robi jej się niedobrze, więc idę mentalnie potrzymać jej głowę. Zadowolona wychodzi zza krzaka i oznajmia mi, ze rzygała fluorescencyjnie. Zdarza się najlepszym. Dzień chyli się już ku końcowi. Stoimy razem na skale, przed i pod sobą mamy las, za plecami miasto. Piękne opalizujące niebo nad falującym morzem drzew. Niesamowite kolory wpływające wprost do naszych serc, wizualne wyczyniają niesamowitości. Las przypływa i odpływa niemal muskając nam stopy. Jestem przeszczęśliwa, ze mogę doświadczać takiego piękna, co oznajmiam towarzyszce. Widzimy to samo, wiec nie ma sensu psuć tego słowami.

Robi się ciemno, więc wracamy do naćpanego namiotowiska. Wpychamy się do namiotu. Dorzucanie, dojadanie, dociąganie. Kto? Co? Ile? Ktoś zlizuje metylon, ktoś inny metoksetaminę, ja dorzucam pFFP. Niewykluczone, że brałam również kodeinę i klonazepam. Wychodzimy na zewnątrz, hennessy zanurkował w swoim namiocie w poszukiwaniu GBL. Jak się bawić, to na całego. Odmierza każdemu wedle potrzeb, ja łyknęłam 1,5 ml. OJEJ. Świat miałam zupełnie wywrócony na lewą stronę. Światła miasta będące w dole znajdowały się przed moimi oczami i wyczyniały harce. Ciężko jest zdobyć się na jakiekolwiek działanie poza obserwacją. W takim oto stanie byłam świadkiem epickiego zgona CosmoDo. Pacjent jak stał, tak padł. Spetryfikowany.

Pytałem go ile chce i razem z Jogurtem staraliśmy się przemówić mu do rozsądku, zapewniając, że po 2,5ml na podkładzie z takiej kosmicznej ilości DXM i innych rzeczy długo na nogach nie postoi. On jednak uparł się, że spać nie będzie, co życie bardzo szybko zweryfikowało.

Stobs stwierdziła, że to nieco ją przerasta i zakopała się w namiocie. Dwa zgony w paręnaście minut. Wuchta narkotyków nie uczyniła z nami przez cały dzień tego, co GBL zrobił w mgnieniu oka. Sprawdź, czy dasz mu radę. Jogurt z Chaotką powędrowali chwiejnie, acz dzielnie do swojego namiotu. CosmoDo nadal out. Leży metr od namiotu, deszcz pada mu na twarz. Motywacja wygrywa z odrętwieniem, idę dać mu w ryj. Halo, czy pan żyje? Oddycha, nie pierwszy raz widzę go w stanie półżycia. Smutno mi, ale nie martwie się, bo on jest nieśmiertelny. Jakimś sposobem udaje nam się wciągnąć go do lewitującego namiotu.

Zostało nas troje, trzy stare rekiny. Siedzimy, rozmawiamy, obserwujemy. Z namiotu Jogurta i Chaotki dochodzą odgłosy godne zimujących piżmaków.

To był szczególny element tego wieczora. Nawet gdyby każdy grzecznie poszedł spać do swoich namiotów, to bez zgona i tak nie dałoby rady tego wytrzymać. Byłem święcie przekonany, że oni tam najwyraźniej kopulują, choć to też było dosyć dziwnym skojarzeniem, bo podczas takich czynności takie dźwięki wydawać mogą chyba tylko jakieś zwierzęta. Nawet udało się na kilka chwil dobudzić Jogurta i przekazać, żeby się zamknął, ale trzy minuty później wszystko wróciło.

Deszcz pada, postanawiamy nocować w namiocie stobs. Jestem nieco zmęczona, ze szczerymi chęciami zaśnięcia przytulam się do niej, zamykam oczy i próbuję uspokoić bieg myśli. JASNE. Ciężko zasnąć będąc w statku kosmicznym targanym międzygalaktycznymi sztormami. Złapała nas prawdziwa burza. Przez cały tydzień pogoda była piękna, tylko ci na górze dowiedzieli się, ze Dexeleet jedzie pod namioty, no i masz! Wychodzę na tzw. obczajkę. Tylko gdzie moje buty? Nic to. Idę monitorować sytuację czując chlupot błota w skarpetkach. Wspaniale uczucie. Wszystko wydaje się na swoim miejscu, poza chrapaniem nikt nie daje znaku życia, więc wracam kontynuować pilotowanie statku. Tak nam mineła noc.

To było naprawdę mocne przeżycie. Burza była naprawdę wielka, lało się z nieba litrami, błyskało się, a my mieliśmy tylko jeden nieprzemakalny namiot, do którego po jakimś czasie wtoczył się kompletnie przemoczony Cosmo (który tak swoją drogą w ogóle nie przypominał siebie, bo gieblowy zgon jakby go wyraźnie otrzeźwił, chociaż nie na długo). Sprowokował resztę do niespania i ćpania ciąg dalszy – ja 450mg Tussidexu, psycho23 chyba też tyle, Cosmo odpowiednio więcej (900?), a Wawoj wcisnęła w siebie klona i kodę, którą się ze mną podzieliła. W międzyczasie stobs też się przebudziła i jestem prawie pewny, że zjadła klona albo nawet dwa i kodeinę. Już nie wspominając o chorym pomyśle, który został uskuteczniony, czyli palenie papierosów w zamkniętym namiocie. Cosmo cały czas namawiał mnie na kolejne polanie GBL, ale jakoś zdołałem mu to wyperswadować. W międzyczasie wynurzyłem się na ulewę, bo resztki rozsądku podpowiadały mi, że zostawienie u siebie w namiocie plecaka i mp3 może skończyć się tragicznie i dobrze, że się po to ruszyłem, bo w środku można było już spokojnie puszczać sobie łódki z papieru. Gdzieś po drodze nawinęli się kolejni goście w postaci Jogurta i Chaotki, którym namiot w końcu odmówił posłuszeństwa. Siedem osób w trzyosobowym? Takie rzeczy tylko po DXM. Gdzieś nad ranem, gdy każdy był już zmęczony, ale o sen było bardzo ciężko, dano mi pierwszego klona, który momentalnie zwalił mnie z nóg na czas nieokreślony.

DZIEŃ DRUGI

O matko! Wszyscy cali i zdrowi, gotowi na nowe przygody. Nie mamy kawy, ale mamy Akodin. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że jesteśmy zmęczeni biwakowaniem i nie zniesiemy kolejnej burzy. Postanawiamy udać się do naszego domu. Zdecydowanie nie jestem najbardziej wypoczętym człowiekiem na świecie, ale dobry humor mnie nie opuszcza. Składanie, zbieranie, schodzenie, spadanie.

Pamiętam, że jeszcze trochę wcześniej razem z Cosmo i Psycho ruszyłem na dół do sklepu, tym razem wybierając zejście zboczem do tego wyraźnie dostosowanym, ale jak się później okazało wchodząc dzień wcześniej od drugiej strony ominęliśmy starszego pana, który podczas naszego powrotu chciał od nas pieniądze za wejście, jednak groźne oko Cosmo i hasło „my tu już jesteśmy od wczoraj” sprawiło, że nam odpuścił.

Po drodze, czy tez jakoś inaczej, wpadliśmy do knajpy. Połowa wycieczki poszła do jednej, połowa do drugiej. Jak? Nie wiem, formujemy się na powrót i uderzamy do tej jednej konkretnej. Wydaje mi się głośna i duszna. Zajmujemy stół zaraz przy drzwiach, na zewnątrz jest nieco zimno. Pijemy piwo, wspominamy, wymieniamy się doświadczeniami.

Ja zabieram stobs na rajd po okolicznych aptekach. Idę na pierwszy ogień, w czekpointcie czułam się nieco nie na miejscu. Farmaceutki patrzyły się na mnie tym razem jak na osobę naprawdę chorą. Nic to, dostałam czego chciałam, stobs też, wiec zadowolone wróciłyśmy do reszty. Po dwie paczki Thiocodinu w kieszeni + klonazepam, którego „pilnowałam”. Thio wrzucone ze smakiem, do tego 4 mg klonazepamu i piwko. Benzodiazepiny najbezpieczniejsze są w moim żołądku. Idziemy na przystanek, marzniemy, czekamy. Gdzie ten pierdolony świniobus? Ktoś się zna na rozkładzie jazdy? Jasne, że wszyscy, ale czy tutaj w ogóle cos jeździ? Za dwie godziny, Jezu Chryste na bananie. To w międzyczasie piwka, papierosy, gadka szmatka. Mi w zasadzie milo na tej ławce. Ktoś litościwie dał mi gryza batonika, przeżyjemy. Po nieokreślonym czasie przyjeżdża wybawienie. Teleport, stsz, stsz. Pamiętam, że siedziałam na schodach i piłam piwo z jakimiś cyganami (?). Może mi się wydawało.

STACJA DOCELOWA – PIECZARA COSMODO

Idź przodem, stary, niech wiedzą, że mamy pokojowe zamiary… To idę, nieuzbrojona na zwiady. Po drodze z peronu do domu spotkałam nieco dalszego sąsiada. Powiedziałam co się kroi, fajnie, fajnie. Musiałam źle wyglądać, bo dostałam od niego zupkę chińską. Pod samym domem miałam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z teściową. Gdybym wiedziała, uzbroiłabym się. Na szczęście właśnie wyjeżdżała, wiec  teren wolny, można montować bazę. Rozłożyliśmy się na wszelkich dostępnych powierzchniach, ogarnęłam się nieco. Jest dobrze, zarzucamy? Zarzucamy! Blistry tu, blistry tam, kto zliczy. W końcu to knajpa Dexeleet. Wydaje się, że w ten dzień opuścił nas psajko23. Tylko kiedy? Psajko został znikiem. Niedługo później ulotniła się stobs, bo obowiązki ją wzywały. Ogromnie mi to nie pasowało, ale nie każdy może sobie pozwolić na tyle wolnego czasu.

Teleport?

Akodin, Akodin i jeszcze raz Akodin. Ktoś rzucił hasłem CIPACZ. Oka, nie ma sprawy. Zebrałam się z hennessym do apteki. Gdzie SĄ apteki, co jest? Niedziela? Szczerze, nie wiem, czy w moim opisie nie zabrakło calego dnia. Nie mam pojęcia, kiedy to było. Nic to. Apteka dyżurująca na drugim końcu miasta. Hennessy idzie krokiem kosmonauty, ja nieco szybciej, wiec niemal ciągnę go za sobą. Długa droga. W aptece dowiaduję się, że nie ma Akodinu. Nie ma akodinu? DLA MNIE nie ma akodinu? Skandal! W takim razie dużo Thiocodinu i odgrzybiacz. Nie jest źle. W drodze powrotnej zarzucamy po 300mg kodeiny. Po tej wspanialej podróży wracamy do domu. Jogurt u progu swojego epickiego odklejenia ekstrahuje benzydaminę. Siup z głupi dziób, po saszecie. Podniesiony nastrój, wszędzie powidoki i półprzezroczyste błony. Więcej klonazepamu i piwa. Taaak.

Oglądamy wizuale. Przed chwila dokończyliśmy hennessowy GBL. Jogurt z Chaotką zagnieździli się w naszym łóżku, ja siedzę pomiędzy Heniem a Kosmo na podłodze. Nagle Heniowi odłączyło zasilanie. Cóż, nie dziwne. Próbuję podnieść go razem z Cosmo, ale sami nie jesteśmy w najlepszej formie. Koniec końców w trójkę (razem z Jogurtem) zaciągnęliśmy Henego do sypialni, coby zrobił sobie przerwę.

Do dziś nie wiem ile wtedy mi tego polano. W sumie to był pierwszy raz, gdy pozwoliłem komuś coś mi dawkować i powierzenie tego Cosmo okazało się zgubne w skutkach. Chociaż jakby dodać do tego wcześniejszy podkład i zmęczenie, pewnie nawet 1ml by mnie tak załatwił. Pamiętam siedzenie na podłodze i oglądanie chyba Bioshocka, potem ocknięcie się w połowie drogi do łóżka, gdy ciągnęły mnie po podłodze jakieś trzy ćpuny, a potem nie pamiętam już nic poza tym, że w poniedziałek obudziłem się za późno i nie zdążyłem na pociąg, więc zlot przedłużył mi się o kolejny dzień.

Kto nie robi przerwy, ten szybko łapie zgona! Dobre sobie. Po zapewnieniu wszystkim względnych wygód udaliśmy się z Kosmo do łóżka w innym pokoju. Ma chłopak zdrowie, chciał się ze mną kochać. Owszem, ja też chciałam, ale przysnęłam niestety. Kiedy pieścił mnie jak spałam, podobno zerwałam się, spadlam na podłogę ryjem i spałam dalej. Brawo!

DZIEŃ SĄDU

Pora żyć dalej. Budzę się na tzw. „pełnej kurwie”. Osochozi? DXM… GBL? Skąd? Zgon… dexeleet… aha! Bawimy się dalej. Nie wiem, czy to było dzisiaj, czy wczoraj, może tydzień temu. Mózg się powoli przegrzewa. Ktoś biega nago i krzyczy, że jest Bogiem, ktoś inny szuka majtek, ja szukam miejsca, żeby zniknąć. Pada pomysł, żeby palić marihuanę. Pada pomysł, żeby iść po benzosy do sąsiada. Oraz apteka oczywiście. Dla każdego według potrzeb. Marihuana zapalona, na rolkach nie pojeździmy jednak. Akodyntyntyn. Czy jak? Nie wiem, gdzie wtedy byłam. Wiem, że Jogurt bez przerwy szukał lufki, którą prawdopodobnie sam rozdeptał będąc Bogiem. Telefon rozwalony, komputer rozwalony. Wszędzie opakowania, pety, butelki, blistry, śmieci, martwe płody i mój kot. Brawurowo znalazłam czyjeś majtki, koc, torbę, parę innych rzeczy. Gdzie są moje spodnie? Szuuukam. Majtki? Nie wiem, masz moje. W tym miejscu przyznam, ze Jogurt fantastycznie prezentuje się w figach w różyczki. Po hmmm… niewielkich perturbacjach ze strony klonowego alterego mojego kochanego i reszty sytuacja została w miarę ogarnięta. Największą burzę przeczekałam leżąc z hennessym na ogródku. Nie jest źle. Żegnamy się nieco w pośpiechu i chaosie. Where is my mind?

Podsumowując…

Mimo wszystko spędziłam z Wami wspaniały czas, a każde z Was jest wyjątkowe na swój niepowtarzalny sposób. Od każdego mogłam się czegoś nauczyć, była to dla mnie lekcja pokory, której nie mogłam na początku zrozumieć. Dziękuję son of the blue sky, że przyjechała i była katalizatorem jedynie pozytywnych uczuć. Jesteś niesamowita. ;) hennessemu za płynięcie na tej samej fali i wszystko WSZYSTKO, Jogurtowi za spontaniczność i ból brzucha ze śmiechu, psajkowi za spokój ducha i pozytywne wibracje, Chaotce za lekcję wyrozumiałości. CosmoDo to historia na inna książkę.
Teraz myślę o tym, jak rozkręcić part two.

Tekst pisany kursywą dodał hennessy.

Ocena: 

Odpowiedzi

Widze klony wam zjadły pamięć gorzej niż mi.

Widzę, że narobiłam sobie niezłego obciachu. A to niesprawiedliwe, bo wzięłam najmniej substancji ze wszystkich. Może to dlatego, że miałam 1 raz z klonami... i chyba ostatni, bo strasznie żałuję wielu rzeczy. Muszę napisać własną wersję. Moje wspomnienia są znacznie bardziej surrealistyczne. :D 

Psychedelic :)

Niech każdy napisze swój TR i swoje odczucia wobec tego zlotu. Oczywiście, że pominęłam pare rzeczy, ale chyba nikt nie chciałby tego czytać.

Jak będziecie robić kolejny zlot, zaproście mnie :D

"Choruję na śmierć. W żyłach lęk krąży zamiast krwi."

Wawoj, i to ja jestem bardziej pojebana, niż Ty? :P

Ładne rzeczy, no no. Też bym się tak pobawiła, ale nie historiami z apteki...

Nie wiem czy jestes bardziej pojebana, ale wolalabym sie nie licytowac na ten temat i nie sprawdzac wlasnych mozliwosci co do tego, hehe. Wystarczy powiedziec, ze najostrzejsze szczegoly zostaly okryte litosciwym milczeniem.

BTW. ten report ma prawie 4 tys odslon, a moje inne, imo bardziej wartosciowe po 800 gora. Widac, co kogo interesuje :D

Robi coś takiego? Ps. Tsumigero Yuki ty mnie raczej nie chcesz u siebie... xD

 

gdyby ktoś z wawy robił takie wypady niech napiszę... 

Czy są jakieś koleżanki z Wawy? Szukam koleżanek :D

Ja też chętnie poszedłbym na taki zlot :)

Szukam towarzyszy do wspólnych przeżyć najlepiej z Krk ;)

Czy są tu jakieś ćpuny z krakowa? Pisać jak coś na gg 2077822.

I've seen things you people wouldn't believe.

Jakby jakieś ćpaczki z dzierżoniowa chciały urządzić sobie jakieś małe party to zapraszam na gg 38755301 :D

Ja pitole, co to, moj TR to jakas tablica ogloszen?

Świetny ten TR, już kolejny raz go czytam i pewnie jeszcze przeczytam nie raz :3

 Wielkie dzięki, wszyscy oczywiście nieśli takie pozytywne emocje, a ja byłam lekcją wyrozumiałości :(

 Tamten zlot to była według mnie porażka i traumatyczne przeżycie. Nie wiem w ogóle jak można jeść klony, one zupełnie zepsuły ten wypad :( 

Psychodela !

Czytam to w 2017, wiele lat po ale powiem wam, ze lubie takie wlasnie blogi, fajny zlot sobie ogarneliscie ;)

 

^

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media