Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wizja senna

detale

raporty unknown

wizja senna

No więc w końcu się zebrałem, żeby spisać w miare dokładnie to co mnie spotkało po amanita muscaria zwanym potocznie muchomor czerwony.



Odnośnie grzybów to załatwiłem je przez kumpla(jakoś nie miałem okazji jechać na grzyby), pierwsza lipa to było to że kilka się okazało na tyle robaczywych że nie dało się ich zjeść (a mówiłem mu żeby sprawdzał, w końcu miałem je jeść), druga to było to że były zbierane w październiku, a najlepsze podobno(z tego co zaczerpnąłem języka w necie) są sierpniowe(więc się troche

minąłem z najlepszym czasem na zbiory). Dla zainteresowanych śierpniowe są podobno lepsze bo ich działenie jest bardziej psychodeliczne i mniej toksyczne(lepszy trip i mniejsza szansa na rzyganie mówiąc po ludzku:)). Nie będe się rozpisywał na temat ile to miałem problemów z suszeniem tego skubaństwa, powiem tylko że skończyło się na żarówce w piwnicy:).


Więc w końcu po wielu przejściach miałem muchomorki wysuszone i bezpiecznie schowane. Powstał problem kiedy i gdzie je skonsumować. Uznałem, że nie mając praktycznie żadnych doświadczeń z silniejszymi psychodelikami (tylko palonko, ale w tym mam spore doświadczenie) najlepiej będzie jak skonsumuje je w domu, w przyjaznym otoczeniu. Tyle że matka nie zamierzała wyjeżdżać nigdzie choćby na jedną noc, więc po wielu przemyśleniech postanowiłem, że będzie to w piątek(dom wolny w godzinach 11-19).


Liczyłem że tych 8 h mi w zupełności wystarczy(jaki ja głupi byłem:)).
Wcześniej spróbowałem jakiejś 1/3 kapelusza, bez zauważalnych rezultatów.
Zorganizowałem sobie opiekunów (zaprosiłem kumpli na browca wcześniej ich wtajemniczając, i prosząc żeby jak coś mnie popilnowali).





INTOKSYKACJA:





2002-11-29 całkiem ładny dzień. Wstałem przed 11, zjedłem małe śniadanie i wypiłem tylko 1 szklanke wody (uznałem, że ilość grzybów jaką posiadam jest niewystarczająca, więc nie chciałem zbyt szybko wszystkiego wysikać). Koło 12 mieli się pokazać kumple, więc biorąc pod uwage że dopiero 1,5h od konsumpcji działanie zacznie być zauważalne o 11 rozpoczynam.


Mam 3 kapelusze no i nóżki do nich:). Planuje zjeść 1 odczekać jakąś 1h i jak nic nie poczuje to zjeść pozostałe dwa. Zabieram się do czerwonego, na początku troche ciężko wchodzi ale nie z powodu smaku tylko raczej świadomości, że wsuwam muchomorka czerwonego, tego samego o którym babcia mówiła jak byłem mały żeby się nawet do niego nie zbliżać, ale jak już się człowiek

przełamie to w sumie nie jest źle (smak suszonych grzybków z nieco większym posmakiem ściółki leśnej:)). I spoko nie jest źle, czekam na jakieś żołądkowe dolegliwości(sporo się tym oczytałem) ale nic takiego nie ma miejsca, na wszeki wypadek mam jeszcze przygotowane troche m.j. ale w tej chwili nie jest potrzebne. Jakoś po 12 wpada T. akurat jemu nic nie mówiłem o

intoksynacji ale w trakcie rozmowy wyszło że wie(jak to się szybko rozeszło), spoko siedzimy gadamy narazie nic. 12:30 i mam takie dziwne uczucie, troche jakby po browarze albo dwoch, no i lekkie uczucie dezorientacji bo jest jakoś inaczej.


Potem(koło 13) jeszcze wpadają J.(on mi załatwił grzyby) i P. Gadka szmatka, polew z tego że właśnie zjadłem muchomora, ogólnie rzecz biorąc pozytywnie. Ale szybko dochodze do wniosku że chyba zjadłem za mało(minęło jakieś 1,5h więc uznałem że już czas). Jem pozostałe dwa kapelusze, jak jadłem ostatniego smak mi zaczął przeszkadzać, ale jakoś poszło.


Siedzimy gadamy,(14 00) no i powoli się zaczyna, dziwne uczucie, trochę jakby najebania alkiem ale nie do końca i zaczynają się pojawiać, hmmm.... takie jakby slajdy na środku pola widzenia, nie zakłucają postrzegania ale są. Zmieniają się bardzow szybko i są dość niewyraźne więc nie wiem co przedstawiają, ale jakby to co się przed chwilą zdarzyło. Nie są bardzo ciekawe powodują tylko utrate koncentracji. Możliwe że właśńie przez nie staje się troche nieobecny(kumple do mnie coś mówią a ja dopiero po chwili reaguję). Odprowadzam T. do drzwi(14 30), jest jeszcze spoko, wiem co się dzieje moge normalnie nawijać, ale już jest inaczej, troche jakby ten alkochol, ale to uczucie ustępuje na rzecz jakiegoś takiego odrealnienia i wyobcowania (hehe chyba właśnie się zaczęły mniej pozytywne aspekty tej intoksynacji). Potem wpada jeszcze M. ale mówi że nie na długo. Ale jest już ostro, jak ide do drzwi mu otworzyć to jestam maksymalnie najebany, nie mam problemów w poruszaniu się, ale próba skoncentrowania się nic nie daje, rozmowa mi przychodzi z trudem bo zdaje się być zupełnie rozkojarzony. Jakbym miał jakiś inny problem, nic mnie nie interesuje tylko się nad nim zastanawiam(tyle że z tego co pamiętam o niczym wtedy nie myślałem), więc kumpel coś do mnie mówi a ja tylko przytakuję. Wchodzimy do pokoju i coś zauważam, bardzo dziwna schiza, trace pamięć krótką (no kurwa poprostu memento, pamietam kim jestam ale zupełnie nie pamiętam co było przed chwilą), wynika to chyba właśnie z tego, że jakby cały czas nad czymś innym myśle (teraz wogóle nie pamiętam żeby to było coś konkretnego, jakby

pusta praca mózgu). Co gorsza żeby nie martwić kumpli, uznaje że nie powinienem im mówić o moich 'małych' problemach z pamięcią, hehe. Tyle tylko że to się robi coraz bardziej intensywne, pamiętam coś tylko przez pare sekund:). Więc w pewnym momencie robi się tak kumpel coś do mnie mówi ja nawet sensownie odpowiadam, potem coś kumpel dalej mówi na ten temat, a ja już zupełnie nie pamiętm o co mu chodzi :)). No i kurwa przejebane, w końcu się przełamałem i powiedziałem że nie mam pamięci krótkiej:). Kumple (po paru browcach) przyjęli to na spokojnie, teraz myśle że chujowo zrobiłem że im od razu nie powiedziałem, bo mnie troche wysiłku kosztowały próby ukrycia tego. Ale spoko jakoś czas leci, chociaż już nie mam poczucia jego upływu. Potem (nie wiem dokładnie kiedy) odczuwam senność, dało by się to przezwyciężyć ale z tego co czytałem sny po a.m. są często bardzo ciekawe. Martwi mnie tylko to że kumple się mogą schizować, ale staram się ich upewnić że wszystko jest OK i mówie że

się zdrzemne:). Więc spoko kłade się, próbuje jeszcze walczyć z utratą pamięci, troche się zacząłem schizować, że może mi to tak zostać:), zupełnie niepotrzebnie. Leże na łóżku troche jakby w majakach, kumple piją kolejnego browca, i puszczają sobie na kompie film 40 dni 40 nocy, czy jakoś (strasznie lipny właściwie), faktu oglądania przez nich tego filmu nie pamiętam, nie

pamiętam żeby mi się coś śniło, poprostu 2h nieprzytomności, ale chyba wszystko jakos dociera do mnie. Potem kumple puszczają 'night at the roxbery', ten filmik nawet lubie, kumple tez go już widzieli więc puszczają sobie najlepsze momenty.


Ja niby wciąż śpię ale wszystko do mnie dociera w czasie tego drugiego filmu, widze dokładnie sceny, słysze teksy itd.


Dochodzi do tego mój schiz o utracie pamięci krótkiej, i się coś ciekawego zaczyna, będe miał problemy z opisaniem tego.


Dodam jeszcze , bo może mieć to znaczenie, że zawsze miałem pociągi w kierunku rozmyślań powiedzmy filozoficznych (o istnienie Boga, sens życia, (samo)świadomość i takie tam pierdoły), do ciekawych wniosków dochodziłem pod wpływem dużych ilości alku (że to ja jestem bogiem- jeszcze przed kawałekiem paktofoniki do tego doszłem:)). Wracając do snu, widze scene z filmu i nagle czuje się związany z jednym z bohaterów, jakby wyraża moje myśli ale nie jest świadomy mojej obecności, zaś ja znajduje się w świecie tego filmu tak jakby na zasadzie widza, ale jestem bezpośrednio w nim, chodź niematerialnie (wszystko ma konwencję snu). Nagle bohater tej komedyjki, którego jakby obserwuję, zyskuje świadomość (coś zajebistego, to uczucie kojarzy mie się bardzo dobrze choć nie jest pozytywne), bohater dochodzi do wniosku że jest w filmie że film

się zaraz skończy i jego świadomośc wtedy minie (mam poczucie niechybnie nadchodzącego końca), bohater już nie zamierza podążac torem swego losu, zaczyna kminić jaki jest sens, i niedostając odpowiedzi uznaje że nic nie ma sensu (coś w tym stylu), w między czasie próbuje jeszcze kogoś objawić co do faktu że jest to film, ale wszyscy mu nie wierzą są tak ślepo zapatrzenie w rzeczywistość i odgrywanie swoich rólek że nie ma mowy o tym by ich uświadomić. Dodatkowo pod wpływem tego, że mój bohater zyskał świadomość i tego że próbuje uświadomić innych, w filmie (rzeczywistości filmu) powstaje jakby

użyje tu kilku określeń: pempek wszechświata, paradoks może jakaś czarna dziura; wygląda to jak coś o krztałcie pierścienia załamujące obraz, tak jakby promienie światła mijały ten pierścień, mam takie skojażenie że wszystko co przejdzie przez ten pierścień stanie się 'odwrotne'. Ten pierścień to coś przeciwnego do zyskania świadomości przez mojego bohatera (świadomość-absolutna

dobroć, światłość), pierścień jest czymś złym jakby chaosem i absolutnym porządkiem zarazem (coś na zasadzie złego boga, ale nie jest to szatan,jakby bóg ale bez uczuć, taka maszyna, półświadoma siła) jest jakby w pewien sposób

świadomy ale też się sprzeciwia świadomości zyskanej przez bohatera. Potem myśl mego bohatera o tym iż gdy film się skończy jego świadomość minie (śmierć?), doprowadza mnie do jakieś ostateczności(bardzo złe uczucie / lęk). Wtedy znów chyba UTRATA PAMIĘCI. Ja się budze siadam na łóżku, ale chyba jeszcze śnie, utrata pamięci która przed chwilą miała miejsce nie jest juz utratą pamięci chwilowej teraz jestem nowo narodzoną świadomością(wspaniałe uczucie), spoglądam na świat i jestem pełen uznania/podziwu dla tego że coś tak wspaniałego istnieje i że w jakiś sposób została mi dana świadomość i możliwość

podziwiania go, potem przychodzi myśl o rychłym i nieuniknionym końcu(coś ten jak koniec filmu), następuje chwila totalnego smutku, dół psychiczny i lęk, potem przemyślenie że ta rzeczywistośćjest jeszcze piękniejsza dlatego że ulotna.Potem najebany P. krzyczy na mnie żebym się uspokoił, mówi że wszystko jest ok, że matka jeszcze nie wróciła. Ja w jednej chwili odzyskuje świadomość, w ciąż czuje silne działanie grzybów, ale już kumam co jest co, moge rozmawiać i wogóle kontaktuje (jest po 19!!!, potem P. mi opowiadał że kiedy się obudziłem miałem tak zajawione oczy, i mówiłem z takim przekonaniem, że aż

się przestraszył:)). Czuje że chce mi się pić, ide do kuchni zrobic herbate, moge chodzić myślec, choc wciąż mam problem z koncentracją i prowadzenie długiej sensownej rozmowy było by dla mnie trudne, samochodu też bym nie chciał prowadzić.


Wstawiłem wode, niestety siora wróciła do domu, ide do pokoju. Siedze chwile czekając na zagotowanie się. Wychodze znów do kuchni i nagle chęć żygania. Po przebudzeniu się miałem dziwne uczucie w brzuchu, ale nie wskazującen a rzyganie. Wpadam do kibla i puszczam pawia, zupełnie się tego nie spodziewałem, myślałem że jak rzygac to niedługo po zjedzeniu, a tu chyba z 9h.


Pocieszające jest to że rzyga się naprawde dobrze, jakby się spluwało. W tej chwili łatwość rzygania została przyćmiona faktem że spawiowałem pół deski klozetowej. Wychodze z kibla, ide do kranu do kuchni, próbuje się ogarnąć, siora wszystko słyszała ale puszczam kit że to po browcach. Ide do łazienki po jakąś szmate, a tu wraca matka, kurwa chwilowa panika co kurwa będzie

jak pójdzie do klibla, ale chuj wychodze mówie cześć, chuj że czaje szmate za plecami, wbijam się do pokoju i mówie J. żeby za mnie sprzątnął, i jak coś to żeby wziął wine na siebie bo w sumie nie często ma kontakt z moją matka więc go to chuj(że byl pijany to się zgodził dość szybko i spoko, wielkie mu za to dzięki). Potem wyszłem z domu i poszłem z J. do niego coby się ogarnąć, tam jeszcze rzygnałem potem jeszcze w domu przed snem, przez co miałem małą shize że może się pożąnie strułem, ale spoko rano wstałem bez żednych negatywnych odczuć, oprócz psychicznych, bo było to dość mocne raczej negatywne przeżycie.


Jeszcze tylko dodam że jak szłem do J. to miałem takie uczucie lekkości, świerzośći, poczucia siły, spokoju, ale także chyba pustki(pewnie przez to poczycie nadchodzącego końca w czasie tripu).





O tym że doświadczenie nie było zbyt pozytywne, świadczy to że potem przez jakiś czas miałem zamiar już nigdy nie próbować a.m. ale ostatnio doszłem do wniosku, że chyba jeszcze z jeden raz spróbuje. Źle zrobiłem że dokonałem intoksynacj źle dobierając okoliczności, za mało czasu (radze sobie zapewnić jedną pełną dobe spokoju na tego tripa).


Nie miałem właściwie żadnych halucynacji, za to właśnie ten sen w który się zapada jest najciekawszy. Gdybym był sam i póścił sobie jakąs klimatyczną muzyke, wizja w czasie snu mogła by być bardzo kształcąca. Ale nie polecam na pierwszy raz zjeść to sobie w samotności (pozatym czytałem, że tradycyjnie szaman jadł grzyby kładł się spać z jakimś problemem w myślach i potem nagle się budził wyjawiając współplemieńcom odpowiedź:)). Muchomorków jeszcze spróbuje ale w znacznie bardziej sprzyjających warunkach, i chyba w samotności. Tyle nieźle się rozpisałem:).

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media