Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

trzynastokrotny upadek po dziewięciu grzybach

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
9 średnich kapeluszy Amanita muscaria, waga użytkownika - 52 kg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
spory las ok. 6 km za miastem, następnie autobusy komunikacji miejskiej, mieszkanie w centrum
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
ok. piąta przygoda z A.M. Doświadczenie: DXM, benzydamina, BXM, DOI, 2c-e, 4-aco-dmt, 4-ho-met, kodeina, morfina, heroina, buprenorfina, metkatynon, Salvia Divinorum

trzynastokrotny upadek po dziewięciu grzybach

9 ususzonych naturalnie muchomorów czerwonych spożytych samotnie w lesie. Początkowe efekty tak jak przy wywarach z mniejszej ilości suszu tj. dysocjatywna poprawa humoru, wyostrzenie zmysłów, zastrzyk energii etc. no i mdłości naturlich, ale ku mojemu zdziwieniu bez spawania. Już po ok. 20 minutach pierwsza halucynacja słuchowa - wzmocniony odgłos przytłumionego bicia serca dobiegający jakby spod ziemi. Z czasem coraz większe oddzielenie od więzi z własną osobą, jak również zanik tego podłego posmaku związanego ze świadomością bycia zamkniętym w tzw. rzeczywistości - wrażenie znajdowania się na polu jakiejś zabawy.

Pobyt na ambonie, spotkanie z jakimś furiatem w lesie, wyjście na pole, czołganie się w gęstwie młodnika sosnowego za kolejnymi kapeluszami. Następnie napad senności, położyłem się wśród drzew, ale w zaśnięciu skutecznie przeszkadzało mi zimno. Po jakimś czasie zerwałem się na dźwięk kroków jakiejś grzybiarki.

Od tej pory było już intensywniej - przy zamkniętych oczach "widziałem" szybko przybliżającą się ciemność, tudzież jakbym pędził wgłąb ciemności. Gdy szedłem z opuszczonymi powiekami, chód plątał mi się do stopnia stawiającego pod znakiem zapytania skuteczność dalszego marszu. Jeszcze leżąc miałem lekkie hipnagogi (obrazy pojawiają się jako mignięcia), z których wynikał wyraźny nakaz podążenia dokądś, gdzie możliwe będzie zaśnięcie. Było już ciemno, więc zrezygnowałem z prób rozpalenia ogniska i z lekkimi wątpliwościami, co do słuszności tego zamiaru (obiecałem sobie nie wylądować na płukaniu żołądka) podążyłem w stronę miasta. Widok pierwszego przechodnia był cokolwiek traumatyczny, ale jeszcze jako tako się trzymałem. Po drodze na przystanek parokrotnie upuściłem papieros (paliłem dużo i mechanicznie - nie czułem prawie tytoniu, ale pomagało się to skupić) - co miało się powtarzać aż do końca tripu.

Usiadłem na końcu prawie że pustego autobusu, nie mogłem skojarzyć ulic i od tej pory zacząłem doświadczać powtarzających się co chwilę sekundowych impulsów, które fizycznie objawiały się drgnięciem, a mentalnie - dziurami w świadomości, depersonalizacją, utratą samolokalizacji w czasie i przestrzeni. Do tego wpadłem w tok myślowy, który polegał na stopniowaniu słowa "jestem" - wyprowadzałem je od dowolnego orzeczenia i podnosiłem do kwadratu. W momencie gdy orzeczeniem stałem się ja sam, poczułem mrówki na mózgu, bo dopiero w pełni odczułem, co oznacza solipsystyczna idea bycia kimś przez samego siebie ustanowionym i wymyślonym. Krótko potem zagubiłem się całkowicie i ocknąłem się w autobusie stojącym na przystanku końcowym.

Wszystkie drzwi były zamknięte. Przeszedłem do kierowcy, a ten wypuścił mnie z jakimś brzydkim komentarzem. Okazało się, że przejechałem dwukrotnie całą
trasę empeka. Spróbowałem się więc jakoś skupić na tzw. rzeczywistości i po dłuższym czasie z trudem dotarłem do mieszkania. Tu impulsy objawiały się już szybkimi ruchami rękoma, tak że upuszczałem cokolwiek schwyciłem.

Gdy się położyłem, senność była już słabsza niż poprzednio, za to hipnagogi intensywniejsze. Tym razem reguły zabawy, w której byłem obiektem żartów amanit, polegały na przekazaniu mi feralności podwójnej trzynastki (przed wyprawą wyszedłem na empek o 13:13). Widziałem raz po raz spadającego w ciemności osobnika, który uderzał dłonią w określone punkty przestrzeni. Tych punktów było trzy i wszystkie znajdowały się na czarnej posadzce kuchni. Byłem tak kompletnie zaabsorbowany tą głupotą, że uznałem to za określony rytuał, który znajdzie dopełnienie tylko jeśli dopilnuję szczegółów i pozaznaczam te punkty trzynastokrotnie na podłodze. Czułem nawet pieczenie dłoni na skutek teoretycznego trzynastokrotnego upadku. Jednocześnie, choć połowicznie utożsamiałem się z tym, kto spadał, wiedziałem, że to zarazem ktoś inny, i że jeśli rytuał się dopełni, ten ktoś umrze. Im bardziej się na tym skupiałem, tym silniejsze robiły się mdłości, w wyniku czego puściłem dwa malownicze pawie przez balkon (po 4 h od zażycia). Potem już popadałem z powrotem w tzw. rzeczywistość i popadłem w rezygnację związaną z przeświadczeniem, że pomyliłem coś w rytuale. Wypiłem piwo, próbowałem coś poklikać (sprawne pisanie na klawiaturze było niewykonalne).
Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Summa sumarum, moim zdaniem nie ma sensu sięgać po większe dawki amanit bez odpowiedniego zewnętrznego i wewnętrznego przygotowania, w przeciwnym razie kończy się to ciekawym, ale głupawym delirium, a nie "mistyczną wyprawą na drugą stronę".

Ocena: 

Odpowiedzi

Świetny TR miło się czyta !

 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media