Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wśród obumierających drzew

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
6 mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Zimny i słoneczny, jesienny dzień. Puszcza Białowieska od strony Hajnówki, droga powrotna przez wspomnianą miejscowość, pokój na stancji.
Wiek:
23 lat
Doświadczenie:
DXM (limit 50 tripów dawno przekroczony), Salvia Divinorum (jedynie trzykrotnie), PCP (1x), metoksetamina (1x), BXM (1x), DOI (1x), DOB (1x w miksie z 25d-nbome), 2c-e (2-3x), 4-aco-dmt (3x), 4-ho-met (1x), 25d-nbome (1x), kodeina (często, setki razy), morfina (często), heroina (rzadko), buprenorfina (dosyć często), tramadol (parokrotnie), Sałata jadowita (jednorazowo), mj (parokrotnie), metkatynon (i.v. kilkadziesiąt razy), amfetamina (rzadko), MeO-B (jednokrotnie), benzydamina (parokrotnie), Amanita muscaria (5x), Baclofen (parokrotnie), Clonazepam (b. często), Alprazolam, Hydroksyzyna, Zolpidem, Zopiklon, speedball: metkatynon+buprenorfina.

wśród obumierających drzew

 

Na początku zarysuję ogólny kontekst i okoliczności. Ponad miesiąc przed opisanym poniżej doświadczeniem moja druga połowa popełniła samobójstwo, co doprowadziło moją psychikę do stanu żałosnej ruiny. Stąd np. przyjaciel powiedział mi, że „bałby się ze mną jeść grzyby”. Nigdy jednak nie miałem bad tripa po niczym poza deliriantami, stąd nie miałem większych obaw co do prawdopodobieństwa zaistnienia b.t. Przypuszczałem natomiast, że mogę zgubić się w Puszczy i nie zdołać wrócić przed zmierzchem. Zachowałem się przy tym cokolwiek nierozważnie, jako że po drodze w leśne ostępy odebrałem z poczty przesyłkę z metoksetaminą i chodź wiedziałem, że rozsądnie byłoby to schować do szuflady, zamiast latać z tym prochem w plecaku, z lenistwa i niecierpliwości pozwoliłem sobie na beztroskę w tej kwestii. Ponadto nie zaopatrzyłem się w należyty prowiant – wziąłem ze sobą jedynie wodę mineralną i słodką bułkę, tymczasem kartony przyjąłem na pusty żołądek, nie licząc wypitej po przebudzeniu, na po-klonazepamowo-alkoholowe zamroczenie, czarnej kawy i zielonej herbaty. Co do dawkowania... tak po prawdzie to nawet nie wiedziałem, jak dokładnie to wygląda – dysponowałem jedynie informacją, że kartony, które posiadam, są mocniejsze. Z uwagi na brak dyscypliny myślowej nie pofatygowałem się nawet doedukować w tej materii. Poprzednio miałem pojedynczy kontakt z tą substancją – 2 mg w połączeniu z DOB. Wiedziałem tylko tyle, że powinno być mocno i chciałem dać się porwać doświadczeniu.

Tak więc 3 kartoniki 25d-nbome (jak się potem dowiedziałem – po 2 mg każdy) umiejscowiłem na języku ok. 10 minut przed wkroczeniem do lasu, w południe. Na głównym szlaku prowadzącym wgłąb puszczańskich ostępów napotkałem na wracającą wycieczkę dzieci ze szkoły podstawowej. To zdarzenie dosyć znacząco zmodyfikowało mój zamysł, zamierzałem bowiem odwiedzić kilka miejsc, aby zobaczyć, co mi pokażą wspomnienia, tymczasem widok kilkunastu par dziecięcych oczu, o spojrzeniach skierowanych na mnie, stanowił wystarczającą motywację do tego, by od razu zejść prosto między drzewa, zamiast podążać szlakiem do któregoś z docelowych miejsc.

Kartony trzymałem w ustach przez min. pół godziny, ograniczając przy tym przełykanie śliny. W międzyczasie zastanawiałem się nad swoim nastawieniem do podróży i postanowiłem spróbować nie gubić się w myślach, a zamiast tego być w miarę możliwości maksymalnie otwartym na nowe doznania. Po upływie pół godziny zrobiło mi się słabo i usiadłem przy jakiejś kłodzie drewna. Połknąłem częściowo rozpuszczone już kartony i wypiłem kilka łyków wody. Czekałem na pierwsze efekty. Uczucie słabości stopniowo słabło. W tym momencie po raz pierwszy pożałowałem, że nie wziąłem na drogę piwa, ale nie było czasu ani sensu zanadto nad tym ubolewać, jako że wnet zaczął się trip.

Swego rodzaju miernikiem stopnia intensywności efektów tryptamin i fenyloetyloamin, jaki zazwyczaj stosuję, jest obserwowanie wewnętrznej strony własnej dłoni. W tamtym momencie efekty były już zauważalne, ale jeszcze umiarkowanie nasilone.

 Pierwsze wyraźniejsze odczucie działania substancji wiązało się z wrażeniem, że wszystko ożyło i oddycha, a to życie i ten oddech przepływają przeze mnie. Nie byłem już oddzielną częścią otoczenia, lecz jego wewnętrzną składową. Zatrzymałem się przy leszczynie i dmuchałem na listek, spostrzegając przy tym, jakby liść oddychał wraz ze mną. Nie miało to miejsca w przypadku opadłych liści. Po pewnym czasie ścieżka przecinała tory kolejki wąskotorowej. Przystanąłem w tym miejscu. Wpierw skonstatowałem, jak bardzo tory są powyginane w moich oczach, co mnie rozbawiło. Następnie patrząc wzdłuż torów dostrzegłem sunące ku mnie fale światła, cienia i energii. Nie myślałem już o tym, by zawracać się i próbować dotrzeć do któregoś z miejsc, odwiedzanych niegdyś wspólnie ze zmarłą dziewczyną. Zerknąłem na dłoń. Było już mocniej.

Podążyłem po torach w przeciwnym kierunku, tj. wgłąb Puszczy. Nie maszerowałem szybko, gdyż było to zwyczajnie niemożliwe, z racji obfitości bodźców zmysłowych, jak również z uwagi na pewną fizyczną ociężałość (trudno jest biec po rozkołysanym gruncie). Zresztą nie było po co się spieszyć. Co jakiś czas przystawałem i pozwalałem się ogarnąć otaczającym mnie widokom. Szedłem torami już około pół godziny, gdy dostrzegłem wyłaniającą się w oddali zza zakrętu lokomotywę. Przekląłem z uśmiechem na twarzy i zbiegłem po niewysokim nasypie w las, by schować się wśród drzew, jak dzikie zwierzę. Stamtąd obserwowałem przejeżdżający pojazd szynowy. Niewielka lokomotywa ciągnęła za sobą raptem kilka wagoników, całość była pomalowana na szaro-zielono, z czerwonymi obrzeżami. Jako student leśnictwa powinienem wiedzieć, co to w zasadzie jest, ale kompletnie mnie to nie obchodziło i czułem się tym rozbawiony. Zawsze czułem dystans do nazywania i klasyfikowania, a pod wpływem 25d-nbome to odczucie zabarwiło się radością i poczuciem wolności. Z oddali kolejka wąskotorowa wydawała mi się jakimś cyrkowym pojazdem – widmem – nie widziałem jej wyraźnie, lecz w sposób rozproszony, nieregularny, tu i ówdzie coś rozbłyskiwało, nie składając się bynajmniej na zwarty i jednoznaczny obraz. Nie zaprzątając sobie dalej tym głowy, zagłębiłem się w las.

Wkrótce potem kompletnie przestałem myśleć o kierunku dalszej włóczęgi, jako że efekty ciągle przybierały na mocy. I tu powoli ogarnął mnie najpiękniejszy etap doświadczenia – rozciągający się do trzech godzin od zażycia. Niespecjalnie zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie się zabłąkałem i nawet nie miałem czasu pomyśleć o tym, by próbować się zlokalizować w czasoprzestrzeni. Było to kompletnie zbędne, jako że wreszcie nie byłem jej oddzielnym punktem, ale częścią składową całości. Piękno otoczenia było zbyt absorbujące. W dodatku w głowie przewijała mi się obfitość przemyśleń, z wektorem ku coraz większej abstrakcyjności. Gdy jeszcze byłem na torach, zastanawiałem się nad rzeczami dosyć miałkimi, np. nad tym, czy doświadczeni psychonauci w myślach prowadzą jakiś notatnik tripa (perspektywa bycia cyborgiem i odpalenia aplikacji zapisującej myśli). Doszedłem do wniosku, że gdybym miał nawet znacznie bogatsze podłoże teoretyczne i praktyczne, to choć otwierałoby to szereg nowych płaszczyzn interpretacyjnych, wszystkie one miałyby charakter zewnętrzny względem czystości samego doświadczenia psychodelicznego jako takiego, nie przyćmionego zbędnymi teorematami. Ludzka – a w każdym razie moja - świadomość nie jest na tyle pojemna, by móc równolegle i równie uważnie postrzegać na kilku/nastu płaszczyznach, podczas gdy sama pierwotna, nieograniczona, czysta psychodela, jest właśnie tym, co jak mi się wydaje, powinno mieć pierwszeństwo w oczach psychonauty.

Następnie wydawało mi się, że wybiegałem myślami coraz głębiej i dalej. Pomijając już żarzące się we mnie zarodki absurdalnego śmiechu, każda pomyślana pierdółka miała potencjał do zrodzenia nowej filozofii. Nie podążałem jednak tym kierunkiem, bo co chwila urzekał mnie kolejny widok, i jak obłąkany zapalczywie przyglądałem się wysepkom mchów i starym pniom, widząc w nich autonomiczne baśniowe królestwa i czort wie co jeszcze. Błądziłem w kółko jak obłąkany, nie troszcząc się o nic, poza wytężaniem percepcji, aby złowić jak najwięcej z promieniującej zewsząd magii.

Byłem co prawda w kniei, ale czułem się trochę, jakbym przebywał w oceanie zieleni. Falowy oddech otoczenia przepływał przeze mnie i unosił. Kołysałem się wraz ze wszystkim, choć pozostawałem nieruchomy. W pewnym momencie popatrzyłem na ściółkę i poczułem nieopisaną radość na myśl o tym, że w końcu świat ruszył z posad, grunt nie jest nieruchomy, nic nie jest ustalone i skostniałe, lecz dokładnie na odwrót, wszystko płynęło, a sama intensywność barw była banałem wobec stężenia bezpośrednio odczuwanej energii.  

Nie potrafię zachować tu ścisłej chronologii, przywołam natomiast dwa wyraźniej odcinające się w pamięci momenty. Najpierw ten błahy i humorystyczny. Otóż położyłem się z głową na plecaku, aby trochę ochłonąć, przytłoczony obfitością. Poprzez korony drzew patrzyłem w niebo, a wtem usłyszałem jak ktoś nieopodal przejeżdża na rowerze. Wyobraziłem sobie następującą scenkę:

- Co pan tu robi?

- Szukam duchów mych indoeuropejskich przodków. <5/6 tęczówek zagarnięte przez źrenice, wyciąga nóż>

Na przeciwnym biegunie znajduje się bodaj najbardziej istotny dla mnie moment tripa. Znajdowałem się na jakimś pochyłym, ciemnym obszarze, a całe podłoże zdawało się elektryzować. Jednocześnie w sposób kompletnie naturalny naszła mnie refleksja „egzystencjalna”, odzwierciedlana w jakiś zadziwiający sposób poprzez elektryzowanie i pochyłość gruntu. Spojrzałem w dół, w cienisty zaułek i zapytałem sam siebie, co zrobię z tzw. swoim życiem; czy będę próbował odbudować tożsamość, zapomnieć o stracie i zadomowić się w codzienności (zerknięcie w górę), czy też będę drążył i obracał nożem myśli w tkwiącej w moim rdzeniu ranie, która powstała wraz z samobójstwem mojej połowicy. Odpowiedź przyszła natychmiastowo, bez zastanowienia. Wiedziałem, że nie zejdę z dawna obranej ścieżki, na której kierunek wytycza poszukiwanie poznania i Jaźni, a nie troska o psychiczną bezbolesność. Zmarła nigdy nie przestanie być częścią mojej tożsamości. Jeśli to ma prowadzić do odnalezienia Jej po drugiej stronie – niech będzie.

Peak przemknął jakoś niespostrzeżenie, w okolicach momentu, gdy niechcący wydostałem się na jakiś szlak. Od tego momentu trip zdecydowanie stracił na sile i jakości. Długo jeszcze błąkałem się, co chwila zbaczając ze ścieżki, wciąż odczuwając wszystko jako nadnaturalnie urokliwe. Dopiero wtedy zacząłem jak głupi robić telefonem zdjęcia, choć wiedziałem, że to, co widzę, nie zostanie na nich zapisane. Około godziny 16-tej poczułem narastające wyczerpanie. Trudno określić ile w tym było z bodyloadu, a ile z mojego żałosnego stanu zdrowia i żenującej kondycji, a raczej jej braku (znaczna niedowaga + nie wyleczone od 3 tygodni przeziębienie). Zrobiło się jeszcze bardziej licho, gdy zacząłem słyszeć samochody przejeżdżające szosą Hajnówka – Białowieża.

Wciąż nawet widok ziemi na ścieżce docierał do mnie ze zwielokrotnioną siłą. Zahipnotyzował mnie widok pnia żywego dębu. Kora mieniła się odcieniami szarości i czerwieni. Oparłem czoło o pień i wtedy usłyszałem w głowie pewien wotanistyczny, runiczny zaśpiew, znany mi ze współczesnego wykonania, a zarazem przy zamkniętych oczach ujrzałem coś trudnego do opisania, co pozostawało jednak w zupełnej zgodzie z niemą pieśnią. 

 Po pewnym czasie znalazłem jedno z wielu miejsc, które zamierzałem odwiedzić, jako że w zamyśle trip miał być połączony z ewokowaniem wspomnień związanych ze wspólnymi wędrówkami po tej okolicy wraz z dziewczyną, ubiegłego lata. Jednak gdy znalazłem się na miejscu, gdzie wspólnie piliśmy, leżeliśmy w cieniu, odganialiśmy się od komarów, siła wspomnień nie była bynajmniej dopalona działaniem kartonów. Wydawały się martwe, odległe i niedostępne, choć wciąż tak mi drogie. Zlokalizowałem nawet miejsce, gdzie Ją przeniosłem i położyłem, pod dębami, ale czułem głównie pustkę i wyczerpanie.

Powrót zajął mi godzinę do półtorej i był cholernie trudny i nużący. Gdy w końcu wkroczyłem na ulice, starałem się omijać „pułapki”, ale trudno mi było powstrzymać się od przypatrywania się czemuś, czemu normalny przechodzień się nie przypatruje, tudzież powstrzymania się od śmiechu i konsternacji, zwłaszcza na widok niektórych kobiet i dzieci. W końcu doczłapałem się do swojego pokoju i padłem na pryczę. W praktyce wciąż byłem porobiony, ale po nadludzkim postrzeganiu nadeszło nadludzkie zmęczenie. Widok ekranu, na którym wszystko falowało, wzbudzał we mnie obrzydzenie i rozczarowanie faktem zbyt rychłego powrotu. Ledwo jednak miałem siłę się ruszać. Zapuściłem „Haunting Waves, Moving Graves” Current 93 i przeleżałem z drobnymi przerwami dobre dwie i pół godziny.

Po podróży busem do rodzinnej chałupy, na próżno pukałem do bram snu. Wciąż czułem posmak kartonów, a ponadto ucisk i lekki ból w okolicach serca. Dopiero 3 piwa, 2 mg clonazepamu i 10 mg hydroksyzyny umożliwiły mi zaśnięcie – ok. 3 w nocy. W międzyczasie zdążyłem zwątpić w „terapeutyczną” wartość doświadczenia, choć jego (bliżej niezdefiniowana, bo siłą rzeczy utkana z Tajemnicy) wartość pozostaje w moim odczuciu znacząca, ba – niepodważalna.

Ocena: 

Odpowiedzi

Dobry TR ;)

Fan mocnych wrażeń, z życiem tragicznym.

Wstęp do tripa jak u Hitchcocka - jest trzęsienie ziemii. Gratuluję wrażliwego języka i niebanalnej analizy, a do tego, a może przede wszystkim, siłą rzeczy nabytego hartu ducha.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media