Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

rzecz o benzydaminie

detale

Apteka:

raporty unknown

rzecz o benzydaminie



Substancja: chlorowodorek benzydaminy 1 gram - 2 saszetki Tantum Rosa


Doświadczenie: thc, pseudoefedryna, aviomarin, gałka, dxm, salvia, kodeina, tramadol, etanol




przygotowania




Moje zainteresowanie benzydaminą wypłynęło stosunkowo niedawno. Na początku miałem opory co do kupna tego środka, ze względu na dosyć specyficzne domyślne jego przeznaczenie. Obawiałem się, że młody osobnik płci męskiej proszący o preparat do płukania pochwy, może zbytnio zwrócić na siebie uwagę w aptece, lub nawet wzbudzić jakieś podejrzenia u pani mgr farmacji. Raz się żyje. Pewnego dnia się przełamałem, poszedłem do apteki, zakupiłem bez najmniejszych problemów dwie saszetki i poszedłem dokonać ekstrakcji zgodnie z przepisem z hyp'a. Używałem filtra do kawy. Niestety coś nie wyszło i po wysuszeniu, białego proszku zebrałem bardzo mało. Po jego połknięciu efekty były znikome, możliwe nawet że placebo. Jednym słowem porażka. Po ok. dwóch tygodniach, przechodziwszy koło apteki, naszło mnie żeby znowu spróbować z benzo. Tak się ciekawie składało, że akurat nikogo nie było w domu i być nie miało przez następnych kilka dni. Po nieprzyjemnych doświadczeniach z poprzednią ekstrakcją, przygotowałem szklankę ciepłej wody, wsypałem do niej zawartość jednej saszetki i dokładnie wymieszałem. Postanowiłem wypić całość duszkiem. Napój na zapicie stał obok. Ostro przechyliłem szklankę i wypiłem za jednym zamachem ok. połowę. Nie spodziewałem się, że to może być aż tak obrzydliwe. Nawet zapicie tego niewiele daje. Nie dość że ciepłe, słone, to jeszcze benzydaminka piecze w język. Z trudem wyzerowałem to co zostało. Ledwo powstrzymywałem bełtanie. Poczułem w ustach smak niedawno jedzonego jogurtu który, in plus, troche zmniejszył pieczenie języka. Stwierdziłem, że teraz to żadna siła mnie nie zmusi do zaaplikowania w ten sposób drugiej saszetki. Postanowiłem ekstrahować. Tym razem chciałem to trochę inaczej przeprowadzić. Złożoną chusteczką higieniczną wymościłem wnętrze małego metalowego lejka. Przelałem przez niego zawartość drugiej szklanki. Chusteczkę wyjąłem, zwinąłem w kulkę i po wstępnym rozgryzieniu połknąłem. Spojrzałem na zegar - za moment 19-ta. Z uczuciem niewyobrażalnego niesmaku w jamie ustnej, pozostało mi tylko czekać.




ładowanie




Jako że nie czułem się w stanie robić cokolwiek kostruktywnego, włączyłam sobie TV. Akurat zaczynała się na dwójce jakaś komedia. Siedzę wygodnie na fotelu, wpatruję się w szklany ekran i czuje, że coś dziwnego się dzieje z moimi wargami. Zachowują się tak jak po znieczuleniu u dentysty - jakby opuchnięte i bez czucia. Nie przeszkadza mi to jednak i w spokoju oglądam. Film był spoko i czas dosyć przyjemnie płynął. W pewnym momencie poczułem, że coś się dzieje. Na całym ciele występowało przyjemne mrowienie. Uczucie lekkiej euforii. Ogólnie super - jak po tramalu. Było to prawie godzinę po spożyciu. Jako że film był OK, chciałem go obejrzeć do końca. Co ciekawe, trzeźwość mojego umysłu wydawała się być całkowicie w normie. Bez problemu śledziłem poczynania bohaterów filmu i muszę przyznać, że czułem jakbym bardziej niż zazwyczaj przeżywał to co się dzieje na ekranie - tak jakby nic poza nim nie istniało. Po zakończeniu, wstałem z fotela i szok. Mrowienie i euforia jeszcze intensywniejsze niż przedtem, poruszałem się z pewnymi problemami. Przypomniełam sobie, że powinienem wyjść z psem na spacer. Idąc pobliską ulicą czułem się jak pijak. Może nawet gorzej, bo pijak zazwyczaj nie wie że się zatacza, a ja miałem tego pełną świadomość. Pospiesznie wróciłem do domu.




różne próby zmysłów stymulowania




Zasiadłem przed kompem. W pokoju było ciemno. Jedynym źródłem światła był monitor, świecący w tamtym momencie na biało, z powodu tła tegoż koloru na portalu onet.pl. Miałem problemy z wyczuciem odległości. Palce nie trafiały w te klawisze co trzeba. Napisawszy coś na klawiaturze, sięgnąłem prawą ręką po myszkę i zamarłem ze zdziwienia. Wydawało mi się, że za ruszającą się ręką, ciągnie się coś w rodzaju dymu. Poruszyłem ręką ponownie. Efekt ten sam. Zacząłem robić koliste ruchy obydwoma rękami. Wrażenia się nasiły. Przyglądając się dokładniej temu zjawisku, zobaczyłem że nie był to jednak dym, tylko coś przezroczystego, o kształcie ręki, wykonujące ten sam ruch co i ja wykonałem uprzednio, zlewając się ostatecznie z moją ręką. Skoro było to przezroczyste, to jak to zobaczyłem? Otóż nie jest to idealnie przezroczyste. Wygląda to trochę tak jak rozgrzane powietrze nad jakimś źródłem gorąca. Też niby przezroczyste, jednak obraz wydaje się lekko zamazany i drgający. Coś w stylu invisibility mode w Unreal Tournament. Niby koleś jest przezroczysty, a jednak możesz go zobaczyć. Ten efekt towarzyszył mi przez cały trip i chyba jest najciekawszym aspektem benzydaminy. Wygląda to tak realnie i tak fantastycznie, że mogłem stać przez długi czas na środku pokoju, machając jak debil kończynami. Próbowałem też robić to w różnych pomieszczeniach, przy różnych warunkach oświetleniowych i wnioski moje są takie, że potrzebne jest, po pierwsze, silne światło, najlepiej białe, i jakieś stosunkowo ciemne podłoże, oświetlane przez nasze źródło światła. Machamy na tle tego podłoża, starając się wodzić wzrokiem za przesuwającą się przed oczyma ręką. Skuteczność 100%. Równolegle zaczęły się pojawiać inne ciekawe efekty wizualne. Większość działa się na obrzeżach pola widzenia. Zdawało się, że coś się obok mnie poruszyło, lub że przeleciał jakiś duży owad. Momentami było też widać jakieś pstrokate kolorowe, bliżej nieokreślone kształy. Można się było bez problemu przyzwyczaić. Wszystko to wyglądało jak artefakty na obrazie generowanym przez kartę graficzną o zbyt mocno podkręconych pamięciach.




pierwsze niepokojące objawy




Minęła dziewiąta. Została jeszcze godzina do ciszy nocnej. Postanowiłem sprawdzić jak mi się będzie grało na gitarce. Podłączyłem się do wzmaka, włączyłem przester. Podczas wymiatania na gryfie, fajnie było obserwować "invisible man'a" grającego to samo, tylko z lekkim opóźnieniem. Co do grania, to bez rewelacji. Dosyć często się myliłem, dźwięk jakoś nie był taki jak być powinien. Zrobił mi się chaos w głowie i nagle zza ściany dźwięków usłyszałem ujadanie mojego psa. Co się dzieje, czyżby ktoś próbował się dostać do domu? Wyszedłem na korytarz. Pies spokojnie leży, więc napewno jest wszystko oki. Wracam do grania i słyszę także inne dźwięki takie jak dzwonek telefonu, jakieś krzyki. Potem znowu zdawało mi się że pies szczeka. Umysł był wg mnie trzeźwy i próbowałem sobie racjonalnie wytłumaczyć, że to są tylko omamy wywołane przez benzo. Jednak zawsze dochodziłem do wniosku, że nie zaszkodzi się upewnić i wychodziłem w sumie chyba pięć razy na korytarz. lol. Czułem się troche jak debil, jednak nie dawało mi to po prostu spokoju i nie mogłem tego nie sprawdzić. Po którymś z rzędu wyjściu, stwierdziłem że takie granie nie ma sensu i wyłączyłem sprzęcior. Podszedłem do lustra. Źrenice mocno rozszerzone, bardziej niż po ziole. Pomyślałem, że spróbuje posłuchać muzyki leżąc na kanapie. Słucham różnej muzy, głównie cięższej, jednak tej nocy metal zupełnie nie podchodził, postanowiłem posłuchać czegoś spokojniejszego. Wybór padł na "Strange Days" Doors'ów. Płytka ta już po pierwszych kilku taktach wywołała wspomnienia związane z pewnym epizodem w moim życiu i osobą z nim związaną. Wtedy pierwszy raz słuchałem Doors'ów, więc może dlatego sobie przypomniałem te rzeczy. Generalnie zaczęło się robić coraz gorzej. Wpadłem w dziwny nostalgiczno-melancholijno-depresyjny nastrój i dół zaczął się robić coraz głębszy. Zacząłem rozmyślać nad sensem życia, dochodząc do wniosku, że życie jest pasmem cierpienia, które i tak kończy się śmiercią. Po co więc żyć. Myśląc o śmierci, uświadomiłem sobie, że przeżywszy już dziewiętnaście wiosen, nie miałem z nią nigdy do czynienia. Wszyscy którzy są mi znani, ludzie z którymi rozmawiałem, których widywałem, z którymi miałem jakiś kontakt emocjonalny - wszyscy (na szczęście) żyją. Jako dzieciak, byłem chyba na trzech pogrzebach, jednak zawsze były to osoby z dalekiej rodziny, których nawet zbytnio nie kojarzyłem. Zero emocji. Nie pozwolono mi (i tak bym nie chciał) być na ekspozycji nieboszczyków, tak więc nigdy na żywo nie widziałem martwego człowieka. Trochę bluźnierczo zadałem sobie pytanie, kto będzie pierwszą taką osobą, którą przyjdzie mi zobaczyć. Natychmiast tego pożałowałem. Ujrzałem bardzo realistyczny obraz otwartej trumny i twarzy bardzo bliskiej mi osoby, osoby z którą zawsze miałem bardzo dobry kontakt i dobrze się rozumieliśmy. Jej usta, normalnie uśmiechnięte, przybrały srogi wyraz. Zamknięte oczy. To nie jest ten sam człowiek. Poczułem chłód. Zerwałem się przerażony z kanapy i starałem się myśleć o czymś innym. Nie było to jednak łatwe. Złapałem straszną schizę. Słyszałem jakisś trzaski i zdawało mi się że ktoś jest w domu, tuż za moimi plecami. W ciemnych kątach coś się czaiło. Strasznie załamany i zestresowany, wpadłem jednak na pewien pomysł.




chwile zapomnienia




Przypomniało mi się, jak w czasie ładowania benzo, wczułem się w film i zapomniałem o wszystkim. Postaniowiłem powtórzyć ten manewr. Wybór padł na Neverending Story, którego nigdy nie oglądałem, jednak uznałem, że jako film dla młodszej widowni, nie powinien być dołujący. I miałem racje. Był cudowny. Udało mi się całkowicie utożsamić z głównym bohaterem. Film miał bardzo pozytywne i podnoszące na duchu przesłanie i jednocześnie był całkiem psychodeliczny. Latajacy pies-smok, kamienny olbrzym, dużo pokręconych motywów. Ciekawe jak by się go oglądało po innych dragach. Najważniejsze było jednak to, że dół całkowicie znikł i we wspaniałym nastroju poddałem się wielce pasjonującemu przemieszczaniu rąk i obserwacji ducha. Następnie złapałem śmieszną schizę. Cały czas mi się zdawało że w jakiś sposób nie zabezpieczłem domu na noc. Po kilka razy biegałem sprawdzić czy zamknąłem drzwi, czy okna są wszędzie zamknięte, byłem nawet w piwnicy - sam nie wiem po co. Była 2:30. Postanowiłem iść spać. Po ponad godzinnym wierceniu się w wyrze, doszedłem do wniosku, że ze spania nici. Nie byłem ani trochę śpiący. Włączyłem kolejny film, tym razem "School Of Rock". Również wcześniej go nie oglądałem. Może nie był jakiś wybitny, jednak mógł się wydać interesującym komuś kto gra na czymś i zna klasykę rock'a. Miło spędziłem dwie godzinki. Zrobiło się jasno. Już prawie szósta!! Poszedłem spać, jednak nadal miałem problemy z zaśnięciem. W końcu udało się, jednak co jakiś czas się budziłem. Co za noc.




wygaszenie




Obudziłem się tak definitywnie o 10-tej, czyli w najlepszym wypadku spałem 4 godziny. Czułem się paskudnie. Mocno odwodniony, jak na kacu, głowa boli i dosyć mocno boli brzuch. Bardzo zmęczony, ledwie się ruszałem. Zatrucie i tyle. Pomachałęm rękami - zero efektu, źrenice też w normie. Spacer z psem okazał się być torturą. Najlepiej się czułem na fotelu. Zacząłem pić dużo płynów i po kilku godzinach poczułem się sporo lepiej. Pozostał tylko subtelny ból na lewo od pępka, jednak i jego intenswność z czasem malała. Po 20-tej czułem się już całkowicie dobrze. Postanowiłem napisać tego trip-reporta póki wciąż wszystko dobrze pamiętam. Odpalam note-pada (białe tło), w pokoju ciemno. W sumie to już tylko dla zabawy sobie pomachałem ręką. Ku mojemu zdziwineniu invisible man, może nie tak intensywny jak dzień wcześniej, jednak widoczny i prawdziwy podążył za moją ręką. To już nie było przyjemne. Przecież ten trip się skończył. Rano przecież nic nie było - dokładnie to sprawdziłem. Podbiegam do lustra, źrenice wielkie. CO SIĘ DZIEJE???!!! czy to dalszy ciąg tego samego tripu, czy też flashback??? Zobaczymy co będzie jutro i jak minie noc. Ale się rozpisałem. Jest pierwsza i już czas kończyc. Jutro poprawię błędy i wyślę. Benzydamina to potężny drag. Takich efektów jeszcze nigdy nie miałem, tak samo nic innego nie spowodowało u mnie takiego bad-tripa. Jednak invisible man był genialny - w sumie to jeszcze jest (mam jednak nadzieję, że jutro go nie będzie) i chociażby dla niego warto poznac benzo. Coś mi się zdaje że ta substancja nie jest zbyt przyjazna dla żołądka i innych organów wewn. Takiego zjazdu w życiu nie miałem i brzusio nadal pobolewa. Tak samo smak podczas zapodania jest przeobrzydliwy. Nie zamierzam więcej razy tego próbować. W sumie jest więcej minusów niż plusów. Chociaż może kiedyś, w jakimś wesołym gronie...

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media