Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

podróż w czasie (pierwszy trip)

detale

Natura:

raporty unknown

podróż w czasie (pierwszy trip)

Subst: LSA (LA-111) - Ipomoea tricolor



Dawka: 170 nasion





Kupiliśmy z kumplem w sklepie 17 paczek nasion Ipomoei. Na następny dzień mieliśmy odbyć psychedeliczną podróż. Dwa dni wcześniej sprawdziłem na sobie dawkę - 80 nasion. Miałem lekkie efekty, ale ważniejsze było to, że nasiona okazały się nietoksyczne tj. bez fungicydów, herbicydów, insektycydow i innych chemikaliów, którymi zwykle pokrywane są nasiona przez producentów. To bardzo ważne - sprawdzić w jakiś sposób, czy nasiona nie są zatrute.



Niedziela, 31 marca 2002 roku.



Godzina 11:45 - przychodzi do mnie kumpel. Trzeba było przygotować nasionka do spożycia. Otworzyłem wszystkie opakowania (po 20 sztuk w każdym). Rozdzieliłem wszystkie nasiona na dwie jednakowe kupki, po 170 nasion w każdej. Była to dawka, wywołująca prawdopodobnie efekty takie same, jak średnia dawka LSD. Każdą kupkę rozdrobniłem do postaci biało-żółtego proszku o jednolitej konsystencji. Dwie jednakowe dawki Ipomoei zostały wsypane do szklanek i zalane wodą.



12:15 - wypiliśmy zawartość szklanek. Wypiłem wszystko, kumpel zaś nie dał rady i zostawił trochę osadu na dnie, potem jeszcze raz próbował to dopić, ale nie dał rady. Napój był raczej bez smaku, a zapachem przypominał jakąś przyprawę. Wiedziałem, że przez to, że nasiona są surowe można mieć nudności i skłonność do wymiotów, ból żołądka. Nie każdy w stanie jest strawić surowe nasiona. Te objawy raczej stopniowo znikają, kiedy LSA (LA-111)- aktywny alkaloid Ipomoei zaczyna działać. Musieliśmy więc poczekać przez około godzinę, zanim rozpocznie się jazda.



Przeszliśmy do pokoju i włączyliśmy telewizor, żeby jakoś zabić czas. Po około 15 minutach poczuliśmy się trochę nieprzyjemnie. Ciało zrobiło się ciężkie, nieprzyjemne uczucie w żołądku przerastało w nawroty nudności, jednak nie brała w tym udziału przepona, jedynie gardło i przełyk. Trzeba się było czymś zająć, aby odwrócić uwagę rozumu od nieprzyjemnych objawów. Wzięliśmy książkę o LSD i zaczęliśmy po kolei czytać ją na głos, starając się nie myśleć o wymiotach. Nasz stan przypomninał lekkie otrucie spożywcze. Kiedy czekaliśmy czas się dłużył, jak to zwykle bywa. Starałem się nie ruszać, aby nie spowodować wymiotów. Kumpel żałował, że nie mamy trawki. Z jednej strony dobrze by było - jest to zarówno silny środek przeciwwymiotny, jak i narkotyk psychedeliczny, poza tym mógł by zintensyfikować tripa.



O godzine 13:15 poczułem się nagle źle i omal nie zwymiotowałem, ale kumpel przekonał mnie że muszę to wytrzymać, bo on nie chce mieć jazdy sam. Zaraz po tym ataku nudności nagle przeszły na drugi plan; poczułem się dziwnie pobudzony i podstymulowany. Podziałało... Czułem dziwne podniecenie. Zerwałem się z miejsca i poruszałem rękoma. Chciało mi się ruszać, bo ruchy były zaskakująco lekkie i płynne. Mój kumpel nadal był w stanie otrucia, ale mówił, że przy tym czuje się dziwnie, ja zaś już byłem na LSA, jednak efekty dopiero wchodziły. Czułem się lekko pijany, jak po lufie słabej trawki. Minęło jeszcze około 20 minut. Miałem uczucie nierealności tego, co się z nami dzieje, świat który nas otaczał przestawał być rzeczywistością. Te efekty troche przypominały ganje. Kumpel powiedział, że też czuje się dziwnie. Podróż się zaczęła.



Wyłączyliśmy telewizor i włączyliśmy Pink Floyda z kasety audio. Czułem się już jak po pożądnie ściągniętym bachu trawy. Zrobiłem muzykę troche głośniej i usiadłem na kanapie obok kumpla. Odbierałem muzykę zupełnie inaczej niż zwykle, czułem ją. Czułem i wiedziałem, że w jakiś sposób zmienia ona rzeczywistość, choć nie mogłem skonkretyzować w jaki. Rzeczywistość zrobiła się jakaś dziwna. Nagle zrozumiałem, że często zatrzymuję wzrok na jednym punkcie, po prostu podoba się mi wpatrywać w różne przedmioty. Tak jakbym dostrzegał i odbierał coś więcej niż tylko obraz. Powiedziałem kumplowi, że nie czuję źródła muzyki, lecz mam wrażenie, że jest ona wszędzie i pojawia się bezpośrednio w moich uszach, w mojej głowie. To było piękne i dziwne uczucie. Było w nim coś wspaniałego i mistycznego. Nie tylko słyszałem muzykę, lecz odczuwałem ją emocjonalnie, była wszędzie, a ja byłem w jej świecie. Zaczęliśmy jeść suche ciasteczka, aby zająć czymś żołądek. Czułem się jak na ganji. Czułem każdy okruszek, czułem jak opada on na ziemię. Miałem nagle dziwne skojarzenie,- jak przeżuwałem ciasteczko,- że jestem podobny do jakiegoś goblina z książki phantasy, jedzącego swoją zdobycz. Wydawało mi się, że żułem wolniej niż normalnie. Jedliśmy jescze jakieś słodycze, ale to nie było tak jak po trawce, że chce się cały czas jeść.



Popatrzyłem się na półkę z książkami naprzeciw. Zauważyłem, że mój kąt widzenia się rozszerzył i mam skupioną uwagę wzrokową na znacznie większym obszarze niż normalnie. Miałem rozszerzony zmysł wzrokowy. Patrzyłem się na półkę z książkami. Podobało mi się wpatrywać w jeden punkt i podziwiać własne rozszerzone zmysły. Między mną a biblioteczką stały skrzynki. Nagle spostrzegłem, że nie ma ich tam, a ja niewyraźnie widzę ścianę za nimi. W rzeczywistości nie była to ściana za skrzynkami, lecz powtórzenie tekstury półki z książkami, które zasłonilo w mojej świadomości oryginalny obraz. Nie wiem jak to inaczej opisać. Rozluźniłem się mentalnie i znowu wszystko było normalne. Byłem podniecony.



- Miałem haluna, - powiedziałem do kumpla.


- Po prostu czuję się dziwnie - powiedział.


- Czujesz, że wszystko co nas otacza jest nierealne?


- No niby nie, ale rzeczywistość za oknem mnie w ogóle nie obchodzi.







Właściwie rozumiałem o czym on mówi - to był ten marihuanowy stan, kiedy jedyne o czym myślisz to jest twoje otoczenie, a wszystko co jest poza nim ciebie nie interesuje. Siedzieliśmy i słuchaliśmy muzyki. Kumpel czasami trząsł nogą, ale miał na to wpływ, choć mówił, że powtarzające się ruchy mu się podobają. Pomyślałem, że to może być objaw innych alkaloidów aktywnych z nasion. Sluchaliśmy muzyki Pink Floyda i gadaliśmy o wszystkim. Głównie o muzyce - kumpel jako fan rocka coś mi opowiadał o grupie Pink Floyd. Czułem, że nudności już minęły. Zauważyliśmy, że mamy rozszerzone żrenice, ale było to dla nas obojętne, choć nasze oczy wyglądały jak oczy kotów w ciemnym pomieszczeniu. Czuliśmy się dobrze. Zapaliłem papierosa i zacząlem robić kółka z dymu. Dym był bardzo dziwny. Jego barwy były bardzo nasycone, a kształt pozostawał stały dlużej niż zwykle. Kółka z dymu robiły wrażenie - nie wyglądały wcale jak dym, lecz jako coś z grafiki komputerowej. W pewnym monmencie wypuściłem czyste powietrze z płuc, a kumpel powiedział, że widzi tam kółko i jeszcze pokazywał palcem na puste miejsce w powietrzu. Zrozumiałem, że się zaczęło. Zauważyłem, że on też się czasami wpatruje w jeden punkt. Pomyślałem, że już na pewno jesteśmy na LSA. Wpatrywałem się w różne rzeczy dokoła, słuchałem muzyki i chłonąłem świat wszystkimi zmysłami. Zaczęło mi się zdawać, że krawędzi przedmiotów wokół się leciutko poruszają. Popatrzyłem się na kredens z naturalnego drewna. Na jego drzwiczkach są fajne wzory - spostrzegłem, że się zmieniają płynnie. Zauważyłem też, że o wiele lepiej postrzegam barwy. Zobaczyłem nagle swoje otoczenie jak na obrazie impresjonistycznym - troche rozmazane i bardzo uczuciowe. W tle cały czas grała muzyka. Byłem wyluzowany i totalnie wyrelaksowany. Najdziwniejsze było to, że miałem trzeźwy umysł. Mimo wszystkich dziwnych efektów nie czułem się odurzony jak zwykle bywa po trawce. Na odwrót mój umysł był bardzo jasny i czysty. Myśli płynęły, a raczej leciały bardzo szybko. Nie miałem żadnych zaburzeń motorycznych (ruchowych). Wszystko było normalne poza światem w którym byłem i poza tym, co się w moim mózgu działo.



Mniej więcej w tym momencie skończyła się kaseta. Popatrzyliśmy się na siebie.



- Jak się czujesz? Minęły ci nudności?- spytałem.


- Tak, ale moge je wywołać. Czuje własny żołądek.


- Nic podobnego nie czuje. Weź przynieś "The dark side of the Moon".







Kumpel poszedł po kasetę, którą miał w plecaku. Wyszedłem do kuchni. Zobaczyłem tam 17 otwartych opakowań Ipomoei i nagle wróciłem tak jakby do rzeczywistości. W kuchni było jaśniej i znacznie bardziej realistycznie. Na widok tych opakowań po nasionach i myśl, że mam je w żołądku, omal się nie porzygałem. Dopiero teraz przypomniało mi się, że przecież wzieliśmy nasiona. Wróciłem do pokoju i od razu straciłem to poczucie prawdziwej rzeczywistości sprzed kilku sekund.



Włączyliśmy kasetę. Słuchaliśmy jednego z najlepszych albumów Pink Floyda - "The dark side of the Moon". Muzyka była naprawdę psychedeliczna. Kumpel słusznie powiedział: "Nie wiem, jaki trance może zastąpić roka psychedelicznego!". Były to przepiękne i jak najbardziej wpływające na myśli, rozum i uczucia kombinacje muzyki i innych dźwieków. Szczególnie silne działanie miały glosy, zapisane "od tyłu" i zniekształcone oraz rytmiczne. Popatrzyłem się na szafkę z kasetami wideo i zobaczyłem kolorowe linie obrysowujące krawędzie przedmiotów. Powiedziałem o tym koledze i zrobiłem gest ręką pokazując co mam na myśli.



- O kurcze ! Jak mówiłeś, że widzisz linię i poruszałeś ręką, to je zobaczyłem. - powiedział kumpel.


- Miałem na myśli linie wokół krawędzi szafki z kasetami.


- Teraz też je widze.







Jazda się zaczęła. Wiedzieliśmy o tym. Czas wchodzenia minął i rozpoczęły się najsilniejsze efekty. Przestaliśmy gadać, i każdy z nas zagłębił się w swoich myślach, uczuciach i wizjach. Jak muzyka grała zamknąłem oczy i zagłębiłem się we własnej podświadomości. Widziałem nadal pokój, w którym byłem, ale nieco zniekształcony. Szedłem po świecie własnych marzeń i fantazji. Odnalazłem swoją własną rzeczywistość. Myśli i marzenia leciały przez moją głowę z kosmiczną szybkością. Otworzyłem oczy. Wszystko się w nim poruszalo i falowalo, chyba w rytm muzyki, która grała. Wystarczyło zacząć ogłądać jakiś przedmiot przez dłuższy czas, jak zaczynał stawać się płynny. Wzrokiem bocznym obserwowałem dziwne iluzje np. widziałem przedmioty, ktorych nie było w rzeczywistości, lub na odwrót, te - które były - znikały lub zmieniały się płynnie w coś innego. Zamknąłem oczy. Muzyka przez cały czas otaczała mnie. Była dla mnie rzeczywistością, a nie tylko nagraniem. Rozumiałem tak jakby jej przesłanie. Kierowała moimi myślami i uczuciami. Zobaczyłem kolorowe plamy, które stały się stopniowo bardziej zorganoizowanymi kształtami i poruszały sie, pojawiały i znikały, płynnie zmieniały swoje barwy zgodnie z muzyką. Widziałem muzykę. Widziałem dźwięk. Był taki piękny, ponieważ mogłem go słyszeć i obserwować jednocześnie. Doznałem zjawiska synestezji - zlewania się zmysłów. Otworzyłem znowu oczy. Byłem gdzie indziej, byłem w muzyce. To było jedyne co dla mnie istniało. Wszystko wokół mnie się porzuszalo i zmieniało, jak grala muzyka. W ogóle nie byłem w rzeczywistości. Odleciałem gdzieś lub zagłębiłem się w sobie niesiony przez muzykę. Dziwne było to, że cały czas zdawałem sobie sprawę, że to jest wpływ narkotyku, ale nie miałem żadnego wpływu na to, co chce zobaczyc - po prostu narkotyk mnie "prowadził". W pewnym momencie jak zamykałem oczy, nadal widziałem swoje otoczenie, lecz troche zmienione i w innych barwach. Byłem przez ten czas faktycznie w swoim, tylko swoim świecie inspirowanym przez muzykę, która docierała do najgłębszych zakątków mojej psychiki. To jedno z najpiękniejszych doznań w moim życiu.



Popatrzyłem się na kumpla. Słuchał z zasłoniętą rękoma twarzą. Wszystko wokół porzuszało się, było płynne i zmienne. To był inny psychedeliczny świat, owoc mojej wyobraźni, choć w dalszym ciągu rozumiałem, że tak naprawdę jestem w tym samym pokoju. Wiedziąłem, że te refleksje nie są rzeczywiste, ale jednocześnie nie było nic naprawdę rzeczywistego. Nie było świata realnego, był tylko nierealny, a jednocześnie miałem jasny rozum i pełną świadomość.



- Nieźle, nie ? - spytałem kumpla. Odjął ręce od twarzy i otworzył oczy. - Wokół mnie się wszystko porusza, - powiedziałem,- i widzę dźwięki, a ty ?


- A ja nie byłem tutaj.


- Jak to?


- Jak zamknąłem oczy - byłem gdzie indziej.


- Też miałem takie uczucie. Czułem, że nie jestem tutaj.


- Nie czułem tego. Widziałem inne miejsce. Byłem tam. To było bardzo realistyczne i szczegółowe. To było jak sen na jawie.


- A widzisz muzykę - zmieniające się kształty wzory i kolory?


- To jak Winamp, tylko znacznie ciekawsze... Nie.







Słuchaliśmy dalej Pink Floyda, ale dużo rozmawialiśmy, dlatego też byliśmy raczej w "prawie" rzeczywistości. Rozumiem teraz, dlaczego nie można brać LSA czy LSD samemu - można tak "odjechać", że samemu się nie uda wrócić, a jak się jest z kumplem, to zawsze ma się kontakt ze światem realnym.



Zacząłem palić papierosa. Dym wypelnił pomiesczenie. Miałem nadal zniekształcenia wizualne.



- Palisz, i mam takie skojarzenie, że jesteśmy w barze w latach 60-tych - wiesz... dym, muzyka, wystrój wnętrza... - odezwał się kumpel.







Rozejrzałem się wokół. Rzeczywiście, byłem w latach 60-tych w barze. Wszystko co widziałem, słyszałem i czułem - atmosfera, uczucia, dźwieki i przedmioty - przypominało właśnie bar w Stanach Zjednoczonych lat 60-tych, choć otaczały nas te same przedmioty - inaczej je odbieraliśmy. To samo czuł mój kolega. Byliśmy razem w innym czasie! To było fantastyczne. Chociaż rozumieliśmy, że siedzimy w moim mieszkaniu, to emocjonalnie i mentalnie byliśmy w rzeczywistości w amerykańskim barze 40 lat temu. Dzięki muzyce przemieściliśmy się w czasie i przestrzeni. Poszedłem do kuchni i przyniosłem lody. Przez kilkadziesiąt sekund kiedy byłem sam w innym pomieszczeniu mialem całkowicie odmienne refleksje, ale gdy wróciłem do pokoju znowu byłem w latach 60-tych. Czułem i rozumiałem niepowtarzalny klimat tamtej epoki. Zaczęliśmy jeść lody. Ich smak był też jak w latach 60-tych, bo właściwie się nie zmienił przez 40 lat, ale nie wiem skąd mogłem o tym wiedzieć. Muzyka przeniosła nas do tyłu w czasie.



- Żałuję, że nie palę,- powiedział mój kolega.







Popatrzyłem się na otwarte lody. Chciałem już je ugryżć, ale gdy zbliżyłem je do twarzy cały obraz nagle przeszyły jakieś fale z ogromną częstotliwością. To było podobne do tego, jakby otaczala mnie jakaś plynną membrana, błona komórkowa, która wibruje, gdy przez nią się przedostaje jakiś obcy przedmiot. Wizualnie przypominało to efekt "degauss" w nowych monitorach komputerowych, służący do rozładowania pola magnetycznego. Zabawiło mnie to, bo powtórzyło się kilka razy. Pomyślałem, że to by mógł być dobry obraz surrealistyczny - lody w pofałdowanym papierku w centurum kompozycji i rozchodzące się od nich fale, zniekształcające płynny obraz w dziwnej gamie kolorów. Poczułem się nagle natchnionym artystą. Zrozumiałem w tym momencie sens i inspiracje obrazów surrealistycznych np. Salvadora Dali. Cały pokój był w harmonicznej, zrównoważonej gamie kolorów. postrzegałem je wszystkie równocześnie. Zasłoniłem firanki, jak radził kumpel, aby zrobić lepszą atmosferę półmroku. Zobaczyłem, jak z usunięciem światła dziennego zmieniła się gama kolorów z bardziej jasnych na wielokrotne odcienie brązu i złota (firanki był brązowo-żółte). Najpierw obraz, który widziałem był w jednej gamie i tonacji, teraz w zupełnie innej. Zrozumiałem teraz znaczenie słów: kwas powoduje zwiększoną wrażliwość na kolory. W łagodnym półmroku czulem się dobrze i spokojnie. Znowu zagłębiłem się w 60-te, zamieniając czasami pare słów z kumplem na temat naszych refleksji. Czasami były identyczne, czasami - odmienne. Byliśmy w dwóch różnych, ale przecinających się nawzajem światach. Zrozumiałem, że psychika każdego człowieka to taki oddzielny świat, który czasami sie przecina z innym podobnymi światami i w ten sposób powstają więzi.



Wreszcie kaseta "The dark side of the Moon" się skończyła. Gdy urwała się muzyka niemal od razu wróciliśmy do rzeczywistości. Nie na długo jednak... Dla urozmaicenia wlączyłem operę "Stabat Mater" i łagodna, piękna, harmoniczna muzyka wypełniła pokój. Trochę się przy niej rozluźniliśmy po ciężkim dla psychiki psychedelicznym roku. Siedzieliśmy zrelaksowani i rozmawialiśmy. Opowiadliśmy sobie nawzajem własne przeżycia i doświadczenia. Muzyka sprzyjała spokojnym rozmowom na filozoficzne i światopoglądowe tematy. Do wielu wniosków doszliśmy... Było mile i przyjemnie. Nagle spojrzałem na zegarek.



- Patrz! Jest dopiero 15:15! Myślałem, że upłynęło już niezmiernie dużo czasu, a tripujemy dopiero od 2 godzin.


- Dwie godziny, a gdzie tylko nie lataliśmy!


- No właśnie. Wydłużył się dla nas czas. Ale pomyśl jak odjechaliśmy pod Pink Floydem.


- Cholera, myślałem, że są lata 60-te.


- Ja też. To muzyka nas tam przywiodła, dlatego że w naszej podświadomości się kojarzy z tamtą epoką. W ciągu tych dwóch godzin minęła dla nas cała wieczność, a w ogóle tego nie zauważyliśmy. Wydaje się, że początek tripu był już bardzo bardzo dawno.


- No, też mam takie uczucie.


- To jest fantastyczne - podróżować w czasie przy pomocy muzyki.


- Zgadza się, teraz nie opuszcza mnie uczucie, że siedzimy w jakimś zamku średniowiecznym.





Faktycznie. teraz czułem, dzięki operze, że siedzę w komnacie średniowiecznego zamku i jestem jakimś lordem. Muzyka pod kwasem staje się strasznie uczuciowo-przekonująca. Znowu zagłębiliśmy się w indywidualnych przeżyciach, choć nie były one tak spektakularne jak przy Pink Floydzie. Najważniejszy chyba jest tu stosunek uczuciowy do muzyki, której się słucha. Podziwiałem gamę barw wokół siebie. Zobaczyłem na jednej ze skrzynek nalepiony cennik pomarańczowego koloru odblaskowego, jakie mają w sklepie. Na ogólnym spokjnym brązowym tle dosłownie świecił swą intensywną barwą.



- Popatrz na ten cennik,- powiedziałem.


- Hmm... stanowczo zbyt jasny.







Kolega czuł to samo co ja. To rozumienie, że czujemy to samo i tak samo postrzegamy świat było bardzo przyjemną refleksją. Prowadziliśmy spokojną rozmowę. Czułem jakieś ukojenie w głębi duszy. Atmosfera w pokoju była naprawdę przyjemna, a wszystko dzięki muzyce. Kiedy zamykałem oczy i wsłuciwałem się w muzykę podróż intensyfikowała się i przechodziła do planu nierealnego. Kiedy otwierałem - działo się na odwrót.



- Patrz, jesteśmy już w latach 70-tych lub 80-tych.







To było prawdą. Meble, przedmioty,stare tapety, widok za oknem na budynek MSZ, opera ze starego radia, pamiątki z róznych okolic ZSRR na półkach - wszystko wskazywało na to, że jestesmy w Związku Radzieckim lat 70-tych, w zwykłym radzieckim mieszkaniu, jesteśmy zwykłymi radzieckimi obywatelami. Czułem te epokę, rozumiałem co czuł człowiek w tamtym okresie historycznym, choć urodziłem się dużo później. To było fenomenalne. To była siła kwasu.



Spojrzałem na zegarek i nie uwierzyłem własnym oczom - była 15:20, minęło tylko 5 minut, a ja myślałem, że minęła co najmniej godzina. Kumpel czuł to samo. Czas płynął dla nas fantastycznie wolno. Muzyka się skończyła i włączyliśmy telewizor. Jednak reklama i zawody sportowe na ekranie tylko nas denerwowały, gdyż wyrywały z lat 70-tych i przypominały nam o tym, że jest XXI wiek. Wyłączyliśmy telewizor. Bez muzyki było zupełnie inaczej. Byliśmy praktycznie w rzeczywistości i sami się dziwiliśmy, jak daleko odlecieliśmy przy pomocy psychedelicznego roka. Zaczęliśmy sobie opowiadać refleksje i odczucia, jakich doznaliśmy. Mieliśmy uczucie pełnego rozumienia się nawzajem. Podróż jednak nie stała się o wiele słabsza, po prostu przeszła do wymiaru bardziej bliskiego świata realnego.



- Ale odlecieliśmy pod Pink Floydem. To była prawdziwa podróż bez poruszania się.


- Zgadza się spójrz, jak wpływa na nas muzyka. Każda z nich budzi ukryte skojarzenia w podświadomosći i przenosi gdzie indziej. Dla nas rock się kojarzył z przeszłością i tam się znależliśmy. Jakbyśmy mieli trance, to byśmy się pewnie znaleźli w przyszłości.


- Nie chcę do przyszłości. Rozumiesz, z rockiem jest wiele związane w mojej osobowości, a z muzyką elektroniczną - nie. Nawet sobie nie wyobrażam, gdzie bym trafił pod jej wpływem. Nie interesuję się przyszłością, ale lubię przeszłość.


- Mam jeszcze jakąś starą kasetę Michaela Jacksona, to może pojedziemy do początku lat 90-tych. Przypomnę przy okazji swoje dzieciństwo.


- Ty może i tak, ale mi się nic nie kojarzy z Michaelem Jacksonem.





Postanowilismy w końcu posiedzieć i pogadać w ciszy. Bez muzyki podróż była mniej głęboka. Byłem bardziej otwarty na świat i nie zagłębiałem się we własnym ego. Rozmawialiśmy na jakieś podniosłe i złożone tematy. Od czasu do czasu paliłem papierosy. Było przyjemnie. Wystarczyło przyjrzeć się jakiemuś przedmiotowi jak stawał się płynny i równie płynnie zmieniał się w coś innego. Przypominało to grafikę komputerową, ale było bardzo płynne. Te typowo kwasowe objawy halucynogenne odczuwałem jako coś przyjemnego. Ciekawe było to, że to nie było zachamowania działalności mózgu, lecz na odwrót - hiperpobudzenie (LSD - to zgodnie z klasyfikacja narktyków hiperstymulator). Po prostu jak patrzysz się na coś większą rolę odgrywa pobudzona fantazja niż zmysły. Miałem wyostrzone postrzeganie kolorów. Cieszyłem się, że ten świat jest taki bajecznie kolorowy. Dzieki temu czułem dosłownie dziecięcą radość i całą gamę innych przyjemnych uczuć.



Popatrzyłem się na twarz kumpla. Jak się wpatrywałem, to płynnie się zmieniła i widziałem uśmiechniętą twarz jakiegoś klowna. Twarz jego cały czas się zmieniała się cały czas i przyjmowała różne oblicza. Raz była dorosła i poważna, raz dziecięco gruba i głupio, jak w krzywym zwierciadle, uśmiechnięta.



- Wiesz, twarz ci się cały czas zmienia. W ogóle, jak się czemuś przyglądasz to to się zmienia.





Przyjaciel zacząl mi się wpatrywać w twarz.



- Wiem o co ci chodzi. Twoja twarz jest rozdzielona na dwie części. Jedna jest normalna, a druga cały czas się zmienia.


- Nie. U ciebie się zmienia w całości. Wiesz, to jest takie surrealistyczne. Chce mi się tworzyć.


- No to na co czekasz?





Rzeczywiście, na co? Przyniosłem ołówek i kartkę. Kumpel zaczął cos rysować.



- Wiesz, co jest dziwne? Wszystko dokładnie pamiętam, co się stało i się dzieje nadal w czasie jazdy.


- Ja też. Jesteśmy treźwi.


- Raczej leciutko pijani. Niezłe to jest - prawdziwy kwas.


- Podoba mi się to, że jednak te nasiona podziałały, nie wierzyłem w to tak do końca.


- Teraz już nie ma żadnych nieprzyjemnych objawów. Czuję się świetnie.


- Ja też. Tylko głupia jest ta pierwsza godzina, czujesz się normalnie otruty.


- Ale jak się zaczyna jazda, to te objawy mijają.


- Po prostu stajesz się odurzony i nie czujesz się otruty, a kiedy jesteś trzeźwy to organizm jeszcze stawia opór.


- Nie, chyba nie. Po prostu na początku trawisz surowe nasiona, a jak je strawisz, to już czujesz się normalnie.





Patrzyliśmy się sobie w twarze. Miałem surrealistyczne spojrzenie na świat. W każdej scenie dostrzegałem surrealizm. Popatrzyłem się na kumpla i zobaczyłem taką scenę: na tapczanie w moim pokoju, pod ruszającym się obrazem leży klown z nierealnym zniekształconym usmiechem, w butach, przy czym jest stopami zwrócony w kierunku mnie w taki sposób, że jego twarz widziałem między podeszwami butów. Był to po prostu obraz surrealistyczny w mojej świadomości. W ogóle czułem się bardzo lekko, a te halucynacje i iluzje miały przyjemny charakter. Zrozumiałem co to znaczy "kwasowa rzeczywistość." W niej się znajdowaliśmy. Pododa była łagodna. W ogóle godzina czwarta-piąta, kiedy słońce już jest w połowie drogi między zenitem i horyzontem i świeci miękkim światłem jest moją ulubioną porą dnia. Podczas jazdy na kwasie na człowieka mają wpływ - otoczenie i jego stosunek do rzeczywistości oraz przeszłość. Te trzy czynniki są najważniejsze, od nich zależy na ile podróż będzie udana. Doszliśmy do takiego wniosku razem. Gadaliśmy w ogóle na jakieś pozaziemskie tematy i świetnie się rozumieliśmy. Nasze myśli płynęły kilkukrotnie szybciej, dlatego często mieliśmy iluzję rozumienia się bez słow.



Przyniosłem lody z kuchni. Zaczęliśmy je jeść. Szczególnie dziwnie wyglądał kumpel, który zamiast podnieść opakowanie trzymane w rękach do góry sam się nachylał do niego. Wyglądało to debilnie.



- Jesteś idiotą? - spytałem. Zrozumiał o co mi chodzi.


- Też mi się tak zdaje w tej chwili.







Zaczęliśmy się śmiać. Mieliśmy podniesiony nastrój. Chciałem usiąść na kanapie obok kolegi gdy potoczył się po stole ołówek. "Zatrzymaj się!" - pomyślałem. I ołówek się zatrzymał. Była to oczywiście tylko iluzja.



- Myślałem, że spadnie, - powiedziałem.


- No, zatrzymałem go siłą umysłu.


- Ja też.







Myśleliśmy o tym samym. To było niezłe. Jedliśmy lody i gadaliśmy na filozoficzne tematy. Było między nami empatyczne, pozazmysłowe rozumienie. Popatrzyłem się na plakat z Wysockim na ścianie. Jego twarz była jak żywa. Była trójwymiarowa i zdawała się wychodzić z obrazu. W ogóle rzeczy płaskie mi się wydawały trójwymiarowe. Kolega czuł to samo. Usiadłem w fotelu i zacząłem palić papierosa. Przyjaciel postanowił też (dla wyjątku) zapalić. Siedzieliśmy, paliliśmy i gadaliśmy w spokojnej ale dziwnej, pół-realnej atmosferze. Popatrzyłem się na papierosa - wokół płomyka zobaczyłem aurę, swego rodzaju sferę o żółto-czerwonych barwach. To było piękne. Papieros ogólnie wyglądał jak na zdjęciu o bardzo wysokiej jakości i dużym powiększeniu, jak w jakiejś reklamie na łamach czasopisma.



- Patrz, papieros wygląda jak na zdjęciu.


- No, faktycznie.


- Jak w jakiejś gazecie, no nie.


- Tak.







Trzymałem papierosa w ręku i przyglądaliśmy się napisowi obok filtru. Był dosłownie jak sfotografowany, i zajmował całą naszą świadomość. Dostrzegłem nagle złożoną symbolikę tej sceny: siedzimy symetrycznie, a miedzy nami jest w samym środku symetrii papieros przyciągający spojrzenia. To było jakięs symboliczne spojrzenie na świat. Popatrzyłem się na płomyk. Swiećił aurą, a wróżne strony leciały od niego kolorowe szybkie półprzezroczyste iskierki i znikały w powietrzu. Zrozumiałem nagle sztukę psychedeliczną - impresjonizm, surrealizm, neoromantyzm. Było to przyjemne uczucie. Zgasiłem papierosa. Zobaczylem, że mimo, że jest zimny - płonie nadal, a od płomienia leci w górę szaro-zielona smuga dymu. Podobało mi się jeszcze rozlużniać oczy i patrzeć jak wszystko wygląda rozmazane - widziałem wtedy kilka konturów przedmiotów, jkby były narysowane kolorowymi kredkami.



Kumpel przyniósł aparat fotograficzny i zrobił mi zdjęcie, jak palę paierosa na kwasie. Byłem artystycznie zapalony i przyjmowałem różne ekspresje, aby jak najlpepiej wygladać na zdjęciu. Przyniosłem butelkę Coca-Coli i wypiliśmy po szklance. Rzeczywistość wokół nas była nadal wirtualna i niezwykła, ale jako że nie było muzyki to byliśmy tu i teraz. Przyjaciel powiedział, że czuje swój pełny pęcherz moczowy i poszedł do toalety. Czuł własne organy wewnętrzne! Mówił, że ma wrażenie, że to ciało nie jest jego, że dziwnie mu się jest poruszać i ma lekko zaburzoną koordynacje. Ja nic takiego nie czułem, choć ciało moje było lekkie i rozluźnione, to je kontrolowałem. Organów wewnętrznych też nie czułem.



Mniej więcej o 17 musieliśmy jechać do domu mojego kumpla.



- Jeżeli wrócimy zbyt późno, to moja matka pomyśli, że piliśmy, - powiedział.


- No i co z tego, to i tak lepiej, niż gdyby zakojarzyła, że braliśmy.





Dopiero teraz przypomniało się nam, że tak naprawdę jesteśmy pod wpływem niczego innego, jak narkotyku.



- Pomyśl,- tak z trzeźwego umysłu,- jesteśmy "na narkotykach",- ta myśl szczególnie bawiła mojego kumpla. Mnie zresztą też. - Jak myślisz, moja matka pewnie się nie skapnie, co?




- Nie skapnie się? - roześmiałem się, - lepiej idź do lustra na swoje źrenice popatrz.

Poszedł i wrócił.




- Faktycznie, są rozszerzone. Ale przecież zachowujemy się normalnie i możemy to kontrolować, właściwie to nie straciliśmy dotąd kontroli.




- No w sumie to tak.






Nie wiem dlaczego, ale to było dla nas zabawne, że jesteśmy "pod narkotykami". Zaczęły się nasze tradycyjne żarty z dziedziny czarnego humoru i o narkomanii. Śmialiśmy się. Zaczęliśmy się zbierać, ale zajęło nam to blisko 30 minut z przerwami na śmiech, żarty i pokazywanie palcami na różne przedmioty ze słowami "O patrz, to się rusza!" lub "Ale to jest dziwne!" i znowu śmiech. W półgodziny się ubraliśmy. Poszedłem do kuchni, aby wyrzucić coś do kosza, w tym momencie drzwiczki pod zlewem odpadły, kiedy próbowałem je otworzyć, bo źle się trzymały, i wywołało to u mnie dziki napad śmiechu.



- Co tam się stało? - usłyszałem wypowiedziane również przez śmiech slowa kumpla.


- Idź sam zobacz, - ledwo powstrzymując śmiech odpowiedziałem.







Przyszedł i zaczął się smiać. Śmialiśmy się przez 5 minut. W końcu spoważnieliśmy i postanowiliśmy wreszcie wyjść z tego domu. Kumpel mówił, że faza mu minęła. Wszedłem do ubikacji - wszystko tam poruszało się i falowało.



- Wiesz co, mam wrażenie, że (*śmiech*) trip się jeszcze nie skończył, - powiedziałem.




- Sam sobie to wmawiasz, u mnie już minęło, zachowuj się normalnie - odpowiedział kumpel.







W momencie kiedy mówił "zachowuj się normalnie" szybko włączał i wyłączał światło na korytarzu. Zaczęliśmy się śmiać jak nienormalni.



- No dobra, jeszcze tylko moją matkę musimy oszukać, że nic nam nie jest, - podsumował.







Wyszliśmy w końcu z mieszkania. po raz pierwszy wyszkliśmy poza jego obręb, bo siedzieliśmy dotąd przez całe 5 godzin w jednym pokoju, ale "w wielu miejscach byliśmy". To była prawdziwa podróż bez poruszania się (ang. travel without moving - tak jak w filmie "Dune").



Na klatce schodowej szedł za nami jakiś pan i z nieznanej przyczyny zaczęliśmy się dziko śmiać. Śmiech jest bardzo zaraźliwy! Szliśmy po ulicy i się śmieliśmy. Było nam strasznie wesoło. Wszystko było inaczej, niż zwykle, ale ulica dawała zupełnie odmienną gamę uczuć, niż zamknięty pokój. Na ulicy jest dużo ludzi, są samochody i dzwięki wypełniają cała przestrzeń. Miałem uczucie ogromu miasta. Wszystko było nadal nierealne. w pewnym momencie spostrzegliśmy, że jedzie na nas samochód. Wyglądał, jakby był z innego wymiaru, a gdy jedzie - rodzi w powietrzu płynną falę uderzeniową i powietrze wibruje. Samochód przejechał obok. Bardzo się w pierwszej chwili przestraszyłem, ale po sekundzie było mi to obojętne.



- Omal nie wpadliśmy pod samochód,- powiedziałem.


- Szczerze mówiąc też mi się tak zdawało.


- Szliśmy po ulicy. Rozejrzałem się po stronach.


- Wiesz co, trip chyba jeszcze nie minął,- roześmiałem się.


- Też mi się tak zdaje,- kumpel rzekł popatrzywszy wokół. Roześmiał się.


- To wszystko jest nierealne, no nie.


- To jest jak sen - spójrz jak wyglądają ci ludzie.







Popatrzylem się na ludzi wokół. Wygłądali dokładnie tak, jakby to był sen. Świadomy sen na jawie.



- A może to jest sen? - zacząłem,- może już zasnęliśmy lub umarliśmy i jesteśmy w moim pokoju, a nam sie tylko wydaje, że jesteśmy na ulicy?


- Może i tak. Nie wykluczone.







W tym momencie przeszliśmy obok szyldu z reklamą. Właściwie odczułem to na odwrót, jakby to reklama z dźwiękiem samochodu przejechała obok nas. Popatrzyłem się na kolegę. Również miał zdziwioną twarz.



- Widziałeś to?


- Widziałem.





Zauważyłem również, że ludzie się na nas patrzą, bo wyglądaliśmy faktycznie dziwnie: źrenice rozszerzone, uśmiechy na twarzy, głupie rozmowy. Dobrze przynajmniej, ze nie opisywlaiśmy tego, co widzimy przez cały czas jak w domu, bo inaczej nasza podróż by się skończyła w policji. Tylko ruchy mieliśmy normalne. Mieszały mi się w tej chwili w głowie efekty marihuany, jak się jest na ulicy, a kumplowi - mieszało się z alkoholem. Tak czy inaczej doszliśmy przez ten "sen" do stacji metra. Znaleźliśmy się na ruchomych schodach. Zacząłem się śmiać i śmiech się przerzucił na kolegę. Poszliśmy w dół, aby odwrócić uwagę od smiechu i nie zwracać jej na siebie. Za chwilę byliśmy już w pociągu. Kumpel się odezwał.



- Masz dziwne uczucie?


- Mam.


- Wydaje mi się, że widzę tunel wokół siebie i lecę w nim jak ten pociąg. Czuję każdy zakręt.


- Ja po prostu czuje się tak jakbym był w stanie nieważkości i trzymam się, dlatego pociąg mnie ciągnie za soba - jakbym leciał.







Wyszliśmy z pociągu. Musieliśmy przejść na inną linię. Było tam dużo schodów ruchomych i oświetlonych tuneli i policji. Minęłiśmy właśnie patrol policyjny.



- Minęliśmy pierwszy posterunek.


- Masz haluny?


- Mam.







Minęliśmy kolejny patrol. Szczerze mówiąc omal nie pomyliłem lewo i prawo w przejściu, ale wzbudziło to jedynie śmiech. Minęliśmy kolejnego policjanta i zacząłem się czuć jak prześladowany przez policję bohater filmu amerykańskiego. "To jest jakiś cyberpunk. Prześladują nas. To cybernetyczny świat. Świat podziemi. Musimy im uciec" - takie myśli kłębiły się w mojej głowie. Minęliśmy w podziemnym korytarzu napis "POLICJA" i symbol alarmu, i moje wrażenia "filmowe" jeszcze się zwiększyły. W końcu doszliśmy do stacji i pojechaliśmy do domu mojego kolegi. Stanąłem przed drzwiami i patrzyłem się w industrialny krajobraz za szybą. Był nierealny. W głębi wagonu jakaś starsza pani krzyczała na gościa, który nie chcial jej ustąpić miejsca. Wszystko było dziwne. Bardzo dziwne. Miałem cały czas te same płynne iluzje wzrokowe. Czułem się jak w filmie sensacyjnym. Usłyszałem głos kumpla.



- Popatrzyłem się na słońce.


- Zwariowałeś?! Popsujesz sobie wzrok.


- Nic mnie to nie obchodzi, byle bym z bliska wszystko widział...


= O! Też się popatrzyłem. Ale jest ładne. Cały czas zmienia swoją barwę.


- Nie, po prostu nic się nie czuje jak się na nie patrzy.


- I tak masz szerokie źrenice...







Bardziej debilnej rozmowy i jeszcze do tego w metrze trudno sobie wyobrazić...



W końcu dojechaliśmy do domu. Ta podróż była fantastyczna, jak zresztą wszystko dzisiaj. Dojechaliśmy...



Dzień dobry. Cześć mamo! Gdzie byliśmy? Chodziliśmy po mieście i zrobiliśmy pare zdjęć. (Śmiech) Zaraz zjemy obiad? Fajnie. (Śmiech).



Kumpel wszedł do ubikacji, a ja stałem w hallu. Miałem halucynacje. Zdawało mi się, że drzwi, przed którymi stoję, cały czas się próbują zamknąć. W końcu sam wszedłem do ubikacji i umywszy ręce poszedłem do kuchni. Matka kumpla postawiła na stół talerze z zupą. W sumie, gdy nam na tym zależało, a teraz właśnie zależało, zachowywaliśmy się normalnie patrząc ze strony. Było to tylko bardzo trudne. Jednak z naszego punktu widzenia świat nie był normalny. Wszystko wokół mnie było płynne i się poruszało, falowało i było zmienne. Jedzenie się poruszało w talerzu, krawędzie sprzętów w kuchni falowały, ściany były płynne. Jedliśmy bardzo długo, przy czym nie jestem w stanie powiedzieć, czy tak było naprawdę, czy tylko się zdawało w ten sposób. Obaj to czuliśmy. Nie zjadłem wszystkiego. Popatrzyłem się na ekran telewizora. Pokazywali zdjęcie jakiegoś człowieka. Nagle zdjęcie płynnie się zmieniło. Z trudem wstrzymałem się, aby nie powiedzieć o swoim odkyciu na głos. Zaczęliśmy się śmiać i przeszliśmy do pokoju kumpla.



Włączył komputer i uruchomił grę Counterstrike. Gra wydała się nam prymitywna, w zasadzie niczym się nie różniła od starych gier na pegasusie. Wyłączyliśmy grę i ściągnęliśmy z internetu demka psychedeliczne. Uruchomiliśmy je. Były piękne. Grała muzyka w stylu goa trance. Zamknąłem oczy i zobaczyłem fraktale. Była to synestezja - psychedeliczna gra kolorów i powtarzających się kształtów uporządkowanych matematycznie. Widziałem łamane kolorowe linie, które sie zminły w dwubarwne sfery, ułożone w dziwnym porządku, którego nie sposób opisać słowami. Oglądałem tę gre barw i kształtów. Wszystkie e figury geometryczne były pokryte kolorowymi teksturami - to jest ich barwy nie były monotonne, lecz były pokryte wzorami. To były prawdziwe fraktale. Nic równie pięknego nie widziałem w życiu. Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem podobne fraktale na ekranie monitora. Kumpel powiedział, że też coś takiego widział jak słuchał Pink Floyda. Obydwoje zwróciliśmy także uwagę, żę mamy "rozregulowane" postrzeganie kolorów - mam na myśli, że gama barw była nieco inna niż zwykle, inne były poziomy czerwonego, zielonego i niebieskiego (w analogii z monitorem komputera).



Poczułem się w tym momencie bardzo zmęczony emocjonalnie i mentalnie. Była już 20:00. Wszystko falowało... Musiałem już jechać do domu. Mimo protestów przyjaciela ubrałem się i się w końcu pożegnaliśmy. Myślałem, czy jego rodzice nie zrozumieją, że "coś mi jest". Jak wychodziłem z jego domu zadzwonił do niego kolega i kumpel zaczął gadać przez telefon. Pewnie tamten drugi nie podejrzewał, że ten, do którego dzwoni jest na kwasie...

Wyszedłem. Poczułem się dziwnie. Byłem samotny. Sam... zagubiony w tym dziwnym psychedelicznym płynnym świecie. Czułem się opuszczony. Zrozumiałem teraz, dlaczego nie zaleca się brać kwasa samemu. Dotąd zawsze byliśmy razem, teraz byłem po raz pierwszy sam. Czułem się jak dziecko opuszczone przez rodziców. Szedłem przez zmierzch. Wzrokiem bocznym widziałem wyrastające z asfaltu dziwne drzewa, ale gdy się im chciałem przyjrzeć - znikały. Z przodu obraz był normalny, ale z boku byłem w jakimś lesie. Wszedłem do metra i pojechałem do domu. W wagonie, w którym jechałem, naprzeciwko mnie, dosyć daleko rozmawiało dwóch studentów. Nie rozumiałem tego, co mówią, jakby mowili w innym języku. Dźwięk był rozmyty i psychedeliczny. Skupiłem się na ich rozmowie i nagle puste kombinacje dźwięków złożyły się w słowa, słowa - w zdania i zacząlem rozumieć, co oni mówią, choć mnie to nie obchodziło. Jednocześnie cały ten proces asymilacji dźwięków widziałem. Trudno to opisać słowami. Gdy znalazłem się w podziemnej części metra - poczułem się mistycznie dziwnie. Byłem tak jakby zagubiony (choć wiedziałem, gdzie mam iść) w podziemnym marmurowym, oświetlonym i niezwykle pięknym królewstwie-labiryncie. Czułem od strony emocjonalnej, że jestem pod ziemią, przypomniał mi się Fallout. W końcu dojechałem do swojej stacji i wyszedłem na powierzchnię.



Poszedłem do domu przez ten dziwny świat. Gdy przechodziłem obok nowoczesnej restauracji poczułem się w przyszłości. Otaczały mnie neonowe reklamy, ekrany wbudowane w ściany, kwadratowe światła na chodzniku, pod nogami. Byłem w tym miejscu wiele razy, ale nigdy nie budziło we mnie tylu emocji i myśli. Byłem w cyberpunkowej przyszłości. Czułem się prześladowany, że ktoś mnie goni. Rozejrzałem się po stronach z lękiem. Wiedziałem, że to wpływ narkotyku, ale była to dla mnie zabawa. Po prostu fajnie było być kim innym i gdzie indziej. Po chwili zobaczyłem po lewej stronie Instytut Języków Obcych - stary XIX-wieczny budynek w parku i od razu znalazłem się w XIX wieku. Wszystko na to wskazywało. I budynek i park - wyglądały nierealnie.



Wstąpiłem do sklepu, kupiłem paczkę papierosów i butelkę Coli. Nie sprawiło to żadnego problemu. Kiedy znowu znalazłem się na ulicy wciąż czułem się prześladowany. Zrozumiałem, jak czuje się psychopata z manią prześladowczą. Nic dziwnego, że niegdyś psychiatrzy wykorzystywali kwasa po to, aby studiować zchorzenia psychiczne. Pragnąłem jak najszybciej znaleźć się w domu. W końcu dobrnąłem do mieszkania. Zamknąłem drzwi i od razu poczułem spokój. W domu wśród rzeczy, które były mi bliskie i znajome, czułem się swojo i nie było tej samotności. Był po prostu spokój i ciepło ogniska domowego.



Zadzwoniłem do kumpla. Miałem jeszcze halucynacje. Było około 21:00. Telefon był zajęty, ale po którejś tam próbie się dodzwoniłem.



- Cześć. Trip u mnie jeszcze trwa.


- Rozumiem, - odpowiedział krótko.


- Masz jeszcze te haluny?


- No to papa, - dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że w pokoju, gdzie ma telefon są rodzice.


- To pa. do jutra.


- Na razie.







Byłem w domu. Halucynacje już znikały. Włąćzyłem telewizor. Zacząłem oglądać "Terminatora 2". Mimo, że to był jeden z moich ulubionych filmów, obejrzałem go tylko do połowy i wyłączyłem telewizor. Halucynacje zniknęły i czułem się normalnie. Poszedłem spać. Nie udało mi się zasnąć. Było mi obojętne, czy spać czy nie. Gdy zamykałem oczy widziałem wciąż pokój, w którym tripowaliśmy. Nie mogłem zasnąć, więc wstałem i włączyłem łagodne techno - Sash. Podziwiałem dziwny spokój w mojej duszy, który się pojwił wraz z muzyką. Gdy zamykałem oczy widziałem wciąż ten sam pokój. Zapaliłem lampkę i czerwone światło wypełniło pokój. Gdy się w nie wpatrywałem, zdawało się, że jest wszędzie. Rozluźniłem się. Leżałem i myślałem. Myśli nadal leciały szybko. Wstałem i zacząlem spacerować po pokoju. Był to piękny stan.



Nagle doznałem dwa silne uczucia psychoemocjonalne. Pierwsze - było to uczucie niezwykle głębokiego filozoficznego myślenia. Myśli były czyste i klarowne, podnisłe i dosłownie boskie, niezwykle głębokie i prawidłowe. Zrozumiałem nagle wszystko. O czym bym nie pomyslał - rozumiałem to. Zrozumiałem wszystko o kwasie i naszej podróży psychedelicznej. Był to tak jakby czas dany przez preparat po to, aby obmyśleć i zrozumieć sens podróży. Drugie uczucie - była to empatia - zdolność do rozumienia uczuć innych ludzi. Rozumialem uczucia wszystkich swoich znajomych i swoje własne. Spojrzałem na siebie oczami innych ludzi i w mgnieniu oka zrozumiałem własne życie i własne problemy. Widziałem ich rozwiązanie. Otrzymywałem ponadto ogromną satysfakcję od samego procesu rozmyślania. Myślenie było przyjemne. Czułem się nadczłowiekiem. Czułem siłę i chęć służenia innym ludziom. Myślałem jak można wykorzystać LSA dla dobra ludzkości - te konstrukcje myślowe wyobrażałem sobie w bardzo wielu szczegółach i realistycznie. Pomyślałem, że pisarze i artyści niwątpliwie mogliby wykorzystywać kwasa jako narzędzia do poznania świata własnej fantazji. Byłem przekonany o swojej szczególnej roli w historii. To było bardzo mistyczne uczucie. Pomyślałem, że gdybym miał napisać traktat filozoficzny to zrobił bym to z łatwością. Nie istniały dla mnie granice. Trwało to około 1 godziny.



W mgnieniu oka stan opisany zniknął, jakby ktoś przełączył coś w moim mózgu. Zrozumiałem, że kwas zaczyna schodzić. Nic dziwnego - było już po północy. Jednak pogrążyłem się w kolejny dziwny stan. Nie byłem już pewny niczego. Ani przyszłości i tego co się wydarzy, ani nie byłem w stanie ocenić swojej przeszłości. Teraz cała podróż ukazałą się mi jako po prostu cało dniowa, wciąż trwająca, psychoza. "Cholera wziąłem narkotyk.." - myślałem. Pojawiły się emocje negatywne. Po chwili jednak zmieniły się na miekkie pozytywne, a po jakimś czasie znowu na negatywne. Te sinusoidalne zmiany nie były zbyt przyjemne. Czułem coraz głębsze pogrążenie we własną psychikę. Trudno to opisać. Zrozumiałem jak może się stać zła podróż (bad-trip). To jest taki kwasowy stan jak opisany w tym opowiadaniu, tylko z dominacją myśli, wizji i emocji

negatywnych.



Znalazłem się w trzecim stanie. Włączył sie we mnie umysł twórczy i poczułem znowu empatię. Był to niemożliwy do zatrzymania, zrozumienia, a tym bardziej opisania kalejdoskop myśli i uczuć.



Nie było już prawie halucynacji. Pojawiały się spontanicznie. Na przykład gdy spojrzałem do lustra - zmieniła mi się twarz, lub obraz Matki Boskiej z kalendarza prawosławnego wydawał się trójwymiarowy. Czułem empatię i lekką euforie. Wyjąłem stare zdjęcia z włąsnego dzieciństwa i zacząłem je oglądać. Czułem swoje dziciństwo gdzieś bardzo blisko. To było przyjemne, czułem się jak dziecko. Zrozumiałem, że przecież to co widzę na tych zdjęciach miało miejsce jedynie 10 lat temu. Tęsknie do dzieciństwa. Zacząlem jeszcze pisać wiersz. Pisało się naprawdę fajnie. Nie skończyłem i poszedłem do łóżka. Z zamkniętymi oczami widziałem bardzo dokładnie różne sceny z mojej podróży sfotografowane przez podświadomość - pokój z różnych miejsc, dym papierosów. Czasami musiałem otworzyć oczy, aby się przekonać, że tam nie jestem.



Około godziny 3 w nocy zasnąłem...













Przez następny tydzień czułem się dziwnie. Miałem totalnie zmieniony światopogłąd. Czasami wydawało mi się, że jetem po praniu móżgu. Czasami miałem halucynacje. Z zamknietymi powiekami wciąż widziałem pokój... Dźwieki były zniekształcone... "Ustawienia koloru" były rozregulowane... Czas odbierałem inaczej... Często zmieniał mi się nastrój bez przyczyny, wpadłem nawet raz w depresję. Wszystko odbierałem inaczej... Wszystko było i będzie inaczej...





psychonauta Darkruler






Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media