Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

lucia w kopenhadze, z czarnym diamentem.

lucia w kopenhadze, z czarnym diamentem.

Liczymy spadających Duńczyków

Leżymy na dachu kopenhaskiej gliptoteki, spoglądając na ludzi drących się obok, w Tivoli. Kiedy kolejka górska irracjonalnie zwalnia, kiedy spadający swobodnie wagonik zdaje się toczyć powoli w dół, kiedy kręcący się obok ludzie zaczynają ruszać się jak muchy w smole, decydujemy, że pora iść dalej.

* * *

Kiedy zeszłego poranka zaproponowałem żonie, żebyśmy poszli do Tivoli, spojrzała na mnie krzywo i zapytała:

— I będziesz chciał jeździć na karuzelach?

Ale potem z Nyhavn wracaliśmy do hotelu i zobaczyliśmy na niebie karuzelę. I przerażający samolot. I wagonik spadający w dół z oszałamiającą szybkością. I obłędną kolejkę górską.

Nie było więcej pytań, wieczorem wykupiliśmy nielimitowany karnet i kręciliśmy się, spadaliśmy, huśtaliśmy, jeździliśmy tak długo, że brunch podszedł nam do gardeł. Ja pierwszy zrobiłem się zielony, jej wystarczyło błędnika na jeszcze jedną atrakcję. Adrenalina krążyła w żyłach, szarpiąc nasze dłonie, włosy stawały dęba na myśl o tym, co przeżyliśmy. Nieeeee, lunaparki nie są dla dzieci...

* * *

Larsena spartański design

Stąpając po niewidzialnym dywanie, schodzimy w ciszę murów, w zaprojektowane przez Henninga Larsena minimalistyczne korytarze i klatki schodowe. Jestem oszołomiony, czuję się jakbym był w budowli obcych. Plamy słońca ze świetlików komponują się idealnie ze ścianami prostego, wysokiego łącznika. Jeśli Larsen był w stanie oczyma wyobraźni zobaczyć to wnętrze... To... to mu zazdroszczę, Czuję się, jakbym szedł nad wielkimi turbinami, które nagle ktoś podkręcił tak, że powoli zaczynam odrywać się od ziemi.

— Karton wchodzi coraz mocniej — mówię.

— Co czujesz?

— Odrywam się.

Dziś w gliptotece wystawa masek – „Od Carpeaux do Picassa”. Maski są jednak zbyt przerażające (zwłaszcza, gdy włosy-węże Meduzy zaczynają się kłębić), a zamknięte przestrzenie – zbyt klaustrofobiczne (niczym budowle upadłej cywilizacji, spod pióra Lema). Ostatni raz tęsknie patrzę na „Pocałunek” Rodina, ale wiem, że musimy wyjść jak najszybciej, skoro ona tak chce (dyskomfort to początek bad tripa). Łamię się chwilę, czy odważyć się spojrzeć w lustro w toalecie. Patrzę, przybierając pokerowy wyraz twarzy. Tamten po drugiej stronie uśmiecha się ironicznie i puszcza do mnie oko, przekrzywia głowę. Wychodzę do szatni, śmiejąc się z tego cudnego zjawiska.

— Moje odbicie robiło do mnie miny — mówię, kiedy idziemy zalaną słońcem ulicą w kierunku Rosenborg Slot.

— A moje było takie piękne, promieniujące spokojem...

* * *

Spokojem promieniuje kawałek „Blue Monk”, tak się składa że jest pierwszy na naszej ulubionej składance „Jazz For A Lazy Day”. Jesteśmy w Nyhavn,chyba najczęściej fotografowanym miejscu w Kopenhadze. Kolorowe, wąskie domki nad kanałem, promenada, zacumowane statki. Cud, że nie wdarły się tu, jak to u nas w zwyczaju, stragany z mydłem i powidłem, są tylko niezliczone knajpy, piwiarnie i winiarnie. Aby cieszyć się jazzem, siadamy i kupujemy piwo (najdroższe w naszym życiu). Po koncercie jeden z muzyków obchodzi stoliki z czapką.

— Hej, wrzucicie nam coś?

— Jeśli chcesz polskie złote, to proszę bardzo.

— Akceptujemy każdą walutę, na pewno wydamy ją kiedy przyjedziemy do Polski.

— Gdzie bywacie?

— W Krakowie, Gdańsku, tych większych miastach...

* * *

Leżymy sobie, dumamy

Leżymy na trawniku, przed zamkiem królewskim, ręce i nogi rozrzucone w gwiazdę. Za płotem trwa apel i zmiana warty. Za zamkniętymi oczyma suną powoli rozmaitości topologiczne, od niechcenia zmieniające kolory i wymiarowość. 3-rozmaitość, 4-rozmaitość, 5-rozmaitość, wszystko teksturowane delikatnymi fraktalami albo kleksami ciepłych barw. Natrętne pyłki roślin wciskają się w nos, biegną do płuc. Słońce pali niemiłosiernie, proszę je, żeby się trochę uspokoiło. Daje mi tylko lekki podmuch wiatru, zbyt mały, aby pozwolić leżeć dłużej. Otwieram oczy i spoglądam na korony drzew, w których liście wirują jak koszule w pralce.

— Zobacz! — cieszę się — spójrz na korony drzew!

— To wiatr!?

— He, He... Tak to sobie tłumacz...

* * *

Wiatr rozwiewa nam włosy, gdy płyniemy cieśniną w płaskodennej łódce. Mijamy operę, czarną łódź podwodną, jacht królowej. Oglądamy doki, wpływamy do kanału, wzdłuż którego spacerowaliśmy wczoraj. Miło byłoby wracać z rejsu do domu, cumować swój jacht i wychodzić prosto do klatki schodowej jednego z tych bloków. Kawałek dalej na wodzie unosi się mała knajpka Carlsberga, ale przecież nie wyskoczymy z płynącego statku. Po lewo Christiania, wolne miasto. Tu zajrzymy jutro. Wracamy do cieśniny – biblioteka królewska: fasada, wykonana z czarnego szkła, jest nachylona w dół. W słoneczny dzień, taki jak dziś, w ciemnych szybach odbija się tysiące blików z fal wzburzonego Bałtyku. Lśniący, czarny diament. Łódka zawraca do miasta, płyniemy kanałami. Z poziomu ulicy prowadzą schody na niewielką platformę, na której leżą opalające się dziewczęta. Nad nimi przystanek autobusowy i uliczny ruch godzin szczytu, a pod nimi chlupot wody...

* * *

Letni, słoneczny dzień

Siedzimy na drewnianym molo, obok teatru królewskiego, pod nami chlupot wody. Od trzech godzin patrzymy na północne ujście Bałtyku, które przypomina Aleje Jerozolimskie w godzinach szczytu. Niekończący się sznur jachtów, łódek, łodzi i łódeczek, z morza i do morza. Zaczyna się gdzieś za nami, w mieście, w którymś z kanałów, niknie gdzieś hen, w sinej, morskiej dali. Na pokładach emeryci z wnukami, ojcowie z synami, kochankowie, samotni wędkarze, starzy kumple. Opalają się, sterują, rozkoszują słońcem. Widok nie tyle zapiera dech, co nie pozwala się ruszyć, choć goni nas cień teatru. Inni ludzie przychodzą i odchodzą, a my wciąż się przesuwamy, bliżej wody. Po lewej – stara zabudowa. Po prawej – kopenhaska opera na wysepce, urocze, powtarzające się zabudowania doków, sylwetka czarnej łodzi podwodnej, wielkie suwnice, za którymi kręci się stado wiatraków i ten nieustający, płynący w dwie strony strumień stateczków.

— Patrzę na to — szepce moja żona — i czuję... czuję... że wszystko do siebie pasuje. Wszystko pasuje, jak kawałki układanki. Taki jest porządek świata, i tak powinno być. Każdy element ma swoją funkcję. Każdy z nas ma jakieś zadanie w tej maszynie. To mnie uspokaja.

— Ta oklepana, hippisowska, uniwersalna harmonia. To właśnie przed takimi myślami chce cię bronić twój demokratycznie wybrany rząd drakońskimi ustawami o przeciwdziałaniu narkomanii...

— Widać tak musi być... Ale rzeczywiście – dobrze to ująłeś – uniwersalna harmonia...

— Zrozumiałaś to, jak Siddhartha nad rzeką... A czy widzisz, jak cudnie skomponowane jest to nadbrzeże po drugiej stronie? Ktoś, kto ustawił tam te wszystkie budynki, musiał wyobrazić sobie, jak to będzie wyglądało, stąd, z desek mola pod teatrem. Patrz na bryłę opery, patrz na te domki, spójrz na port, na ruch wiatraków, na czarną łódź podwodną. Po prostu idealnie skomponowany widok.

* * *

Stoimy na środku Knippelsbro i nie możemy oprzeć się wrażeniu, że ktoś znów zagrał architekturą i wykorzystał most, aby podzielić Kopenhagę na część nową i starą. Po lewo – stare doki, oczywiście odrestaurowane, czyste, błyszczące, estetyczne. Po prawo, z zachowaniem idealnej symetrii względem lewej części – nowoczesna bryła. Trzy stare budynki po lewo – trzy nowoczesne po prawo. Kanał po lewo – kanał po prawo. Dwa stare po lewo – dwa kosmiczne po prawo. Zupełnie w lewo – stara Kopenhaga. Zupełnie po prawo – dwudziesty szósty wiek, architektura obcych, czarny diament, industrial i pomarańczowe słońce sączące się przez chmury.

* * *

Leniuchujemy sobie dalej

Pomarańczowe, późne słońce przesącza się przez chmury.

— Jak wiele osób przeprawia się na drugą stronę i chodzi tu gdzie my teraz, patrząc na starą Kopenhagę? — uśmiecham się do żony.

— Tyle co widzisz...

Rozglądam się. Siedzimy w starych dokach, na lewo od Knippelsbro. Oprócz nas, tylko trzy pary. Wcinamy pizzę, zapijamy piwem i rozkoszujemy się wciąż rozszalałymi kolorami. Wróciliśmy właśnie z długiego obchodu kanałów i podziwiania dziwów, na które przez trzy godziny gapiliśmy się z tamtej strony, pod teatrem.

— Myślisz, że to prawdziwe tory, które zostały ze starego doku, czy po prostu design?

— Nie wygłupiaj się, nie kładliby chyba torów, żeby ładniej wyglądało...

— Jesteś pewna? Rozejrzyj się...

Wstaje, unosi z oczu okulary słoneczne i obraca się dookoła, po czym daje za wygraną.

— Masz rację, to może być element designu. Jak tam moje oczy?

— Nadal błyszczące, moja dziewczyno o kalejdoskopowych oczach.

* * *

Tacy hardzi cwaniacy

Christiania to wolne miasto, miasto wolnych ludzi, gigantyczny skłot, komuna hippisowska. Tutaj stoją stragany z haszyszem, maryśką i gotowymi skrętami. Tutaj pracuje kobieta-kowal i warsztat rowerowy. Tutaj przychodzi się zapalić, potańczyć i poznać ciekawych ludzi. Siedzimy w ogródku, obok knajpy (serwującej także haszyszowe słodycze) i zaciągamy się, zaciągamy...

— O, kurczę. Strasznie mocne. Nigdy się tak nie spaliłam. Jak wsiądziemy na rowery?

— Odczekamy...

Powiew wiatru gasi naszego tłustego skręta, na szczęście stolik obok siada czarny rasta, dwadzieścia parę lat. Prosimy go o ogień, rzuca zapalniczkę i mówi, żebyśmy sobie ją zatrzymali. Dziękujemy grzecznie i oddajemy, podziwiając jak sprawnie skręca z własnej bibuły. Sprzedawany tu skunk jest tak mocny (a może to efekt tego, że po raz pierwszy palę tytoń?), że na chwilę tracę wzrok - całe pole widzenia wypełnia porażająca białość, jak u Saramago. Przez chwilę panikuję i obracam dziko gałkami ocznymi, próbując z mlecznej świetlistości wyłowić jakikolwiek szczegół, bodaj tylko szary. Po paru, niezwykle długich minutach, wzrok powraca. Dookoła nas wciąż chodzą wycieczki emerytów, rodziny z dziećmi i dziatwa szkolna, bo trzeba wiedzieć, że wejście do Christianii sąsiaduje z gimnazjum. Zostało nam jeszcze troszkę do spalenia, kiedy oboje stwierdziliśmy, że mamy dość, więc ona zgrabnie kiepuje skręta i wrzuca go pod stolik. Ktoś się może nim jeszcze mocno upalić, jakby chciał.

— To było zajebiście wydane pięćdziesiąt koron.

— Ciekawe, co tu mają do jedzenia...

Słynna piekarnia w Christianii.

— Dajcie mi najlepsze, co macie! — błagam.

Zajadając ciepłą kokokosową rozkokokosz, po raz ostatni tęsknie spoglądam na lowridera w warsztacie Christiana Cykler. Dotykam go przez szybkę. Zakochałem się.

— Miły był ten rasta, nie?

— No, trzeba było wziąć tę zapalniczkę, mógłby to być początek interesującej znajomości...

— Ano, fajny był!... Ty świntuchu!

Wsiadamy na nasze stalowe rumaki i pedałujemy do centrum, gdzie przy alei Hansa Christiana Andersena, działa mała wypożyczalnia rowerów, przekazująca część zysków na pomoc dla Afryki. Na dyżurze jest pankówa, może w naszym wieku, z ułamanym zębem, dziarami i piercingiem.

— To prawda, co mówią — zagajam — Christiania JEST ciekawsza od Małej Syrenki.

— Prawda? No ale niestety nasz faszystowski rząd chyba ją ostatecznie zamknie.

— To by była wielka strata, za rok chcieliśmy tam pojechać z synem. Oby Christiania walczyła, oby się nie poddała...

Ocena: 

Odpowiedzi

Świetny tekst, pisz książkę chłopie jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś :) To to jest genialny przykład, że na hyperreal siedzą nie tylko zaćpane małotaty szukające jak najwiekszej "pizdy". Szacun.

Bardzo ładnie.

Pięknie napisane. Dobry trip raport nie tylko o podróży na kwasie ale i o podróży po Kopenhadze. Pozdrawiam

Dziękuję, robię, co mogę, bo okazje do tripowania nie zdarzają się już tak często jak na studiach. Oby do emerytury...

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media