Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

ktoś kiedyś będzie stąpał po naszych kościach

ktoś kiedyś będzie stąpał po naszych kościach

Tym razem raport zwięzły i krótki, ponieważ pik, który swoją intensywnością zdominował początek tripu, zaburzył pamięć dwóch pierwszych godzin, a kiedy już minął i pozwolił nam pozbierać się do kupy, byliśmy tak zmęczeni, że siedzieliśmy robiąc dosłownie nic. No dobrze, nie do końca nic – trochę tam myśli się w głowie kłębiło.

Dzień wstał jedyny w swoim rodzaju (przynajmniej od czasu, kiedy tu przyjechaliśmy), bez chmur, ale pluszowy, zmiękczony bardzo delikatną mgiełką, która z rana tylko zabarwiała na sino odległe stożki wulkanów i pozwalała patrzeć w toń oceanu, nawet kiedy słońce stało jeszcze nisko (a zwykle wtedy jest tam coś, co wygląda jak równina pokryta płonącym magnezem), potem jednak, koło południa, na wejściu LSD, zaczęła się zagęszczać, zbliżając się do nas szczelnym kokonem. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że odetnie nas od otoczenia, jak kosmonautów w małej kapsule.

Złożyliśmy sobie życzenia dobrej podróży. Kartony były bez smaku i zapachu, nie powodowały drętwienia błon śluzowych, i to w jakiś sposób dało mi komfort psychiczny. Z drugiej strony nie spodziewałem się, że będzie tam coś innego niż najprawdziwszy szwajcarski kwas. Po dwudziestu minutach moja żona swierdziła, że „ściska jej narządy wewnętrzne” (jak powiedziała potem, myślała, że się otruliśmy), po kolejnych dziesięciu ja miałem lekkie mdłości.

Siedzieliśmy sobie przed naszym, jak by powiedział wujek Timmy, szałasem, czekając na pierwsze mentalne efekty, topiąc bose stopy w saharyjskim piachu. Mgła wciąż się zagęszczała i przybliżała, nie czułem się jednak osaczony, tym bardziej, że kiedy jakaś siła zaczęła podrywać moje ciało do góry i powiedziałem — Czuję teraz to, co w gliptotece, jakby ktoś od spodu włączył turbiny! — powietrze było już skrystalizowane, przywracając odległym kształtom właściwe kolory i odsłaniając wyrastający z oceanu łańcuch górski, ginący za krzywizną Ziemi.

— Niesamowite! — zachwycała się moja żona — znów trafiliśmy na cudowną pogodę!

— Przecież przyroda zawsze cieszy się z naszych tripów.

Zaczęliśmy testować stopień naszego skwaszenia, przysłaniając oczy w poszukiwaniu CEV-ów. Powoli coś tam zaczynało się dziać. Upewniłem się jeszcze, że mam ustawione budziki przypominające o nałożeniu kolejnej warstwy przeciwsłonecznego paskudztwa… i tyle pamiętam do momentu, kiedy coś kazało nam położyć się i zatopić w muzyce, choć niewątpliwie coś działo się pomiędzy.

Miałem przygotowane melanezyjskie pieśni religijne, aborygeńskie rytmy szamańskie i ciekawe aranżacje muzyki północnoamerykańskich Indian, jednak pomyślałem, że miło będzie podróżować synchronicznie, na tym co żona – „Hotel Cabana” Naughty Boya (bez wielkiego nadęcia – świetnie zaaranżowana i wyprodukowana płyta, z masą ładnych piosenek, tłustym basiorem i eleganckim rapem). Przyznam, że bawiłem się wyśmienicie, targany niczym chorągiewka emocjami podmiotów lirycznych kolejnych utworów. Kochane szwajcarskie cudeńka (tym razem mam na myśli słuchawki) produkowały bas, który brzmiał jakby wydobywał się ze stojącego obok mnie subwoofera, powodując złudzenie, że ciśnienie wydobywające się spomiędzy malutkich filtrów akustycznych wprowadza mój mózg w oscylacje, że płaszcząc się i rozciągając, wygląda jak piłka odbijająca się od betonu. „Wonder”, który normalnie wydaje się mi nazbyt optymistyczny na tle pozostałej części płyty, niósł ze sobą po prostu ładunek pozytywnej i szczerej energii. Przy „Talk About It” widziałem już fantastyczne, narastające ze środka symetrie, których byłem częścią. Ot to tu, to tam leżałem sobie zasłuchany, noga na nogę, synchronicznie kiwający licznymi głowami i stopami w takt słuchanej muzyki. Potem po raz pierwszy porządnie wsłuchałem się w aksamitny głos Gabrielle wykonującej bombastyczno-teatralny „Hollywood”, podzieiwjąc ejdetyczne wizualizacje przedstawiające historię wzlotu i upadku sezonowej gwiazdki. Nie pamiętam nic o „La la la”, może dlatego że zbyt wiele razy widziałem oryginalny teledysk, za to „Pluto”, która to jest chyba najlepszym kawałkiem albumu, przedstawiła mi wizję czarnej Barbarelli, w wymuskanym, białym statku kosmicznym, na tle iluminatora, w cienkiej halce, patrzącej bez emocji, jak Pluton oddala się niczym kamień wrzucony do ciemnej studni.

Zadzwonił pierwszy budzik. Poinstruowałem żonę, aby postarała się pamiętać o smarowaniu, kiedy skończy się płyta i odpadliśmy ponowanie.

Dla uzupełnienia wrócę do tego, co ona widziała. Podobno było to coś w stylu H.R. Gigera (umarł 3 dni po tym tripie), masa organicznej materii, jak mięso, „ale nie odrzucające, bardziej jak macica”, którą formowała jak plastelinę, tworząc życie, które rosło i kamieniało w jej rękach, po czym proces powtarzał się. A ja myślałem, że widzi teledyski, jak ja i że targają nią emocje piosenek, ha!

Płyta skończyła się i, co było do przewidzenia, okazało się że wyglądam jak kotlet schabowy, nie ma szans, żeby mnie natrzeć. Próbowałem iść się opłukać, jednak tym razem niestety kwas nie zaburzył mi termocepcji. Woda była lodowata. Całe szczęście miałem wyjście awaryjne – duże, białe, satynowe prześcieradło i słomkowy kapelusz z wielkim rondem (mojej żony), którymi opatuliłem się, aby móc powrócić do muzyki. Wrzucliśmy Air, „Moon Safari” (dobrze wiemy, cóż to za rodzaj safari, prawda?), potem Mulatu Astatke, który zmiótł nas niesamowitym jamem przechodzącym w słodki wibrafon w „Dewel” (tu wyobraziłem sobie kilku kolesi spotykających się przypadkiem w skwarze południa na jakimś placu małego afrykańskiego miasteczka, to jak się zgrywają i zaczynają snuć tę niesamowitą melodię), i wreszcie Codona, który dzięki kunsztowi nagrania ECM wymalował mi orientalnymi instrumentami czarną, statyczną toń jeziora, gdzieś w Chinach.

Dopadł nas głód. Zaczęliśmy wcinać bagietki, figi, morele i inne rzeczy, któreśmy zabrali ze sobą na podróż.

— Ależ jestem głodna! Jeszcze nigdy tak to na mnie nie działało!

— Myślisz, że ktoś nam dosypał marihuany do naszego LSD?

Był odpływ i ocean odsłonił wyrastającą z piachu niesamowitą strukturę. Zalana wyglądała zupełnie niepozornie, tak jak wszystko tutaj: masa czarnych, kulistych kamyków zastygłej lawy, przylepionych do skamieniałych, martwych stworzeń. Brzytwy i żyletki z muszli, które sto milionów lat temu były czyimiś domkami. Boli od samego patrzenia, nie ma mowy, aby postawić na nich nieobutą stopę. A tam, dotąd pod wodą, zupełnie inny świat – aksamitne skalne dno, jak rozkrojony ser szwajcarski – zapewne ukształtowane przez ten sam proces, który tworzy fantastyczne komórki drożdżówki. Kiedyś tam kipiąca magma zastygła pełna oczek gazu, a właściwie ok – tak wielkich, że dziś tworzą dziesiątki płyciutkich basenów. Welwetowy dotyk zastygłego w kamieniu ciasta jest niczym w porównaniu z tym, jak to wygląda: zdało by się, że każda górka i pełna wody dolinka ukształtowana była dłutem! Że jakiś szalony rzeźbiarz przyszedł tu, zerwał wierzchnią warstwę czarnych brzytew i żyletek, aby odsłonić tę niesamowitą szaro-ciemnoszaro-czarno-białą żyłę i przez ileś lat rzeźbił rozkoszne wgłębienia, w których w końcu możemy się opłukać. Ślady dłut są wszędzie! I oczywiście wszędzie dostrzegam symetrie, tak jak za zamkniętymi oczami. Do naszych stóp podpływają ciekawskie krewetki, nie wydaje mi się, żeby mogły gryźć, jednak łaskoczący dotyk ich nóżek i wąsów sprawia, że pląsamy aby ich uniknąć. Znajdujemy mniej zakrewetkowany basen, w którym musimy uważać tylko na sporą i wyglądającą na wkurzoną meduzę, nadyma się groźnie i ciągle podpływa, nie wiedzieć czemu do naszych zadków. Jedna ze skał wygląda jak twarz – trudno powiedzieć, czy wyrzeźbił ją ten sam twórca (natura), czy ktoś inny, bo jak odkryliśmy potem – nieco dalej aksamitna żyła upstrzona jest graffiti! Najwyraźniej krajowcy doskonale ją znają, przychodzą do niej i w czasie odpływu kują prawdziwymi dłutami miłosne wyznania! „Manuel e Conchita 1993”, „Antonio 1937”, itd.

Tak mijały nam godziny, podczas których przenosiliśmy się tylko o stopień wyżej, gdy ocean zaczął wracać. Potem ją zahipnotyzowały ryczące fale przypływu, a mnie struktura czarnej tarki, która z bliska okazała się być skamieniałym mikrokosmosem. Nie tylko porowate jak gąbka czarne kamienie i skamieniałe, ostre muszle przegrzebków. To w czym zdawały się zatopione okazało się nie być skałą, ale pokładami szkielecików. Cmentarzysko sprzed setek milionów lat. Muszla ślimaka, wyglądająca jakbym mógł ją oderwać – skamieniała. Strzaskana muszelka umułka – skamielina. Muszla sercówki – o, nawet nie zachowała koloru, z daleka wygląda jak czarny kamień. Żywe ślimaki, które nie wystawiają nawet łebków ze swoich muszli, tylko czarnymi czułkami sondują drogę przed sobą, skupiają się w ciemnych szczelinach, lubią dokładnie te same miejsca, które wybrali ich krewni ileś tam milionów lat wcześniej, miejsca w których zostali na milenia. Koczują na cmentarzu.

— Ktoś kiedyś będzie stąpał po naszych kościach…

Żałowałem w tym momencie, że tak mało znam się na geologii i nie potrafię czytać ze skały, która zdawała się mówić do mnie głośno i wyraźnie, elegancką dużą czcionką.

Zachodzące słońce i narastający chłód rozpoczął przyjemny i leniwy aftreglow, którego ukoronowaniem był nocny wypad na plażę i podziwianie gwiazd. Nie było chmur i znajdywaliśmy się daleko od miasta, niebo było upstrzone jasnymi punkcikami, nie widzieliśmy jednak drogi mlecznej, bo raził nas księżyc. Dziwny księżyc, nigdy takiego nie widziałem: nie był biały, czy żółtawy. Był srebrny jak lustro, może nawet lekko niebiesko-metaliczny. Świecił, jak szalony. Normalnie noce nad oceanem są jak smoła: nie wiesz, gdzie kończy się plaża, gdzie zaczyna woda, a gdzie horyzont. Tej nocy piach był beżowy (nasze cienie czarne i wyraźne jak za dnia), ocean pełen księżycowego blasku, a niebo ciemnoszare.

Usnąłem dopiero po około 14-15 godzinach od wzięcia.

Podsumowując - nie byliśmy przygotowani na uderzenie i pik 240μg LSD, dodatkowo świadomość, że przebywam w najbardziej niebezpieczną porę na słońcu (kijek wbity w piach praktycznie nie rzuca cienia!), powodowała, że trudno było mi się zupełnie oderwać, w oczekiwaniu na sygnał nieszczęsnego budzika (tak czy siak – oboje się spiekliśmy). Następnym razem trzeba jednak lepiej dobrać porę dnia.

Ocena: 

Odpowiedzi

Uwielbiam Twój styl opisywania przyrody. Jakbym czytał opisy skał księżycowych u Lema ;)

A ja uwielbiam takie komentarze, choć zawarta w nich gruba przesada nieco psuje moją radochę... Ktoś gdzieś napisał "nature is the ultimate trip toy"

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media