Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dance like you’ve never danced before

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Dwa bardzo słabe znaczki z kartonu „Hofmann” z rybą koi na rewersie, po objawach mniej niż 100μg
Set&Setting:
Pozytywne nastawienie, plaża w Płocku, festiwal muzyki elektronicznej, ulice Płocka
Wiek:
39 lat
Doświadczenie:
kofeina, alkohol, amfetamina, efedryna, marihuana, LSD, Bromo-DragonFLY, szałwia wieszcza, MDMA, AM-2201

dance like you’ve never danced before

Płock, a przynajmniej jego stare miasto, robi naprawdę dobre wrażenie, tym bardziej że już pół godziny po zameldowaniu się w hotelu, przy kuflu „ciemnego miodowego” z mikrobrowaru Tumskiego nieznajomi-znajomi, którzy użyczyli nam miejsca przy swoim stoliku zaproponowali, że podzielą się swoją kokainą. I jak tu nie powtórzyć oklepanego frazesu, że „muzyka łagodzi obyczaje” oraz „festiwalowa atmosfera udzieliła się wszystkim, sprawiając że stają się lepszymi ludźmi”? (Pątnik na pielgrzymce do Częstochowy na pewno nie darowałby Wam swojej kokainy, prędzej ukradłby Waszą!)

Nie mając pewności, czy także i te, ostatnie z bardzo kiepskiej serii, kartoniki są tak sałabe jak poprzednio, zarządziłem wczesne wrzucenie, aby peak minął przed Pretty Lights. Wiem, wiem, to trochę bez sensu, ale bardziej zależało mi na wyłączeniu potrzeby snu, niż słuchaniu muzyki pod wpływem. I okazało się, że wyszło mi to tylko na dobre, bo najlepszy koncert festiwalu przypadł właśnie podczas apogeum (słabych) efektów.

Przeżuwając powoli tekturki, chodziliśmy wzdłuż terenu festiwalowego. Zauważyliśmy, że wiele osób wybrało dość tanie rozwiązanie – biwakowanie na plaży, prawie na poziomie wody.

— Nie będą mieli za fajnie, jeśli spadnie deszcz — zauważyła moja żona, nie mogąc się przecież spodziewać, że ukoronowaniem pięknego, upalnego dnia będzie noc lejąca fraktalne kaskady wody, które nieomal doprowadziły do zawalenia jednego z namiotów. Póki co jednak było ciepło, rozkosznie, słońce przygotowywało się do zapadnięcia w spokojną toń Wisły i bardzo chcieliśmy zobaczyć ten moment, co okazało się jednak niemożliwe, bo plaża została z każdej strony ogrodzona.

— No cóż — westchnąłem — Ale przynajmniej dzięki temu jutro nikt nie będzie musiał w Gdańsku wyławiać trupów. Kto wie, ilu narkomanów lub pijaków utopiłoby się w rzece, gdyby nie ta siatka!

Zawróciliśmy w kierunku mejnstejdżu, czując już lekkie mrowienie w nogach. Ponieważ u niej ostatnie sesje zaczynają się zawsze sensacjami żołądkowymi, postanowiliśmy przeczekać je, rozsiadając się na leżakach pod namiotami Łodzi. Kiedy zamykałem oczy, bardzo wyraźne, fotograficzne powidoki układały się w sałatkę-kolaż, wyglądającą, jakby mózg zrobił szybkie zdjęcie, pociął je na puzzle i pomieszał. Przezabawny efekt, pierwszy raz coś takiego mi się przydarzyło. Tymczasem jednak, zamiast podziwiać CEV-y, przyglądaliśmy się jak promotorki naszego ex uwijały się z gadżetami i koszulkami, a trzeba wiedzieć, że Łódź ma całkiem fajne logo!

— Co musi zrobić osoba, urodzona 40 lat temu w Łodzi, żeby dostać taką koszulkę? — zagaiłem.

— Opowiedzieć o trzech rzeczach, z którymi kojarzy się Łódź.

— Po pierwsze: Fabryka!

— Ale co — „fabryka”? Proszę powiedzieć coś więcej.

— No więc to był taki fajny, industrialny lokal, wchodząc tam czuło się słodkawy opar marihuany, palonej bez skrępowania na miękkich kanapach…

— Oj, nie pochwalam, jestem przeciwniczką narkotyków!

— No co też pani powie!... No to w takim razie – Las Łagiewnicki, cudowne miejsce do spacerów, mnisi przepasani sznurami przechadzający się po ścieżkach, stawy…

— No dobrze. A trzecie?

— Piotrkowska, która dwadzieścia lat temu była przecudownym i żywym miejscem…

Wyposażeni w koszulki i torby udaliśmy się już pod mejnstejdż, gdzie szalał Psych, i nie powiem, nawet mnie rozruszał, jednak, że przyszliśmy na parę ostatnich minut jego występu, ani się obejrzeliśmy, a już rozkładał się Skalpel. W przeciągu paru sekund pod sceną zaczęło gęstnieć, tym bardziej że z głośników popłynęła propozycja nie do odrzucenia:

— And now we are inviting you for a… trip… trip! TRIP!!!

Podeszliśmy więc jak się dało najbliżej i (spodziewając się, że będzie to najbardziej wysmakowana muzyka tego wieczoru), chłonęliśmy każdy dźwięk i wizualizację. Byliśmy do tego stopnia oczarowani, że ledwo co zwracaliśmy (wizualnie) uwagę na Joannę Dudę, tonąc w jej fantastycznie pokręconych klawiszowych impro, przygniatani łomotem krzesanym z perkusji przez Młynarskiego. Po raz pierwszy zauważyliśmy ją dopiero podczas „Tension”, kiedy to żona stuknęła mnie łokciem i wrzasnęła:

— SPÓJRZ NA TEGO ZAĆPANEGO KOLESIA PRZY KLAWISZACH!!!

Faktycznie, „koleś” w ogromnych czarnych okularach i śmiesznej czapeczce zdawał się w katatonii lub dysocjacyjnym zamroczeniu przebierać palcami, drzemiąc na keyboardzie, przylepiony do niego tylko na strużce własnej śliny. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy w trakcie utworu zaczął się budzić, budzić, budzić, drgać, drgać, drgać, spinać, spinać, spinać, prostować, prostować, prostować, aż wreszcie napierdalać, napierdalać, napierdalać! obłędnie dziką improwizację.

Kolejnym (choć trudno mówić o kolejności wspomnień kwasowych) jasnym punktem koncertu był niesamowity teledysk do „If Music Was That Easy”, z oniryczną sekwencją z „Salta” Konwickiego. „AND NOW YOU WILL DANCE... YOU WILL DANCE LIKE YOU’VE NEVER DANCED BEFORE!” – ostrzegł samplowany głos. Pomimo, że widziałem klip wcześniej, dopiero teraz stała się jasna cała wymowa tej przedziwnej sceny. Beznamiętny, jakby chocholi taniec, miny ludzi, mowa ich ciała, panujące między nimi stosunki. W najodpowiedniejszym momencie, chyba był to peak tych słabiutkich kartonów, zostaliśmy zahipnotyzowani, zaczarowani i rozłożeni na łopatki małym dziełem sztuki – teledyskiem Natalii Nguyen do „Soundtracku”. Zaczęło się od jakichś organicznych wizualizacji, błysków, coś jakby widoków z kamer wziernikowych, wnętrza macicy, a potem ta cudowna animacja, jakby wyjęta prosto z „Bajek robotów” Lema. Staliśmy jak zaczarowani. Oto jeden z tych filmików, które chciałbyś zawsze oglądać, gdy jesteś skwaszony! Kiedy robot przy taśmie podrapał się w głowę patrząc na nakrętkę, byłem w stanie wykrztusić z siebie tylko:

— Łhooooo…

Pozbieraliśmy żuchwy z piasku plaży, otrząsnęliśmy się, choć może nie do końca:

— Dziś już NIKT nie robi TAKICH animacji!

— Majstersztyk!

Wydając z siebie kolejne ochy i achy, zaczęliśmy powoli odbierać otoczenie. Rozejrzeliśmy się dookoła, po raz pierwszy doceniając urok terenu festiwalowego. Tłum ludzi powoli przelewał się z miejsca na miejsce. Na łagodnej części skarpy siedziały dość luźno grupki imprezowiczów. Po stromej ścianie, pośród magicznie wyglądających latarń, świateł, spotów, wirujących obrazków i bijących w niebo reflektorów wiły się węże wchodzących do miasta i schodzących na plażę. Było nierealnie pięknie, jak w jakiejś kwaśnej wizji. Zdecydowaliśmy, że czas się pożywić, aby mieć siły przed Pretty Lights, zaraz więc wspinamy się, stając się jedną z cząstek wijących się na zboczu węży. Na samej górze, na naszej przecznicy, młoda parka diluje ze ślicznego jak cipka Megane Coupe: „Mamy wszystko, czego potrzebujecie!” (MACIE PIZZĘ?!)

Powłóczyliśmy się chwilę uliczkami Płocka, chcąc znaleźć jakieś zupełnie offowe miejsce i trafiliśmy na nie – „PYSZNA PIZZA! PRAWDZIWE HAMBURGERY (AMERYKAŃSKIE!)”, witryna oklejona nalepką przedstawiającą szczęśliwą, szczupłą rodzinę (pewnie amerykańską) – w ogródku tego przybytku siedziało trochę ludzi, z wyglądu przypominających mieszkańców łódzkich kamienic, najwyraźniej tubylcy, więc na pewno nie serwowano tu nic trującego. Czekając na zwolnienie toalety, rozglądałem się ciekawie po wnętrzu. Było bardzo biedne. Sądząc po stylu - ostatni raz remontowane chyba jeszcze w demokracji, za króla Edwarda I Wielkiego. Coś jak bar mleczny na MDM. Toaleta przyzwoita, czysta.

— Wyglądam jak zwierz! Miał rację ktoś na Hyperrealu: „na kwasie wyglądasz jak zwierz”, albo tylko tak Ci się wydaje, gdy patrzysz w lustro — zwierzyłem się potem pożerając (polską) pizzę z tuńczykiem.

Płock, the city that never sleeps – wesołe grupki pijanych i naćpanych festiwalowiczów suną w górę i w dół ulicy. Impreza na krawężniku. Impreza w ogródku. Impreza na środku ulicy. Impreza na balkonie kamienicy – na pierwszym piętrze wystawiony jamnik gra Depeche Mode, obok tańczą matka i córka, w dole - przechodnie. Włóczymy się jeszcze urokliwymi uliczkami centrum, w końcu jednak wracamy do hotelu, aby sobie chwilę odpocząć i podbić nieco fazę odrobiną trawy. Pierwsze krople deszczu spadły, kiedy przekroczyliśmy próg pokoju, otworzyliśmy więc okno i siedząc nago na parapecie, patrzyliśmy jak tłum w dole faluje i zmienia konfigurację, niczym mrowisko, w które ktoś powtykał podpalone trociczki. Z chmur lały się strumienie wody. Nie deszcz. Nie prysznic. Jakby miliony wiader o nieskończonej pojemności. Wodne lasery orbitalne. Wodny nalot dywanowy. Pierwsze chwile potopu. Bóg znów się wkurwił, zatopi naszą utopię.

Deszcz lał, zdało by się, bez końca, nie zachęcając do wyjścia, na mejnstejdżu widać było jednak fajne wizualizacje i radośnie falujący tłum, no i przecież „przyjechaliśmy tu na koncerty, nie żeby siedzieć w hotelu”. Zleźliśmy więc z parapetu i popłynęliśmy po skarpie, serpentyną w dół, dół, dół, prosto na Trentemøller. Ponieważ nie wiedziałem nic o wykonawcy, nie znałem nawet nazwy, a kwas podbity dobrym ziołem wreszcie zadziałał konkretnie i z sensem, w głowie wyrobił mi się kompletnie fałszywy obraz zespołu (nie bez znaczenia było to, że obie panie były dość mocno eksponowane na bocznych pionowych displejach). Nie wiedząc kto to i jak się nazywa, mówiliśmy tylko w kółko: „TE laski”! Tak więc zeszliśmy prosto w środek dźwiękowej zawieruchy, gdzie TE dwie fajnie laski, błyskając na białych gryfach gitar wymanikjurowanymi paznokciami wyglądały NIEZIEMSKO i STYLOWO. Kiedy tak stały obok siebie, kamera ustawiona z boku pokazywała URZEKAJĄCY widok dwóch kobiet WYMIATAJĄCYCH na WARRRCZĄCYCH gitarach elektrycznych. Jedna z nich, o ile to nie była kwasowa halucynacja, grała z fajką w zębach. I to ona właśnie powalała mnie na ziemię, kiedy przestawała grać rytmicznie i zaczynała obłędną improwizację, wydając z gitary dzikie i pełne boleści wycie, jakby maciory patrzącej na patroszone żywcen warchlaki.

— Znaaaam to! Znaaam to! — ryczałem jak głupi, kiedy grali „Never Stop Running”.

Pląsaliśmy jak szaleni, duet obrazów i dźwięków, wyolbrzymionych przez wzmocniony trawą kwas, owładnął naszymi ciałami. Nie powiem, że było jak w latach dziewięćdziesiątych, ale no… prawie, prawie!

Przed kolejnym koncertem odwiedziliśmy hemisferyczne kino Łodzi, gdzie obejrzeliśmy przefantastyczną reklamówkę miasta, z uroczym staruszkiem w roli głównej. Film zaczynał się sztampowo: kolejna, do znudzenia wałkowana, historia o młodym pokoleniu i żyjących wspomnieniami starszych, zapomnianych, samotnych osobach. Przyjaciele odeszli. Wnuki na zmywaku. Nikt nie puka do drzwi. Nikt nie zagra z dziaduniem w szachy. Aż tu naraz… jesusmaria!!! CHYBA WŁAŚNIE DOPIERO TERAZ KWAS ZACZĄŁ DZIAŁAĆ!!! A, nie, nie. Jednak nie. To się RZECZYWIŚCIE dzieje w tym filmiku! (Nie będę spojlował, to trzeba samemu zobaczyć).

A potem był gwóźdź programu - z dawna wyczekiwany Pretty Lights i kolejne zaskoczenie, bo znałem go tylko z produkowanych taśmowo downtempowych płyt, a to co pokazał w Płocku było po prostu energetycznym, bombastycznym szoł dyskotekowo-laserowym. Wiecie, in America everything is bigger. Na początku, z wejściem pierwszych basów, dookoła nas rozpaliły się skręty, a powietrze zgęstniało od marihuanowego dymu, który łapczywie wciągałem. Łapczywie i skutecznie, bo działanie kwasu znowu się podbiło. Otoczyły nas laserowe O/CEV-y. Coś tak pięknego widziałem tylko któregoś razu na bromoważce, a tu to się działo NAPRAWDĘ! Wokół nas, nad nami i w naszych głowach – świetliste płaszczyzny, pasy, promienie, rury, sunące pionowo, poziomo, na skosy, podskakujące i płynące, przeplatające się i zachodzące na siebie. Derek, w przekrzywionej bejzbolówce, podrygujący za konsoletą z wyrazem debilnego otępienia na twarzy, zdał mi się połączeniem odmóżdżonego goryla z niezbyt rozgarniętym buldogiem. Bas falował, krystalizując powietrze, tonęliśmy w basie, różnokolorowe lasery cięły czerń nocy. Co jakiś czas didżej zawieszał się, drapał w głowę, z czegoś jakby niezadowolony, po czym rozjaśniał się, przekręcał jakąś wajchę i – cóż za zaskoczenie! – dopiero teraz TO JEST BHHAAAAAAS!!! BWWWWWAAAAHHHH! BWWWWWAAAAHHHH!, BWWWWWAAAAHHHH!, a on jeszcze robi pantomimę rękami, jakby spychał ten bas ze sceny na nas, dzielił się nim z bandą odmóżdżonych debili, którzy przyszli poskakać do łomotu produkowanego przez zdebilałego bezmózga. Szoł laserowy był bez wątpienia najlepszy, jaki w życiu widziałem. Przemyślana horeografia i bajeczne kolory tworzyły w nocnym powietrzu najwspanialszą namiastkę CEVów, dla tych wszystkich, którzy odbierali świat na trzeźwo. Dla mnie, lekko skwaszonego i utrawionego, wydawały się czasem tunelami czasoprzestrzennymi, czasem Światłem (tym, w którego stronę ma się iść), a czasem barwnymi, ruchomymi słupami, podskakującymi po publiczności, jak gumowe piłki. W pewnym momencie powróciło oberwanie chmury. Tysiące kropelek deszczu wisiało zatrzymane w ruchu przez tańczące wiązki światła. Uniosłem w górę ręce, ciesząc się z wody lejącej się z nieba! Hydropiekłowstąpienie! Aaaaaaaahaaahaaaa!!! W przeciągu pięciu sekund ubranie stało się całkowicie mokre, nie mam bodaj jednej suchej plamy! Szmaciane tenisówki grzęzną w mokrym piachu! Jaaaak cudownie! Jaaaak nieziemsko! Kocham deszcz! Niech leje! Taniec! Bas! Łomot! (Derek czule otula laptopy ręcznikami). W pewnym momencie lasery utworzyły tunele, w których stały dwa (zapewne tylko dekoracyjne) głośniki. Pretty Lights, podświetlony od spodu, manipulujący (zapewne tylko dekoracyjnymi) kranami na swojej konsolecie, zdawał mi się aniołem, czy może bogiem groove’u, sączącym jakąś niesamowitą mantrę w czarny tłum swoich wyznawców. Za chwilę byłem jednym z kosmitów w „One More Time” Daft Punka, tańczącym w ogólnoplanetarnej, niekończącej się imprezie. Innym znów razem Derek stawał się złowrogim psychomanipulatorem, wysłanym przez totalitarny rząd, aby otępić umysły buntującej się tłuszczy hipnotyzującym basem – WRUUUUMMMMM! WRUUUUUUUUMMMMM!, aby przemienić ludzi w zombie, które potrafią tylko tańczyć, tańczyć (w deszczu!), bez uczuć, bez myśli i szczytować z każdym uderzeniem basu!

— OBEYYYY! MOTHERFUCKERS!!! — zdawał się grzmieć, bez słów, swoimi głośnikami.

A deszcz wylewał się z nieba, jakby jutro świat miał się skończyć.

A czas nie miał znaczenia.

Zrozumiałem, że msza się kończy, kiedy usłyszałem pierwsze charakterystyczne dźwięki akustycznej gitary. Nie spodziewałem się tego, nawet jakoś bardzo mi na tym kawałku nie zależało, ale jednak, jednak, jednak! „Finally Moving” wprowadziło mnie, jak i wszystkich współzombiewyznawców, w stan niemalże ekstatyczny. W podzięce Panu ośmieliliśmy się więc śpiewać:

Oooooooooh-oooooooh, sometimes

I get a good feeling, yeah

I get a feeling that I

never

never

never

never

had before, no no

I get a good feeling

A potem mokrzy, ciamkający butami, zmęczeni, zziębnięci i zapiaszczeni znów zaczęliśmy piąć się po skarpie.

Weszliśmy do hotelu, w ubraniach ciasno przylepionych do ciała, prześwitującej bieliźnie, ciągnąc za sobą piach plaży. Moja żona posiada ten niezwykły dar, że jest w stanie usnąć po psychodelikach. A ja – cóż – do piątej nad ranem przewalałem się z boku na bok, słuchając dość dobrze słyszalnych (pomimo zamkniętych okien) 2manydjs i Last Robots.

Afterglow wygonił nas koło południa na zwiedzanie miasta – pod dębem Broniewskiego złapał nas deszcz, pod katedrą trafiliśmy na afterparty, które uraczyło nas paroma machami soczystej trawy i ciekawą historią życia, a na piwie w Browarze Tumskim dowiedzieliśmy się od współbiesiadnika, na jakie festiwale warto jeszcze zajrzeć.

A wieczorem, już zupełnie na trzeźwo, w jednym z pierwszych rzędów darliśmy się do Naughty Boya: „La la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la”. Jeśli tam byliście, to musieliście nas widzieć!

Ocena: 

Odpowiedzi

Rydzyk w formie! Jak zawsze z resztą. Raport kupił mnie od samego początku. Podobają mi się te Twoje zaskakujące i czasem brutalne porównania w stylu piękne jak bolesny kwik maciory patrzącej na zarzynane warchlaki. TR naprawdę wciąga. Pozostaje mi tylko życzyć samych 250-tek na kartonikach i czekać na kolejny raport :D

No, właśnie - dziękuję. Życzę sobie tego samego!

Fascynujaco czyta sie Twoje raporty! Jeszcze troche a stane sie Twoja fanka! xD

Mi Bog podarowal taka ulewe na konercie The Prodigy na warszawskim stadionie. Bylo fantastycznie i bez zadnych "wspomagaczy"! :)

Chodz gdyby byly, byloby jeszcze lepiej! ;)

 

Sein Jemand !

Aaaaa, dziękuję. Dam Ci szansę na zostanie fanką - piszę właśnie raport z sylwestra. Tak sobie próbowałem w tej chwili wyobrazić podobną ulewę na koncercie Prodigy. Trudno powiedzieć, która muza fajniej się komponuje z tańcem w deszczu - Pretty Lights, czy oni. Choć przy Prodigy pewnie czułbym, że deszcz jest brudny! :D

Cóż za zaszczyt :D
TR z Sylwestra..... ciągle się zastanawiam czy go napisać, nawiedza mnie on co jakiś czas w myślach a może raczej jego skutki gdyż zakończył się fatalnie. Fatalnie dla mojej psychiki. Wplątam sylwestrowego drapieżcę w inny raport, gdyż muszę się podzielić moimi przemyśleniami bo dręczą mnie i dręczą i wzbudzają strach.
Ulewa w odpowidnim momencie pasuje zawsze, nie ważne jaka muzyka :) 

Sein Jemand !

Pisz koniecznie, ZWŁASZCZA jeśli zakończył się fatalnie dla psychiki. Potrzeba tu różnych raportów, także i tych, które pokazują mroczną stronę substancji.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media