Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

ciepłą, kwaśną nocą... las jest żywszy niż wy

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
1 kartonik, z puli którą eksperci szacują na około 130ug LSD. Nad ranem maciupeńki buszek MJ.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Gorący, parny letni wieczór/noc. Wszystko, czego potrzeba do szczęścia, czyli --> ja, kwas i las!
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
psilocibe semilanceata, LSD, bromo-dragonfly, DOC, DXM, salvia divinorum, gałka muszkatołowa

ciepłą, kwaśną nocą... las jest żywszy niż wy

20:15 – Intoksykacja. Jeszcze w domu, kartonik trafia tam gdzie czuje się najlepiej, a więc pod mój język. Trwają ostatnie przygotowania – zgrywanie muzyki na mp3, pakowanie prowiantu i śpiwora do plecaka.
Pół godziny później zakładam plecak i dziarsko wychodzę – humor dopisuje, co jest zapewne już pierwszym efektem zażytej substancji.

Pierwszy przystanek – malowniczy skraj lasu z widokiem na łany zboża i panoramę mojego miasteczka. Początkowo oznaki wejścia są niezbyt przyjemne – zmęczenie, zmieszanie, dziwne odczucie w żołądku. Nie ma do kogo się odezwać. Jednak pojawiają się też zmiany wizualne – chylące się ku zachodowi słońce rozświetla chmury ciepłymi barwami, które nabierają coraz większej, kwasowej intensywności.

~1h od intoksykacji – Efekty są już wyraźne i rozpoczyna się specyficzny przejściowy stan, który nazywam niedojebaniem. Stan, który charakteryzuje się tym, że nie można określić na czym polega. Nie wiadomo, czy chce się stać, leżeć, czy siedzieć. Czy jest się głodnym, czy przejedzonym. Coś się dzieje, coś się chce robić, ale ciężko znaleźć sobie miejsce i cel. W stawku niedaleko kumkają żaby, z lasu syczą czaple, nade mną brzęczą komary – trzeba to przeczekać!
Na szczęście po chwili stan ten przechodzi, a wizualnie robi się coraz piękniej. Cóż to za fantastycznymi kolorami pokrywa się niebo! Niesamowite, głębokie odcienie czerwieni, fioletu, różu, złota, srebra! Chmury zaczynają też falować, zmieniać kształty. Cała perspektywa zmienia się, przypominając wygiętą w okularze. Oj, to chyba najpiękniejszy zachód słońca w moim życiu!
Tymczasem zapalają się też światła latarni i domów w mieście. Wszystkie światła błyszczą niesamowicie i mają kolorową, tęczową otoczkę!
Świat coraz głębiej zapada w noc, a ja coraz głębiej zapadam w swojego tripa – daje to ciekawe odczucie jedności ze zmieniającą się przyrodą.

~2h od intoksykacji – Zapada zmrok, a ja udaje się do lasu. Postanawiam odwiedzić kumpli, którzy piją sobie w innej jego części. Zakładam mp3jkę z ambientowym graniem na uszy, wchodzę na leśną scieżkę – i dosięga mnie euforia. Cudowny odbiór muzyki, a jaki wspaniały las. Widzę każdy szczegół, każdą gałązkę oddzielnie. Liście zmieniają się i układają w jakiej wzory, kojarzące mi się z meksykańskimi. Mógłbym godzinami tak chodzić, a jednocześnie nie mogę się doczekać spotkania z ludźmi.
Kiedy docieram do nich, rozmawia mi się bardzo przyjemnie. Kolega macha mi przed oczami komórką - wybucham śmiechem, bo urządzenie zostawia za sobą kolorowe smugi.

Po chwili postanawiam jednak wrócić do lasu, gdyż szkoda mi tripu na zwyczajne spotkanie towarzyskie. Mówię do kumpli – 'wybaczcie, ale dzisiaj las jest fajniejszy niż wy'.
Bo las rzeczywiście jest niezwykły. Zarówno ściółka leśna, jak i liście drzew układają się we wzory. Drzewa – są magiczne. Takie dostojne, doskonałe, żywe. Każde drzewo jest inne, ma swoją osobowość, czuję jego energię. Pod niektórymi zatrzymuję się, dotykam – obcuję z nimi, nawiązuję kontakt. W końcu pod jednym z drzew rozkładam śpiwór i kładę się. Las wokół mnie porusza się, otacza mnie. Wrastam w niego. Czuję się bezpieczny, czuję się jego częścią.
Jest bardzo gorąco i parno, moje ciało pokrywa się potem. Słychać głosy ptaków, różne szelesty. Wyobrażam sobie, że jestem szamanem medytującym głęboko w południowoamerykańskiej dżungli. Tylko komary przeszkadzają w pełnym skupieniu. Wyciągam więc z plecaka środek odstraszający. Nakładałam go sobie na twarz, niczym ten indiański szaman pokrywający swoje ciało barwnym wzorem.
Tak, magiczny środek zadziałał i odstrasza złe duchy pod postacią komarów.

~3h od intoksykacji – Wypełzam z lasu z powrotem na skraj. Z zachwytem patrzę na nocne niebo – nie jest czarne, tylko rozświetlone psychodeliczną poświatą. Przy głębszym wpatrywaniu pokrywa się lekkimi fraktalami. Podobne fraktale zresztą zarysowują się niewyraźnie po zamknięciu oczu. Gwiazdy błyszczą jak diamenty.
Wpatruję się także w lśniącą tęczowymi światłami i lekko falującą panoramę miasta. Siedząc w śpiworze, popijając wodę i przyglądając się to gwiazdom, to miastu, czuję się jak włóczęga podróżujący po Ameryce w czasach beatników, jeżdżący towarowymi pociągami i śpiący gdzie popadnie. W oddali błyska burza – błyska oczywiście zupełnie niezwyczajnie, w kolorze przypominającym fiolet.
Leżę na ziemi i bawię się obserwując swoje ręce, które zostawiają bardzo wyraźne smugi.
Brakuje mi trochę towarzystwa – choć z drugiej strony trip samemu pobudza do głębszych rozmyślań.

~4 h od intoksykacji – Znowu wyruszam na przechadzkę po lesie. Przedzierając się przez jego gąszcz, tym razem czuję się białym odkrywcą przemierzającym tropikalną dżunglę w poszukiwaniu jakiejś tajemniczej rośliny. Brakuje mi tylko maczety.
Las jest taki żywy i taki fascynujący! Kiedy przystaję, czuję jak tętni pełnią nocnego życia. Słyszę szelest tysięcy liści, tupot setek malutkich nóżek, furkot miękkich skrzydełek. Powietrze przecina świst nietoperzy. W oddali pohukuje puszczyk.
Zastanawiam się nad drzewami – zawsze na tripie uderza mnie tkwiąca w nich energia. Mam wrażenie, że mają jakiś rodzaj samoświadomości – co prawda nie widzą, nie słyszą, nie czują, ale skupiają się na tej jednej najważniejszej rzeczy – rosną, trwają, egzystują, istnieją. A to przecież całkiem sporo – mi, na kwasie, ten prosty fakt istnienia dostarcza ogromnej radości.

Choć w lesie czuję się znakomicie, bezpiecznie i zupełnie bez strachu (choć myślę, że na trzeźwo bałbym się chodzić samemu nocą po lesie), postanawiam dla odmiany przejść się po mieście. Idę żwawo – jestem pełen energii, tryskam humorem. Chodzenie, oglądanie wszystkiego sprawia mi przyjemność. Z plecakiem na ramionach czuję się jak nastolatek idący na spotkanie przygody.
Rozmyślam nad tym, jak wspaniałe są efekty takiej lekkiej dawki kwasa, w porównaniu do podłego odurzania się alkoholem, czy nawet marihuaną. Umysł mam czysty, niezmącony, ciało ochocze, mam motywację, żeby coś robić, ruszać się, mam mnóstwo pomysłów, przemyśleń. Radość czerpię nie, tak jak po marihuanie, z jakiś śmiesznych wkrętów, wyobrażeń oderwanych od rzeczywistości – ale właśnie z konkretności, z rzeczywistości wokół mnie, z tego, że idę, patrzę, słucham, wącham.

~5 h od intoksykacji – Moje miasteczko także prezentuje się uroczo – latarnie oświetlają je światłem, które wydaje mi się wyjątkowo ciepłe i przyjazne. Docieram do parku nad stawem – siedzenie na ławeczce w towarzystwie wodnego ptactwa jest oczywiście cudowne.

~6h od intoksykacji i później– Wracam do swojego leśnego matecznika. Dźwięki Lucy in the Sky with Diamonds na słuchawkach zagrzewają mnie do radosnych podskoków. Na skraju lasu zauważam już jaśniejące niemrawo niebo. Efekty zaczynają słabnąć, tak wizualnie, jak i psychicznie.
Postanawiam zatem zapalić małego buszka marihuany. W sumie trochę tego żałuję – trip co prawda znacznie przybrał na sile, ale jednocześnie bardzo stracił na tej kwasowej czystości i głębi. Zacząłem zagłębiać się w marihuanowe splątanie, gubić w swoich wyobrażeniach – jednocześnie wizuale stały się znacznie silniejsze. Las, w który wszedłem teraz, nie jest już taki przyjazny, a bardziej dziki i nieprzewidywalny, co chwilę zmienia się w moich oczach. Odgłosy nocy stały się coraz bardziej niesamowite. Szczególnie wycie lisów z odległej lisiarni przyprawiło mnie o mocniejsze bicie serca i skłoniło do nie zapuszczania się w głębsze części lasu.

Resztę czasu, aż do ranka, wypełniło oglądanie przepięknego, jaśniejącego porannego nieba i spacerowanie leśnymi ścieżkami. Wpatrując się w coraz wyraźniej oświetlone łany zboża, przypomniały mi się wersy Inwokacji -
'Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem'
Ciekawe, co napisałby Mickiewicz, gdyby mógł sprobować kwasu?

W końcu powróciłem do swojego domostwa, gdzie zasnąłem o godzinie 6 rano. Obudziłem się niedługo po 10 – wypoczęty, w pełni sił i w doskonałym humorze.

Podsumowując – z miejsca zakochałem się w takiej ciepłej, letniej, kwaśnej nocy. Pierwszy raz brałem psychodelik nocą, i zdecydowanie muszę to polecić. Pod względem wizualnym, no i ogólnego klimatu, zupełnie inaczej niż w dzień.
Taka lekka dawka kwasu znakomicie nadaje się, aby samemu, czy w towarzystwie, w pełni doświadczyć i cieszyć się z otaczającej przyrody, zjawisk natury i w ogóle całego świata.

Ocena: 

Odpowiedzi

Wszystko pięknie tylko uwierz mi że koło 200 ug to to nawet nie leżało ;) Niemniej osobiście wole właśnie takie dawki niż psychodeliczny rozpierdol. Najgorsze jest to początkowe niedojebanie, idealnie określiłeś ten stan hehe. Pozdro i do kwaśnego Wooda :)

Gwynn, wiedziałem w sumie, że ten kartonik ma mniej, tak mi się jakoś napisało ;p Ale żeby nie było niejasności wyedytowałem i wpisałem tyle ile wg szacunków znawców przypuszczalnie ma.

Nie mam specjalnego doświadczenia z większymi dawkami - jedynie grzybów trochę więcej wszamałem - ale wydaje mi się, że i małe, i duże dawki mają swój urok :)

W małych dawkach świetne jest to, że cieszysz się rzeczywistością, pięknem przyrody, świata i masz czysty umysł :D

opisuj wiecej uwielbiam to w twoim wykonaniu, grzybowa filozofia byla niesamowita, kwasny las tez absolutnie urzeka;d mnie niestety nie udaje zmobilizowac sie do plodzenia fajnych tekstow w tych stanach wiec tym bardziej szanuje twoj talent w tej materii;)

.znam słowa które jak atropina rozszerzają źrenice i zmieniają kolor świata Po nich nie można już odejść.
m.hillar

:) Bardzo mi miło, że jest ktoś, do kogo trafiają moje - skazane przecież na niepowodzenie - próby oddania słowami magii psychodelików. Pewnie to kwestia podobnego odbioru tych wrażeń.
No to teraz mam nie lada motywację, żeby częściej tripować. W końcu nie mogę zawieźć swoich wiernych czytelników ;)

Jakby co, na starym forumowym neurogroove jest trochę moich raportów. Na przykład takich :
http://talk.hyperreal.info/thread/19927
http://talk.hyperreal.info/thread/20224
http://talk.hyperreal.info/thread/21174
http://talk.hyperreal.info/thread/21348

:)

ze trafil na ciebie;p fajnie ze sie pochwaliles, fragmentami srogo pobudzasz wyobraznie i pragnienie possania kartonika juz natychmiast, chociaz kartonik kartonikiem, dla mnie zdecydowanie najkorzystniej wypadasz w akcji grzyb;)

.znam słowa które jak atropina rozszerzają źrenice i zmieniają kolor świata Po nich nie można już odejść.
m.hillar

Pewnie dlatego, że grzybiątka przypadły mi do gustu najbardziej :>
Ah, będzie się działo kiedy przyjdzie jesień, na pewno w tym roku będzie bardzo malownicza :)
Ale w międzyczasię spróbuję chyba cubensisów :>

Nic dodać, nic ująć. Całkowicie zgadzam się z podsumowaniem. Kwintesencja TR;a. Właśnie nocą powoje, kwasy, grzyby i inne takie tam, lubią pokazywać rozmaitości, z innej, ciekawej perspektywy. 5+ ;)

Salvinoria

Masz talent do opisywania tych stanów :) Aż chce się tego czytać, wciąga poprostu ;) Pozdro :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media