Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

hippie fliping. na szczycie szczytów

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
25mg 4-Aco-DMT
100mg MDMA
Pozwoliłem sobie nazwać ten miks syntetyczną wersją hippie flippingu :)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Od dawna planowany i wyczekiwany trip na zakończenie lata - połączenie psychodeliku i MDMA. 11 września roku pańskiego 2011 uraczył nas upalną, prawdziwie letnią pogodą - tak jakby lato chciało się z nami pożegnać najlepiej jak potrafi.
Na miejsce celebracji wybraliśmy tzw. alfa-góry - niewielkie wzniesienia otoczone łąkami położone kawałek za miastem.
Tripujemy w doborowym, przyjacielskim gronie 6 osób. Wszyscy nastawieni bardzo pozytywnie i podekscytowani - ten trip miał być zwieńczeniem, ukoronowaniem naszego psychodelicznego lata miłości, wiedzieliśmy, że mamy spodziewać się czegoś niezwykłego.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
grzyby halucynogenne, LSD, 4-HO-MET, 4-Aco-DMT, MDMA, bromo-dragonfly, DOC, DXM, salvia divinorum, gałka muszkatołowa

hippie fliping. na szczycie szczytów

Jest piękne niedzielne przedpołudnie. Wszyscy uczestniczy tripa spotykają się w mieszkaniu Larwy. To tutaj sporządzamy wodny roztwór, z którego przy pomocy strzykawki odmierzamy po 25mg 4-Aco-DMT na głowę. Zależy nam na czasie (wieczorem tego samego dnia wybieram się do teatru), więc postanawiamy zażyć go jeszcze w domu – stwierdzamy, że zapewne załaduje się nam akurat kiedy dojdziemy na miejsce przeznaczenia. Dokładnie o 12.00 każdy wypija swoją część lekko gorzkiego roztworu.

Ku naszemu zdziwieniu, tym razem psychodelik instaluje się w naszych organizmach wyjątkowo szybko. Już 5 minut po zażyciu zaczyna się coś dziać. Kulminacja wejścia – to uczucie dziwności, osłabienie fizyczne, lekkie mdłości – dosięgają nas w trakcie drogi przez miasto, co jest wyjątkowo nieprzyjemne. Wiemy jednak, że warto się przemęczyć, bo gdy dotrzemy na miejsce, z pewnością zrobi się cudownie.

Po jakiś 30 minutach drogi dochodzimy do celu – rozległa łąka obok torów kolejowych, a za nimi pagórki i las iglasty. Jak cudownie paść w objęcia miękkiej trawy! Wszędzie pełno pajęczyn, robaków, ale to nie przeszkadza, to nawet przyjemne – zanurzamy się w naturze. Zapewne przez ten nieprzyjemny początek, wciąż czuję jednak lekki dyskomfort i odczuwam niewielkie mdłości. Postanawiam przejść się po łące. Bezbrzeżne przestrzenie porośnięte trawą zachęcają do dryfowania w nich, po chwili jednak zaczyna mi doskwierać lejący się z nieba żar. W tym czasie moi towarzysze wdrapali się na wzniesienie po drugiej stronie torów – machają do mnie stamtąd i wołają mnie.

Kiedy docieram na szczyt pagórka, moim oczom ukazuje się zapierający dech w piersiach widok, który udaje mi się skomentować tylko dosadnym ‘o kuuurwa!’. Rozległy widok na łąkę, z której tu i ówdzie ‘wyrastają’ baloty siana i olbrzymie stare wierzby. Do tego owiewający ciało przyjemny wiatr. Tak, wiem, że wreszcie znaleźliśmy swoje miejsce.

http://img402.imageshack.us/img402/4331/zdjcie0021q.jpg

Wpatruję się w panoramę przed nami, w chmury. O dziwo, nie obserwuję wielkich zmian wizualnych, jedynie kolory są znacznie intensywniejsze i generalnie wszystko bardziej podkręcone, piękniejsze. Wszystko nabiera głębokiego, symbolicznego znaczenia. Zwykłe gesty, w rodzaju podania mi butelki wody przez przyjaciółkę – wydają się bardzo znaczące – to przecież przekazanie życiodajnego płynu przez archetypową kobietę archetypowemu mężczyźnie, gdzieś na szczycie świata. Siedząc ze skrzyżowanymi nogami na tym wzniesieniu, oddaję się tej pięknej, ujmującej magii świata i myślę sobie – czyż nie jesteśmy kimś w rodzaju współczesnych szamanów, duchowych poszukiwaczy? Tak właśnie się czuję.

Larwa z wyrazem czystej radości na twarzy mówi, że czuje się idealnie, że nie wyobraża sobie, żeby mogło być jeszcze lepiej. ‘W takim razie zaraz wyjdziemy poza granicę twojej wyobraźni’ – mówię, wyjmując z kieszeni woreczki z kryształkami MDMA. Sam nie wiem jeszcze nawet, jak bardzo mam rację. 

Po zjedzeniu kryształów (które w stanie podwyższonej wrażliwości zmysłowej smakowały okropnie i omal nie doprowadziły mnie do wymiotów) wszyscy rozkładamy śpiwory i w dalszym ciągu na szczycie pagórka czekamy na to, co stanie się dalej. Trwamy w bardzo przyjemnym, radosnym i mistycznym stanie – zastanawiamy więc, czy w ogóle coś się wydarzy,  czy coś się zmieni.

Jednak powoli zaczynam odczuwać TO coś w sobie (a jest to uczucie zupełnie nie do opisania, wszelkie moje słowa tutaj będą tylko marnymi namiastkami i próbami oddania tego)… Głęboko w moim wnętrzu zaczyna rozlewać się jakaś energia. Święta, boska, mistyczna siła zaczyna mnie wypełniać. Miłość krąży w mojej krwi. Jestem świątynią! Moje ciało jest uświęcone, doskonałe, jest idealną formą wypełnioną duchem.

Boże, jeszcze nigdy, nigdy nie czułem się tak dobrze sam ze sobą! Czuję się bardzo czysto, klarownie, przejrzyście. Zupełnie nie czuję się odurzony żadną substancją, odczuwam to jako naturalnego, wypływającego z mojego wnętrza. Jestem hipertrzeźwy, jestem hipersobą! Nawiązałem kontakt ze swoim najgłębszym ja, ze swoją duszą w czystej postaci. Jestem bóstwem, jestem wszechwiedzący, doskonały, jestem wibracją energii.

To przeżycie to zupełnie nowa jakość, niż po prostu połączenie efektów MDMA i psychodelika. To najczystsza rozkosz istnienia, po prostu szczyt szczytów, apogeum dobra, piękna, radości, miłości, magii, empatii, zmysłowości. Celebracja życia. Czuję się perfekcyjnie, idealnie, chcę, żeby to trwało całą wieczność. Inni przeżywają to samo. Larwa leży na uboczu zupełnie bez kontaktu, płacząc ze szczęścia. Potem mówi nam, że była naprawdę blisko omdlenia z rozkoszy. Na twarzach wszystkich maluje się wyraz najwyższego uniesienia. Dziewczyny wyglądają tak pięknie! Gaia krzyczy: ‘Czuję się bardziej sobą niż kiedykolwiek! Jestem Atlantydą!’.

W pewnym momencie słyszymy dziwny huk, jakby wystrzału, a zaraz potem skamlanie jakiegoś zwierzęcia. To straszne, trudno nam znieść cierpienie żywej istoty. Ale to także ważna lekcja o życiu, które składa się także z cierpienia. Wyzwolić z niego można się tylko wykraczając poza swoje ego i stapiając się z Miłością.

Do tej pory czułem się tak świetnie w swoim ciele, że nie myślałem nawet o kontakcie z kimkolwiek, ale kiedy Ven mówi, że potrzebuje naszej bliskości, przytulam się do niej i to także jest doskonałe. Wkrótce dołącza do nas cała reszta i tworzymy wibrującą, świetlistą kulę połączonej energii. Owiewa nas cudowny wiatr, niosący w sobie Miłość, którą obdarza nas Wszechświat. Do tego przyjemny dotyk słońca na skórze. Jak to dobrze, że mamy zmysły, że możemy to wszystko odczuwać, cieszyć się z tego. Jesteśmy boskimi stacjami odbiorczymi. Ale także nadajnikami. Każda cząsteczka mojego ciała krzyczy z radości, cieszy się, że żyje. Jakimi ogromnymi szczęściarzami jesteśmy, że istniejemy!

Jakimi ogromnymi szczęściarzami jesteśmy, że mamy siebie wzajemnie! W tym momencie trip wkracza w fazę empatii, która osiąga niespotykany wcześniej wymiar. Jedno spojrzenie w czyjeś oczy wystarczy, by odczytać jego emocje, uczucia, problemy. Nasze relacje kolejny raz bardzo się umacniają. Ale także zmieniają się, idą do przodu. Rozwiązują się pewne problemy, otwieramy się na pewne rzeczy. To działa jak totalne oczyszczenie na wszystkich wymiarach egzystencji.

Przypuszczalnie po jakiś 1,5-2h od zażycia MDMA mój trip zaczyna słabnąć. Ale o dziwo, Gaia dopiero w tym momencie przeżywa apogeum. Zwija się na ziemi i jęczy w spazmach ekstremalnego duchowego orgazmu. Stopniowo jednak wszyscy lądujemy na ziemi, chociaż jest to lądowanie nadzwyczaj łagodne. Wciąż czujemy się świetnie, psychicznie i fizycznie. Jesteśmy pełni energii, w dobrym humorze, oczyszczeni, rześcy, o klarownych umysłach. Rozmawiamy, przytulamy się, słuchamy muzyki i wszystko to jest bardzo przyjemne.

Ok. 17, czyli 5 godzin od zażycia 4-Aco-DMT i niecałe 4 godziny od zażycia MDMA, wracam do domu. Świat mijany po drodze jest przepiękny. Czuję się na tyle rześki i trzeźwy, że o 18 bez żadnych problemów siadam za kółko samochodu i jadę na zaplanowany spektakl teatralny. Do samej nocy pozostaję jednak w dobrym nastroju, po prostu szczęśliwy. Nie mogę wyjść z wrażenia nad tym, co spotkało nas tego dnia. Mimo wielu wcześniejszych tripów na psychodelikach i MDMA, ich połączenie tworzy niewyobrażalną nową jakość – psychodeliki wyciągają to co najlepsze z MDMA, zaś MDMA to co najlepsze z psychodelików…

Polecam. Kochajcie się i pamiętajcie, że Wszechświat jest Miłością! :)

Ocena: 

Odpowiedzi

Najlepszy był fragment 

mówię, wyjmując z kieszeni woreczki z kryształkami MDMA. Sam nie wiem jeszcze nawet, jak bardzo mam rację.

Świetny raport. Ciekawe jak to jest leżeć w południe w śpiworach w upale ;D

Gluciorro odezwij się na gg: 8371590 ;D

ladnie, ladnie

dzięki...fajowsko...

Ananda 

...jak na coś nieopisanego ;)

<cite>Boże, jeszcze nigdy, nigdy nie czułem się tak dobrze sam ze sobą! Czuję się bardzo czysto, klarownie, przejrzyście. Zupełnie nie czuję się odurzony żadną substancją, odczuwam to jako naturalnego, wypływającego z mojego wnętrza. Jestem hipertrzeźwy, jestem hipersobą!</cite>

Doskonale Cię rozumiem, dokładnie tak to wygląda na hippy flipie! Dzięki, że mi przypomniałeś jak to naprawdę było, haha. :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media