Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dwa w jednym

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Jeden karton, 180 według sprzedawcy
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
1) Wieczór/noc, piątek, brak dzieci, czysty umysł. Ulice śródmieścia Warszawy.
2) Wakacje, dobry humor. Prawie pusta, szeroka i długa plaża nad Bałtykiem. Bezchmurne niebo. Upał za parawanem, przejmujący chłód na otwartej przestrzeni.
Wiek:
39 lat
Doświadczenie:
kofeina, alkohol, amfetamina, efedryna, marihuana, LSD, Bromo-DragonFLY, szałwia wieszcza, MDMA, AM-2201

dwa w jednym

Początek działania LSD objawia się najłatwiej na twarzach – zaczynają w ten charakterystyczny sposób „pływać” i „przenikać”. Jeśli oglądasz film, zdaje się też, że aktorzy trochę zbyt przesadnie wypowiadają swoje kwestie i robią nienaturalne miny. Przerywamy więc oglądanie i przenosimy się na taras, gdzie z nową ciekawością przeglądamy pozostawiony na stole, kupiony parę dni wcześniej, album ze zdjęciami Nowego Jorku.

Obrazy nabrały głębi. Gdzieniegdzie widać ruch. Dostrzegam dużo więcej szczegółów niż przy pierwszym oglądaniu, zwłaszcza Chrystler i Żelazko zachwycają misternymi detalami. Z jednej strony trochę to kiczowate, z drugiej… no cóż – tak to wszystko wygląda w tej Ameryce…

Czuję, że przydałaby się muzyka, przynoszę więc naszego wiernego balkonowego towarzysza – malutki (bynajmniej nie basem) głośniczek bluetoothowy, po to tylko aby zawiesić się, zahipnotyzowany okładkami płynącymi w psychodelicznym interfejsie XenoAmpa, z czego w końcu wyrywa mnie żona, pytając czy wreszcie czegoś posłuchamy. Włączam US3, robi się leniwie, upał staje się nowojorskim upałem, wieczór manhattańskim wieczorem, kamienica mogłaby być tenementem, a wrażenia te wzmacnia, sączący się z nieba, przytłumiony szum miasta i dochodzące z dołu mruczenie sprężarek klimatyzatorów.

Taras nabiera uroku. Kładę się na ławce, a ona na deskach podłogi i zamykamy oczy.

— Mam CEVy zrobione ze zdobień nowojorskich kamienic! — cieszy się kontemplując obrazy za zamkniętymi powiekami.

Idylla nie trwa długo – szumiąco mruczącą ciszę podwórka wraz z malowanymi przez US3 wizualami, przerywa piskliwy szczek pewnego pudla, który codziennie o tej samej porze czuje się zobowiązany poinformować wszystkich lokatorów, że oto za chwilę łaskaw będzie uwalić gówno gdzieś na chodniku (głupi, biały szczur z trwałą!). Jak się jednak okazuje, okrutny jazgot wyrywa się nie z jednej, a dwóch paszczy. Nieco niżej, na innym balkonie mieszka identyczny, paskudny pudel, który na każdy jeden cienki skrzek tamtego, odpowiada dwoma, jeszcze bardziej wkurwiającymi i świdrującymi szczekami. Koleś jest najwyraźniej napalony, może tamten szczur na dole to suka, jakby umiał pewnie przeskoczyłby przez poręcz, ale nie umie, więc po chwili widzimy, jak dosiada jedną z leżących na balkonie poduszek i gwałci ją brutalnie, jak tylko pudel potrafi, choć zaczął dość kulturalnie, od minetki. Robi to długo, bo jakieś trzydzieści sekund, po czym usatysfakcjonowany schodzi z niej i niczym pudli macho i pozostawia obojętnie na podłodze.

Ponownie zatapiamy się w dźwiękach. Taras jest tak przyjemny, że mało brakowało, a spędzilibyśmy na nim cały trip. Na szczęście w porę przełączam się na Pretty Lights i bas z głośniczka przestaje wystarczać, marzę o tym, żeby było jak na koncercie, przechodzimy więc do pokoju, w którym subwoofer spienia nam podłogę pod stopami i krystalizuje powietrze:

My goddess, eh
The byproduct of New York City nights
When you criticizin' you caught up in all the pretty lights

Getting high in my city is like requirement, it's my environment

I coś w tym rzeczywiście jest – ile razy byłem w stanie psychodelicznym, Warszawa stawała się całkiem przyjemnym miastem. Ubieramy się więc lekko i już po chwili wychodzimy w piekło gorącego i gęstego niczym zalewajka wieczoru. Moje pole percepcji doznaje przeciążenia zapachami:

Gnijące w upale śmieci.

Krewetki, ryby, kalmary i przypalony tłuszcz.

Wilgotny kamień starych klatek schodowych.

Kurz.

Spaliny.

Mikrozapachowe promieniowanie tła.

Po przekroczeniu progu bramy, wrażenia nasilają się. Przypomina mi się Oliver Sacks, który w „Człowieku, który pomylił żonę z kapeluszem” opisał swoje (jak okazało się dopiero w innej książce) przeżycia po kilkudniowym maratonie z koktajlem ketaminy i amfetaminy. Tak samo jak on poznawałem przecznice po zapachu. W tej dają sushi, w kolejnej kebab, tu znowu perfumeria, pizza, cukiernia. Pies pewnie po prostu ma lepszą pamięć zapachową i lepszą rozdzielczość, ale i bez tego byłbym w stanie, przy odrobinie wysiłku, przejść do celu posługując się tylko nosem. Wystarczy mocniej zaciągnać się powietrzem i przypomnieć sobie, jaki sklep lub knajpa może produkować daną woń. Nie czuję zapachów ludzi, poza tymi, z których gardzieli wydobywa się wstrętny odór przetrawionego nieco alkoholu. Cząstki z aromatami wina, piwa, wódki i koktaili, płynące w powietrzu wijącymi się strumykami, zdają się namacalne. Mógłbym nimi podążać jak po (nieco obrzydliwej) nici Ariadny.

Jest prawie pełnia i księżyc zdaje się być dużo bliżej, niż rozświetlony pociesznymi animacjami Pałac Kultury i Nauki. Łysy wisi w odległości około 50 metrów od mojej twarzy. Bardzo to dziwne, ale nie próbuję go łapać, żeby nie wyjść na jakiegoś ćpuna. Planowaliśmy pooglądać jubileuszowy spektakl „światło i dźwięk”, nikt nas jednak nie ostrzegł, że dźwiękiem będzie „muzyka z radia Zet”.

— Na trzeźwo po prostu wiesz, że to jest złe i tyle — stwierdza moja żona — ale pod wpływem LSD masz wrażenie, że to gówno wyżera ci mózg!

Uciekamy więc, uciekamy, jak się da daleko od tej nieludzkiej dźwiękowej ohydy, zanim wpędzi nas w psychozę i bad trip. Oddalając się słyszymy jeszcze, jak muzyka przechodzi w kawałek „Happy” Pharella Williamsa, a że w tej właśnie chwili – z mózgiem pełnym czarów i perspektywą długiej, bezsennej nocy we dwoje – jestem dokładnie taki, jak bohater tej piosenki, moje nogi, biodra, ramiona i palce same zaczynają iść w bujającym rytmie, kołysać się, machać i pstrykać. Szczęśliwy w upalny wieczór na Złotej! Rozbujany i pstrykający palcami tańczę w środku miasta!

Miasto stanęło na wysokości zadania, nie to co przy naszym pierwszym warszawskim tripie, kiedy to, w gorący piątkowy wieczór, w wakacje, wszystko zdawało się wymarłe. Dziś wręcz przeciwnie – trudno przecisnąć się przez imprezujące tłumy. Docieramy do Rezydencji Foksal, chyba najpiękniejszej nowoczesnej kamienicy w Warszawie. Tynki strukturalne i płaskorzeźby podświetlone od spodu i domieszkowane kwasem wprawiają nas z zachwyt. Oglądamy budynek z każdej strony, wzdychami i cmokamy – oj żebyśmy tak mogli zapłacić trzydzieści patoli od metra… Idziemy dalej Szczyglą, aby podziwiać z daleka geometryczne piękno fasady. Gdy jesteśmy już na końcu ulicy, dostrzegam ścieżkę biegnącą w dół, w głąb ciemnego parku. Zaraz, zaraz… Czy ta ścieżka była tu wcześniej?

Chwytamy się za ręce i zaczynamy schodzić w ciemność, w coś jakby parów, którego lekko spadziste ściany piętrzą się coraz wyżej wokół nas. Droga kończy się tajemniczą, zamkniętą na głucho, stareńką bramą, znajdującą się w zniszczonym przez czas murze, wystającym ponad ściany wąwozu. Czego strzeże portal w środku miasta? Nie sforsujemy go siłą… Po krótkim zastanowieniu wybieramy wspinaczkę po prawym zboczu i już za chwilę stoimy ponownie w czarnym jak smoła parku. Właściwie, to nie wiemy, gdzie jesteśmy. Musi być to chyba jakiś ukryty wymiar, bo błądzimy alejkami, które zdają się zbyt długo nie doprowadzać nas do jakiejkolwiek znanej ulicy, a jesteśmy przecież w jednej z najgęściej zabudowanych części Warszawy. Owszem, słyszymy hałas miasta, ale jest on stłumiony, daleki. W pewnym momencie, po prawej, między drzewami dostrzegamy oświetlony lampionami ogród pałacowy, z wygodnymi fotelami i hamakami. Jest sobie tu, jak gdyby nigdy nic, w miejscu, którego nigdy nie widzieliśmy i do którego wcale nie tak łatwo trafić. Zaczarowany portal, zaczarowany pałac, zaczarowany park.

A jednak ktoś tu trafia, bo w mroku parku dostrzegamy parki, które przycupnęły sobie to tu, to tam – najwyraźniej jest to wymarzone miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza, że prawie naprzeciw ogrodu pałacowego znajduje się nieprawdopodobna panorama zawierająca w sobie, widziane z dużej wysokości, ale przez LSD przybliżone i dodatkowo rozświetlone – Stadion Narodowy, Most Świętokrzyski i prawobrzeżną Warszawę. Nie mogę w to uwierzyć. Wytrzeszczam oczy i zachodzą w głowę. CO TO ZA MIEJSCE, U LICHA?!

Zaczynamy schodzić w dół, mijając jeszcze tylko czarownie oświetlony budynek, opisany po prostu „ZABYTEK” i równie skrytą restaurację, w której eleganccy państwo chłodzą się szampanami, cavami i prosecco.

— Musieliśmy mijać to miejsce wiele razy, wejście od drugiej strony musi być niepozorne — prorokuję, i rzeczywiście, za chwilę, już na dole, wyłaniamy się z alejki, którą setki razy mijaliśmy, przejeżdżając tamtędy ścieżką rowerową. Niepozornej alejki, ma się rozumieć.

Zgodnie z założeniem, maszerujemy dalej, w stronę Wisły, zatrzymuje nas na chwilę tylko jedno, przewspaniałe podwórko przy Jaracza i już znajdujemy się na Wybrzeżu Kościuszkowskim, gdzie wita nas kolejna, bajkowa scena:

Nieco po lewej, psychodelicznymi promieniami lin błyszczy Most Świętokrzyski. Na tle biało-czerwonej bulwy Stadionu Narodowego, mieni się zieleniami, fioletami i czym-tam-jeszcze Most Średnicowy, po którym, jak na zawołanie, w tym właśnie momencie, przejeżdżają w dwie strony jasno oświetlone pociągi. Na naszym brzegu: rozjarzone barki i pawilony, wokół których kłębi się tłum imprezowiczów, na drugim: drżące kropki płonących ognisk! Czy to dzieje się naprawdę?!

Lawirując z dala od ludzi, drepczemy w stronę Pragi, zatrzymujemy się dokładnie na wysokości pylonu i zadzieramy głowy w górę. Od samego patrzenia na biegnące i zwężające się ku górze liny, spotykające parami, blisko siebie, można doznać estetycznego wzruszenia nawet na trzeźwo, a co dopiero po kwasie!

Kolejnych wzruszeń dostarczają nam (jak na zawołanie) fantastyczne fajerwerki puszczane chyba z „Cudu nad Wisłą”, a zaraz po nich podświetlona morfującymi kolorami i zmieniająca układy fontanna, pod wielkim parapetem w parku Rydza-Śmigłego. Całe szczęście, że trafiliśmy na nią pod koniec spaceru, bo w szczycie działania przykułaby nas na bite cztery godziny i siedzielibyśmy przy niej gapiąc się i śliniąc jak idioci (każdy musi przyznać, że po psychodelikach obserwowanie fizyki w akcji i z bliska daje jakąś głęboko perwersyjną, mózgową przyjemność, podobnie jak patrzenie na geometrie i fraktale).

Ot i tyle jeśli chodzi o efekty „zachodzonego” kwasa - lekkie podbicie barw i konkretne wzmocnienie poczucia estetyki. Może jeszcze wszechogarniające wrażenie subtelnego odrealnienia, nakazujące zatrzymywać się i zadawać sobie pytanie – „czy ja to widzę naprawdę?”, „czy tu zawsze tak było?”, „czy ta noc jest jakaś wyjątkowa?”

Zawsze jednak warto spróbować czegoś nowego, a jako dowód załączam trip drugi:

Dawkowanie: identyczne, jak w pierwszej części

Set & Setting: Wakacje, dobry humor. Prawie pusta, szeroka i długa plaża nad Bałtykiem. Bezchmurne niebo. Upał za parawanem, przejmujący chłód na otwartej przestrzeni.

Byłem dużo bardziej zrelaksowany, więc kwas uderzył dużo mocniej, ledwo pamiętam początek tripa i jego peak. Kojarzę, że w pewnym momencie leżałem na brzuchu, a dzieci wykonywały mi palcami na plecach rysunki i napisy. Chichotałem jak głupi, więc poczułem się zobowiązany wyjaśnić współplażowiczkom, że „oni mi tam rysują, a mnie się to wszystko WYŚWIETLA!”, bo faktycznie – dotknięcia na plecach mapowały się idealnie na korze wzrokowej, tak że za zamkniętymi oczyma widziałem, jakby ktoś smarował palcami w programie graficznym na tablecie. Nietrudno było zgadnąć co, piszą i rysują! Potem pobiegli gdzieś się bawić, albo siedzieli w namiocie, obróciłem się więc twarzą do słońca i oddychając głęboko, wyciszyłem zupełnie. CEVy poczęły powoli narastać i roić się niczym chromowane mrówki w tańcu synchronicznym. Doznałem tego przedziwnego uczucia, kiedy wiesz że mózg jest w stanie spoczynku, a jednak pracujący na pełnych obrotach. Znów ujrzałem funkcję falową całego wszechświata, na kształt jakiegoś fraktala w przestrzeni o nieodgadnionej liczbie wymiarów. Znów czułem że od poznania prawdy dzieli mnie tylko cieniutka błona, którą mógłbym przebić palcem… Jeśli istnieje jeden wzór rządzący całą rzeczywistością, nie musi być on wcale skomplikowany. Popatrzcie sami, jak nieskończenie złożony fraktal Mandelbrota wyłania się z prostej funkcji kwadratowej, tyle że wykreślonej w dwuwymiarowej przestrzeni zespolonej! Wzór na rzeczywistość, opisujący to wszysko – od gromad galaktyk, do ziarenek piasku – może być równie prosty, tyle że operujący w jakiejś niepojmowalnej dla nas przestrzeni i metryce. Ojej, ojej, ojej. Jak kocham te momenty, kiedy headspace mi się matematyzuje! Chwila minęła. Otrząsnąłem się, wyrwany z transu przez syna, który chciał, abym dalej czytał mu Diunę.

Choć przy każdym z trzech moich czytań, zanim skończyłem 20 lat, uważałem że książka zaczyna się od rozbicia się Paula i Jessiki na pustyni, dopiero teraz, czy to za sprawą LSD, czy po prostu tego, że jestem starszy, dostrzegłem w pierwszych rozdziałach ogrom cudownych detali godnych arcymistrza pisarskiego rzemiosła: głębia postaci, niuanse ich zachowania, wypowiedzi, które między wierszami znaczą coś zupełnie innego, niż ich powierzchowny sens (tu musiałem często przerywać i objaśniać synowi te ukryte znaczenia), nawet tak drobne rzeczy jak wiersz cytowany w ornitopterze przez Duncana Idaho:

Nasi ojce jedli mannę pustyni,
w żarze miejsc, gdzie latają cyklony.
Panie, zbaw nas od strasznej ziemi!
Zbaw nas... aaach, zbaw nas
od martwej, suchej ziemi.

(popłakałem się, może tylko dlatego, że wiedziałem, co stanie się potem) i moment, kiedy książę po raz pierwszy dostrzega w bezkresnym piachu piękno:

Książę spojrzał w lewo na popękany w dole krajobraz Muru Zaporowego – na rozpadliny udręczonej skały, na plamy żółtawego brązu porozrywane czarnymi liniami uskoków. Jakby ktoś upuścił ten ląd z niebios i zostawił tam, gdzie się roztrzaskał.

Do tego ta budząca żałość, desperacka gra księcia Leto z drwiącym z niego (subtelnie i dżentelmeńsko), „planetologiem” Kynesem, kończąca się konstatacją księcia, że na tej planecie kto inny jest panem i niespodziewane zakończenie tego wspaniałego rozdziału:

Wbrew własnej woli i wszystkim poprzednim osądom Kynes przyznał się przed sobą: Podoba mi się ten książę.

A wszystko to okraszone produkowanymi w mózgu scenami, których nie było oczywiście u Lyncha, i których, śmię powiedzieć, nie wyczarowałby Jodorowskiemu ni Giger, ni Giraud. Każde kolejne zdanie wyostrzało mózgowy obraz sceny, dodawało zapierające dech w piersiach detale i uzupełniało kadr. Więc czytałem i czytałem, do znużenia.

Pamiętam jeszcze podejście do wody, kiedy z każdym ruchem narastał chłód, aż nad brzeg, gdzie fale niemal muskały palce u stóp. Miałem wrażenie, że stanąłem przed niewidzialną ścianą zmrożonego w lód azotu. Chłód bił, promieniował, a ciało nie pozwalało zrobić ani kroku dalej: „chyba oszalałeś!”

Potem jeszcze było trochę zabaw, w plażowego skorpiona, gdy pomagałem córce chodzić na rękach, i w piłkę, kiedy to broniłem przestrzeni między patykami przed siarczystymi strzałami mojego syna. No i jeszcze kręcenie dziećmi w powietrzu – fizyka w akcji, jak wspominałem wcześniej, daje perwersyjną, mózgową przyjemność, zwłaszcza kiedy obracasz nieporęczną, trzydziestoparokilową masę, czując potworne rwanie siły odśrodkowej i zadziwiającą bezwładność tej masy – to jak trudno zmienić tor jej ruchu, pomimo że trze tylko o powietrze.

Najlepsze miało dopiero przyjść: powrót z plaży i jazda na rowerze przez las (hej, doktorze Hofmannie! hej!). Jeśli chciałbym najlepiej przybliżyć związane z nią odczucia, musiałbym powiedzieć, że była jak cudowny, powolny i pluszowy seks z czymś mechanicznym. Chwilami miałem wrażenie, że dłonie i ręce przechodzą płynnie w mechaniczną konstrukcję maszyny, że to nie ja i rower, tylko jakiś hybrydowy, ludzko-maszynowy egzoszkielet, którym radośnie i bez wysiłku pędzę przez las, sadząc olbrzymie krokasy, przy każdym drobnym ruchu nóg przenoszące mnie w przód o wiele metrów. Byłem Uakti, biegnącym przez las, rozmazanym, pozostawiającym za sobą kolorowe wstęgi, byłem mechanicznym koniem, kangurem, byłem wiatrem na moich policzkach, byłem pędem!

I choć w sumie, jak widzicie, niewiele się podczas tego tripa zdarzyło, muszę przyznać, że był jednym z tych cudowniejszych. Afterglow, dzięki ci o boże psychodelików, tlił się jeszcze do dnia następnego.

Ocena: 

Odpowiedzi

Musisz mieć bardzo dobrą pamięć żeby to wszystko zapamiętać. Bardzo długi tekst aż nie chce się czytać :P

A swoją drogą ja po 2 razie wzięcia lsd mogłem ujrzeć to co jest pod skórą - patrząc na swoje ciało lub innych ludzi, nie widziałem tego co normalnie, tylko tak jak bym prześwietlał skórę-mięśnie, żyły, tętnice, narządy wewnętrzne, płynącą krew. Potem bardzo łatwo było zobaczyć emocje ludzi, które zazwyczaj są negatywne- złość czy strach- ciemniejące oczy, napinające się złowrogo mięśnie twarzy, toksyczna energia. Po pierwszym razie wzięcia lsd natomiast wstąpiłem do piekieł, tak jakby innych wymiarów gdzie inne istoty cierpią, a ja wtedy wypowiadałem mantry buddyjskie starając się im pomóc, następnie ogromna ilość fascynujących wizji jakichś znaków mistycznych, magicznych w kręgach, pełnia księżyca nad morzem i widok wow, nie da się tego określić.

A gdzie raport z tego? Pora napisać więcej, ten jeden, który tu jest dość fajny, choć za krótki, jak wspominałem.

Jak Ty to robisz, że po przeczytaniu pierwszego akapitu pomyślałem, że to pewnie Twój raport? (nie zerkając na autora. Chyba nikt tu nie ma tak charakterystycznego stylu.

Brawo i czekam na jeszcze więcej.

Dziękuję. Ja też czekam na więcej. Jednak okazji jest tylko parę w roku.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media