Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

katedry tytana

katedry tytana

 

Mamy taki zwyczaj: fotografujemy swoje stopy na tle różnych miejsc, które odwiedzamy w podróży. Oto więc dziś podróżujemy bez ruszania się z miejsca, na naszej kanapie. Robimy zdjęcia rozczapierzonych palców naszych stóp, na tle ogniska buzującego wesoło na środku naszego pięknego salonu. Mlaśnięcie migawki, rzut oka na wyświetlacz i rechot. Wiecie, na kwasie każda głupota potrafi rozśmieszyć, pomimo że te paluchy na tle gorących jęzorów wyglądają, jakbyśmy cykali pamiątkę z piekła…

* * *

Ponieważ planowaliśmy przed północą wybrać się na spacer, oglądać fajerwerki nad Kupą Narodową, zdecydowaliśmy się zacząć o 18.00, aby nocne ulice przemierzać już w stanie względnej trzeźwości. Podróż zaczęliśmy od (o dzięki Ci, o wielkie BBC!) dwóch pod rząd programów o wszechświecie, obu prowadzonych przez dziecięco uroczego, choć starszego od nas, profesora Briana Coxa. Dobrze jest nasycić głowę czymś pięknym przed tripem, choćby po to, aby zapomnieć o kręceniu w żołądku, które doskwierało jej i tym razem. Oto więc siedzimy na kanapie, światła zgaszone, zasłony zaciągnięte, tylko snop z latarni magicznej (o, dzięki Wam, Louisie i Auguście!) przecina czerń pokoju aby rozlać się w krajobrazy dalekich światów. Potem jest przerwa reklamowa, idę więc do małej łazienki i myjąc ręce, spoglądam od niechcenia w lustro. To co zwykle: starzeję się, twarz zmienia czy właściwie – mieni się, jak cały teledysk „Like a Rollin Stone” Gondry’ego. Skóra wydaje się bardziej zniszczona, poznaczona siatką pękniętych od słońca naczynek. Zmarszczki to znikają, to pojawiają się, pory jakoś tak nadmiernie uwydatnione. Ale tak, czy siak – lubię to odbicie. W końcu wyglądam teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wracam i pyta mnie o lustro, kiedy zaczynam mówić, ucina że nie chce słuchać o starzeniu się.

Spędzamy kolejną godzinę w kosmosie - Brian opowiada o cyklu metanologicznym na Tytanie, który pełni tam identyczną rolę, co cykl hydrologiczny na Ziemi. Metan, parujący z tytańskich metanowych mórz i jezior, unosi się w atmosferze i zamienia w metanowe obłoki, które mknąc po tytańskim niebie ronią metanowe, wielkie, kuliste krople, które – zupełnie inaczej niż na Ziemi – spadają wolniej niż płatki śniegu, z powrotem w metanowe oceany. Cox opowiada o tym wszystkim z miną dziecka mówiącego o wymarzonej zabawce, a moja żona wzdycha i ojejuje, i trudno jej się dziwić, bo w końcu robimy to, co od dawna planowaliśmy – na wielkim ekranie i z kwasem w mózgach oglądamy programy z mnóstwem mgławic, galaktyk i fruwających gwiazd. Marzyliśmy o tym od roku.

Żegnamy BBC, ekran z cichym, przyjemnym buczeniem chowa się w suficie, z głośników płyną pierwsze nuty „Blue Lines”. Tańczymy, przeskakując ścieżki, aby wybrać nasze ulubione utwory, choć lubimy każdy z nich. Przy ostatnim odpoczywamy, znów na kanapie, gapiąc się w tańczące szaleńczo, buchające w górę, płomienie:

— Niesamowite! — cieszy się ona — z ognia wychodzą do nas takie słupy światła! Choćbym nie wiem, co robiła: zamykała oczy, patrzyła w inną stronę, one tam ciągle są!

„Hymn of The Big Wheel” przygotował nastrój pod płytę, której planowałem od dawna słuchać na kwasie: „This Binary Universe”, muzyka dość trudna do sklasyfikowania, kiepskim przybliżeniem byłoby nazwanie ją downtempem. Jej niesamowitość tworzy wspaniały miks 5.1 (co ma niebagatelne znaczenie przy poprzedzających zmianę utworu krajobrazach dźwiękowych, które miały wpływ na wizje za zamkniętymi oczyma), z niewiarygodnie głębokim, lecz leniwym basem, do tego liczne celowe „usterki” dźwięku, które skutecznie generują kaskadowe CEV-y, w zastępstwie popularnych w zwykłej psychodelicznej muzyce plumkań i arpeggiów. Ach – no i jest jeszcze studziesięcioosobowa orkiestra symfoniczna, która w jednym z utworów wydobywa z siebie absolutnie niedorzeczne porykiwania.

Zeszliśmy z kanapy, aby zanurzyć dłonie i stopy w miękkim włosiu, a twarze w żarze paleniska. „All That Makes Us Human” rozkręca się powoli, spokojna zapętlona melodia, pełna dźwięków, które bez wątpienia były pomyślane, aby produkować w CEV-ach dżety, komety, obrazy spadających gwiazd, rozbryzgów, napinających się sprężyn i proc grawitacyjnych (sic!), narasta leniwie i uparcie, pnąc się powoli do momentu, w którym wszystko zaczyna się rozpadać w nieznośnie głośną kakofonię, wywołującą w mózgach nieopisany chaos; zgrzyty, burczenia i plumkania są coraz głośniejsze, w tej chwili trudno mi powiedzieć, co widzę za zamkniętymi oczyma, to prędzej coś szałwiowego, niż kwasowego… Aż nagle, gdy rozstrojone skrzypienia stają się dokuczliwe, melodia wraca, spada ponownie, tym razem w towarzystwie basowego rytmu, który chyba zahacza o infradźwięki. Rzadkie uderzenia subwoofera wyglądają jak wieki balon z wodą, który plaska o ziemię, płaszczy się, chwilę rezonuje głębokim pomrukiem, po czym pęka, rozlewając szeroko. BuuuuUUUuuuMMMMmmm… BuuuuUUUUUuuuuMMMMMmmm…

Przez gęste futro, pośladkami i wczepionymi w nie dłońmi, czujemy jak od uderzeń basu faluje podłoga. Prawdą jest, że mózg nie jest w stanie zlokalizować źródła niskich dźwięków, tyle tylko, że to przestaje się sprawdzać na kwasie – moja naga skóra (a może cebulki włosowe?) wyraźnie czuje, jak czoło fali dźwiękowej uderza najpierw w prawe ramię, a potem owiewa ciało ku lewej stronie. Za zamkniętymi powiekami widzę jak suboofer silnym uchwytem targa całą objętość powietrza w pokoju, co wygalada jak burza w akwarium. Dźwięki stają się namacalne, wchodzi „Internal Locus”. Żar płomieni pełgających mniej niż metr od mojej twarzy i wypełniająca pomieszczenie wilgoć (etanol + trzy cząstki tlenu → dwie cząstki dwutlenku węgla + trzy cząstki wody + ciepło) przenosi mnie do lasu deszczowego na innej planecie. Padające kwadrofonicznie krople powodują, że roztapiam się zupełnie. Jestem tam, w strugach wody, przy ognisku, na miękkiej skórze. Za chwilę zmiana melodii i sklepienie pokrywa się żebrowaniem. Oto, zadzierając głowę, z otwartymi ustami podziwiam wnętrze katedry, dzieła starożytnych budowniczych. Musieli odejść tysiące lat temu, przez żebra widzę rozgwieżdżone nocne niebo. Nie dokończyli budowy? Sufit się rozpadł? Nie widzę tu żadnych symboli kultu, znaków lub posągów. Kolejne przejście melodii… Maszyny! Mechanizmy! Cóż to może znaczyć?! Oszalałe koła zębate, tourbillony, sprężyny i zapadki! Potem laser dociera do „1,618”, który to kawałek znam ze świetnego, kwaśnego teledysku, trudno więc, żebym widział coś innego, niż na nim jest – stosy symetrii i geometrii opartych na złotej proporcji. Wybuchająca w nim melodia przyprawia mnie o gęsią skórkę, powrót „usterek” zniekształcających bombastyczną nutę wnosi powiew klasycznej psychodelii. Ooooch i jest – czy może być lepszy tytuł? „See You On The Other Side” – ekstaza oceaniczna, nostalgia, wyciszenie, medytacja. Równiny, klify, jesień, powłóczyste szaty wiejące na wietrze, pastelowe kolory.

Otwieram oczy – ona leży plecami na skórze i miętosi garściami długie, miękkie włosie. To zwierzę umarło, aby mogła teraz nurzać palce w jego cudownej sierści. Robię to samo – wrażenie jest nie do opisania – pomieszanie ciepła, szorstkości, gładkości, miękkości i sztywności.

— Pierwszy raz tak leżysz na tej skórze, czy to nie straszne, że potrzebujemy kwasa, aby cieszyć się takimi drobnymi przyjemnościami?

— A ciekawe, jakby było w naszej sypialni, na tej dużej skórze?

— A ciekawe, jak by było na łóżku?

— Myślisz, że fajnie?

— Byłem tam, sama zobacz. Pełna jest takiego magicznego światła.

Przenosimy się do wygrzanej sypialni, swobodnie dobiega tu łomot wydobywany ze stu dziesięciu instrumentów przez stu dziesięciu symfoników. Nawet przez nasz materac przechodzą fale akustyczne, które łaskoczą nasze ciała.

— Masz tęczę na uchu! — zauważa — Taką… techniczną… Wiesz, nie pastelową… — nie mam pojęcia, co to może znaczyć, ale nie dopytuję. Przez chwilę podziwiamy pomieszczenie w innym (dosłownie i w przenośni) świetle. Tak, to dobra sypialnia.

Wracamy do salonu, gdzie znów smyra nas bas, zdaje się że niczym poduszka, lekko unosi nas nad podłogą.

Mamy taki zwyczaj: fotografujemy swoje stopy na tle różnych miejsc, które odwiedzamy w podróży. Oto więc dziś podróżujemy bez ruszania się z miejsca, na naszej kanapie. Robimy zdjęcia rozczapierzonych palców naszych stóp, na tle ogniska buzującego wesoło na środku naszego pięknego salonu. Mlaśnięcie migawki, rzut oka na wyświetlacz i rechot. Wiecie, na kwasie każda głupota potrafi rozśmieszyć, pomimo że te paluchy na tle gorących jęzorów wyglądają, jakbyśmy cykali pamiątkę z piekła…

Wreszcie kończy się „This Binary Universe” oraz suszone owoce i orzechy, które cały czas podjadaliśmy. Pora je popić, otwieram więc Prosecco i nalewam do kieliszków. Wino jest dobre, ale kiedy zbliżam nos do brzegu, uderza mnie odrażający (jak to na LSD) odór alkoholu.

— Uch! — mruczę — ta ZŁA SUBSTANCJA!

— Ale dobre jest to wino, dobre!

— Dobre, tylko alkohol pachnie takim czystym złem… Ślepe, tępe zło prymitywnej substancji.

Póki leżeliśmy na kanapie słuchając muzyki, wszystko było już niby trzeźwo. Ale kiedy pół godziny przed północą powiedzieliśmy sobie:

— No więc jeśli chcemy iść na fajerwerki, to musimy wstać — okazało się, że nie jest tak łatwo, zwłaszcza kiedy jest się odzianym tylko we własną skórę. W myślach tworzę plan działania:

Po pierwsze: wiem, że wychodzę w, prawdopodobnie, zimną noc.

Po drugie: muszę zapewnić sobie komfort cieplny.

Po trzecie: jeśli ubiorę się zbyt ciepło, mogę się rozpiąć, jeśli ubiorę się za lekko – zmarznę. Trzeba ubrać się ciepło.

Po czwarte: zacząć należy od warstw wewnętrznych.

Po piąte: znam ich lokalizację, szuflady wewnątrz szafy w naszej sypialni.

Po szóste: potrzebuję tych ochraniaczy na dolne odrosty służące do przemieszczania się (bo będziemy chodzić i bo one łatwo marzną i jest nieprzyjemnie).

Po siódme: założę podkoszulkę z długim rękawem, co pozwoli utrzymywać ciepło górnych (przypomniało mi się słowo!) kończyn.

Po ósme: koszulę – nie pracową, bo szkoda prasowania.

I tak dalej. Potem poszło już lżej, znać mózg zaczął pracować normalnie. Ubrani jak na Syberię skuliliśmy się w kącie windy, mając cichą nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy jechać nią z nami i zauważyć, jakie mamy źrenice, potem przemknęliśmy przez hall, kąsjełrowi burkając „brywczór”, patrząc przy tym w podłogę (z tego samego powodu i ponieważ oni wszyscy to straszni plotkarze i całe bloczydło by wiedziało, żeśmy ćpuny).

Na zewnątrz znaleźliśmy się już w innym mikrokosmosie – brzydkim, szczątkowo ośnieżonym, brudnym mieście, pełnym ludzi, przepełnionych tą ZŁĄ SUBSTANCJĄ, która sprawiała, że z trudem trzymali pion, a ich mowa była bełkotliwa. Przecznicę od naszej bramy, napruty w trzy dupy debil, ustabilizowawszy z trudem pozycję ciała spojrzał na nas spode łba i z całą powagą zapytał:

— Szszszepłaszszam, a któfffęęędy to ssssentfum???

— Jest pan w centrum — odpowiedziałem uczynnie — może pan iść w każdą stronę.

Wyraz jego twarzy – połączenie niezrozumienia z przerażeniem – bezcenny.

Zaplanowałem wcześniej, że zejdziemy po skarpie najprostszą możliwą drogą – z Placu Trzech Krzyży, w dół, dół, dół, aż nad sam brzeg, spacer Mokotowską był więc samonarzucającą się opcją, bo po pierwsze – będzie można pozaglądać do mieszkań bogaczy, a po drugie – jeśli trafi się tam na pijaka, to na pewno wykwintnego i kulturalnego. Szliśmy więc powoli, na lekkim ukwaszeniu, podziwiając wystawy, zaglądając przez lufciki do wszystkich zamkniętych bram i penetrując wszystkie otwarte. Taki spacer skłania przede wszystkim do refleksji – ile tu może kosztować metr? Dwa razy węcej niż u nas? Trzy? Pięć?! Wielgaśne tarasy na ostatnich piętrach kamienic, może i całe piętro, cóż tam musi być za widok! A ile światła! Skąd, na litość boską, ludzie mają tyle forsy? I kto kupuje w tych wszystkich butikach? Czy pojawia się w nich klient choć raz na dzień? Na tydzień? Na miesiąc? Jedna z bram złowiła nas oświetloną kapliczką i przeprowadziła przez ciasne jak rynna podwórko-studnię do „spakowanego wymiaru” – olbrzymiego Interzone’u, wnętrza kwartału starej zabudowy, tak przepastnego, że trudno było zaćpanym umysłem zrozumieć, gdzie i jak mogło się zmieścić. Jedna z kamienic, niewidoczna od ulicy, miała w ślepej ścianie, na samej górze, przez dwa piętra przebite trzy, zakończone łukami okna, w których paliło się światło. To musiało dużo kosztować. Nie licząc łapówki dla konserwarota zabytków i architekta, który pozwolił je wybić w ścianie nośnej. Eeeeech…

Plac Trzech Krzyży powitał nas roznegliżowanymi laluniami, które, niczym te Sztokholmskie, biegały po zimnie (i lodzie!) w szpileczkach i spódniczkach nie zakrywających bielizny. My dwoje, okutani w czapy, szaliki i rękawiczki, musieliśmy wyglądać dla nich równie pociesznie, jak one dla nas. A potem grawitacja pociągnęła nas już prościutko, przez Frascatti, przez „parapet” w parku Rydza-Śmigłego, i niżej, niżej, aż do pomnika sapera. Tu zatrzymałem się chwilę – przechodziłem obok niego oczywiście nie raz, ale dopiero teraz na kwasie, jasna stała się wymowa jego formy. Te sterczące w górę i na boki cosie, to przecież… obrys leja wybuchu!

— Popatrz, popatrz! Widzisz, co to jest? Co przedstawia ten pomnik?

— No, żołnierz…?

— Ale te z boku! To jest wybuch! Rozbryzgi ziemi wyrwane przez eksplozję! Fantastyczne!

— Cicho, cicho! Nie mów o wojnie! Popsujesz mi tripa, ja chcę dalej na Tytanie!

Zeszliśmy więc w gęsty tłum, nad Wisłę, dosłownie pięć minut przed północą i… właściwie tu mógłbym zakończyć tripraport. Dodam jeszcze jedynie, że Kupa Narodowa, w lekkiej mgiełce, świecąca bielą i czerwienią, wyglądała nawet dość czarownie i mocarnie (mgła oszukuje mózg, sprawiając że wydaje mu się, iż daleki przedmiot jest większy niż w rzeczywistości), oraz że trochę zaczęliśmy żałować, że nie oglądamy tych fantastycznych fajerwerków z dziećmi. Jeśli więc kiedyś dorosną i zapytają nas, czemu to nie spędzaliśmy z nimi Sylwestra i Nowego Roku, kiedy byli mali, nie omieszkam odpowiedzieć:

— Ano dlatego, że kiedyś jakiś chuj mi w komencie do tripraporta napisał, że nie chciałby widzieć swoich rodziców naćpanych. Możecie mu podziękować!

Ocena: 

Odpowiedzi

Po przeczytaniu finałowego zdania prychnąłem na głos ze śmiechu :D

Czytało się jednym tchem! :)
"See You On The Other Side" ujeło mnie swą mistycznością. Dziękuje!
A co do zakończenia - fakt, lepiej żeby dzieci was nie widziały ;)

Pozdrawiam! 

Sein Jemand !

Prawda, że "See you on the other side" maluje dość nostalgiczny obraz "tamtej strony"? Oczywiście z całego serca polecam posłuchać całej płyty. Moja żona nb. nie zapamiętała nic z muzyki, tylko same obrazy, które wyczarowywała.

A co do tripowania bez dzieci. Najgorsze jest to, że na afterglowie bardzo chcesz mieć je przy sobie, a nasze są zwykle zbyt daleko, żeby mieć je od razu z powrotem.

Ta muzyka ma coś w sobie! Jak najbardziej!
Przesłuchałam parę utworów z tej płyty i niektóre z nich znalazły się na liście moich ulubionych! Dziękuje :)
Zero 7 " In the waiting line" nuciłam wczoraj przez cały wieczór!
Bonobo uwielbiam! Słucham bardzo często! A Tobie, gorąco mogę polecić album Solar Echoes Nigela Stanforda. Ma coś z innego wymiaru :)

Nie wiem jak to jest tripować z dziećmi czy bez nich ale z tą świadomością że one gdzieś tam są, nie mam żadnych, jeszcze nie. Może kiedyś będę mogła więcej wypowiedzieć się na ten temat.
Ale wierze że wraz z żoną robicie wszystko jak trzeba :) 

Sein Jemand !

Dzięki za cynk, mam nadzieję że "Solar Echoes" zaraz wyląduje na moim dysku... Aaaa, tak. Idzie! A jako ciekawostka - "In the waiting line" słychać na końcu jednego z odcinków "Seksu w wielkim mieście".

A ja mam nadzieję że Ci się spodoba!
Hmmyy.... To może stąd ten kawałek zdał mi się jakiś znajomy :) Mój facet skojarzył go z filmu "Garden State".

Sein Jemand !

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media