Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

epr on the beach

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Trzy znaczki z kartonu "Hofmann" z rybą koi na rewersie (według metki 110μg, co dawałoby razem 330μg... oczywiście totalna bzdura, sądzę że łączna zawartość trzech znaczków nie przekraczała 100μg). Działanie charakterystyczne dla LSD.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Środek wakacji, bezchmurne niebo, plaża
Wiek:
38 lat
Doświadczenie:
alkohol, amfetamina, br-dragonfly, DOC, efedryna, kofeina, LSD-25, psylocybina, szałwia wieszcza, THC, MDMA

epr on the beach

Would it get some wind for the sailboat. And it could get for it is.
It could get the railroad for these workers. And it could be were it is.
It could Franky it could be Franky it could be very fresh and clean
It could be a balloon.
All these are the days my friends and these are the days my friends.


Christopher Knowles - kolanko 1 z opery "Einstein on The Beach” Philipa Glassa

Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale to chyba Ernst Jünger napisał: „nie potrafię powiedzieć, czy [LSD] to ważne odkrycie, które traktujemy jak zabawkę, czy też błahostka, którą traktujemy nazbyt poważnie”. Pomimo, że od czasu doświadczenia opisanego w „III A” staram się poświęcać kolejne sesje znalezieniu się w tym samym stanie mentalnym, a może własnie - z tego powodu, jak dotąd moje wysiłki spełzły na niczym. Sakrament ponownie obrócił się w zabawkę, zamiast oświecenia przynosząc jedynie czystą radość istnienia. Oto zapis jednej z takich błahych sesji.

Jeśli miewam jeszcze jakąś tremę przed podróżą, zwykle gasi ją lektura „Modlitw psychodelicznych” Leary'ego. „Modlitwy” pod pewnym względem są jak sama podróż, dostosowują się do odbiorcy. Osoby uduchowione pewnie zachwyci afirmacja boskiej żywej energii przepełniającej cały Wszechświat i buzującej w naszych czakrach, racjonaliści, jak ja, ubawieni będą (jakże pięknymi!) hymnami na temat helisy DNA i cząstek elementarnych, traktując „podążanie drabiną czakr” jako pewną mentalną konstrukcję ułatwiającą podróż wgłąb swojego umysłu.

Rzucam Timothy'ego w piach obok plażowej chusty i sięgam po „Zrozumieć niepojęte” Ledermana i Hilla, z obiecującym podtytułem „Fizyka kwantowa i rzeczywistość”. Remember what the Dormouse said. Feed your head. Głowę zaczynam dokarmiać na dni przed wyprawą, czytanie jest swoista rozgrzewką, aby potem, kiedy mózg zacznie pracować na najwyższych obrotach, wrócić do trudniejszych fragmentów albo zadumać się nad tymi, które szczególnie utknęły mi w pamięci.

Kwas zaczyna działać - leżę na plecach, książkę trzymam w górze, na wyprostowanych rękach, tak aby zakrywała tutejsze, mordercze słońce, i widzę jak litery spływają w kierunku palców, które częściowo trzymam na tekście. Nie jest to zbyt uciążliwe, poza tym, że efekt jest zabawny i nieco rozprasza. Dochodzę do rozdziału o paradoksie EPR: „wyobraźmy sobie cząstkę o spinie 0...”

Zmęczyły mi się ręce od ciągłego wyciągania ich ku słońcu, więc obracam się na brzuch.

„wyobraźmy sobie cząstkę o spinie 0 rozpa...”

Mój wzrok przesuwa się z tekstu na piach.

— Ha! — mówię do żony — spójrz! Fraktale w piasku!

Piasek znów, jakby namoczony, czy naelektryzowany, drobną pęsetą, ziarnko po ziarenku, wycyzelowany w kawałki Mandelbrotów, Julii, smoczych krzywych, Sierpińskich. Arabeski i geometryczne cuda o wielkości poniżej pięciu milimetrów, miejscami łagodnie morfujące, a gdzie indziej - rozedrgane niczym mechanizm szwajcarskiego zegarka.

„wyobraźmy sobie cząstkę o spinie 0 rozpadającą się na dwie...”

Przyciskam książkę mocno do piachu, efekt spływania nasila się. Tak jakby strony były z gąbki, a litery, nie za dobrze przytwierdzone do papieru, wpadały w studnię grawitacyjną dłoni.

„wyobraźmy sobie cząstkę o spinie 0 rozpadającą się na dwie cząstki o spnie -1/2 i 1/2”, oddalające się od siebie w przeciwnych kierunkach z szybkością... (niepostrzeżenie przykład stał się mentalnym obrazem, elegancką animacją wyświetlającą się na ekranie mojego umysłu, w tym miejscu, w którym pojawiła Wam się Wieża Eiffla, kiedy o niej przeczytaliście parę słów temu, tyle że dużo, dużo wyraźniej... jak obraz w IMAXie) ...punktowe ładunki przedstawione jako cieniowane kulki, z zaznaczonymi wektorami ruchu i spinu, odsuwające się od siebie na sześćset tysięcy kilometrów w czasie, gdy czytaliście to zdanie... pędzące dalej. Cisza i pustka - kiedy patrzymy w przód lecąc z prędkością bliską prędkości światła, pole widzenia się zagęszcza i przesuwa ku niebieskości, z tyłu - gwiazdy rozpraszają się i czerwienieją.

„wyobraźmy sobie...”

Właściwie, to nie chcę sobie już wyobrażać, chcę chłonąć. Wstaję, wynużam się spomiędzy ułożonych w krąg kamieni i aby wyglądać nie tylko pięknie, ale i snobistycznie, więc z fizyką kwantową w ręku i włosem rozwianym (gdybym go miał), zaczynam gapić się na turkusową wodę upstrzoną wyspami. Pytam żonę, czy powietrze naprawdę jest tak kryształowo przejrzyste i czy wysp było zawsze tak dużo. Twierdzi że były, choć nigdy wcześniej tak wyraźne, dlatego pewnie dziś zdaje się, że jest ich więcej. Nie wierzę jej oczywiście, bo kształty małych archipelagów w podejrzanie fraktalny sposób powtarzają się to tu to tam. Na pewno część z nich jest tylko wytworem mojego umysłu (na kwasie lubi zwielokrotniać, przedłużać i zagłębiać krajobrazy). Nie tylko powietrze - woda też jest przezroczysta i po raz pierwszy zauważam w niej niesamowity gradient: biegnący od horyzontu turkus, gładko przechodzący w zielonkawo-żółty, aż po słomkową żółć (tam, gdzie woda ma mniej niż metr głębokości) niewiele różniącą się od koloru suchego piachu plaży.

Stoję, oczy błądzą po kształtach wysepek, po rozbudzonych kolorach nieba, wody i piachu, wiatr obmywa ze mnie żar, czuję jak zaczyna narastać we mnie to uczucie, które czasem wywołuje jakiś kawałek muzyki, wiersz, obraz, Roy Batty na dachu, tylko że teraz jest silniejsze, dużo silniejsze, kształty, symetrie wulkanicznych stożków, szum wiatru, uderzenia fal zdają się grać bezpośrednio na moim ośrodku estetyki... wszystko to kumuluje się w jeden moment i nagle - uch! och! wytrysk!... łez... wiotczenie... mięśni. Estetyczny orgazm, trwa długo i powraca kolejnymi mentalnymi skurczami, znaczącymi moje policzki słonymi strumykami. Śmieję się, czując jak żona nakłada na mnie kolejną warstwę przeciwsłonecznego paskudztwa. I pomyśleć, że jeszcze kiedy byłem mały ludzie smarowali się oliwą, aby zwiększyć ilość promieni wnikających w skórę. Na przestrzeni czterdziestu lat sprawiliśmy, że Ziemia stała się miejscem niezdatnym do życia dla homo sapiens.

Nie znoszę tych grudek białej mazi w mojej sierści, idę do wody.

Gdybyście stanęli na tej plaży kiedy łopocą czerwone flagi a ratownicy żwawo jeżdzący wzdłuż brzegu swoimi pickupami i kwadami głośno i energicznie przywołują pływaków-daltonistów, moglibyście zdziwić się, o co tyle hałasu. Fale niewielkie, woda sięga kolan jeszcze sto metrów od brzegu, stworów żarłocznych lub jadowitych brak... więc? Wszystko staje się jasne w czasie odpływu. Najpierw spod płytkiej wody, a potem prosto z piachu wynużają się kamienne noże, brzeszczoty i tarki, groteskowe, groźne i ostre. Sto razy bardziej szorstkie niż pumeks. Kiedy przychodzi ta pora dnia, że ocean cofa się i potrafi silnym wstecznym prądem podciąć i przewrócić nieuważnego plażowicza, jeśli wtedy wywrócisz się na taką tarkę, a prąd przeciągnie cię w po niej w dół... i tu LSD podsuwa mi wizję kawałków mięsa rozsmarowanych elegancko na kamieniach. Wzdrygam się.

Uwielbiam to, jak kwas zaburza moją termorecepcję, szczególnie jej niższy zakres. Nie kulę się i nie zatrzymuję, gdy chluśnie we mnie fala, tak jak robię to zwykle i jak robi każdy, kto z piekła plaży wchodzi do, zdałoby się, lodowatej wody. Nie czuję tego, że jest zimna. Bardziej czuję, jej MOKROŚĆ i FALISTOŚĆ. Że są w niej drobne wiry. Że opływa mnie burzliwie. Że pcha mnie leciutko w tył wysokimi, ale spokojnymi falami. Po prostu idę dalej, w turkusie, w stronę nierealnie wyraźnych, czarnych wysp. W dodatku słońce oświetla je tak, że widzę każdy żleb na stokach wulkanów, jakby mój wzrok w niesamowity sposób wyostrzył się tego dnia.

Po co iść dalej? Kładę się na plecach, oczyma w kierunku wysepek i daję ponieść falom. Jakiż kontrast w porównaniu z chodzeniem - nie czuję już popychania w tył. No tak - jakie to proste, zamiast walczyć z falą, poddaję się jej. Idąc czułem opór, a teraz jestem jak liść rzucony na powierzchnię. W górę i w dół... w górę i w dół... w górę i w dół... w górę i w dół... Zawieszony w próżni. Kołysanie, turkus i czerń musiały na chwilę wprowadzić mnie w stan medytacji, bo nie bardzo pamiętam, co działo się potem, aż do momentu kiedy poczułem, że fala rzuca mną o piaszczyste dno, a po prawej, nie dalej niż dwadzieścia centymetrów ode mnie wystrzeliwuje z wody skalne, chropowate ostrze. Staję na nogi, otrząsam się, a kwas, z rozbrajającą szczerością raczy mnie przez chwilę obrazem mojego, nienaturalnie poskręcanego ciała na skałach, barwiącego wodę na różowo. Trzeba być idiotą, żeby zaćpanym wchodzić do oceanu.

Z powrotem w kamiennym kręgu, na chuście. Żona proponuje, że przyniesie mi obiad, abym nie musiał patrzeć na kwasem pokrzywione mordy ludzi w stołówce. Dziesięć razy zapewniam ją, że pozostanę w tym miejscu, dopóki nie wróci i że moja pamięć krótkotrwała funkcjonuje na tyle dobrze, aby o tym pamiętać. Żeby ją dodatkowo uspokoić postanawiam posłuchać muzyki, bo to przykuje mnie do miejscówki. Idzie, choć widzę, że wolałaby mnie nie zostawiać.

Mnę w palcach pianki Phonaków, wciskam je do uszu i odpalam XenoAmpa (jedyny player, który jestem w stanie obsługiwać na fazie), z przygotowaną na tę okazję playlistę zawierającą „Einstein On The Beach” i „Aguas da Amazonia” Glassa. Opieram się o kamienny murek i przez wejście do kręgu widzę... dostrzegam to po raz pierwszy! gładkie, leniwe diuny i przyczajone, ostre góry. Cóż za symetrie... góry odbijają się w piachu jak w wodzie, tyle że nie widać ich odbicia. Zastygam. Gapię się, kołysząc w takt „Tiquiê”, „Japurá”, „Purus” i „Negro”. Mój boże! Że też zapomniałem o ile lepszy jest kwas w towarzystwie muzyki. Że jest jeszcze sto razy lepiej niż było! I ta muzyka, choć o wodzie, to tak idealnie pasuje do piachu. Do diun i gór. Widzę małego człowieczka brnącego po zboczu wydmy, pozostawiającego za sobą nikły zygzazcek i w tym momencie zaczyna grać „Madeira”. Nagle sierść staje mi dęba, kiedy do mózgu docierają pierwsze nuty wygrywane na... boże, co to za instrument?! Jęczy, wyje, płacze, zawodzi, jakby to, co robi z nim muzyk sprawiało mu ból (sprawdziłem potem - Chori Smetano, to tak jak się domyśliłem, niepowtarzalny instrument strunowy; jego nazwa znaczy, w wolnym tłumaczeniu śmiechopłacze Smetany, zaprojektował je brazylijsko-czeski lutnik).

Gapię, gapię, gapię się w ten pełen trójkątów krajobraz. Wraca żona z kawałkami świżego chleba, serami, orzechami i owocami. Sięgam po książkę:

„wyobraźmy sobie cząstkę o spinie 0 rozpadającą się na dwie cząstki o przeciwnych spinach...”

Zauważam, że wiara przesłoniła Einstainowi rozsądek. Był PRZECIWNY mechanice kwantowej, bo zdawała się mu niedorzeczna. Bo wierzył, że przypadek nie powinien rządzić rzeczywistością. Postanowił obalić teorię czystą logiką! Czy nie przyszło mu do głowy, że ktoś kiedyś może potwierdzić mechanikę kwantową eksperymentalnie? Cóż dzieje się z naszymi umysłami na starość, że nie są skłonne pogodzić się z nowymi ideami?

„wyobraźmy sobie...”

Trwa odpływ i czarne tarki lśnią cudnie w promieniach schodzącego z zenitu słońca. Kałuże, sadzawki i baseniki pełne są żyjątek, które muszą teraz poczekać do następnego przypływu - kolorowe rybki, małe kraby, a kawałek dalej - co za cudo! Nieduża bielutka ośmiornica, która niezdarnie, człap, człap, człapie w stronę wody. Po kolei unosi każdą mackę, plask, plask, plask! Pomógłbym jej, ale trochę się jednak boję. W piachu zostawia za sobą fraktalny, zygzakowaty ślad. Wreszcie przychodzi fala, która podmywa ją, widzimy jeszcze jak kieruje szpic swojego kaptura w kierunku środka oceanu i niczym pocisk wystzeliwuje z olśniewającą szybkością. Wystarczy jej jeden idealnie zsynchronizowany wyprost wszystkich macek na raz.

Wreszcie słońce schodzi niżej i rozpoczyna się afterglow. Zbierające się na zachodzie chmury tworzą na granatowo-niebiesko-pomarańczowo-czerwonym niebie to, co mgółbym widzieć za zamkniętymi oczyma, gdybym zamknął je choć na moment tripa - niepowtarzalny festiwal narkotycznych wizji, fraktalnych zawijasów. Wspinam się więc na najwyższą wydmę, aby być bliżej nieba i wyciągam ku niemu ręce. Jakże jest blisko! A cień wydmy pełznie powoli po plaży, w kierunku maleńkiego kamiennego kółeczka, w którym zaczytana siedzi moja żona.

Robi się coraz zimniej, schodzę z wydm i kiedy w przeciągu paru minut pochłania nas ciemność, uciekamy z plaży. Przepełniony spokojem i radością czekam już tylko na to, co przyniesie jutrzejszy afterglow...

A wieczorem zapalam sobie lampkę przy łóżku i zaczynam czytać:

„wyobraźmy sobie...”

Zdjęcia wykonane w trakcie tripa

Ocena: 

Odpowiedzi

:)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media